posiadlosc

NOWA niekończąca się opowieść..........

- Hmm... Może tak? - Fink uniósł dłoń. Pojawiła się w niej czerwono-niebieska kula, która natychmiast wcisnął w ziemię. - Oto sposób pokonania Eshtaru, kiedy był lichem - uśmiechnął się i wyprostował. Orkowie zastygli w pozycji, w jakiej aktualnie sie znajdowali.
- Zatrzymanie Czasu... Czemu sam na to nie wpadłem? - mamrotał Rince.
- Blisko, ale znowu nie trafiłeś... Jestem magiem wody i powietrza, nie? Popatrz - podszedł do jednego z orków, i popchnął go na ziemię. Ten rozprysnął się na miliony kawałków, niczym lodowy posąg.
- No nie no! Fala Zamrożenia?
- Zgadłeś - uśmiechnął się. - Ale to nie działa wiecznie, bo to nie zaklęcie. Może się kiedyś domyślisz - pokazał mu język i zaczął rozpychać się wśród orków. Reszta po chwili zrobiłą to samo.
- A jak go znajdziemy? - Adam stał właśnie z orkiem w rękach, po czym rzucił nim w stojących obok innych. Wszystkie się rozprysły. - Tego szamana. Orków jest tutaj parę tysięcy!
- Hmm... Ashgan... - Ramizes zaczął mówić, lecz nowy kompan pojął o co chodzi. - No dobra, dobra. Ale wysoko się nie uniosę - ostrzegł, po czym machnął swymi błoniastymi skrzydłami, i zawisł parę metrów nad ziemią. - Ekhm... Proponuję się ewakuować. Raz, orków jest w cholerę, wszędzie tylko one. Po drugie, efekt Finkregh'a się cofa... Med, otwórz drzwi, co?
- No tak. Jak juz cokolwiek działa to nigdy tak długo jakbyśmy chcieli - westchnął Medivh, i otworzył drzwi wymiarowe. Właśnie w nich znikał, kiedy ork przy nim zaczął się ruszać...
__________________________________________________________

