[ekhp1] Początek - Finkregh

- Riedler może mieć coś w płaszczu - mówi mężczyzna spoglądając na wiszący na gwoździu płaszcz.
Podchodzisz do ściany i go zdejmujesz. To zwykły podróżniczy płaszcz, mocno przybrudzony u dołu błotem. W paru miejscach jest przedarty a w paru widać ślady cerowania. Od środka zauważasz przyszytą pętle na ktorej wisi pałka z którą jeszcze niedawno miałeś styczność. W kieszeni znajdujesz parę drobnych monet, kawałek sznurka, rozerwane metalowe kółko - zwyczajne przedmioty poniewierające się w kieszeniach. Nagłe pulsowanie w czaszcze sprawiło, że syknąłes z bólu i zatoczyłeś się na stół. Po chwili ból ustał...
- Dobra, mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Jak pewnie wiesz, my, Znużgarowie, możemy się pojawić przy osobie, z którą długo mieliśmy kontakt, czyli w tym przypadku... z tobą. Dlatego mam dla ciebie zadanie, dzięki któremu nigdy juz nie zobaczysz ani mnie, ani żadnego z nas. Znajdziesz, i przyprowadzisz pod Dąb Początku [sorry, jeśli pomyliłem nazwę] Riedlera. Ale - tutaj dodałem do głosu nieco groźby - masz czas do pierwszych promieni świtu. Inaczej...
Popatrzyłem na niego wzrokiem, przed którym cofnąłby się wilk. Chciałem albo wyczuć, albo usłyszeć jego potwierdzenie... I szalenie byłem ciekaw, co też sobie teraz dopowiada do tego 'Inaczej...'. Ale jeślibym się zapytał, to spaliłbym cały plan... Jeszcze mocniej popatrzyłem na niego.
Chwilę milczy spoglądają tępo w podłoge. Po chwili wyraźnie się rozluźnia. Słyszysz jak wzdycha z ulgą. Wstaje, opatula się płaszczem, spogląda ci prosto w twarz (uważnie ci się przygląda) i wychodzi szybkim krokiem. Słyszysz jak schody trzeszczą pod jego krokami. Po chwili zapada cisza, zostałeś sam w pokoju...
- Oby tylko...
Szybko przeszukuję cały pokój, dokładnie - wszystkie rzeczy obydwu osobników znoszę na środek. Od razu odrzucam przedmioty osobiste, zostawiam tylko to, co może się przydać - może jakaś osełka, monety, dodatkowy nóż, hubka i krzesiwo...
Po wzięciu wszystkiego, co mogło mi się przydać, schodzę do Głównej Sali, chłonąc rozmowy i zapach jedzenia.
"Później."
Podchodzę do człowieka za ladą, prawdopodobnie karczmarza. Beztrosko zaczynam rozmowę, od '...ależ tutaj tłok! To musi być naprawdę dobra karczma!' i staram sie skierować rozmowę na bandytów grasujących po drogach i lokalizację Dębu. Staram się sprawiać wrażenie nietutejszego, co jest raczej proste, zważywszy na moje pochodzenie.
Przetrząsnąłes dokładnie całe pomieszczenie. Znalazłeś parę drobnych monet, mały kluczyk. Wziąleś nóż leżący na łózku i wsadziłeś za pas. Swój ubłocony i zakrwawiony płaszcz zmieniłeś na ten wiszący na gwoździu z ukrytą pałką pałką

- Czego łajzo chcesz?
- mówi karczmasz spode łba. Nie patrzy na ciebie, skupia się na wycieraniu kamionkowego kufla. - Dębu szukasz? - taksuje cię mętnym spojrzeiem od stóp do głowy - A co? Kolejny cholerny druid szuka natchnienia?
- Tak jakby to ująć... - powiedziałem, niby niedbale zbierając włosy za ucho, aby moje pochodzenie było dość wyraźnie podkreślone. - Owszem, zmierzam do dębu szukać... sensu swego życia, jakkolwiek śmiesznie to brzmi. To jak? Powiesz mi, jak się tam dostać?
Nachyliłem się nad ladą, oparłem o nią łokcie i popatrzyłem na zbiór 'trunków' za właścicielem karczmy. Może by tak coś zamówić?...

