riese

Fragment książki

Preludium
Sześć lat przed Upadkiem

Spowijała go licząca wieki ciemność, ale to nie przeszkadzało mu widzieć wszystkiego dokoła, tak jak nie przeszkadzał mu brak oczu. Był kiedyś czarownikiem, i to potężnym. Jego spektralny wzrok pozwolił mu dostrzec każdy fragment celi wyraźniej nawet, niż byłoby to możliwe, gdyby korzystał z pary oczu.

Nie potrzebował widzieć, by poruszać się po celi. Znał każdy kamień posadzki, każde zaklęcie, które go tu więziło. Poznał je zarówno spektralnym wzrokiem, jak i dotykiem. Wiedział, jakim echem odbije się dźwięk każdego z dziewięciu kroków, jakich trzeba mu było, by pokonać odległość od jednej ściany do drugiej. Czuł przepływ magii – zaklęcie za zaklęciem, czar za czarem. Ich miażdżącą potęgę, która miała jeden tylko cel – utrzymać go pogrzebanego tutaj, zapomnianego, pozbawionego szansy na wybaczenie.

Ci, którzy go tu zamknęli, chcieli, żeby cela stała się jego grobem. Zapomnieli o nim na długie stulecia. Powinni byli go zabić. Taki wyrok okazałby się łagodniejszy. Ale nie, darowali mu życie, udając, że to akt miłosierdzia. W ten sposób ci, którzy go tu zniewolili: kobieta, którą kochał, Tyrande Whisperwind, i jego brat, Malfurion Stormrage, mogli uważać się za lepszych.

Stulecia ciągnęły się niemiłosiernie, w codzienności pozbawionej głosu innej istoty. Tylko jego dozorcy, Wartownicy, odzywali się do niego od czasu do czasu. Znienawidził ich wszystkich. A najbardziej nienawidził ich przywódczyni, Strażniczki Maiev Shadowsong, zwanej Pieśnią Cienia. Ona odwiedzała go częściej niż pozostali, wciąż obawiając się, że więzień ucieknie mimo wszelkich środków ostrożności, jakie podjęli ci, którzy go tu zamknęli. Kiedyś nade wszystko pragnęła jego śmierci. Teraz jej życiowym zadaniem było zadbać, by żył uwięziony, podczas gdy wszyscy inni o nim zapomnieli.

„Co to? Delikatne drżenie w pierścieniu czarów wiążących?”

Niemożliwe. Z tego miejsca nie było ucieczki. Nawet w śmierć. Zaklęcia leczyły wszelkie rany, jakie sobie zadawał. Magia utrzymywała go przy życiu, nie musiał nawet jeść czy pić. Te zaklęcia zostały utkane przez mistrzów, powiązane tak ciasno i splecione ze sobą tak głęboko, że zerwać mogli je jedynie ci, którzy go tu żywcem pochowali. A oni nigdy by tego nie zrobili. Za bardzo się bali. I nie bez powodu.

Przez wieki rozmyślał ponuro, co zrobiłby tym, którzy go uwięzili. Jedyne, co miał, to czas. O wiele więcej lat spędził w celi niż na wolności. Gdyby nie był tym, kim był, to już dawno popadłby w obłęd.

A może oszalał? Ile to tysięcy lat siedział w tej celi? Stracił rachubę i to było najgorsze. Spędził wieki, uwięziony w ciemności, w klatce, mogąc uczynić tylko dziewięć kroków w każdym kierunku. On, który kiedyś ścigał demony przez nieprzebyte puszcze Azeroth, teraz został skazany na życie w miejscu, gdzie nikt nie zostawiłby nawet zwierzęcia.

Skazali go na tę celę, a jego jedyną winą było dążenie do pokonania wspólnego wroga. Przeniknął do Płonącego Legionu, zaprzysięgłego wroga jego ludu, więcej nawet – wroga całego świata. Próbował odwrócić zło, jakiego dopuścili się demoniczni najeźdźcy.

I czyż został nagrodzony za swe wysiłki? Nie! Pogrzebano go żywcem. Jego lud widział w nim zdrajcę. Kiedyś uważali go za bohatera, ale już nie dzisiaj. Dzisiaj, jeśli ktokolwiek o nim jeszcze pamiętał, to jego imię z pewnością było przeklęte.

„Czy to szczęk ścierających się ostrzy?”

Odepchnął tę myśl. Nie mógł sobie pozwolić na nadzieję. Nie było nikogo, kto chciałby go uwolnić. Jego rodzina, przyjaciele – wszyscy zwrócili się przeciwko niemu, gdy na szczycie góry Hyjal podjął próbę odtworzenia Studni Wieczności, starożytnego źródła magii nocnych elfów. Jeśli ktokolwiek chciałby jego uwolnienia, to jedynie demony. A jego dozorcy prędzej by go zabili, niż dopuścili do tego. I póki zaklęcia i czary pozostawały nienaruszone, on sam nie mógł zrobić nic, by ich przed tym powstrzymać.

I wtedy poczuł to ponownie. Kolejne drżenie w strumieniach płynącej wokół magii. Sploty mocy, które go wiązały przez te wszystkie lata, słabły. Podniósł dłonie, rozprostował palce i zaczerpnął magii. Po raz pierwszy od wieków poczuł odzew, drgnienie tak nieznaczne, że właściwie mogło mu się tylko wydawać. Wezwał swe bliźniacze ostrza, Bojowe Glewie Azzinotha. Wystawiono je na stojaku umieszczonym przed celą jako trofeum i by jemu urągać. Teraz jednak starożytne zaklęcie, które wiązało broń z duszą właściciela, sprawiło, że ostrza zmaterializowały się w jego dłoniach. Popłynęła przez nie moc, rozświetlając runy wyryte na klingach.

Serce zabiło mu szybciej. Usta wyschły. Czyli rzeczywiście miał szansę odzyskać wolność! Mocniej pochwycił broń. W przeszłości bliźniacze ostrza zabijały demony. Teraz będą ścinać elfy. Ta myśl nie była już dlań niepokojąca jak dawniej. Teraz uznał, że będzie znajdował w tym przyjemność.

Magiczne kajdany ponownie zadrżały. Odgłosy walki stały się bliższe. Część pętających go zaklęć zniknęła. Być może magiczne więzy skalane zostały przelewaną właśnie krwią, a może zniszczyły je czary rzucane w trakcie walki trwającej po drugiej stronie muru. W miarę jak zaklęcia się wypalały, jego wypełniała energia. Serce waliło mu w piersi. Czuł mrowienie w całym ciele. Miał wrażenie, że mógłby zionąć ogniem. Po niewyobrażalnie długim czasie postu napływ mocy był niemalże nie do zniesienia.