- No dobra - Medivh zamknął bramę. Nie wiem gdzie jesteśmy, nie wiem po co, ale przynajmniej raz was już uratowałem, więc może mi podziękujecie?
- Potem, Med, potem - Rince poklepał go po plecach. - Na razie ustalmy gdzie jesteśmy.
- Tam gdzie spotkałem Atis - powiedział Medivh. - Proponuję zaczekac tutaj... Za parę godzin możemy wrócić do jaskini i czekać na nich dalej.
Ponownie zatopił sie we wspomnieniach. Reszta, wiedząc że już nie zasną, dla zabicie czasu rozłożyła gre Finka i zaczęli grac.
-Oszukujesz trupie jeden...-oskarżył wygrywajacego od pewnego czasu Razmizesa Adam.
-Ależ oczywiście...jestem w tym mistrzem hehe...Zamiast narzekać, weź się do gry-odpowiedział wampir, który będąc nasycony mógł w pełni skupić się na grze i pokazać klasę. Gdy następną kolejkę wygrał Ramizes Adam nie wytrzymał i cisknął zestaw do gry.
-Ja tak nie gram! On napewno jakoś oszukuje! Wygrał 10 cholerną kolejkę z rzędu! Cholery oszust!
-Uspokój się Adam, Ramizes gra uczciwe, zapewniam cię o tym. Ma szczęście...
-...I umiejęntości-dokończył Nazinowi Ramizes uśmiechajac się delikatnie do Adama aby wzbudzić w nim większą złość.
-Nie powinnieneś tak bezpodstawnie oskarżać Ramizesa-zwróciła delikatnie Adamowi uwagę Aya.
-Zamknij się!-krzyknął Adam. Wszyscy popatrzyli na niego zaskoczeni takim wybuchem. Szczególnie zareagował Rince.
-Coś ty powiedział?!-Mag wstał niemal gotowy do bójki.
Łowca jakby się obudził i przemyślał co przed chwilą powiedział.
-Przepraszam, poniosło mnie...-z lekkim oporem powiedział to Adam widząc, że Rince jest w stanie wybuchnąć. Sama Aya zwiesiła głowę i oddała, nic nie mówiąc, Finkowi fanty.
-Widzisz Adam coś zrobił? Zepsułeś całą grę. Naucz się przegrywać-powiedział Nazin.
-No przeprosiłem, nie wystarcza?!-łatwo było zauważyć, że przepraszanie nie leży dumnemu Łowcy.
Med nie reagował, myślał cały czas o Atis...
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
__________________________________________________________________
Coś w mroku zaczęło warczeć. Głos rozchodził się wszędzie, odbijał się od ścian, zwiększając się i nieco zniekształcając. Z czasem, coraz bardziej się nasilał. W końcu doszedł do Atis i Joan.
- Powiedz, ze to ty. - powiedziała szybko przerażona Joan.
- Wierz mi, też chciałabym, żeby tak było.
Obie obrócily się do tyłu. Z końca korytarza coś pobłyskiwało. To było światło. Zbliżało się coraz bardziej i bardziej.
- Czy tobie też nie jest gorąco? - zapytała Atis.
- Oj tak, jak cholera.
W końcu zza rogu wyłonił się ogromny pająk. Z jego ciała wypływała magma. Był o jakieś paredziesiąt metrów od Joan i Atis. Kiedy tylko je zobaczył, zaryczał. Dziewczyny powoli cofały się do tyłu, nie chcą wykonać jakiś gwałtownych ruchów, mogacych rozzłościć potwora.
- C-co to?.... - zadała jakby retoryczne pytanie Atis. W jej głosie możnabyło wyczuć sporą dawkę strachu.
- P-Phanthom. Demon - Pająk. Fujjj.....pająk.... - odpowiedziała jej Joan.
Nagle Phanthom zaczął biec, o ile można było nazwać to biegiem, ponieważ pająk ledwie mieścił się w korytarzu, w stronę dziewczyn. Te bez żadnego namysłu pobiegły w przeciwną stronę.
- Cholera, cholera, cholera! - mówiła pod nosem Atis w biegu.
- Wiesz, chyba powinnyśmy gdzieś się schować! - Joan spojrzała na Atis z uśmiechem mówiącym "to chyba oczywiste".
- Co ty nie powiesz?! - Dziewczyna spojrzała na kompankę.
Ich spojrzenia nie spotkał się na długo, gdyż Atis wpadła na coś lub.....kogoś.....
__________________________________________________________________
Wieczór rozpoczął się i zakończył dosyć szybko. Wszyscy poszli spać. Jedynie Medivh nie mogł spać. To wszystko minęło tak szybo, nawet nie zdążył zauważyć, jak szybko...Ruszył na nocny spacer, dla uspokojenia. W głowie nadal miał słowa Markusa "Mogą minąć tygodnie zanim wrócimy...". To było dla niego takie trudne. Nie mógł znieść myśli, że będzie w rozstaniu z Atis tak długo. Poszedł jakąś ścieżką do lasu. Tam zapewne nie było nikogo. Pewnie nawet dzikie zwierzęta smacznie śpią. Ta myśl wywołała u niego lekki uśmiech, który natychmiast spełzł mu z twarzy, gdy wrócił do rzeczywistości. Kiedy tak szedł, zaczął słyszeć jakieś głosy. Pomyślał, ze to po prostu jakieś omamy i szedł dalej przed siebie. Miał dosłownie "gdzieś" to czy sie zgubi czy nie. Mało go to obchodziło. W końcu usłyszał wyraźnie "STÓJ!". Zatrzymal się i rozglądnął dookoła. Wszędzie były tylko drzewa. Pomyślał, ze to duchy mogą przemawiać, ale je słyszą tylko druidzi...
"Co cię trapi istoto o krwi demona?" - zapytał jakiś głos w głowie Medivh'a.
- K-kto to mówi?
"My, duchy drzew."
- A-ale duchy drzew słyszą tylko druidzi....
"Przemawiamy do kogo chcemy, jak chcemy i kiedy chcemy. Jesteśmy istotami wolnymi, nikt nam nigdy nie zabraniał mówić, nie zabrania i zabraniać nie będzie!" - z każdym słowem, głos stawał się coraz bardziej gniewny.
- W-wybaczcie, nie chciałem was urazić, ale dlaczego chcecie rozmawiać akurat ze mną? Nie jestem kimś wyjątkowym....
"To prawda, ale coś cię trapi pół - elfie....."
- To już moja sprawa....
"My chcemy dodać ci otuchy. Nie rezygnuj tak szybko...."
__________________________________________________________________
- Au....ajajaj.....boli....- Atis siedziała na ziemi i pocierała głowę dłonią. Rozglądnęła się dookoła. Nieco jej się przed oczami rozmazywało. Po momencie wszystko wróciło do normy. Jedynie przeszkadzał jej uciażliwy ból głowy. Coś jednak było nie tak. Zamyśliła się na chwilę......szybko jednak zorientowała się, że ktoś prócz Joan tu jest. Cholera, przez to uderzenie wszystko analizuję wolniej.... Atis spojrzała w lewą stronę. Obok niej, na ziemi, siedział męszczyzna o srebrno-białych włosach. Miał na sobie czerwony płaszcz. Przez moment między całą trójką zalegała niezręczna cisza.
- Dante?!
- Fea?!
- Wiecie, nie wierzę w przypadki, więc.....drużyna znów składa się. - dołączyła się Joan.
- Nie, nie, nie. Miałem nadzieję, że pozbędę się was, ale jak widzę, nici z tego....
- Świetnie, wprost cudownie! Nie dość, że muszę znosić to małe "coś' to do tego wszystkiego dochodzisz jeszcze ty. - stwierdziła cynicznie Atis podnoszac się.
- HEJ! Wypraszam sobie to "małe coś"...... - zawołała Joan, po czym szybko umilknęła, gdy napotkała chłodne spojrzenie Atis.
- No, ale miło znów cię widzieć. - Łowczyni podała rękę Dante'mu i pomogła mu wstać. - Co tu robisz?
- Mógłbym cię spytać o to samo.
- Przypadek.
- Nie prawda! Nie wierzysz w przypadki! - odezwała się nagle Joan.
- To wyjaśnij mi jakim prawem się tu znalazłam!
- Okej, okej, juz nic nie mówię.....Ale moment......
- Co znowu!? - zawołali jednocześnie Atis i Dante.
- Phanthom!
- Cholera! Wiedziałam, że o czymś zapomniałam! - Atis złapała dwójkę za rece i wykonała skok międzysferalny.
__________________________________________________________________
"Więc o to chodzi....."
- Wy duchy nigdy nie byłyście zakochane, więc nie wiecie co to znaczy utracić ukochaną osobę.....
"Cóż, to co mówisz jest prawdą. My jestesmy tylko Duchami Drzew. Nie ingerujemy w życie istot śmiertelnych."
- To dlaczego chcecie mi pomóc?
"Jesteśmy wysłannikami Smoka Ziemi. Jest on wielce związany z to, którą nazywasz Atis."
- Związany?
"Nie możemy ci wiele powiedzieć. Ona sama byc może wyjawi ci tajemnicę...."
- Tajemnicę?
Medivh nie usłyszał odpowiedzi. Pomyślał, że Duchy mają go już dość, więc ruszył w drogę powrotną. Postanowił się przespać, choć trochę. Słońce niedługo miało wzejść, a on był wyczerpany rozmową i chodzeniem. Cały czas myślał o tym, o jaką tajemnicę chodziło Duchom. Nim się zorientował był już na miejscu.
__________________________________________________________________
- Dobra, primo: gdzie jesteśmy? - zapytała Joan starając się zejść z czegoś co przypominało wielki posąg.
- Wiem, wiem, nie udał mi się ten skok, ale to nie powód, zeby od razu na mnie bluzgać.
- A czy ja na ciebie bluzgałam?
- Nie wprost.
- Przestałybyscie się kłócić.
- Drażni cię to? - Joan uśmiechnęła się szyderczo.
- Nie zaczynaj.
- Stary, ja tu jestem tylko po to, żeby cię powkurzać. To mój ulubiony sport.
Atis także znajdowała się w "niezbyt komfortowej" sytacji. Przekręciła się lekko, aby móc zejść, lecz wszystko się pod nią załamało. W pomieszczeniu zaległa chmura kurzu.
- Cholera.....khe khe......
- Znalazłaś coś ciekawego? - zapytał złośliwie Dante.
- Khe, nienawidzę cię.
- Wiem.
Atis nagle pojawiła się obok Dante'go.
- Powiedz proszę, że mogę ci przywalić. Aż mnie ręka świeżbi, żeby to zrobić. - Dziewczyna zacisnęła dłoń w pięść.
- Starczy! -zabrzmiał czyiś głos. Z jakiegoś kąta wyłoniła się postać. Była ze dwa razy większa niż Atis. Miała wielkie, poteżne skrzydła i......sierść.
- Markus? - zapytała dziewczyna niepewnie.
- Tak, a teraz chodź. Musimy wracać i to prędko. - Wilk złapał Atis za przedramię.
- Hej, hej, ale łapy to precz. - dziewczyna wyrwała mu się.
- Posłuchaj mnie, nie mam teraz nastroju do twoich fochów. Musimy wracać.
- Mowy nie ma! Muszę jeszcze komuś złoić skórę.
- Komu? - wtrąciła Joan, zaraz po tym jak znalazła się na podłodze.
- Jego bratu. - Atis wskazała na Dante'go.
- Nie mów. Żartujesz, prawda? Ty? Jemu? - zdziwił się Srebrnowłosy.
- Tak, ja jemu. Co w tym dziwnego?
- Myślałem, że....
- Tak? To źle myślałeś. Mam jedną sprawę do załatwienia.....no nieważne, Markus, skoro brak im jednej osoby w drużynie, to weź zastępstwo.
- Zastępstwo? - Markus był conajmniej zaskoczony tym pomysłem.
- Dobrze słyszałeś.
- Ale kogo?
- No nie wiem.....ot chodźby Joan.
- Mnie? Gdzie?!
- Do Faeurunu, mała. - Atis uśmiechnęła się do niej.
- Faeurun?! ŚWIETNIE! Zawsze marzyłam, żeby tam kiedyś być! BOSKO!
- No widzisz Markus, sprawa załatwiona.
- A-ale.... - Wilk był nadal w szoku. Nie był zdolny do sprzeciwu.
- No dobra, spadaj.
Atis mrugneła do Joan. Dziewczyna wiedziała o co chodzi. Złapała Markusa za łapę i wykonała skok międzysferalny.
- Taaa....to dziecko ma dar szybkiego uczenia się......- Atis zamyśliła się na moment, ale po chwili otrząsnęła się. - No, to zostaliśmy we dwójkę.
- Ta, i co w związku z tym?
- Nic. I tak zaraz się rozdzielimy. Wiem, że masz ważną sprawę.
- Niby skąd?
- Po co miałbys od tak przychodzić na to odludzie?
__________________________________________________________________
- N-nie wiem czy to był dobry pomysł.....
- Oj przestań Markus. To był, i nadal jest, świetny pomysł!
Markus i Joan szli razem jakąś ścieżką przez las. Dziewczyna po prostu już nie mogła wytrzymać:
- JESTEM W FAEURUNIE! - wybuchnęła nagle. Markusa wcale to nie ruszało. Był w głęboki zamyśleniu od dłuższego czasu. W końcu odezwał się do Joan:
- Posłuchaj, nieważne co się teraz stanie, nie staraj się jej pomóc....
- Pomóc? Komu.....
Nagle rozległ się krzyk. Był to krzyk przerażenia, a zarazem cierpienia i bólu. Dziewczyna upadła na kolana.
- C-czyj to był krzyk....
- Feii.
- J-jak my mogliśmy go usłysazeć skoro ona....
- Każde z nas jest z nią duchowo połączone. To słyszelismy tylko my.
- To boli......
- Fea błąka się teraz po Sferze Ciemności i nieprędko stamtąd wróci. Musisz ją zastąpić w drużynie. - Markus pomógł Joan wstać.
- W drużynie?
- Za moment poznasz ich wszytskich....
__________________________________________________________________
Medivh powoli otworzył oczy. Zobaczył nad sobą jakąś kobiecą twarz.
- Atis? - zapytał ospale.
- Nie, Aya, ale dobrze, że chociaż raczyłeś się obudzić. - elfka uśmiechneła się do niego.
- Świetnie.....mogę wstać?
- Oh, przepraszam. - Aya usunęła się i poszła w inną stronę.
Medivh miał szansę wstać. Nie za bardzo mu się chciało, więc podniósł się jedynie do pozycji siedzącej. Przetarł oczy i rozglądnał się dookoła. Wszyscy już powstawali. widać spał długo, bo słońce już od dawna wisiaiło na niebie.
- Med, mamy dobrą wiadomość. - Przywitał do Rincewind.
- Tak?
- Chyba Markus wraca.
- CO?! - Medivh przyciągnął do siebie Rince'a i zaczął nim potrząsać.
- Spokojnie. Nie jestem pewien czy wraca z Atis.
- A skąd wiesz, że wraca?
- Spójrz tam....- Rincewind pokazał na ścieżkę prowadzącą do lasu. Z gęstwiny wyłoniły się dwie postacie. Jedna ogromna, uskrzydlona. A druga (w porównaniu do pierwszej) niewielka. W istocie, był to Markus, ale szło z nim jakieś dziecko. I była to dziewczynka. Kiedy dwójka doszła do drużyny...
- Siema wszytskim! - zawołała dziewczyna i pokazała "znak pokoju".
Nikt nic nie mówił. Wszyscy byli oszołomieni. Po paru chwilach:
- No co ja takiego zrobiłam?! NO CO!?
- Cicho już. Posłuchajcie. To jest Joan. Będzie ona......eeeee.....w "zastępstwie" za Atis. Nie oceniajcie jej po tym, że jest jeszcze dzieckiem.
- W zastępstwie? To gdzie jest Atis? - w końcu odezwał się Rincewind.
- Przyjdzie czas na wyjaśnienia. A teraz.....
- A teraz Joan pozna się z wami wszytskimi! - Dziewczyna przerwała Wilkowi. - Tak, ty jesteś Adam, ty Ramizes, Ashgan, Finkreagh, Aya, Rincewind, Nazin no i Medivh. - Joan wskazywała wszytskich pokolei. - Zgadza się?
Drużyna pokiwała głową na tak, w osłupieniu.
- Dobrze, Joan, znajdź sobie na moment zajęcie, muszę porozmawiać z resztą.
- Zgred! - Dziewczyna wystawiła język Markusowi i sobie gdzieś poszła. Po drodze zobaczyła śpiącego na posłaniu Xenona. Od razu dprwała się do niego, tuląc go i zapewniając mu pieszczoty.
- Nie denerwować się, nie denerwować się, nie denerwować się..... - mruczał pod nosem Markus.
- Denerwuje cię? - zapytał Nazin.
- Ta mała istotka, jest jedyną znaną mi istotą, która mnie rozzłościła przez całe moje życie.
- Jeśli jej udało się rozzłościć ciebie, to co dopiero będzie z nami....- zauważył słusznie Adam.
- No nieważne! Mów co z Atis! JUŻ! - Medivh nie wytrzymał i krzyknął.
- Dobrze, nie ma co mówić. Atis błąka się teraz po Sferze Ciemności.
- Co to za sfera? - zapytał Rincewind.
- Stamtad pochodzę. Nie ma o czym opowiadać. To sfera czystego zła. Nie wiem dlaczego wybrała akurat to miejsce na swoją tułaczkę.
- I nic nie zrobiłeś?! - Medivh był rozdrażniony.
- Nie mogłem nic zrobić. Tam gdzie się spotkaliśmy, lepiej nie było jej denerwować! Poza tym śmiertelniku, tak chciał los!
Medivh umilkł.
- Przykro mi, ale ona prędko nie wróci. Musi pozbierać się po szoku, którego doznała. I nie pytajcie co się stało......Musicie się zadowolić tą małą. To jest Strażniczka. Podobnie jak Finkregh jest magiem żywiołów. Ale jej magia obejmuje jeszcze dwa żywioły: Światło i Ciemność.
- Myślałem, że to nie są żywioły. - Finkregh wyglądał na zaciekawionego.
- Sa, są. Ale nie będę więcej mówił. Wracajcie do swoich zajęć. i ostrzegam, Joan jest bardzo nadpobudliwa, złosliwa i bardzo bezczelna. Starajcie się zachowywać przy niej spokój, ponieważ będzie was wytrącała z równowagi kiedy tylko się da.
- Dzięki za ostrzeżenie. - podziękował za drużynę Ramizes.
- No to trzeba ją lepiej poznać, aby ja rozgryźć. - powiedział ochoczo Rince po czym poszedł w stronę Joan bawiącej się z Xenonem.
- Wspomnę tylko jeszcze, że jest Łowczynią Demonów.
- W takim młodym wieku? - zdziwił się Nazin.
- Wszytsko co umie, nauczyła się od Atis, od koncentracji po rozmowę z istotami natury. Jedyne co umie "sama z siebie" to rzucanie zaklęć. Niekiedy uzywa czarów nieznanych w tym świecie.
- Utalentowana jest, z tego co mówisz.
- Bezczelna.
- Dobrze, więc. Porozmawiamy innym razem, zgoda Markus? - zapytał Nazin.
- Jak sobie życzysz......