[Ekh - ile było tej kasy?]
- Sensu życia łachmyto szukasz a głupiego drzewa znaleźć nie umiesz? Do uczciwej roboty byś się wziął. - zastanawiasz się co taki człowiek może rozumieć pod pojęciem uczciwej pracy - Swój dębik znajdziesz naprzeciwko ratusza. Trudno go nie zauważyć. A teraz zamawiasz coś? Może sok z kory brzozowej, hehe - karczmarz chichocze wyraźnie zadowolony ze swojego dowcipu.

(łączna kwota którą znalazłeś powinna wystarczyć na w miarę prosty posiłek)
- Nie, dziękuję... - odparłem chłodno. Odwróciłem sięplecami, ale rzuciłem ponad ramieniem: - Ale TY chyba nie masz pojęcia, co to 'uczciwa praca'.
Przeszedłem przez salę, nie zważając na potrącanych ludzi, ale ukradkiem wypatrywałem Riedlera albo tego drugiego. Ciągle mogli spiskować... Otworzyłem gwałtownie drzwi, popychając jakiegoś mężczyznę, który rozlał na swoje i tak poplamione ubranie resztkę tego sikacza, dumnie nazywanego 'piwem'. Nie dosłyszałem jego obelg, bowiem zatrzasnąłem drzwi z drugiej strony.
Rozejrzałem się dookoła. Księżycowi jeszcze brakowało dużo, by dotknął ziemi, więc nie minęło wiele czasu, od kiedy ponownie spotkałem się z Riedlerem. Spojrzałem w prawo i w lewo. No tak, o tej porze ludzie albo piją piwo w karczmach i tawernach, albo śpią w swoich domach. Ba, nawet złodzieja próżno było szukać... Mimo błota i wszędobylskich kałuż rozpoznałem, gdzie zaczyna się brukowana ulica, i w tamtą stronę się udałem. W końcu, im bliżej rynku i ratusza, tym ulice będą czyściejsze i bardziej zadbane. I bez błota.
Moje kroki odbijały się cichym echem od fasad starszych, ładniejszych budynków. Przez cały czas ściskałem pałkę oraz nóż. To, że nikogo nie spotkałem do tej pory nie znaczy, że nie spotkam nikogo... Nasłuchiwałem, idąc jak najciszej mogłem.
Wiatr ciągle wiał nieprzyjemnie. Szedłeś zabłoconą drogą starając się unikac co większych kałuż. Nie spotkałeś żywej duszy, jedynie jakiś bezpański pies chwilę się pokręcił w twoim pobliżu po czym pobiegł gdzieś tylko w sobie wiadomym celu. Ulice świeciły pustkami, gdyby nie odgłosy dobiegające z mijanych szynków i karczm możnaby pomyśleć, że miasto wymarło.