Wyczuł czyjąś obecność za drzwiami swego więzienia. Przygotował się na atak. Zza drzwi dobiegł go głos, głos, którego nigdy nie spodziewał się usłyszeć.

– Illidanie, czy to ty? – spytała Tyrande Whisperwind, zwana wśród swego ludu Szeptem Wiatru.

Wszystkie jego sny o zemście, jego plany odwetu rozwiały się niczym dym, jak gdyby lata spędzone w więzieniu nigdy nie miały miejsca. Zdumiało go to uczucie – był pewien, że nic ani nikt już nie jest w stanie go poruszyć, a szczególnie nie ona.

Po tak długim milczeniu mówienie przychodziło mu z niejakim trudem.

– Tyrande… to ty! Po tych wszystkich latach w ciemności twój głos jest jak światło księżyca padające na moje myśli.

Przeklął własną słabość. Nie takie słowa wypowiadał, wyobrażając sobie swą ucieczkę, a jednak wyrwały się zeń nieproszone, tak jak niechciana nadzieja wezbrała w jego piersi. Może Tyrande zrozumiała, że popełniła błąd? Może przyszła go uwolnić i mu wybaczyć?

– Legion powrócił, Illidanie. Twoi pobratymcy potrzebują cię raz jeszcze.

Zacisnął dłonie na bliźniaczych ostrzach.

– Moi pobratymcy mnie potrzebują? Moi pobratymcy zostawili mnie tu, bym zgnił! – Gniew ścisnął mu gardło, dławiąc resztę słów. Demony powróciły, tak jak się tego zawsze spodziewał, i teraz jego lud chciał jego pomocy. Gniew popłynął w nim wartkim strumieniem ognia, zostawiając za sobą pustkę, którą natychmiast wypełniła moc.

Nie miał już wątpliwości – wiążące go zaklęcia słabły. Za jej sprawą.

Skoncentrował całą swą furię, całą narosłą w nim frustrację w jednym potężnym zaklęciu rozpraszającym. Osłabione kajdany magii wytrzymywały napór jego woli, ale tylko przez moment. Strumienie mocy rozbijały bariery wokół niego. Magiczne więzienie ustępowało, początkowo powoli, ale z każdą chwilą szybciej. Przebił się przez kraty swojej celi, rozrywając kamienie.

Tyrande stała po drugiej stronie. Piękna jak zawsze. Lata, które upłynęły, nie zmieniły jej ani trochę. Wciąż była błękitnowłosa, wysoka, pełna gracji niczym tancerka ze świątyni, zachwycająca jak wschód księżyca nad Nordrassilem. Jej skóra miała ten sam jasny odcień fioletu, który zapamiętał. Spowijał ją zapach krwi i uwolnionej magii. Zauważyła jego wściekłość i odwróciła głowę, nie mogąc spojrzeć mu w oczy. To, że po tylu latach od ich ostatniego spotkania wciąż się wzdrygała, zabolało go najbardziej.

– Kiedyś byłaś bliska memu sercu, Tyrande, i dlatego znów zapoluję na demony i pokonam Legion. – Obnażył zęby w pogardliwym grymasie. – Ale nigdy nie będę winien niczego naszemu ludowi!

Tym razem spojrzała mu w oczy. Jej twarz zmieniła się pod wpływem emocji. Nadzieja. Strach. Czy to była litość, czy może żal? Nie wiedział i gardził sobą za to, że przywiązuje taką wagę do tego, co ona myśli. Bo to, co czuła, nie miało dlań żadnego znaczenia! Żadnego!

– Wracajmy więc jak najszybciej na powierzchnię! Demoniczne skażenie rozprzestrzenia się z każdą chwilą, którą tu marnujemy.

I to było wszystko. Całe powitanie, jakie czekało go po długich, straconych bezpowrotnie stuleciach. Żadnych przeprosin. Żadnej skruchy. Przyłożyła rękę do pogrzebania go w tym straszliwym miejscu, a teraz potrzebowała jego pomocy. A najgorsze było to, że zmierzał zrobić, o co prosiła.

Na zewnątrz celi leżały ciała. Bez wątpienia rozegrała się tu zażarta bitwa i Tyrande musiała wywalczyć sobie drogę do więźnia. Była więc naprawdę zdesperowana, skoro posunęła się do czegoś takiego. Patrząc na masywne zwłoki strażnika, Illidan uświadomił sobie, że jeśli rzeczywiście Płonący Legion powrócił, to Tyrande miała ku takiemu działaniu wszelkie podstawy. Legion niszczył światy, tak jak zwykłe armie niszczyły miasta.

– Zabiłaś go? – Wskazał nieruchome ciało Califaksa.

– Tak. Strażnik gaju nie pozwoliłby ci wyjść wolnym.

Roześmiał się.

– Maiev będzie zła. Był jednym z jej ulubieńców.

Policzki Tyrande pociemniały.

– To nie jest powód do śmiechu.

– Niewiele miałem okazji do radości w czasie tych tysięcy lat więzienia, na które mnie skazałaś. Wybacz, jeśli moje poczucie humoru wydaje ci się nieco spaczone.

– Dziesięć tysięcy.

– Co?

– Minęło ponad dziesięć tysięcy lat od chwili twego uwięzienia.

Śmiech zamarł mu na ustach. Ciężar tych słów przygniótł go niczym ciężar ziemi nad ich głowami.

– Tak długo… – powiedział cicho. Popatrzył na starożytne ściany swego więzienia, prześledził sploty czarów, które go w nim trzymały, i przyśpieszył kroku, zdecydowany wydostać się stąd i nigdy nie wracać.

– Dlaczego naprawdę mnie uwolniłaś? – zapytał, wciąż licząc, że Tyrande okaże choćby cień skruchy czy żalu za swe postępki.

– Mówiłam już, Płonący Legion powrócił. Nikt nie wie na ich temat więcej niż ty. Nikt nie zgładził więcej demonów.

– Nie obawiasz się, że zdradzę? Tak mnie przecież nazywają: Zdrajcą.

– Byłeś zdrajcą, ale w końcu stanąłeś po właściwej stronie.

– Popatrz tylko, gdzie mnie to zaprowadziło. – Pokrytą tatuażami ręką wykonał gest obejmujący otoczenie.

– Mógłbyś już być martwy. Jak wielu z naszego ludu.

– Nasz lud. Wciąż mówisz o naszym ludzie. To nie jest nasz lud. To twój lud.

– Tak bardzo nas nienawidzisz?

– Tak. – Wargi ściągnęły mu się w wyrazie odrazy. – Ale na szczęście dla ciebie demonów nienawidzę bardziej.