(chyba przesadziłam xD.....)
[zgadza się... Ale to Joan jakaś dziwna =] ]

- Rzuca zaklęcia sama z siebie? Ciekawa sprawa... coś jakby szkolić Czarnoksiężnika na wojownika i dopiero później odkryć jego zdolności. Dziwne. Ale skoro zna jakieś czary nieznane w tym świecie... - oczy Finka rozjarzyły się dziwnym, 'głodnym' blaskiem. Podszedł do niej i złapał ją za ramię.
Joan wzdrygnęła się i cisnęła w niego fireball'em. Na szczęście Mag zdążył się zasłonić.
- Ej! Co mi zrobiłeś?! Ty...!
- Spokojnie... Joan? Chyba dobrze cię zapamiętałem. Marcus mówił, że znasz czary nie z tego 'świata', coś jakby czary samej Strefy. Więc może zaproponuję ci taki układ...
- No tak... A ten znowu swoje - Ramizes i Ashgan z dezaprobatą pokręcili głowami. - Tylko magia i magia... Co oni w niej takiego wielkiego widzą? - zastanawiał się pierwszy. - Pewnie to co ja widziałem... I... Marcus! No tak. Może on mi to jakoś wyjaśni - dwa demony...
Ashgan pognał do Marcusa.
- Każdy ma jakieś układy tutaj. Ashgan z Marcusem, Fin z Joan, Rince z Ayą, a ty i ja jesteśmy biedni i samotni - Medivh mówił do Nazina. - A, no tak... Ja mam Atis. Miałem. Chyba. Zagmatwane. Ramizes ma... Ej, on też nikogo nie ma. Adam też. To jest nas czterech. Ohh my god!...