Budynek ratusza emanował biało w świetle księżyca. Na przeciwko niego znajdował sie duży kolisty plac na którego środku rosnął On. Dąb Początku, potomek dębów sindaryjskich. Symbol istnienia każdego miasta. Wielki gruby pień wyrasta spomiędzy olbrzymich głazów. Bujna korona z potężnymi konarami lekko chwieje się na wietrze. Wokół drzewa biegnie żwirowa aleja przy ktorej stoją ławki, wszystkie są puste.
Podszedłem z niejakim szacunkiem do drezwa, położyłem na jego wielkim pniu dłoń, gładząc chropowatą korę. Zdawało się, że chce wyszumieć wszystko, czego był świadkiem, całą historię miasta. Zamknąłem oczy, przytknąłem czoło do pnia i rozmyślałem. Czy On stanie sie śiadkiem kolejnego morderstw, które rozegrało sie w tym mieście? Bynajmniej... Otworzyłem oczy, obejrzałem siejeszcze raz dla pewności. Spojrzałęm w górę, wyszujuąc konarów wiszących na tyle nisko, bym jakimś sposobem mógł się wspiąć.
Kora jest tak poznaczona bruzdami, że z łatwością można oprzeć na niej but. Nie powinno być jakiś trudności. Chociaż... Te gałęzie wiszą dość wysoko, a skok z nich wiązałby sie z ponowną... śmiercią. Nie, trzeba odrzucić ten pomysł. Zamiast tego obszedłem Go dookoła, szukając miejsca, z którego nikt nie mógł przyjść.
Obchodząc drzewo wokół dostrzegasz coś dziwnego. W pewnym miejsce głazy tworzą małe sklepienie. Jakaś dziwna roślina świeci stamtąd przygaszonym światłem. Jak robisz krok w tamtą stronę to odczuwasz nagły przebłysk bólu w głowie. Jednocześnie dostrzegasz na tle pomarańcoej łuny jakiś ciemny mały kształt. Coś tam leży...
- Co... Aaah!
Jaskrawy ból, niczym rozżarzone do białości żelazo, przeszył mój mózg. Krótki jak uderzenie serca, mimo to pozostawiający aż taki ślad... Potrząsnąłem głową, mroczki zniknęły z mojego pola widzenia. Trzebaby do tego podejść... Ale jak? Kolejny krok... Znowu ból. Ignoruj go. Nie ma bólu. Ignorować. Krok. Ignoruj to. Krok. Krok. Blisko. Krok... Nie, jeszce gorzej. Upadłem na klęczki, wzrok miałem zamglony. Bliżej. Wyciągnąłem palce. Jeszcze trochę. Nie wolno mi zemdleć. Jeszcze trochę. Jeszcze. Jeszcze... Już prawie...
Klęczysz przed emanującym mchem. Bół w głowie pulsuje niemiłosiernie. Wyciągasz ręke do ciemnego kształtu... Czujesz jakby rodzierał plachtę metalowej blachy w twojej czaszce. Dotykasz...



































Ból ustaje. Odczuwasz niezmierną ulgę i wesołość,wręcz euforię. Przcyiągasz do siebie ciemne zawiniątko. To sakiewka. Duża. Rozwiązujesz sznurek i otwierasz ją. Chwilę gapisz się zdumiony na swoje znalezisko. W pomarańczowej łunie lśnią mirkorki. Musi być ich conajmniej 500 (równowartość pełnego wyposażenia rycerskiego - czyli od cholery i ciut ciut - dop. narrator). W momencie w którym zanurzasz dłoń w mieszku ponowny atak bólu rozrywa ci czaszke. Ciemność przed oczami. Palący ból smaga cię po prawym policzku. Padasz na wpół przytomny na trawę. Widzisz przed sobą pomarańczową łunę i jakieś symbole... nie, to litery!.

hs dg csh bv awe zaczynasz wypełniać swoje zadanie to dobrze otrzymales dar ktory powinien ci pomoc ale zadania nie wypelnisz sam cienie slawą skusisz cienie ci sprzyjac bedą cienie klucz-kule zdobeda a ty w truchle gdzie ulotność potęgi najwyższej widać drzwi otworzysz byś zadania nie zaniedbał piętno dostaniesz
jesli zaniedbasz byt twoj rozproszony zostanie....

Dotykasz dłonią policzka. Wyczuwasz bruzde ukłądającą się chyba w symbol dwóch sfer połączonych iskrą. Pomarańczowa łuna przygasa...

Słowniczek pojęc:

Monety mirkorskie - Najcenniejsza waluta w całym królestwie bita w postaci malutkich monet z mirningstangu - rudy sprowadzanej od krasnoludów z Gór Mglistych.