Skinęła głową, jakby powiedział coś, co chciała usłyszeć. Poczuł kiełkujące w nim podejrzenia. Nie został uwięziony wskutek źle pojętego miłosierdzia, ale ponieważ Tyrande wiedziała, że pewnego dnia znów będą go potrzebować. Przechowano go niczym zabójczą klingę w zbrojowni.

Wyczuł potężną, a zarazem znajomą moc. Jego brat. Powinien wiedzieć, że gdzie była Tyrande, tam i jej ukochany, Malfurion. Illidan spiął się, gotów w każdej chwili rzucić się do walki.

Jego towarzyszka poczuła to samo. Rzuciła się do przodu i zatrzymała, gdy potężny arcydruid stanął jej na drodze. Malfurion Stormrage. Brat Illidana był ogromny, imponujący niczym gniew burzy, od którego wzięło się jego miano. Rozłożyste poroże zdobiło jego głowę, a urodziwą twarz wykrzywiło niezadowolenie, gdy zobaczył Illidana na wolności. Najwyraźniej arcydruid nie przybył pomóc Tyrande.

Towarzyszyło mu czterech druidów szponów, wszyscy w formie niedźwiedzia. Warczeli, pokazując Illidanowi łapy zbrojne w pazury. Zostali tu przysłani, by nie dopuścić do ucieczki Illidana, i najwyraźniej mieli zamiar wypełnić powierzone im zadanie.

– Furionie! – zawołała Tyrande.

Illidan zmagał się, by zapanować nad gniewem. Oto stał przed nim brat, który go potępił. Gdy wreszcie łowca demonów znalazł właściwe słowa, przepojone były goryczą:

– Cała wieczność minęła, bracie. Wieczność w ciemności.

Malfurion spojrzał na brata bez najmniejszego drgnienia na twarzy.

– Zostałeś skazany, byś zapłacił za swoje grzechy, nic więcej.

Kłamliwość tego stwierdzenia odebrała Illidanowi dech. Co za brat skazałby swego brata na dziesięć tysięcy lat w grobowcu?!

– A kim byłeś, żeby mnie osądzać?! Walczyliśmy z demonami ramię w ramię, jeśli pamiętasz!

Napięcie aż trzeszczało między nimi. W tej chwili obaj byli gotowi walczyć i zabić.

– Dość tego, obaj! – krzyknęła Tyrande. – Co się stało, to się nie odstanie.

Skupiła swą uwagę i całą siłę wzroku na Malfurionie.

– Mój ukochany, przy pomocy Illidana raz jeszcze odeprzemy atak demonów i ocalimy naszą umiłowaną krainę.

– Zastanowiłaś się, jaką cenę przyjdzie nam za to zapłacić? – Malfurion potrząsnął głową. – Pomoc tego zdrajcy może oznaczać zagładę nas wszystkich. Nie chcę brać w tym udziału.

Illidan przywołał na twarz wyuczony wyraz obojętności. Jego własny brat wciąż uważał go za potwora, nic ponadto, za marionetkę Legionu. Ale on mu pokaże. Pokaże wszystkim, że demony nie mają nad nim żadnej władzy.

– Uciekaj w swoją słabość i niezdecydowanie, bracie, ale może nie tutaj – powiedział. – Mam zadanie do wykonania. I niewiele czasu, by je wypełnić.

Ani na chwilę nie przestał gromadzić mocy i teraz, wybuchem energii, roztrącił wszystkich, posyłając na ściany. Minął ich, zastygłych w oszołomieniu, i opuścił więzienie. W głębi duszy wiedział, że zanim to wszystko się skończy, raz jeszcze zostanie nazwany Zdrajcą i będzie na to zasługiwał.

Nigdy już tu nie wróci.

Rozdział pierwszy
Cztery lata przed Upadkiem

Gęstą zasłonę ciemnych chmur, zasnuwającą stale niebo ponad Doliną Cienistego Księżyca, rozdarły zielone meteoryty. Ziemia zadrżała, gdy demoniczne, potwornie ozdobione machiny oblężnicze na murach Czarnej Świątyni plunęły śmiercią w szeregi elfów księcia Kael’thasa Sunstridera, zaścielając trupami krwistoczerwoną ziemię. Mimo strat elfy parły naprzód, zdeterminowane, by przejąć cytadelę Magtheridona, władcy Rubieży, głównego przyczółka Płonącego Legionu w tym strzaskanym świecie.

Illidan znieruchomiał na moment, przyglądając się uważnie Czarnej Świątyni. Dla niewprawnego oka te mury musiały wydawać się niezdobyte, ale on widział, że zaniedbano obronę cytadeli. Wysokie mury obsadzono niedostateczną liczbą strażników, czary ochronne już zaczynały się kruszyć, a metal bramy był zaśniedziały i poznaczony plamami rdzy. Załoga twierdzy broniła się ospale, jakby nie do końca wierzyła, że została zaatakowana przez siły tak nieliczne w porównaniu z ich własnymi. Być może byli przekonani, że demoniczni sojusznicy ruszą im na pomoc. Jeśli tak było, czekało ich gorzkie rozczarowanie. Illidan i jego towarzysze spędzili cały długi dzień na rozpalonej słońcem Rubieży, zamykając bramy, przez które przyzywano demony. Obrońcy twierdzy nie mieli więc po co wypatrywać stamtąd pomocy.

Illidan zerknął na księcia Kael’thasa, zwanego przez niektórych Słońcobieżcą.

– Magtheridon urósł w siłę przez te wszystkie lata, ale nie napotkał poważniejszego oporu. Stał się gnuśny i miękki. Ten pyszałek nie zdoła się przeciwstawić naszemu sprytowi i sile woli.

Wysoki, jasnowłosy książę krwawych elfów spojrzał na Illidana oczyma, w których płonęła dzika radość ze zbliżającej się walki.

– Bitwa będzie wspaniała, o panie! Siły Magtheridona są o wiele potężniejsze, ale nasi wojownicy są gotowi na walkę aż do śmierci!

Illidan miał nadzieję, że nie będzie takiej konieczności. Musiał jak najszybciej opanować Czarną Świątynię i przejąć władzę nad Rubieżą, jeśli chciał schronić się przed władcą demonów Kil’jaedenem. Po tym, jak Illidan ponownie dołączył do Płonącego Legionu, Kil’jaeden nakazał mu zniszczyć Tron Mrozu, a tym samym swego zbuntowanego sługę. Jednakże łowca nie wywiązał się z tego zadania. A Zwodziciel nie tolerował porażek. Illidan był przekonany, że zamknięcie demonicznych portali pozwoli mu ukryć się przed Kil’jaedenem, natomiast zdobycie fortecy dałoby mu solidną bazę dla wszelkich działań, których celem miało być utrzymanie portali zamkniętymi.