[krótkie. Ale nie mam więcej czasu Nic nie robić z Finkiem i Joan... Mam plan ]
Bohaterowie rozmawiali zawile. Ashgan z Markusem o demonicznych siłach, Fink z nową Joan o magicznych "rzeczach", Rince z Aya coś do siebie szeptali wpatrzeni w siebie niczym w obrazki, Med z Nazinem o bogowie wiedzą czym i jedynie Adam stał z boku wpatrując się w nowa jakby ją oceniać. Był on odwrócony do Ramizesa bokiem. Wampir zrozumiał, że ktoś z kimś trzyma...Podszedł on do Adama i zagadał.
-Nie podoba mi się ta nowa...-powiedział to cicho, żeby inni nie słyszeli. I było tak jak powiedział. Nie chodzi tylko o wiek, ale może przede wszystkich o moce, którymi włada. Adam popatrzył na wampira oceniając czy warto z nim rozmawiać. W pamięci nadal miał ostatnie wydarzenie podczas gry.
-Nie interesuje mnie ona-odrzekł chłodno-zresztą coś ty taki towarzystki sie zrobił?-spostrzegł Adam. Wampirowi nagle odniechciało się dalszej rozmowy.
-Nudziłem się-odrzekł równie szorstko Ramizes.
-To idź sobie wypij krew jakiegoś szczura, haha-zaśmiał się kpiąco Adam.
-Gdy ci się wbiję w tętnicę to nie będzie ci tak do śmiechu...Raz już dostałeś, chcesz jeszcze raz?-bitka wisiała na włosku.
-Miałeś wtedy szczęście głupca i nic więcej...z przyjemnością wezme rewanż...-powoli obie postacie, wciąż wpatrujac sobie w oczy, sięgały po bronie.
-A ci co znowu chcą zrobić?-spostrzegł Nazin, a raczej wyczuł, burzę pomiędzy Adamem a Ramizesem.
-Nienaruszalna Strefa?-spytał odrazu Med wiedziąc tak samo jak i Nazin na co się zbiera.
-Spróbujemy pokojowo...-powiedział Nazin-ale jakby co to miej ją w pogotowiu...-Med przytaknął-Co u was chłopaki?-zapytał wyraźnie adresując kto ma ów pytanie usłyszeć.
-Zaraz będzie "co u ciebie chłopaku"!-Adam wcyciagął broń dokładnie w tym samym czasie gdy zrobił to Ramizes. Bronie się ze sobią zetknęły. Szczęk orężą zwrócił wszystkich uwagę. Med natychmiast rzucił Opokę na Adama, który był na wporst od czarodzieja.
-A ci co znowu za szopkę odstawiają?-Spytał retorycznie Rince.
-Adam to taki...drań-Aya wciąż słyszała w głowie to "Zamknij się". Nie wie dlaczego tak bardzo ją to uderzyło. Może dlatego, że było spotęgowane czystą złością?
-No być może, ale to wampir szuka guza...-ocenił zachowanie Rince.
-Nie zgodzę się, jak narazie nic złego nie zrobił...Nie jest on wcale taki zły jak na wampira...
-Jeszcze zobaczymy jaki on jest naprawdę...
-Wydaje się być lepiej wychowany niżeli Adam...Zresztą nie znamy go zbyt dobrze. Wszyscy go chyba unikają-Ai jaby zrobiło się trochę żal wampira.
-Ojj przesadzasz moja droga-odpowidział krótko Rince, zdziwił się, że to powiedział. To w gruncie rzeczy miała Aya rację. Kto by chciał kolegować się z...trupem?
-Uspokoicie się wreszcie?-spytał awanturników Nazin.
-O co znowu wam poszło?-doał pytanie Med
-Nie ważne, wszystko już sobie wyjaśniliśmy, no nie Adam?
-Chyba jeszcze nie...ale nadrobimy to..zapewniam się, krwiopijco-obiecał pełen złości Adam.
-Oni się chyba nigdy nie zmienią...
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
- Faktycznie, a ci jak zwykle... - odpowiedzieli praktycznie wszczy, ale w innym czasie i z inną głośnościa. No cóż, chyba nie mieli nic innego jak się do tego przezwyczaić.
Rince i Aya szukali jakiegoś ustronniejszego miejsca, więc już dawno zniknęli z zasiegu wzroku, a Marcus wraz z Ashganem siedzieli głebiej w cieniu, zatopieni w rozmowie. Medivh rwaz z Nazinem z nudów bawili się magią na liściach gesto usłanych na ziemi, przepychając je w kierunku przeciwnika. Adam, wraz z Ramizesem, pojedynkowali sie na spojrzenia. Trudno im było pojedynkować się inaczej, ponieważ w linii prostej między nimi siedzieli masi znudzeni magowie... A Fin siedział na uboczu z Joan.
W pewnym momencie zaświeciła mu się nad ręką mała kuleczka, która powoli rosła aż do rozmiaru pięści, a potem równie powoli zmalała i zniknęła. Joan na początku zrobiła to samo, tyle że jej 'kuleczka' urosła do średnicy niczym wzrostu orka, i rosła dalej. W pewnym momencie zniknęła, a z Finka spływały strumyczki potu. Wrzeszczał na nią przyciszonym głosem.
- Joan, kontroluj się! Jakby to wybuchło... Wolę nie myśleć. I to ma być bezpieczny test potencjału i samokontroli... Ehh. Za bardzo mi Atis przypominasz. Równie mocno przeginasz. No dobra. Teraz twoja kolej na demonstrację.
Joan skupiła się, popatrzyła na drzewo. Wszyscy magowie poczuli jakieś zawirowanie... i drzewo eksplodowało z hukiem, zasypując ich milionem kawałków.
- Teraz ty - oznajmiła z uśmiechem Joan.
- Hmm... A może być co innego? Wolę nie niszczyć drzew.
- Jasne. Można tak rozwalić wszystko.
- No to niech będzie ten kamień... - wskazał na średniego rozmiaru odłamek skalny. Podobnie jak Joan skupił się, lecz wykazał nieco wiecej samokontroli - kamień popękał, i rozpadł się w proch.
- E tam. Źle, źle i jeszcze raz źle. On ma eksplodować! Wtedy jest zabawa!
- Tak... Szczególnie jeśli jeden z odłamków wybije ci oko... No dobra. Teraz ja.
Po chwili na miejscu Finka siedział sobie mały tygrysek, uważnie wpatrując się w Joan. Wycignął prawą łapkę, jakby chciał, że złapała go za nią. Dziewczyna wyciągnęła rękę... I chwyciła ludzką dłoń! Co skończyło sięznowu skontrowaniem fireball'u Tarczą. Po chwili Fink wrócił do normalnego kształtu.
- To była iluzja, Joan... Myślałaś że przemiana?
- Głupi jesteś.
- To mi już chyba każdy powtarzał... Teraz ty przeprowdzasz demonstrację...
- Demonstrację, taaak? Masz jakiś pomysł co mogłabym pokazać? - Joan spojrzała na Fink'a oczekując jego odpowiedzi.
- Nie wiem, może jakieś zaklęcie, którego nie znam? - napomknął delikatnie mag. Napewno pokaże mi coś o czym nawet nie miałem pojęcia, że istnieje......
- Mówisz i masz.... - Joan uśmiechnęła się wyzywająco, po czym wstała i podeszła na jakąś wolną przestrzeń. Ustawiła się odpowiednio i uniosła lekko ręce. Zaczęła wymawiać inkantację. Jej oczy zajarzyły się dziwnym blaskiem. Finkregh przyglądał sie jej z uwagą, aby móc później przestudiować to co robiła. dziewczyna Wzniosła do góry jedną rękę i krzyknęła:
- Mroczna Sforo! Przybywaj na moje wezwanie!
Przez moment niebo poczernieło i zachmurzyło się. Wszyscy przerwali swoje zajęcia i spojrzeli w stronę Joan. Po chwili w powietrzu rozległo się donośne wycie wilka. Po chwili powielił się on.
- Nie.... - mruknął cicho Markus.
- Co się dzieje? Co ona robi? - zapytał Wilka Ashgan.
- Ta mała smarkula przyzywa Mroczna Sforę.....głupia idiotka.....
- Mroczna Sfora? Co to?
- Patrz....
Obok Joan zaczęły pojawiać się monstrualne cienie, powoli formujące się w wilki. Istoty miały oczy jarzące sie czerwonym blaskiem. Po momencie wokół dziewczyny było ich jakieś 10-12. Finkregh'a zżerała wręcz ciekawość.
- I co? Może być? - zapytała Joan, nadal się uśmiechając.
- C-co to jest? - wydusił w końcu z siebie Finkregh.
- To? Mroczna Sfora. Wilki z Otchłani. To zaklęcie Ciemności. Bardzo przydatne. - Dziewczyna pogłaskała jednego wilka po łbie. - Ale nie wolno im przebywać na słońcu, bo się.....rozpłyną. Heh. - Dziewczyna machnęła ręką i wszystkie wilki zniknęły, a niebo po momencie się rozchmurzyło.
- To było niesamowite! - Fink nie mógł się pochamować.
- Jedni to mają, inni nie. - odparła złośliwie Joan.
- Nie pusz się tak, bo moze się to dla ciebie źle skończyć. - wtracił Nazin.
- A ciebie ktos pytał o zdanie, uszatku?! - wrzasnęla na elfa dziewczyna.
- Joan, uspokój się. - Obok niej pojawił sie Markus.
- Zgred. - wystawila mu język i poszła w inną stronę, zapewne szukając Xenona.
- Echhh.....to dziecko jest trudne.....
- Może dlatego, że nie zajmowałeś się nigdy dziećmi? - zapytał Fink.
- Nie mów mi śmiertelniku czego nie robiłem, bo nie nie wiesz. A teraz inna sprawa, Medivh, chciałbym z tobą porozmawiać.
- Dobrze...- Pół-elf wstał z ziemi i poszedł gdzieś z Wilkiem.
- Ciekawe o czym będą rozmawiać....- zastanowił się Nazin.
- Zapewne o Atis, o czym innym mogli by mówić. - odpowiedział mu Ramizes.
__________________________________________________________________
- Więc, o co chodzi? - zapytal Medivh kiedy w końcu stanęli. Byli z dala od grupy.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie, dziś porozmawiasz z Atis. Będzie chciała zapewne ci wszystko wytłumaczyć, abyś nie cierpiał tak bardzo. Dam ci radę, napewno jest bardzo zmęczona, więc nie męcz jej pytaniami i nie przerywaj jej. Powie swoje i starczy.
- Dobrze, ale kiedy.....
- W nocy. Masz spać, jasne? - Uprzedził jego pytanie Markus. Na ostatnią prośbe Medivh odpowiedział kiwnięciem głowy na tak.....
Po słowach Markusa Medivh zapragnął aby już zapadła noc. Nie mógł się doczekać chwili gdy być może ją zobaczy. Zrobi tak jak mówił Wilk. Bez dalszych słów obie postacie dołączyły do grupy. Med usiadł gdzieś na trawie i spojrzał w niebo. Zmierzch się zbliżał. Spotkanie było coraz bliżej...
-Będziesz mogła mnie nauczyć tego?- Spytał Joan Fink.
-Nie- odpowiedziała mu uśmiechając się złośliwie.
-No przecież nic się nie stanie!- nadal prosił Fink.
-Nie- padłą ta sama odpowiedź, która spowodowała małą złość we Finku.
-No to nie!-oburzył się czarodziej "Głupi, ale poteżny bachor..." pomyślał.
-To już ile jesteś wampirem?- przeprowadzał mały wywiad Nazin.
-Naprawdę trudno powiedzieć...
-Mówiłeś coś koło 70 o ile dobrze pamiętam?
-70 lat bycia wampirem to tak jak z 7 bycia człowiekiem...Uwierz mi, Nazin, że tyle to ja napewno nie mam...
-No widząc ze sposobu i stylu walki trudno się nie zgodzić...A jak nim zostałeś?
-Wampirem? Jak mówiłem, aby dostać się do naszego klanu sam musisz tego chcieć...i udowodnić to.
-Zaczynając od początku. Dlaczego chciałeś zostać krwiopijcą? Przepraszam za to wyrażenie, ale trudno zaprzeczyć, że tak nie jest.
-Jak najbardziej się z tobą zgadzam w kwesti picia krwi. A dlaczego? Hmm...-podniósł głowę ku niebu starając sobie przypomnieć jak to było gdy był zwykłym śmiertelnikiem-Byłem młodym chłopakiem. Pełnego ducha przygód i nie lubiącego monotoniczności. A w mojej rodzinie właśnie tak było. Wojna z rodzicami była codziennością. Nie podobało mi się wiele rzeczy, więc nie tylko nie starałem się ich ignorować lecz stawałem przeciw nim. Co prawda nie stroniłem od pracy bo widziałem w tym jakieś zalety, ale zawsze to samo powodowało, że jednak miałem tego dosyć. Pewnego dnia przechadzając się po mieście po zmroku wracając z pracy zostałem napadnięty przez grupę oprychów, którzy chcieli moją wypłatę, na którą pracowałem cały miesiąc. Z wielkim sercem pieniądze musiałem oddać...ale nie na długo. Tak się złożyło, że przechodził tą drogą pewnien człowiek. Z początku było trudno coś dojrzeć ale wiem jedno. Walczył doskonale (wtedy to było coś...) i stanął w mojej obronie...
-Wampir? -przerwał zaceikawiony Nazin.
-Zaskoczę cię, ale nie był to wampir. Był to wojownik jakich wielu. Poradził sobie z nimi...z trudnościami. Został cieżko ranny. Pomogłem mu dojść do domu i opatrzyłem mu rany i wyszedłem. Nastepnego dnia spotkałem go, czekał na mnie. Był to starszy jegomość. Powiedział, że został ranny bo...był pijany. Ale jak na pijanego walczył dzielnie i widząc, że jestem silny (bo byłem) zaproponował mi, w zamian za pomoc, udzielenia kilku nauk walki mieczem. Miało być kilka a okazało się, że wiele czasu ze sobą spędziliśmy. Opowiadał mi o swoich przygodach, podrużach i uczył walk. Zapragnąłem takiego życia. I Po jego śmierci, która nastąpiła po około pół roku, uciekłem z domu.
-No ale jak zostałeś wampirem?
-Znalazł go jakiś truposz i zagryzł, bo co innego mógł zrobić?- Powiedział siedzący cicho do tego momentu słuchający Adam.
-Możę ciebie też zagryzę i sprawdzimy czy to prawda?
-A spróbuj!
-Nie mam teraz ochoty zadawać się z tobą, Adamku.
-Cożeś powiedział?!- Wstał obrurzony wojownik.
-Problemy ze słuchem? -Spytał ośmieszająco Ramizes.
-OŻESZ TY!- Dobrał się do broni, lecz Nazin użył na nim Nienaruszalnej Opoki-JESZCZE MI ZA TO ZAPŁACICIE!- krzyknął po czym obruciwszy się tyłem usiadł na ziemi.
-Co to za jedni?- Spytała Finka Joan.
-A tamten w Opoce to Adam a ten to Ramizes co już zresztą wiesz.
-No tak, ale jacyś dziwni są...chyba się nie lubią?
-Ojjj tak...Bardzo się nie lubią i nic nie wskazuje na to, że sytuacja się zmieni.
-Ale dlaczego się nie lubią?
-Chyba dlatego, że rodzine Adama zabiły jakieś wampiry a Ramizes jest właśnie wampirem...
-Wampirem? Ale przecież mamy słońce jeszcze. Nie może być wampirem- przerwała Fiknowi,.
-To specialna "odmiana" wampira. Coś z klanem...
-Musze z nim porozmawiać- znów przerwała, wstała i udała się w stronę Ramizesa...
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
- A-ale Joan!... - Finkregh nie zdążył zatrzymać dziewczyny. - To się źle skończy.....
Joan podeszła do Nazin'a. Elf siedział na kamieniu, dziewczyna nagle zepchnęła go na ziemię i sama usiadła.
- Ty! Co ty sobie wyobrażasz!?
- Kobietom się ustępuje, nieprawdaż? - zapytała złośliwie Joan.
- Ale ty jesteś tylko głupią, złośliwą, smarkulą.... - powiedział pod nosem mag i odszedł od nich na jakąś odległość.
- Em, Joan? Dlaczego to zrobiłaś? Ja i Nazin właśnie rozmawialiśmy....
- Mi się wydawało, że już kończyliście. - dziewczyna podparła sobie głowę dłonią. - Więc...opowiedz mi o sobie. Chciałabym wiedzieć jak to jest, że jeszcze nie sfajczyłeś się w tym słońcu....
- Och, kolejna osoba, która jest tym zdziwiona.....No więc... - Ramizes począł opowiadać o wszytskim. Co jakiś czas Joan mu przerwyała luźnymi odzywkam, "prosząc" aby wampir wytłumaczył jej pewne kwestie i niejasności. Po około 30 minutach opowieść się skończyła.
- Oooooo.....faza..... - skomentowała Joan.
- Khem, być może....dla mnie jednak nie zabardzo....
- Wiesz stary, już cię lubię. Jesteś spoko ziom. A teraz muszę lecieć, Xenon musi dostać porcję pieszczot ode mnie, narazka! - powiedziawszy to, Joan wstała i ruszyła na poszukiwanie smoka.
- "Ziom"? Co to znaczy?......
- To taka forma pochwalenia, mój drogi. Nasłuchałem się tego i bardzo dużo innych zwrotów tego typu. - wytłumaczył wampirowi Markus. - Joan mówi w ten sposób do niewielu ludzi. Zawsze do tych kogo obdarza przyjaznym uczuciem, a często nawet zaufaniem. Wygląda na to, że w jakiś sposób zabłysnąłeś w jej oczach. Z reguły nie przepada za wampirami. Powiem więcej, jeszcze ze trzy lata temu miała fobię. Panicznie bała się twoich pobratymców.
- Interesujące, ciekawe skąd ta zmiana nastawienia....
- Może chodzi o to iż czuje, że potrafi się teraz obronić. To dziecko zna wiele sposobów na, jak to mówi, "eksterminację" różnorakich potworów. Sam kilka widziałem. - tłumaczył Wilk.
- Być może, być może.....
Dzień szybko się skończył. Finowi upłynął na przekomarzaniu się z Joan i 'drobnych' demostracjach, co w końcu skończyło się spaleniem części lasu, Ramizes jak zwykle w milczący sposób był z drużyną i ignorował Adama, który przez cały czas próbował mu dopiec, a reszta robiła to, co zwykle. Położyli się wokół ogniska, i wkrótce zasnęli.
----------------
Ciemny korytarz.
'IDŹ DO KOŃCA!'
Czarne drzwi.
'OTWÓRZ JE!'
Idealnie okrągła, spowita w cienie komnata.
'DRZWI NA PRAWO!'
Komnata pełna klepsydr.
'DALEJ! DALEJ!'
Całkowicie pusta komnata.
'ROZEJRZYJ SIĘ!'
Małe zawiniątko na podłodze.
'PODNIEŚ JE! PODNIEŚ!'
Ostrożnie wyciągane ręce. Niesamowity ból, spopielający wnętrzności...
-------------------------
Finkregh obudził się nagle. Cały był pokryty zimnym potem, i trząsł się nie tyle z zimna, co ze strachu.
"Wrócił"
Zobaczył Ramizesa, jak zwykle trzymającego wartę. Podszedł do niego na miękkich nogach, choć i to próbował zamaskować.
- Poczułeś to? - zapytał mag.
- Tak. Co to było? - wampir odwrócił głowę, spoglądając w twarz maga.
- Ktoś niesamowicie potężny, gdy zada mu się śmiertelny cios, nie umiera całokowicie, lecz odradza się. No i jeszcze zostaje kwestia, czy ten ktoś nie zostawił części lub nawet całej duszy tutaj. Wtedy odradza się już w żyjącym, dorosłym osobniku, rzadko dziecka. A co, kogoś szukacie? - wywód Joan został zakończony pytaniem, a dwójka odwróciła sie do niej, niezbyt spokojna. Ona również coś musiała wiedzieć, lecz albo nie wstrząsnęło nią to tak, albo doskonale się maskowała.
- A co, jeśli ci powiem? Co jesteś w stanie mi zaoferować, Joan? - zapytał Finkregh, odzyskując panowanie nad głosem i był w stanie powiedzieć to normalnie.
- Zupełnie jak Atis albo Marcus. Coś za coś. Jesteście wredni - Joan odwróciła głowę i popatrzyła się wdal, ponad ogniskiem. - a co byś chciał? - zapytała, nie odwracając głowy.
- Przecież wiesz, prawda? - tutaj wtrącił się Ramizes.
- No dobra dobra, nauczę cię czegoś... A ty nauczysz mnie maskować umysł. Cholera, myślałam że sama wyczytam w twojej głowie o kogo chodzi, a tutaj nic. U niego - wskazała na Ramizesa - nawet nie próbowałam, bo i tak wiadomo, że wampiry to dopiero potrafią się ukrywać.
- Ja się zgadzam. Ale nie wiem co on na to - powiedział Finkregh, wskazując na Ramizesa.
- Ja chcę parę faktów o tobie, Joan. Chcę wiedzieć, kim dokładnie i naprawdę jesteś.
Joan wstrząsnęło to do głebi. Ktoś CHCE wiedzieć, kim ona jest?...
- Nie wiem. Powiem ci rano.
Przewróciła się na drugi bok i zasnęła. Finkregh też udał siena spoczynek. Nikt nie widział jej łez.
Med zasnął od razu. Dłużący się dzień oczekiwania wyczerpał go zaupełnie. Połozył sie jako pierwszy nawet nie patrząc w stronę zdziwionych przyjaciół, którzy zajęci byli wlaśnie jedzeniem. "To" stało sie nagle. Nawet nie wiedzial kiedy zsnął i jak sie tu znalazl. W jednej chwili niesamowita ciemność, a w drugiej oslepiający blask światła z każdej strony. Gdy wzrok Medivha przyzwyczaił sie do tego blasku i przyjrzał się uważniiej otaczającemu go światu, spostrzegłe, że ten dziwny blask to ogień. Cała kraina płonęła, a on znalazł się na jednej z wielu małych wysepek pośrodku morza ognia.
-Witaj Med.
Głos dobiegał zza jego pleców. Odwrócił się aby ujrzeć kobiecą sylwetkę skrytą w cieniu. Skąd cień w tym jasnym miejscu - przebiegła mu przez glowę myśl.
-Atis?
-Oczywiście, że ja głupku - odpowiedziała glosem tnącym jak brzytwa - A kto inny mogłby być? - jej głos trochę zlagodnial.
-Nie wiem... Jak?... Skąd ty tu...
-Nie przerywaj mi. Mamy mało czasu. Markus jest zdrajcą. To on sprowadza na was za pomocą magii wszystkie nieszczęścia jakie was spotkały. Musisz go zabić. Unicestwić raz na zawsze.
Zabić Markusa? To niemożliwe! Atis by tego nie moła powiedzieć.
-Dochodzę jeszcze do tego członkowie druzyny. Nie wiemy kto może być w zmowie z tym kundlem Dla pewności zabij wszystich. Najlepiej we śnie.
Zabić wszystkich? Coś tu nie gra. - myslał Med z rosnącym zdziwieniem. Przyjrzał się dokladniej sylwetce ukrytej w cieniu. Od kiedy Atis ma włosy do samej ziemi? I te...te...szpony...
-Ty nie jesteś Atis - powiedział szeptem.
Kobieta nie przestająca do tej pory mowić nagle urwała i powiedziała chrapliwym głosem wychodząc z cienia.
-Nie, masz rację.
Jego oczom ukazała się kobieta. Demon-kobieta. Jej oczy płonęły wściekłą czerwienią, miała szpony, nienaturalnie dlugie wlosy i ostre kły zamiat zębow. nagle zniknęła i pojawiła się tuż przed Medivhem. Wbiła mu swoje szpony w brzuch śmiejąc się szyderczo i... obraz nagle się zmienił. Znowu leżał w jaskini, tam gdzie zasnąl. Wszyscy spali. Dotknał ręką brzucha i stwierdził, ze rana tam jest i cieknie z niej obficie krew. Nie czuł wogóle bólu. Wstał bez problemu i pomyslal, ze przydałoby się to załatać, bo się wykrwawi. Podszedł do opslania gdzie leżal Nazina. Mial koc naciągnięty na głowę. Med potrząsnął nim parę razy, ale widząc, ze to nic nie daje ściągnął mu koc z głowy. To co zobaczył odrzuciło go tak, ze upadł na ziemię. Zamiast Naziny na poslaniu leżał stary szkielet. I nagle znowu leżał na poslaniu zwijając sie z bólu. Krew lała mu się przez alce ręki, ktorą przyciskal do brzucha. A więc to nie był sen... Przez mgłę zobaczył jeszcze stojącego Ramizesa i kładącego się spać Finka. Zemdlał...