Elfi czarownik podniósł rękę i cisnął ku murom włócznię splecioną z mocy tajemnej. Ale obrona twierdzy, nawet w swym obecnym stanie, bez trudu osłoniła machinę oblężniczą przed uderzeniem pocisku. Gdy obrońcy zorientowali się, skąd nadszedł atak, kula ognia popłynęła w dół, w kierunku maga, żłobiąc krwistoczerwoną ziemię. Grupa żołnierzy Kael’thasa przemknęła obok, biegnąc ku osłonie, jaką dawały mury.

Illidan zacisnął pięści, wyczuwając obecne w fortecy demony. Tutaj, w obcym świecie Rubieży, demoniczna magia kusiła go jeszcze silniej niż zwykle – szczególnie po tym, jak wchłonął moc z Czaszki Gul’dana. Potężny strumień chaotycznej energii płynący z artefaktu odmienił Illidana, przekształcił ciało, przydał głębi jego mocy, zarazem jednak wytrącił z równowagi na długie miesiące. Illidan rozprostował swe nowo pozyskane demonie skrzydła, na co książę Kael’thas rzucił mu zaniepokojone spojrzenie. Illidan odetchnął głęboko i zmusił się do zachowania spokoju.

Długa i dziwna droga przywiodła go do tego miejsca. Od dnia, w którym Tyrande uwolniła go z więzienia, był świadkiem zniszczenia, jakiego dokonał Płonący Legion na Azeroth, zawarł pakt z władcą demonów, uciekł na Rubież przed swymi wrogami – zarówno tymi należącymi do demonów, jak i do nocnych elfów. Został ponownie schwytany przez swą dawną nemezis, Maiev, a potem ponownie uwolniony, tym razem przez swego sojusznika, młodego księcia Kael’thasa, który przysiągł Illidanowi wierność, gdy ten obiecał zaspokoić głód magii, dręczący krwawe elfy. Księcia wspierała Lady Vashj, przywódczyni nag. Teraz Illidan przy ich pomocy realizował swój plan obalenia władcy otchłani, który sprawował niepodzielne rządy w tym strzaskanym świecie, w imię Płonącego Legionu.

Kael’thas spoglądał na Illidana wyczekująco, niezawodnie chcąc usłyszeć jakąś odpowiedź na swą obietnicę lojalności.

– Cieszy mnie zapał twych oddziałów, Kaelu. Te dzikie ostępy tylko umocniły w nich ducha i siłę. Sama ich odwaga może wystarczyć, by…

– Lordzie Illidanie, przybyły nowe oddziały, by cię pozdrowić – przerwała mu Lady Vashj, podpełzając bliżej. Potężne pierścienie mięśni napinały się i pulsowały, poruszając zwojami dolnej części jej ciała. Zdumiewająco piękna twarz, w której rysach można było dostrzec podobieństwo do nocnych elfów, kontrastowała z przerażającymi wężowymi kształtami nagi.

Illidan obrócił się we wskazanym przez nią kierunku. Dostrzegł zbliżającą się grupę istot o monstrualnych sylwetkach. Rozpoznał je natychmiast. Złamani. Skażeni i cofnięci w rozwoju, dawniej przedstawiciele rasy draenei, zamieszkujący Draenor, zanim świat ten został rozdarty na strzępy i stał się Rubieżą. Należeli do sojuszników Illidana, stawali bowiem przeciwko wspólnemu wrogowi – Magtheridonowi.

Złamani byli topornymi, niezgrabnymi stworami o przygarbionych plecach i wielkich rękach, w których ściskali prymitywną broń. Illidan wyczuł, że w pobliżu jest ich znacznie więcej – ukrytych za zasłoną potężnej magii nieprzeniknionej dla tych, którzy nie posiadali spektralnego wzroku.

Jeden ze Złamanych, potężniejszy i bardziej jeszcze pokraczny od pozostałych, o nogach zakończonych kopytami, pokuśtykał w stronę Illidana.

– Przez całe pokolenia walczyliśmy z orkami i ich demonicznymi władcami – odezwał się chrapliwie. Zdawało się wręcz, że mówienie sprawia mu ból. – Wreszcie będziemy mogli położyć kres temu przekleństwu. Jesteśmy na twe rozkazy, Lordzie Illidanie.

Akama, przywódca Złamanych, nie był postacią budzącą zaufanie. Z dolnej szczęki sterczały mu ostre kły, a z podbródka wyrastały wijące się macki.

– Przybyliście w samą porę – odrzekł Illidan. – Machiny na murach muszą wreszcie zamilknąć, a te bramy zostać otwarte.

Akama skinął głową i machnął ręką. Niemal niewidoczni Złamani wyroili się przed oddziały Illidana i poczęli wspinać na mury fortecy. Niewielka grupa krwawych elfów i nag chroniła się w cieniu ogromnych fortyfikacji, poniżej łuków płomieni wypluwanych przez demoniczne machiny. Illidan, Kael’thas i Lady Vashj ruszyli, by dołączyć do owej grupy. Akama i jego przyboczni też nie zostawali w tyle.

Raz jeszcze mieli okazję przekonać się o nadmiernej pewności siebie samozwańczego pana Rubieży. W odpowiednio przygotowanej twierdzy na napastników polałby się już wrzący olej z kotłów albo alchemicznie spreparowany ogień. Tymczasem obrońcy nie zrobili nic. Upływały kolejne minuty. Tak blisko murów fortecy Illidan słyszał niski pomruk magicznych generatorów, które zasilały demoniczne machiny wojenne.

Nagle dźwięki bitwy zaczęły dochodzić z wnętrza fortecy i ogromne bramy Czarnej Świątyni stanęły otworem. Akama i jego przyboczni rzucili się w wir walki. Następujące po sobie eksplozje oznaczały, że Złamani zniszczyli generatory. Machiny wojenne zamilkły. Główne siły nag i krwawych elfów ponownie przypuściły szturm na bramę.

Gdy Akama wrócił do Illidana, jego paskudna gęba jaśniała radością. Długo czekał na ten dzień. Illidan uśmiechnął się.

– Jak obiecałem, Akamo, lud twój będzie mógł się zemścić – powiedział. – Nim noc się skończy, wszyscy będziemy pijani zemstą. Vashj, Kael, dajcie rozkaz do ataku. Nadeszła godzina gniewu!

Przez otwartą bramę Illidan widział rozległy dziedziniec zasypany kośćmi. Czerwonoskórzy spaczeni orkowie kręcili się w kółko, zmieszani, podczas gdy ich dowódcy wykrzykiwali kolejne rozkazy, próbując zaprowadzić wśród orków jakikolwiek ład i podjąć próbę odparcia szturmu.

Na każdego żołnierza przypadało dziesięciu spaczonych orków. Magia chaosu zmieniła każdego z nich w istotę daleko potężniejszą i okrutniejszą niż zwykły ork. Teraz jednak nie miało to znaczenia. Siły Illidana przetoczyły się przez dziedziniec. Ustawieni w ciasnym szyku, wbili się klinem w zdezorganizowane oddziały obrońców z równą łatwością, z jaką ich ostrza rąbały ciała orków.

Illidan wbił swe pazury w pierś jednego z czerwonoskórych. Kości chrupnęły głośno, gdy zacisnął pięść i wyrwał serce orka z klatki żeber. Spaczony ork ryknął i rzucił się na przeciwnika. Choć był już martwy, kłapał szczękami i próbował dosięgnąć gardła Illidana.

Illidan podniósł cielsko nad głowę i cisnął nim w nadbiegający oddział czerwonoskórych obrońców. Potężny martwy ork zwalił ich z nóg, posyłając na ziemię. Illidan skoczył między nich, sięgając zarazem do bliźniaczych ostrzy. Niepowstrzymany, ciął na prawo i lewo, przebijając się przez oddziały obrońców. Wrogowie padali okaleczeni, pozbawieni głów, kończyn. Krew pokryła Illidana od kopyt do głowy. Zlizywał jej krople z warg i parł naprzód, ani na chwilę nie przestając ciąć i rąbać.

Wokół rozlegały się krzyki umierających. Magia ryczała jak burza, gdy Lady Vashj i Kael’thas zaczęli ciskać zaklęciami. Illidan miał ochotę do nich dołączyć, ale postanowił zachować siły na ostateczne starcie z Magtheridonem.

Po części cieszył się bitwą. Nic nie mogło dorównać przelewaniu krwi wrogów własnymi rękami. Gdzieś głęboko w nim odmieniona demoniczna część jego ja z rozkoszą żywiła się w ten sposób.

Spaczone orki walczyły niezgorzej, ale dla Illidana i jego towarzyszy nie stanowiły najmniejszego wyzwania. Nagi górowały nad nimi rozmiarami i siłą. Owijały swe wężowe sploty wokół przeciwników i po prostu wyciskały z nich życie.

Krwawe elfy osiągnęły mistrzostwo we władaniu magią i mieczem. Może i nie były tak silne jak spaczeni orkowie, ale znacznie zręczniejsze i szybsze, a lojalność, silniejsza niż wola życia, sprawiała, że niestrudzenie broniły swego księcia.

Złamani walczyli z determinacją właściwą ludowi, który chciał uwolnić swą krainę spod władzy demonów. Śmiertelne wycie czerwonoskórych orków wznosiło się ku niebu niczym protest, gdy jeden po drugim padali pod ciosami nieprzyjaciół. Wystarczyło zaledwie kilka minut, by dziedziniec został oczyszczony, spaczeni orkowie rozgromieni, a droga do wnętrza Czarnej Świątyni i komnat Magtheridona stanęła otworem.

– Zwycięstwo jest nasze – oświadczył Akama. – Świątynia Karaboru znów będzie należeć do mego ludu.

– Świątynia wróci do twego ludu – rzekł Illidan, chowając bliźniacze ostrza – w swoim czasie. – I mówił prawdę. Zamierzał oddać Czarną Świątynię Złamanym. Jak już zrealizuje swój cel.

Akama spojrzał nań kaprawymi oczami. Splótł węźlaste paluchy i przechylił głowę. Z paskudnej twarzy można było wyczytać, że naprawdę chce uwierzyć. Świątynia Karaboru była dla Złamanych najbardziej uświęconym miejscem, zanim Magtheridon jej nie zbezcześcił i nie zmienił w Czarną Świątynię. Illidan wyczuwał, że dla samego Akamy miejsce to miało głębokie i osobiste znaczenie. To był pas, na którym można było poprowadzić przywódcę Złamanych, gdyby zaszła taka potrzeba – bo oczywiście to, czego pragnął Akama, nie miało żadnego znaczenia. Cel Illidana był dalece istotniejszy niż pragnienia wszystkich Złamanych razem wziętych. Zbyt długo Illidan przygotowywał plan, który miał go do tego celu poprowadzić, by teraz powstrzymały go skrupuły.

– Kiedy pokonamy władcę otchłani, większość jego spaczonych dowódców nas poprze – powiedział Illidan. – Czerwonoskórzy podążają za najsilniejszym, pokażemy im więc, że Magtheridon z pewnością nim nie jest. Przyzwane demony, które pozostały w świątyni, przysięgną mi lojalność albo spotka je śmierć.

Vashj skinęła głową.

– Odetnij głowę, a ciało upadnie.

– Zgładzisz Magtheridona, Panie? – spytał Akama.

Illidan pozwolił sobie na wyjątkowo okrutny uśmiech.

– Zrobimy coś o wiele gorszego – odparł.

– A cóż to będzie? – Złamany powoli wymawiał kolejne słowa.

Illidan dosłyszał w tym pytaniu nutę zwątpienia. Najwyraźniej jego sojusznik z rezerwą podchodził do ich poczynań.

– Będziesz musiał poczekać, żeby się przekonać – powiedział mu.

– Jak sobie życzysz, Panie – zgodził się Akama. – Skoro tak być musi.

– Wróćmy w takim razie do naszych spraw. Mamy przecież świat do podbicia – stwierdził Illidan.

***

Drzwi sali tronowej stanęły otworem. Nozdrza Illidana wypełnił odrażający smród demonów. Wokół kościanego tronu władcy otchłani tańczyły płomienie. Magtheridon pięciokrotnie przewyższał każdego z krwawych elfów, a jego ciało przypominało kształtem centaura, miał bowiem tors o dwóch ramionach i dolną połowę z czterema nogami potężną jak u smoka. Owe cztery nogi były tak masywne, że przywodziły na myśl kolumny podtrzymujące dach jakiejś starożytnej świątyni, i tak wysokie, że elf mógł swobodnie przejść pod demonim brzuchem. W ogromnej dłoni Magtheridon ściskał drzewce glewii, długie i grube niczym maszt okrętu zdolnego przepłynąć ocean, a przy tym ciężkie jak gigantyczny taran. Po obu jego bokach stało dwóch wielkich strażników zagłady o nietoperzych skrzydłach, wzrostem dorównujących niemalże swemu panu. Illidan od razu wyczuł ich moc – tak samo jak wrogość.

Władca otchłani zwrócił na Illidana spojrzenie swych płonących oczu.