Tonari no Totoro!
Gdy Med upadł najblizej niego aktualnie leżący Fink ułozył go w dogodnej pozycji aby mógł spokojnie zasnąć i po chwili tak też się stało. Mag popatrzył jeszcze na wampira. Leżal on na drzewie. Grubej i długiej gałęzi wysoko koło korony drzewa. Wpatrywał się w księżyc, który był dziś w pełni. Doskonale oświecał on wampira dodajac mu jakby grozy i majestatu. W dodatku był to bardzo dobry punkt orientacyjny. Wysoki a w ciemności przecież wiadomo, że dziecku nocy nie wiele istot zdolnych jest być nie zauważalnymi. Noc...Kocham noc. Czuję w sobie niespotykaną za dnia siłą. Tą zewnętrzną jak i wewnętrzą. Adam nie stanowiłby żadnego wyzwania. Jak i każdy z nich... Popatrzył na grupkę, śpiącą koło wygasającego ogniska. Aya i Rince spali tulac się do siebie. Joan spała używając Markusa jako poduszki. Wilk napewno nie śpi. To istota, która napewno stanowiła by zagrożenie. Oceniał dalej Ramizes. Zdaje się być poza tym bardzo mądrym Wilkiem. A ta Joan..."Ziomek" Usmiechnął sie delikatnie przypominając sobie te słowo, a tym bardziej jego znacznie według Markusa. Grupka naprawdę udana. Trudno będzie się nudzić... Gdzieś w oddali zawył wilk. Koło ogisnka wstała postać. Był to Adam. Rozglądnął się uważniej dookoła, ale nie spojrzał w górę. Co on knuje? Przyglądał się postaci z ciekawością wampir. Adam ruszył w stronę lasu i wszedł w niego. Głowa Markusa lekko się podniosła również zaciekawiona akcją Adama. Ramizes bezszelestnie skoczył z drzwa na inne, śledząc łowcę. W końcu okazało się o co mu szło. Adam miał potrzebę fizjologiczną. Wtedy to w Ramizesa uderzył przypływ podenicenia. Dalczego by nie? Jest sam...Samiuteńki sam. A w dodatku zapsany... Krew zaczęła krążyć a kły się wydłużać Chłopak nie ma na sobie pancerza. A miecz man plecach nie zdąrzy go wyjąć... Ciało wampira bylo gotowe do ataku. Bezszelestnie wampir zeskoczył na ziem. Adam akurat oddał swoją potrzebę po czym lekko zapsany owdrócił się. Usłyszał jakby jakiś szelest. Rozglądnął się lecz zapsany uznał, że to królik albo nic. Wtem coś go chwyciło od tyłu za klatkę i ręce, zatykajać usta.
-No i mamy naszego wojwonika-szeptał wampir do ucha Adama-Nie było to zbyt mądre-wampir przyłożył ostrze do pleców wojwonika-Pisknij a szybko skończysz...-po czym odsunął dłoń od ust nadal nie pozwalajać łowcy na jakikolwiek ruch.
-Czego chcesz?-spytał cicho Adam.
-Może tego co pływa w twoich żyłach? Może sprawdzimy czy jak cię zagryzę to staniesz się wampirem, co ty na to?
-Odwal się. Nie zrobisz tego. Inni zobaczą, że mnie nie ma.
-A kogo to obchodzi? Umiesz tylko drzeć mordę i nic więcej. Nikt nie bedzie po tobie płakał...-wampir już przykładał kły do tętnicy Adama gy wampirzy zmysł uświadomił mu, że ktoś tu jest-Markus...
-Mną się nie przejmuj...popatrzę. W mroku, mimo że Ramizes go nie widział to doskonale wiedział gdzie jest, był Markus.
-Pomóż, Markus...-poprosił Adam.
-Nie wtrącam się w cudze rzeczy-odpowiedział chłodno Markus. Ramizes poczuł się bardziej bezkarniej a głód był coraz mocniejszy.
-Zatem sprawdźmy czy zagryziony wstanie zmartwych...- Kły wampira przebiły się do tętnicy po czym począł on ssać życiodajną ciecz. Adam pomimo bólu czuł...rozkosz...Mimo tego, że wiedział co się z nim dzieje, nie mógł temu się przeciwstawić. To było zbyt...przyjemne. Nawet nie krzyczał. Po chwili świat, las, niebo stawały się coraz czerwieńsze a wszystko zaczynało wirować. Po chwili zpadła ciemność...
-Ahh odrazu lepiej-Wampir puścił puste zwłoki Adama.
-Ehhh wy wampiry...Musicie zabijać?
-Nie, ale jemu się to należało-odwrócił się do Markusa i podszedł do niego. Cała jego buzia była zakrawiona i zęby też.
-Źle by chyba było jakby inni dowiedzieli się co się stało.
-No ale przecież ty, Markusie się w to nie wtrącasz, nie?-spytał powtarzajać prawie słowa Markusa z przed kilku chwil.
-A no nie...wasza sprawa. Ale jeśli byś coś zaczał z Joan...
-Jej to nie grozi...przerwał zapewnieniem wampir.
-Co z ciałem?
-Ja się nim zajmę, odniosę je trochę dalej po czym zjedzą go wielki lub coś mięsożernego. W naturze nic nie ginie...
Markus nic nie powiedział tylko przytaknął głową. Ramizes podniósł ciało po czym poszedł głębiej w las. Po około 1h wrócił na swoje miejsce. Wszyscy byli tam gdzie przedtem...
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
- Trzeba było go zabijać? Nie mogłeś go zostawić?... - zza drzewa wyszedł Finkregh, z wyrazem zawodu na twarzy. Ramizes odwrócił się od niego - na posłaniu musiała spać iluzja...
- Tak - rzekł, nie patrząc na maga. - Był denerwujący... Nie możesz powiedzieć, żebyś go lubił, nieprawdaż?
- Owszem, może i nie był idealnym towarzyszem... Ale wydawało mi się, że potrafisz się powstrzymać. Wystarczyło mnie obudzić! Tyle razy ci mówiłem, że jeśli miałbyś ochotę na krew, to masz do mnie iść. Niezależnie od pory dnia czy roku. Ale nie, trzeba było go zabić! Nie poznaję cię. Po prostu cie nie poznaję - spuścił wzrok na ziemię. - Nigdy taki nie byłeś... W sumie, to i mój błąd. Już dawno dziwnie się zachowywałeś. Trzeba było cię nakarmić wczesniej... Wtedy nie byłoby problemu. Ale jest... Wracam tam. Przyjaciel czy nie, to wciąz człowiek. I zamierzam go pochować.
Wampir powoli obrócił się w stronę Fina, lecz jego już nie było. W mglistej poświacie księżyca, na ziemi, błyszczało parę srebrnych punktów. Łzy.