– Nie znam cię, ale moc twoja jest wielka – głos miał głęboki i gardłowy. – Czy jesteś sługą Legionu? Czy przysłano cię, by poddać mnie próbie?

Illidan roześmiał się.

– Przybywam, aby cię zastąpić. Jesteś przeżytkiem, Magtheridonie, duchem minionej ery. Przyszłość należy do mnie. Od tej chwili mieszkańcy Rubieży mnie będą się kłaniać.

Władca otchłani postąpił naprzód, wznosząc swą gigantyczną glewię, a każdy jego krok wstrząsał ziemią.

– Zgniotę cię niczym robaka, bowiem jesteś robakiem. Pożrę twe zmiażdżone ciało i pochłonę twoją duszę.

Przemawiał z arogancką pewnością siebie istoty przekonanej, że jej potęga nie ma sobie równych. Jego demoniczni strażnicy ruszyli naprzód. Illidan skoczył. Bliźniacze ostrza przecięły powietrze i wgryzły się w ciało wroga. Zraniony w ramię strażnik wypuścił z dłoni topór. Uderzenie serca później druga z bliźniaczych kling rozpłatała go od karku po krocze.

Siły Illidana rzuciły się do walki. Strażnicy zagłady byli potężni, ale też nieliczni. Atakowani nawałnicą czarów Kael’thasa i Vashj, otoczeni przez licznych przeciwników zginęli, jak niedźwiedź pada otoczony przez stado ogarów.

Illidan parł do przodu, by stawić czoła Magtheridonowi. Władca otchłani opuścił ostrze swej gigantycznej glewii, które wgryzło się w ziemię tam, gdzie jeszcze przed chwilą stał Illidan. Ale on zdążył już przetoczyć się między kolumnami nóg Pana Rubieży i podwójnym uderzeniem swych ostrzy ciąć pod przednimi kolanami demona. Władca otchłani zaryczał z furią i ponowił atak. Illidan rzucił się naprzód, pod brzuch przeciwnika, i sprawnym cięciem zadał kolejne dwa ciosy. Po czym nie tracąc chwili, wskoczył na potężny ogon demona, popędził w górę grzbietu i zatopił bliźniacze ostrza w grubym karku.

Z góry widział, że jego sojusznicy rozprawili się ze strażą przyboczną Magtheridona. Demony były pokonane. Illidan wzniósł ręce i rozpoczął inkantację zaklęcia wiążącego. Fala magicznej energii uderzyła władcę otchłani. Ogromny demon zadygotał, gdy czar począł go kąsać.

Serce Illidana waliło niczym młot, gdy narzucał swą wolę demonowi. Miał wrażenie, że wdał się w przeciąganie liny z olbrzymem, ale przewaga Magtheridona malała z każdą chwilą. Władca otchłani wykrzywił się. I on odczuwał trud tych zmagań.

– Jesteś silny… jak na śmiertelnika – powiedział.

– Nie jestem śmiertelnikiem – odparł Illidan.

– Wszystko, co można zgładzić, jest śmiertelne.

Pot zrosił czoło Illidana, oddech stał się chrapliwy i urywany. Łowca demonów rozłożył skrzydła i wzniósł się w powietrze ponad Magtheridona, dając sygnał pozostałym. Nadszedł czas. Lady Vashj, skinąwszy głową, uniosła ramiona i poczęła śpiewać. Przed oczyma Illidana rozbłysły ogniste linie, splatające się w skomplikowany wzór wokół władcy otchłani. Magtheridon zaryczał wściekle, rozumiał już bowiem, co się dzieje.

Illidan przelał w zaklęcie jeszcze więcej mocy. Demon przez chwilę trwał nieruchomo, najwyraźniej niezdolny do działania, i tylko blask magii zalśnił na jego kłach wielkich niczym nagrobki. Nagle stanął dęba, próbując wyrwać się spod wpływu zaklęcia za sprawą siły swego ogromnego cielska oraz własnej magicznej mocy.

Illidan, zmagając się z Magtheridonem, rzucił spojrzenie księciu Kael’thasowi. Krwawy elf oblizywał wargi jak smakosz na widok uczty. Szalejąca wokół magia niechybnie coś w nim obudziła.

– Kael’thasie… – wychrypiał Illidan.

Jego słowa dotarły do elfa. Książę rozrzucił szeroko ramiona i przyłączył się do inkantacji. Energia magiczna o niewypowiedzianej mocy runęła w dół. Czar został domknięty. Władca otchłani ryczał z wściekłości, próbując stawić mu opór, jednak bezskutecznie. Trzymały go więzi tak silne, że nawet on był wobec nich bezradny. Illidan uśmiechnął się zadowolony. Zwyciężyli. Pierwszy etap tak długo układanego planu właśnie dobiegł końca.

***

Akama przysłuchiwał się, jak Lord Illidan wykrzykuje ostatnie słowa zaklęcia wiążącego. Magtheridon stał niczym skamieniały. Był bezsilny, pełen gniewu, a zarazem zdumienia. Próbował poruszyć swym potężnym ciałem, ale bez powodzenia.

Dokonało się.

Władca otchłani został pokonany. Porażka ludu Akamy – pomszczona. Świątynia Karaboru zostanie uwolniona od plugawego wpływu demona.

Akama przez chwilę cieszył się triumfem. Jego siła w połączeniu z mocą czarowników z innego świata okazały się wystarczające, by pokonać istotę nawet tak silną jak demon Magtheridon.

Illidan opadł na ziemię. Z trzaskiem złożył skrzydła, które spoczęły na jego barkach, opuścił ramiona. Blask jego magicznych tatuaży już gasł.

Akama, nie zwlekając, pośpieszył do swego potężnego sojusznika.

– Zwyciężyliśmy, o Panie – oznajmił.

– Tak, mój wierny Akamo, zwyciężyliśmy – zgodził się Illidan.

Czy w słowie „wierny” zabrzmiała nieco prześmiewcza nuta? Nieistotne.

– Uwolniłeś Świątynię Karaboru.

– Uwolniliśmy Świątynię Karaboru.

– Mogę zatem spytać, kiedy mam zacząć, Panie?

– Co zacząć?

Lodowate palce zacisnęły się na sercu Akamy. Zajrzał Illidanowi w twarz, ale nie potrafił rozszyfrować jej wyrazu. Rysy łowcy demonów były dlań niczym maska. Pas runicznego sukna zasłaniał jego puste oczodoły. Być może właśnie doszło do tego, czego Akama obawiał się od samego początku.