Marcus zwinął się w kłebek i wsunął pod głowę Joan. Mnóstwo myśli tłukło mu się po głowie. Ramizes jest niebezpieczny... Zabił jednego, zabije ich wiecej. To się robi mało komfortowe. Podróżować razem z wampirem. Wampirem, o którym myśleli, iż jest przyjacielem.

Finkregh stanął nad nienaruszonym ciałem Adama. Ramizes wybrał dobre miejsce... Blisko kryjówki niedźwiedzia. Gdyby rano zwęszył padlinę, na pewno by podszedł, i zatarł wszelkie ślady. Pochylił się nad nim. Było coś dziwnego... Nie tknęło go nawet najmniejsze robactwo. Czyżby?...
Wyjął z rękawa fiolkę.

***

Nocnego zabójstwa nie było łatwo ukryć rano, więc prawie od razu przyjaciele wiedzieli, iż brakuje Adama. Zaczęły się niezbyt wygodne pytania - w końcu Ramizes stał na warcie, i to on powinien wiedzieć gdzie poszedł Łowca, no i w końcu go nie znosił... Atmosfera była niezbyt przyjazna przy porannym posiłku. Każdy spoglądał na Ramizesa spode łba, oskarżając go o zamordowanie ich przyjaciela. Wszelkie wątpliwości rozwiał Mag, który własnie wyszedł z lasu. W palcach trzymał za własy coś, co wyglądało na głowę Adama...
- Adam został zaatakowany w nocy przez niedźwiedzia. To znalazłem przed chwilą koło jaskini...
Podczas gdy reszta ze strachem spoglądała na głowę z jakiegoś ciała, Fink spojrzał znacząco na wampira, dając mu do zrozumienia, że nie będzie go wiecznie krył.
-Joan, nie patrz.... - Markus zasłonił dziewczyie oczy swoją "dłonią".
- Pocałuj mnie w dupę! Widziałam gorsze rzeczy. - Joan odsunęła łapę Wilka od swojej twarzy. Zaiste, gdy zobaczyła co Finkregh trzyma w palcach, nawet się nie wzdrygnęła. - Widać, że jest odcięta. - rzuciła unosząc przy tym jedną brew.
- C-co? - zapytał Nazin z nutką strachu w głosie.
- Jak możesz to mówić z takim spokojem? Nie masz serca dziecko? - Rincewind był oszołomiony postwą Joan. Spodziewał się, jak zresztą chyba każdy, iż nie będzia chciała tego iglądać, będzie płakać.
- Moja reakcja jest spowodowana dwoma rzeczami. Uno, ja się tak bardzo mocno do niego nie przywiązałam tak jak wy. Does, mówiłam - widziałam gorsze rzeczy.
Finkregh nie zareagował na to wszystko w żaden sposób.
- Nikt nic nie mówi, co? Nie to nie, ja spadam. Narka, sztywniaki. - powiedziawszy to, Joan wykonała skok międzysferalny.
Nikt nic nie mówił, prawda. Lecz było jedno pytanie: Co tak naprawdę stało się z Adamem?......

(krótko bo krótko, na nic więcej mnie nie stać, jak narazie przelewam swoją wenę na rysunki. -_-)
-No dobra! Chcecie znać prawdę? No to słuchajcie!-Ramizes wstał i popatrzył na każdego z osobna. W każdym wzroku malowała się ciekawość oraz zaskoczenie z reakcji wampira.
-Mów, słuchamy-powiedział Markus.
-Zatem miałem wartę. I jak wiecie Adam udał się do lasu. Podążyłem za nim. Bacznie go obserwowałem gdy nagle...Adam zaczął sikać-wszystkich lekko zamurowało-No tak, po prostu poszedł się wysikać. Lecz widać był tak zaspany, że nie zauwazył jaskini obok i mieszkającego w nim niedźwiedzia...A ten najwyraźniej był głodny. Co więcej, głupek Adam odwrócił się tyłem do jaskini, więc niedźwiedź wielkich problemów z dojściem do naszego "bohatera" nie miał. Chyba nie muszę opisywać jak skończyło się spotkanie? W każdym razie WIDZIAŁEM i nie zareagowałem. Bo po co? Po pierwsze: Nie miałem takiego obowiązku. Wiecie jakie były pomiędzy nami relacje. Po drugie: Nie wiele mógłbym zdziałać nawet jeśli bym chciał. Adam był za blisko niedźwiedziej jaskini. Jeśli chcecie mnie obwiniać za śmieć Adama to proszę bardzo. Jednak nie zginął on z mojej ręki lecz z braku mojej interwencji.
-No, ale poszedłeś za nim. Skąd mamy mieć pewność, że nie kłamiesz? Równie dobrze, mógbyś go zabić i dać niedźwiedziowi na pożarcie aby nie było ciała- spytał badawczo patrzać na wampira Nazin.
-Choćby z tego powodu, że był on zaspany, nie miał na sobie pancerza i nie był gotowy do walki.
-Doskonała okazja do bezproblemowego zabicia go-dodał Rince.
-To prawda, ale "walka" taka jest poniżej mojej godności. Pokonałem go we walce i zrobił bym to ponownie. Nie uniżał bym się do takiego taniego chwytu. Zabicie go we walce byłoby czymś konkretniejszym. Dodam ponadto, że trochę się zasmuciłem, że w ten sposób zginął. Wolałbym go zabić własnoręcznie. A tak niestety, pozostaje mi cieszyć się jego śmiercią z rąk...łap innego- popatrzył na głowę Adama uśmiechając się perfidnie.
-Hmmm chyba masz rację. Zresztą głową wyglądą na lekko odgryzioną. Zatem chyba sprawa jasna...-mówił Nazin z lekkim niedowierzaniem pomimo iż cała historia zdaje się jak najbardziej racjonalna. A i Ramizes opowiedział ją we wiarygodny sposób.
-Miał pecha po prostu-dodał cicho siedzący do tej pory Ashgan.
-Aby to nikomu się z nas nie przytrafiło...
Ropoczeło się dramatyzowanie nad losem Adama wtem Fink usłyszał głos w głowie.
"Musimy porozmawiać" był to głos Ramizesa.
-Zatem idziemy pochować to co z nigo pozostało. A wy módlcie się o jego duszę-powiedział Fink i udał się wraz z Ramizsesem w miejsce gdzie doszło do zabójstwa.
-Ciekawa historyka, bardzo wiarygodna.
-O to chodzi. A teraz słuchaj. Chodzi o to zabójstwo. Nie zrobiłem go z głodu lub z braku krwi. To było coś więcej. On na to zasłużył. Drwił ze mnie. Musiało go to spotkać....
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
- I na co ci to było? - zapytał, stojąc obok niedawnego miejsca spoczynku ciała Adama.
- Moja sprawa, Fin. Nie mieszaj się. A teraz chcę po prostu usłyszeć, co zrobiłeś z ciałem. Przecież nie mógłbyś odciąć mu głowy...
- Nawet tobie włosy stanęłyby dęba, gdybym ci powiedział, co robiłem... Lepiej, żeby niektórych rzeczy nie wiedzieć.
- To chcę wiedzieć. GDZIE JEST JEGO CIAŁO? - ponowił z naciskiem pytanie. Ramizes się niecierpliwił.
Na twarzy maga pojawił się cierpki uśmieszek.
- Masz - podał mu pustą fiolkę. - Jeśli rozpoznasz co to, to odgadniesz również zagadkę ciała Adama. A teraz chodźmy do reszty... Bo wyjdzie na to że i mnie zabiłeś.
Dalszą drogę pokonali w milczeniu. Ramizes - zastanawiając się, co też Fink zrobił, Finkregh - opracowywując nową formułę czaru.
- No, jesteście nareszcie - rzekł Ashgan z najbliższego drzewa. - PRAWIE zaczęliśmy się martwić. No, to co teraz robimy? - powiedział, zeskakując z drzewa i dołączając do drużyny.
- Nie wiem... Ale ja bym chętnie przespała się w PRAWDZIWEJ gospodzie z pysznym jedzeniem i miękkimi łóżkami... - powiedziała Aya, przytulając się do Rince'a.
- Sądzę, że wszyscy chcieliby to samo, nieprawdaż? - powiedział Nazina.
- Wiesz, po tym, co myśmy ostatniu zrobili w gospodzie to wiesz... Chyba nas znają w promieniu 100, może 200 mil - uśmiechnął się ponuro. - Ale nie zaszkodzi spróbować...
- No to teleport, nie? - powiedział Rince.
- Ekhm, nie zapomnieliście o kimś? - zapytał Marcus. Fakt, prawie o nim zapomnieli.
- A jak my cię mamy tam zabrać?! - Ashgan był najwyraźniej LEKKO zdziwiony.
- Tak jak to zrobiliśmy poprzednio... Marcus, zmień się - powiedział Finkregh. Po chwili widzieli tylko wielkiego wilka. - Teraz pasuje. No, Rince - do miasta!
Po wyjściu z portalu ich oczą ukazał się rynek miasta. Był wieczór. Ludzie i strażnicy miejscy pojedyńczo przechadzali się. Markus przybrał zwykłą postać.
-Jak to dobrze znów rozprostować kości - wyszeptał demon z uśmieszkiem na ustach.
-Patrzcie widziecie? To Gospoda pod Posępną Harpią. Tam spędzimy noc i najemy sie do syta. - wyjaśnił Nazin
Cała grupka udała sie do budynku. Przed drzwiami stał strażnik miejski ubrany w bordową zbroje ze srebrnymi zdobieniami.
-STAĆ! Wilkołaki nie mają wstępu do gospody.
Marcus popatrzył sie na wątłego strażnika i o mało co nie wybuchnął śmiechem. Zbliżywszy sie do niego chwicił go za gardło i "spokojnie" przekonał osobnika. Gospoda stała otworem. Aya z Rincem udali sie wykupić nocleg, a reszta przycupneła przy jednym ze stolików.
-Dobra to może coś zamówimy. - zaproponował wygłodniały Medivh.
-Jasne. Tylko gdzie jest Ashgan? - zapytał Ramizes który był zdziwiony.
-Pewnie gdzieś sie szwęda. Napewno wróci. Nie jest dzieckiem żeby go niańczyć. - tłumaczyła Joan..
Wszyscy dziwnym spojrzeniem obrzucili dziwczyne.
-Może jemu nie. Ale tobie napewno. Hehe - Roześmiał sie wampir
Reszta zaczęła sie śmiać razem z nim, a zdenerwowana łowczyni wbiła wzrok w Ramizesa jakby miała go zaraz zabić. Rinc i Aya właśnie udali sie w strone stolika.
-No to mamy nocleg załationy. Teraz może coś zjedzmy. - Zaproponował Rinc...
____________________________________________________________________