– Musimy oczyścić świątynię, Panie, przygotować ją, aby znów stała się świętym miejscem. Wraz z moimi braćmi będę pracować niestrudzenie, w dzień i w nocy, by przeprowadzić konieczne rytuały. Będzie tak, jak gdyby plugawy dotyk Magtheridona nigdy nie skalał tego miejsca.

Illidan powoli skinął głową.

– Będzie na to czas po wszystkim.

– Po wszystkim, Panie?

– Gdy zakończę tu moje sprawy. Wiele jeszcze trzeba zrobić, zanim wyzwolimy Rubież.

– Ale świątynia już jest wyzwolona, czyż nie, Panie?

– Nic nie jest wolne, póki Płonący Legion nie zaprzestanie podbojów. Musimy umocnić to miejsce. Stanie się ostoją, symbolem nadziei dla tych, którzy jeszcze walczą z demonami.

Akama zdusił rozczarowanie. Poniekąd spodziewał się, że wypadki tak właśnie się potoczą. Nie pozwolił jednak, by te myśli znalazły odbicie w wyrazie jego twarzy.

– Stanie się zapewne tak, jak powiedziałeś, Lordzie Illidanie – rzekł, spuszczając wzrok. – Mogę odejść i przekazać tę radosną nowinę moim ludziom?

– Możesz – odparł Illidan. Zamilkł na moment, po czym dodał: – Świątynia powróci do Złamanych, Akamo. Tylko jeszcze nie dziś.

– Oczywiście, Panie. Nie wątpię. – I Akama pośpiesznie opuścił salę tronową Magtheridona. Musiał przygotować się do podróży, spotkać się z kimś, kto być może zdołałby pomóc. Wychodząc, zauważył jeszcze szydercze spojrzenie księcia Kael’thasa, które towarzyszyło mu aż do drzwi.

Książę doskonale wiedział, co nastąpi. Tak samo jak Lady Vashj. Na szczęście Złamani nie do końca wierzyli w uczciwość intencji Illidana. Akama przygotował się na rozmaite okoliczności, zabezpieczył, układając dodatkowy plan, uznał bowiem, że to jedyne rozsądne podejście, gdy zawiązuje się przymierze z kimś, kto nosi przydomek Zdrajca.

Jeśli łowca demonów nie pomoże Złamanym odzyskać Świątyni Karaboru, są tacy, którzy to uczynią. Nadszedł czas, by poszukać nowych sojuszników. Święte miejsce ludu Akamy zostanie oczyszczone bez względu na to, czego życzy sobie Illidan.

***

Illidan wraz z Kael’thasem i Vashj stali na najwyższym dachu Czarnej Świątyni, spoglądając na ponury krajobraz Doliny Cienistego Księżyca. Łowca demonów zdążył już ogłosić Rubieży swoje zwycięstwo z blanków fortecy, ale teraz przepełniał go niepokój. Zamiast triumfu, jakiego się spodziewał, czuł narastające przerażenie.

Niebo w oddali było czerwone jak krew. W stronę Czarnej Świątyni pędziły szkarłatne chmury. Porywisty wiatr szarpnął skrzydłami Illidana. Uniósł w powietrze kłęby czerwonawego pyłu. Illidan poczuł mrowienie na całej skórze i wtedy zauważył, że zewsząd otaczają go iskry magii spaczenia.

– Co to jest, Vashj?! – krzyczał książę Kael’thas. – Skąd się wzięła ta burza?!

– Głupcze, kryj się! Zbliża się tu coś straszliwego!

Drobinki magii stawały się coraz jaśniejsze. W powietrzu przy dachu uformowała się migotliwa aura, by chwilę później zmienić się w gigantyczną, jaśniejącą postać. Wznosiła się nad nimi, wielka niczym baszta fortecy. Coś w tym kształcie przywodziło Illidanowi na myśl Złamanych i draenei.

Był rogaty. Skóra jego gorzała, a płomienie tańczące wokół kopyt oświetlały całe jego ciało. Emanował mocą, przy której bladła nawet potęga władcy otchłani. Illidan zrozumiał, że oto stoi przed obliczem Kil’jaedena, pana demonów, który dowodził większością sił Płonącego Legionu.

Kil’jaeden spojrzał z wysokości gniewnie na Illidana.

– Głupi kundlu. Nie zniszczyłeś Tronu Mrozu, jak ci rozkazałem, i próbujesz ukryć się przede mną w tym zapomnianym miejscu. Miałem cię za sprytniejszego, Illidanie.

Nie można było nie patrzeć Kil’jaedenowi w oczy. Hipnotyzujące, budziły nieodparte uwielbienie i podziw. Można w nich było zobaczyć nieskończenie wiele obietnic i całą wieczność przerażenia.

Połączenie między umysłami zostało nawiązane. Kontakt był elektryzujący. Illidan poczuł, jak okrutny umysł Zwodziciela bada jego świadomość. Pochwycił przebłysk myśli swego adwersarza. Światy, czekające, by je zniszczyć, imperia, będące zabawkami, absolutną moc, gotową na każde wezwanie tej przepotężnej istoty i jej sług. Tak właśnie kusił i uwodził Kil’jaeden. „To wszystko może być też twoje”, obiecywały oczy Zwodziciela, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości. „Bądź posłuszny, a twoi wrogowie zostaną zniszczeni, marzenia o władzy i panowaniu nad światami – spełnione. Cokolwiek sobie zażyczysz, będzie twoje. Ale jeśli sprzeciwisz się Kil’jaedenowi…”

Nadeszła chwila, której Illidan od dawna się obawiał i do której tak długo się przygotowywał. Nie mógł pozwolić, by Zwodziciel przejrzał jego prawdziwe myśli. Nie mógł dopuścić, by tamten zobaczył, czego Illidan nie chce mu pokazać – plany, jakich władca demonów nie może przejrzeć, póki nie będzie już za późno.

Łowca demonów poczuł gigantyczny nacisk woli Kil’jaedena. Moc władcy demonów zwaliła się na Illidana niczym niepowstrzymana fala, ale on był przygotowany, wytrzymał ten napór. Po czym pozwolił, by zewnętrzny mur chroniący jego umysł runął. Wzmocnił drugą linię obrony i powoli, ostrożnie sprawił, że i ona obróciła się w proch, jakby nie był w stanie dłużej się opierać. I dokładnie w tej chwili przywołał zaklęcia, które przygotował sobie na tę okazję. Delikatnie, niedostrzegalnie niemal, jego tajemnice zniknęły, pogrzebane głęboko w skarbcu umysłu łowcy. Jednocześnie pozwolił Kil’jaedenowi pokonać ostatnią zaporę i wedrzeć się do pozornie najskrytszych myśli Illidana.