Tymczasem Ashgan usiadł tuż obok fontanny która była na rynku i zaczął rozmyślać... Moje demoniczne moce to przekleństwo... Sądziłem że to pozwoli mi być lepszym bardziej szanowanym i godnym zaufania... Ale mylilem sie... Do Demona mentalnie przemówił cziś głos.
WIem co czujesz.. Mogę ci pomóc...
Kim jesteś?
Jestem białym Lordem Seraphinem. Ostatnim z żyjących. Od dłuzszego czasu obserwuje twoje poczynania i uważam że nie nadajesz sie na wampira, ani tymbardziej demona. Jest w tobie zbyt dużo dobroci. Zaszczytem jest rozmowa ze mną, więc doceń to i nie zadawj pytań, tylko słuchaj. Udasz się do wieży którą widzisz na zachodzie miasta. Spotkasz sie tam ze mną. Ruszaj później wszystko ci wyjaśnie...
Ashgan bez chwili zamysłu podążył do wieży. Była ona cała wykonana z białego kamienia. Gdy otworzył drzwi komnaty na samej górze, ujrzał mężczyzne w białej szacie, z białmi skrzydłami i z długą srebrzaną brodą.
-Ciesze sie że w końcu dotarłeś. Mam nadzieje że propozycja jaką ci złoże będzie przystępna. Powiedzmy sobie szczeże. JEstem już stary. Żyje od ponad 500 lat.
-Do czego zmierzasz? - zapytał zaciekawiony demon.
-Otóż. Przez te 500 lat nie spotkałem żadnego godnego następcy. Wszyscy bowiem nie byli godni dostąpić zaszczytu jaki ci oferuje. Chcę żebyś został Seraphinem. Jest to bowiem błogosławiony dar.
-Ale dlaczego ja? Przecież... ja zrobiłem tyle złego.... Pozatym ... - Ashgan niemógł wyrazić zachwytu z propozycji.
-Sam widzisz... Jest kilka przesłanek... Po pierwsze: Pamiętasz sytuacje gdy do jaskini zakradli sie orkowie i pobiegłeś wraz z rozwścieczonymi towarzyszami do ataku?
-Tak pamiętam.
-Na twoim czole widnieje znak dziedzica tronu potępionych. Powinien on świecić na czerwono a przy ostatniej walce rozjarzył sie boskim niebieskim światłem. Po drugie: Dzierżysz Tribunal'a i wbrew tego co wiesz nie jest on demoniczną bronią.
-A-Ale jak to? - Demon wciąż niedowierzał.
-Nieumiem tego wyjaśnić. Jedno jest pewne co jakiś czas na świat przychodzi wybraniec. Który strzec pożądku będzie za cene wszelką. Wybrańcem byłem ja... I wybrańcem jesteś ty.... Tylko odpowienia osoba może zostać strażnikiem światłości....
-Wiele przemawia za... - Ashgan cały czas rozmyślał ponieważ bał sie że straci swojego najlepszego przyjaciela który jest wampirem. - Dobrze.... Ale przecież jestem demonicznym wcieleniem....
-Stań naprzeciw mnie.
Demon tak własni zrobił. Bał sie tego co może się teraz wydarzyć. Serpahin wyciągnął zza pazuchy jakiś zwój oraz miecz. Wypowiedział inkantacje ze zwoju oraz przyłożył miecz do ramienia Ashgana. Rozbłysło jasne światło. Ashgan upadł...
*po 5 min.*
Seraphin dobudzał bohatera..
-Agh.. moje czoło i serce tak strasznie boli - Ashgan nie wiedział co się z nim stało. Gdy doszedł do siebie zobaczył na sobie białą szate. Gdy dotknał czoła emblemat Bethrzena zniknął a pojawiło się tam coś w rodzaju Celtyckiego Krzyża, ale o trochę innych kształtach. Jego oczy były teraz koloru błękitnego, włosy sięgały ramion i były srebrzystego koloru.
-Teraz powstań strażniku światła. - Seraphin zwrócił sie bezpośrednio do Ashgana. - Musimy jeszcze uczynic coś z twoją bronią ponieważ bije od niej mroczna siła. - Lord poniósł Tribunal'a i polał go jakaś wcześniej pzygotowaną cieczą złotego koloru. Broń zajarzyła sie niebieskim światłem i zmieniła kolor. Bowiem cały miecz był białego koloru ze złotymi zdobieniami na ostrzu. Seraphin wręczył Ashganowi broń i zaczął wyjaśniań parę rzeczy.
- Posłuchaj. Jesteśy szlacetnymi Seraphinami strażnikami światła. Nie możesz o tym zapomnać. Twój przyjaciel Ramizes i Marcus... Są istotami mroku. W normalnych okolicznościach powinieneś ich zgładzić. Ale przyjaźń może przełamać wszelkie zasady. I Jeszcze jedno zanim odejde na wieczny spoczynek... Pamiętaj że kiedyś będziesz musiał podjąć tą decyzje. Mówie tu o wyborze wojego następcy. Nie wybierz złej osoby... Bo od twojej decyzji mogą zależeć losy strażników światła. - objaśnił Seraphin
-Ale czekaj...! - próbował zatrzymać go Ashgan, niestety nadarmo ponieważ postać zaczęła zanikać aż wparowała.
-No to ładnie - Seraphin zaczął szeptać do siebie - Mam nadzieje że teraz znajde troche spokoju i nie strace przyjaciela co najważniejsze. - Strażnik udał sie do gospody gdzie czekali na niego kompani.....

--------------------------
[no chyba na wstępie dobrze sie rozpisałem ]

Ashgan wszedl do karczmy. Była późna godzina i oprócz naszych towarzyszy nikogo juz więcej nie bylo. Nawet karczmarz przysnął ze szmatka na ladzie i glową w zupie. Gdy Ashgan wszedl do karczmy d razu ucichly rozmowy. Wszyscy stali zapatrzeni w Seraphina jak w obrazek. Ciszę przerwał Nazin.
-A...A...Ashgan?
-We własnej osobie - jego głos zmienil się. Brzmial czysto i orzeźwiająco.
Znowu zapadla cisza. Ashgan usiadł przy stole.
-Jak...jak tak się zmieniles? - zapytał znowu Nazin.
Ashgan oppowiedzial calą historię. Zatail jedynie to, że jest Strażnikiem Światla. Uznal, że tą wiadomość powinien na razie znać tylko on.
-Super - krzyknęła Joan po skończonej opowieści.Ten okrzyk pomógl wrócić wszystkim do równowagi. Tymczasem Joan oglądała Ashgana od stóp do głowy.
-Ekstra miecz. Zmienil się od poprzedniego razu, prawda? I ten znak na czole. Tez chce taki.
Joan nie przestawala wyrażać swojego podziwu róznymi okrzykami, aż w koncu skończył się jej chyba asrtyment slow, gdyż usiadła na swoim miejscu i patrzyła sie tylko na to co się dzieje.
Dyskusja ozywiła sie. Każdy zasypał Ashgana pytaniami. Seraphin rozejrzał się i stwierdził ze smutkiem, ze w sali brakuje Ramizesa i Markusa.
-Seraphin...Ale to by znaczylo, że......Muszę sprobować - myslal Medivh.
Wychylil się przez stól jakby sięgając po solniczkę. "Przypadkowo" dotknął Ashgana. Szybko cofnal ręk i spojrzał na nią. Nosila lekkie ślady poparzenia. Nikt tego nie widzial. Podczas gdy rozmowa trwala Med zastanawial się nad rzeczą, nad którą nie zastanwial się od dawna. Mianowicie nad wadami bycia pol-demonem......


Tonari no Totoro!
Rince, po zapytaniu Ashgana o parę spraw siedział milczący.
'Seraphin... Seraphin! Z czym mi się to kojarzy? Co to może być? Cholera, dlaczego pamięć zawodziz awsze wtedy kiedy jest potrzebna?!'
'Znam chyba odpowiedź... Przyjdź do nas!'
'Co? Kto jest w moich myślach?'
'To tylko my, Marcus i Ramizes. Chodź - jesteśmy zaraz za karczmą. Denerwowali nas'
- Wybaczcie.. Muszę iść za potrzebą - powiedział Rince, i wyszedł z karczmy. Skierował się od razy za budynek. Przeklinał się, że to mogli nie być oni, ale ciekawość zżerałą go w takim stopniu, iż musiał się dowiedzieć. Po chwili marszu zauważył ich - siedzieli sobie na powywracanych beczkach i starych skrzyniach o których ktoś musiał zapomnieć. Zatrzymał się. Stały tam dwie postacie, wyglądające jak demon i wampir, ale czuł, że coś jest nie tak. Poczekał chwilę, żeby jego wzrok przyzwyczaił się do tak głebokich ciemności.
- Pośpiesz się! Czekamy na ciebie! - zawołał Ramizes. I to utwierdziło maga w przekonaniu, iż nie są to jego znajomi... Bo chocby niewiadomo w jakim nastroju, głos wampira był przesiąknięty wręcz swego rodzaju mrokiem i zmęczeniem, a ten był radosny i żywy.
- Kim jesteście? I co do cholery zrobiliście moim przyjaciołom?! - krzyknął głośno, zbierając energię.
- Trudno, prawda? Rozpoznał nas - jedna postać zwróciła się do drugiej.
- O tak, to chyba źle. Będziemy musieli go zabić.
- Naprawdę? A ja tak tego nie lubię. Krew ciężko schodzi z rąk.
- Musimy się przemóc... Magu, czy wiesz, kto za chwilę cię zabije? No tak, nie wiesz - postać zaśmiała się. Z tym, że jej głos brzmiał tak... kobieco.
- Pozwolisz, że mu wytłumaczę? - odezwał siędrugi głos, ten, który się podszywał pod wampira.
- Oczywiście - powiedział kobiecy głos. - Wypada się przedstawiać zanim się kogoś pozbawi życia.
Któraś z postaci wyczarowała kulę niebieskiego ognia, która zawisła nad ich głowami, jednocześnie oświetlając ich twarze.
- Jesteśmy Polującymi, magu. Polującymi Kruków. Na ciebie i twych przyjaciół został wydany wyrok śmierci.
Polującymi okazała się kobieta o czarnej cerze i blond włosach, ze zgrabnie upięta szatą w kolorach czerwieni i czerni; mężczyzna był niewiele wyższy od swej towarzyszki, jednak znacznie szerszy w ramionach. Na plecach trzymał ogromny topór - takiego Rince nigdy jeszcze nie widział. Rozmiarów parokrotnie przewyższający każdy inny topór, ciężarem pewnie też. Czyli Polujący był niezwykle silnym przeciwnikiem... Silnym fizycznie.
- A wyrok wydany przez kogo niby? Znam was, ale nie znam waszego pracodawcy. W dodatku moglibyście podać swoje imiona.
- Czemu nie? - radośnie odpowiedziała kobieta. - Ja jestem Nuriko, a mój partner to Gawyneror... A po co ci imię naszego zleceniodawcy? Na nic ci się nie przyda.
- A jednak... Będę wiedział, kogo mam ścigać, gdy was zabiję! POCHODNIA OGNIA SMOKÓW!
Nigdy nie myślał, że będzie musiał go użyć... Ostatnio często używa czarów ostatniej szansy. Uśmiechnął się krzywo mimo wysiłku, jakiego kosztowało go to zaklęcie. Wyprostował się, gdy dym przerzedził się. Ukazując obydwie postacie Polujących.
- Nie sądziłem, że będziesz na tyle głupi żeby nas atakować. No cóż... Teraz twoja śmierć będzie bolesna.
'Cholera! Pięknie... Muszę zwracać uwagę na ostrze wojownika i na magię tej kobiety! Jak ja mam do cholery?...'
Poczuł delikatny ucisk na swoje myśli. Spojrzał na twarz kobiety - widniał na niej usmiech. Uporczywie wpatrywała się w maga.
'Ona używa magii umysłu! Jak do cholery?...'
Potężny cios zadany myślą równocześnie z płazem ostrza topora uderzył go mocno. Poczuł, że złamano mu nos i zraniono twarz. Ale nie przejmował się ciałem. Całą energię magiczną zużył na wzniesienie murów obronnych swego umysłu chroniących jego myśli i skupił się częściowo na wojowniku. Był bardzo szybki i silny... Jego mysli przerwał kolejny mocny cios. Tym razem trzonkiem broni prosto w żołądek, co automatycznie spowodowało reakcję wymiotną. Kiedy podnosił się z klęczek zauważył zamglonymi oczyma, iż wojownik coś robi... Tak, kumuluje magię w dłoni. Czyli był też magiem. Rince pożegnał się już w myślach ze wszystkimi, i chwiejnie podniósł się na nogi.
- Nie zabijesz mnie kleczącego. Nie zabijesz mnie bez walki. Więc wzywam święty, wicznie płonący Ogień Smoków! Pochłoń mych przeciw...
Wojownik wystrzelił w jego kierunku, wyciągając dłoń na wysokości jego serca. Poczuł, że to koniec. ciepła krew ochlapała mu twarz... Otworzył oczy, kontynuując zbieranie energii potrzebnej dla czaru, i podtrzymywał wciąz obronę umysłu. Ręce wojownika zatrzymały się na parę cali przed nim. Coś go zasłoniło... Zasłoniło własnym ciałem.
Mężczyzna odtrącił martwe ciało, które przetoczyło się na plecy. W Rince'a wpatrywały się bez wyrazu martwe oczy. Martwe oczy Adama.
W czasie gdy Rince walczył z Polującymi dwie prawdziwe postacie Markusa i Ramizesa przemierzały ciemne ulice miasta. Szedły bez słowa. Czego on chce? rozmyślał Ramizes zastanawiajac się po co Markus go wyciągnął z karczmy. Jednak Wilk nie mówił nic i szedł w jakimś kierunku. Wampir miał na myśli możliwość konfrontacji lecz nie byłby z niej zadowolony. Markus to trudny przeciwnik ocenił i szedł dalej. Po chwili zobaczyli z ulicy i wszedli w bardzo ciemną i pustą uliczkę. Chociaż trudno to ocenić z oczu obu postaci, gdyż im to nie przeszkadza i doskonale widzą w ciemnościach to jednak brak jakiegokolwiek oświetlenia, powoduje że wnioskuję się dużą ciemność. Zapowiadała się jakaś poważna rozmowa przy, której jak widać Markus nie chciał świadków. Wreszczcie demon stanął i obrucił się w stronę Ramizesa.
-Musimy porozmawiać-oznajmił poważnie Markus wpatrując się w martwe oczy Wampira. Ramizses miał ochotę powiedzieć "No nie wiedziałem" lub "A myślałem, że idziemy na spacer" ale doskonale zdawał sobie sprawę, że takie żarty są w tym wypadku nie na miejscu.
-Słucham zatem-odpowiedział równie poważnie nie przerywając kontaktu wzrokowego.
-Ostatnie wydarzenie spowiły twoją postać cieniem niepewności i niedowierzeń. Powiem któtko. Odjedź póki możesz-Markus mówił to powoli i wyraźnie. Szczególnie ostatnie zdanie. Twarz wampira pozostała bez wyrazu.
-Grozisz mi?
-Nie, narazie miło proszę. Ostatnie wydarzenia nie spowodowały wzrostu zaufania do ciebie, Ramizesie. Nie ufam ci na tyle abym w spokoju mógł przebywać w twoim otoczeniu. Zabiłeś jednego, zabijesz kolejnego.
-Powiedz mi Markusie, jesteś stary i potężny, nieprawdaż?-Markus nie wykonał żadnego ruchu czy gestu-Zatem powiedz, czy pozwoliłbyś sobie aby jakiś śmiertelnik pluł ci w twarz?
Makrus namyśliszwszy się odpowiedział-Nie-odpowiedział szybko i treściwie.
-Zatem cóż miałem według ciebie zrobić?
-Nie jestem doradzcą, zrobiłeś co uznałeś za stosowne. Jednak mi chodzi o bezpieczeństwo Joan. Teraz nie wiadomo czy jak ci ktoś się nie spodoba czy odrazu go nie zabijesz...I to nawet nie w walce. Mogłeś go zabić w walce, honorowo. A chyba tego jesteś pozbawiony-po tych słowach twarz wampira nie była bez wyrazu. Malowało się na nim zdziwienie oraz wzrastające oburzenie.
-Joan nic nie grozi. Tak samo jak i innym...O ile nie będą podobni do Adama. Zapominasz chyba, że wampir to nie tylko wojownik ale też łowca. W tym wypadku ta druga natura wzięła górę. Były sprzyjające ku temu warunki. Jednakże z brakiem honoru stanowczo przeasadzasz!-podniósł głos wampir-Honor jest rzeczą ważną, nawet dla wampira.Śmierć Adama była m.in. spowodowana uznaniem mnie istotą bez honoru. Nie waż się nazywać mnie wampirem bez honoru-Markus najwyraźniej nacisknął na odcisk Ramizesa. Z pewnym sensu o to mu chodziło i pojawił się niewidoczny uśmieszek na twarzy Wilka-Obrażasz mnie, Markusie.
-Hmmm...zatem cofam to co powiedziałem. Jednak nadal nie ufam ci. I nalegam abyś honorowo odszedł.
-Nikt nie wymaga od ciebie abyś mi ufał. Zresztą, powiedz, kto ufa trupowi? Można by rzec, że jestem skazany na jego brak. Jednak pozostanę choćby po to aby to wam oraz...sobie to udowodnić-ze słów wampira płynęła szczera prawda. Nie miał tu Markus żadnych wątpliwości.
-No dobrze, ale jeśli zobaczę, że w jakiś sposób dobierasz się do Joan..pożałujesz...o ile zdąrzysz, rozumiesz?
-Tak, nie potrzeba mi tego powtarzać dwa razy.
-Dobrze, wracajmy zatem, bo jeszcze pomyślą, że ktoś kogoś zabił...-w odpowiedzi wampira usłyszeć można było lekki śmiech. Ledwo ruszyli kilka kroków gdy poczuli, że nie są sami.
"Czujesz to?" spytał mentalnie Ramizesa Markus.
"Tak, ktoś tu jest". Wtem z przodu oraz z tyłu pojawiły się dwie osoby. Wampir i demon przylegli do siebie plecami, wampir wyjął broń. Łatwo było wyczuć, że nie są to osoby, które przyszły pogadać.
-Kim jesteście?-Spytał Markus.
-Polującymi...Chociaż nie wiem czy ta widza na coś ci się sprzyda gdy przyjdzie ci umerzeć-powiedziałą pierwsza osoba naprzeciwko Markusa, głos był chłodny i szorski.
-Wam obu...-dodał niemal szeptem drugi męski głos. Obie postacie zaczęły przygotowywać inkantacje jakiegoś czaru.
"Znam ten czar, postarają się nas zniszczyć. Jednak czar ma jedną wadę...leci prosto, wiesz co robić?"
"Amatorzy..." Obie postacie wystrzeliły magiczny pocisk. Wtem dwa cele podskoczyły na znaczą wysokość. Pociski się ze sobą zderzyły. Powodując spolaryzowanie obszaru gdzie były niedoszłe ofiary. Ramizes wskoczył na ścianę po czym odbijając się wyskoczył w niezywkle szybkim tempie na ramiona tajemniczej postaci. Wbił miecz prosto w czaszkę przebiając ją na wylot. Następnie efektownie wybił się z ramion robiac fikołek do tyłu a postać ciskając do tyłu niczym worek kartofli. Markus zeskoczył na ziem po czym poteżnym i dalekim doskiekiem wskoczył na postać i zwalił ją na plecy unieruchamiając ją.
-A teraz gadaj czego od nas chcecie-zarządał Wilk
-Nic nie powiem!-odpowiedziała postać zapierając się.
-Ramizes możesz podejść?-ledwo po słowach wampir już stał koło demona-ten pan nie chce mówić, mógłbyś coś uczynić?
-Z przyjemnością-wampir uchwycił za dłoń postać-Mów o co pyta ten przyjacielski pan albo będzie boleć.
-Nie!
-Nie to nie-Ramizes szybkim ruchem obciął mieczem dłoń. Z kikuta zaczęła bryskać krew-Mówisz?
-Nie!-postać nadal opierała się.
-Nie to nie-powtórzył Ramizes i obciął kolejną cześć ręki-mówisz?
-Ta...Nie!-nagle zmieniła zdanie postać.
-Ależ on uparty...-skomentował Markus a w tym czasie prawie cała ręka została odcięta. Ramiez zlizał krew z miecza i swojej dłoni i podszed do drugiej ręki. Ledwo ją pochwycił gdy postać zaczęła krzyczeć:
-Tak! Powiem wszystko!-W głosie był już płacz.
-Zatem czego od nas chcesz?...
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
← Fan Works
Wczytywanie...