Czuł kolosalną, natrętną obecność władcy demonów, przeszukującego zakamarki pamięci. Badał sieć jego skojarzeń i wspomnień, szukał, szukał, szukał…

Niektóre części umysłu Illidan utrzymywał zapieczętowane, jak uczyniłby każdy czarownik. Każdy ma przecież mroczne sekrety i pragnienia, których nie chce ujawniać. Kil’jaeden to rozumiał, tak jak doskonale rozumiał wszelkie słabości żywych istot. Illidan zostawił mu kilka kuszących kąsków, osłaniając jednocześnie całe poziomy swej świadomości za czarami ochronnymi i ukrywającymi.

Myśl Kil’jaedena nie szukała sekretów łowcy demonów, tylko od razu sięgnęła do najświeższych wspomnień. Kolejne obrazy przepływały przed oczyma Illidana, w miarę jak ciekawość demona wydobywała wspomnienia na powierzchnię umysłu.

Znów wszedł między skażone drzewa Spaczonej Kniei, przepełniony chęcią udowodnienia bratu, że nie jest narzędziem demonów. Znów słyszał szczęk bliźniaczych ostrzy o zaklętą klingę, gdy walczył z ludzkim zdrajcą Arthasem, sługą Króla Lisza, istoty przewodzącej armii nieumarłych określanej mianem Plagi. Walczyli aż do impasu. Arthas kusił Illidana, mówiąc, że zna położenie Czaszki Gul’dana. A łowca demonów wiedział, że musi ją odnaleźć…

Raz jeszcze poczuł rwący strumień niesamowitej mocy, gdy przełamał pieczęcie czaszki i został przemieniony w demona. Użył artefaktu, by uwolnić moc i pokonać Upiornego Władcę Tichondriusa, który przejął dowództwo Plagi. Jednak nawet w chwili swego triumfu Illidan dostrzegał porażkę, albowiem jego brat i Tyrande zobaczyli, jak został odmieniony, i odwrócili się od niego. Wtedy właśnie zrozumiał, że pozostało mu już tylko wygnanie.

Wyczuł złośliwe rozbawienie Kil’jaedena, gdy przeżywał po raz drugi swe ostatnie spotkanie ze Zwodzicielem. Wtedy to władca demonów dał Illidanowi szansę ponownego dołączenia do Legionu, o ile łowca demonów zniszczy Tron Mrozu, a tym samym potęgę zbuntowanego Króla Lisza. Malfurion przeszkodził Illidanowi i zmusił brata do ucieczki przed gniewem Kil’jaedena. Zwodziciel zatrzymał się na chwilę, oceniając uczciwość wysiłków swego sługi. Illidan to wyczuł.

Ponownie uciekał na Rubież – tylko po to, aby wpaść w ręce Maiev. Na szczęście Kael’thas i Vashj przyszli mu wtedy na pomoc. Kil’jaeden obejrzał też uważnie wspomnienie najświeższe: upadek Magtheridona. Zwodziciel nie dbał tak naprawdę o to, kto rządzi Rubieżą, póki rządzona była w imieniu Legionu.

I tak nagle, jak kontakt się rozpoczął, tak się i zakończył. Władca demonów wycofał się z umysłu Illidana. Łowca uświadomił sobie, że to, co jemu wydawało się długimi godzinami, było zaledwie chwilą, jaka rozdziela dwa uderzenia serca.

Tymczasem serce Illidana tłukło się o żebra. Znalazł się na krawędzi zniszczenia. Wiedział, że nie może mierzyć się z potęgą Kil’jaedena. Co gorsza, jeśli teraz zginie, wszystkie jego plany, wszystkie poświęcenia przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie. Szukał właściwych słów – były jedyną bronią, która mogła go ocalić. Postarał się, by zabrzmiała w nich odpowiednio błagalna nuta, wiedząc, że połechce tym próżność demona.

– Kil’jaedenie! To było tylko chwilowe opóźnienie. Próbowałem wzmocnić moje oddziały. Król Lisz zostanie zniszczony, przysięgam!

Spojrzenie demona przeniosło się z Illidana na Vashj, by wreszcie zatrzymać się na księciu Kael’thasie. Łowca wiedział, że życie ich wszystkich wisi teraz na włosku. Chwila ciszy zdawała się trwać wieczność, wreszcie demon przemówił:

– Czyżby? Jednakowoż słudzy, których zebrałeś, dają pewną nadzieję. Dam ci ostatnią szansę, Illidanie. Zniszcz Tron Mrozu albo przyjdzie ci poznać smak mego gniewu.

Popłynęła magia spaczenia. Blask wokół postaci Kil’jaedena przybrał na sile, aż stał się bezlitośnie oślepiający, a gdy wreszcie zgasł, władca demonów też zniknął. Illidan odetchnął pełną piersią. Udało mu się? Czy naprawdę zdołał ukryć swe prawdziwe intencje przed samym Kil’jaedenem? Zwiódł Zwodziciela? Zapewne niedługo się dowie.

Zacisnął pięści na wspomnienie tego, jak potraktował go władca demonów. Jak marionetkę. Zdusił gniew. Zbliżała się chwila, gdy jego wrogowie zapłacą za wszystko, co mu zrobili. Nawet Kil’jaeden. Musi tylko wytrzymać i jeszcze przez jakiś czas nosić maskę posłusznego sługi. A żeby zyskać na czasie, będzie musiał wykonać rozkaz władcy demonów.

Spojrzał na swych towarzyszy. Odwzajemnili to spojrzenie i dostrzegł w ich oczach wątpliwości. Przez chwilę chciał opowiedzieć im o swych planach, ale odrzucił tę myśl. Oni też zostali poddani drobiazgowemu badaniu. Tak jak i on, czuli groźby władcy demonów i czuli też pokusę. Kto wie, jak odpowiedzieli w głębi swych serc?

– Być może ukrycie się tutaj nie było najszczęśliwszym pomysłem – powiedział. – W każdym razie mamy zadanie do wykonania. Czy podążycie za mną w samo mroźne serce śmierci?

Lady Vashj zwinęła wężowy ogon i wyprostowała plecy, dumnie unosząc głowę.

– Nagi są na twe rozkazy, Lordzie Illidanie. Gdzie ty pójdziesz, tam i my podążymy.

Książę Kael’thas sprawiał wrażenie oszołomionego, co było absolutnie zrozumiałe, po tym jak znalazł się w centrum uwagi władcy demonów.

– Krwawe elfy również, panie. Popędzimy przed sobą Plagę i strzaskamy Tron Mrozu, jeśli tylko rozkażesz.

– Mamy jeszcze trochę czasu – stwierdził Illidan. – Muszę zająć się kilkoma sprawami, zanim wyruszymy. Trzeba nam się przygotować.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...