Mortissieri - na wpółlegendarna szajka trzech braci - złodzieji. Nikt tak naprawdę nie wie czy w ogóle istnieją i kim są. Przypisuje się im m.in. kradzież karety w królestwie Vistulli. Po tym 'incydencie' zaczęto wiązać ich z wywiadem ks. Taracji. Jednak w momencie kiedy, cytując słowa tarackiego szambelana: "sir, ktoś nam podpieprzył tron", nie było to już tak oczywiste. Mortissieri, zwani również Cieniami, to najbardziej poszukiwani i najbardziej oryginalni złodzieje wszechczasów. Nigdy nie zabijają, zostawiaja po sobie charakterystyczne srebrne wizytówki, słyną ze swojego upodobania do gustownych strojów i pięknych kobiet. Biorąc pod uwagę łupy jakie już zgromadzili nie istnieje kwota za którą można by ich wynająć... Gdzie ich szukać? Mówi się, że sami cię znajdą...
Potrząsnąłem głową, by odzyskać normalne pole widzenia. Znowu... To się zdarza zbyt często. Spojrzałem jeszcze raz do skórzanego woreczka i wciągnąłem gwałtownie powietrze. Tyle pieniędzy! Jestem bogaty! Hmm. Symbol telenetyków. Czyżbym musiał się gdzieś udać? No tak... Król. W koronie są części klucza. A szajka Cieni jest na tyle dobra, że pewnie będą mogli zdjąć ją mu z głowy, a on nic nie zauważy. Ale najpierw trzeba ich znaleźć.
Nie... pierwszym w kolejności celem musi być Riedler, bo czas skończy się nad ranem. Cóż, szukanie poczeka. Ukryłem bezpiecznie sakiewkę, by nie rzucała się w oczy, przynajmniej na tyle, żeby nie było łatwo siędo niej dostać, i sięgnąłem ręką tam, gdzie leżał mieszek. Może jest tam coś jeszcze? Riedler... Trzeba go zabić. A czas nieubłaganie płynie...

Właśnie sobie uświadomiłem, że to był mój 666. post. No cóż... Zbyt mroczny to on nie jest :619: :621: :622:
:new_asthanos:
Delikatnie obmacujesz miejsce w ktorym leżał mieszek. Oczekujesz, ze w każdej chwili kolejny błysk bólu wybuchnie ci w głowie. Jednak nic tam więcej nie znajdujesz.

Wokół debu panuje złowieszcza cisza przeywana jedynie cichym szelestem ostatnich liści trzymajacych się gałązek. Bacznie rozglądasz się po okolicy. Nikogo jednak nie widzisz. Jedynie rozświetlone okienko w ratuszu świadzcyło o tym, ze w okolicy są jacyś ludzie. Wstałeś, otrzepałeś sie z wilgotnych liści i...
"Skąd mogę przewidywać, którędy Riedler przyjdzie? Hmm..."
Nagle, tknięty przeczuciem, popatrzyłem w górę. No tak. "Dar, który otrzymałeś, powinien ci pomóc". Zabawne, że najprostszych rzeczy tak trudno się domyśleć. Konar... Jakiś nisko rosnący konar... Zacząłem obchodzić pień dookoła. Plan był prosty - znaleźć jeden, lub dwa obok siebie nisko rosnące konary. Położyć idealnie pod nim 6, 7 mirkorków. To da dostatecznie dobre światło, dzięki tej ich specyficznej łunie, a Riedler... Riedler może i jest cwany, ale jest chciwym i zdeprawowanym oszustem. Podbiegnie - któż nie pobiegłby do takiej ilości pieniędzy? A potem... No cóż, w najlepszym razie zeskoczę na niego i złamię mu kark. Jeśli nie... zobaczy się. Na razie muszę znaleźć ten przeklęty konar...
- Dobra, poszukajmy konaru - powiedziałes cicho obchodząc drzewo. - Hmmm, tędy wejśc, podpierając się na tym potem tam, mały skok i już będzie w sam raz. No, dobra spróbujmy.

Podzedłeś do miejsca w którym wydawało ci się, że łatwo wespniesz się po korze. Powoli wymacałeś chwyt, odbiłeś się od ziemi i schwyciełeś koanr. następnie podciągnałeś sięi zahaczyłęś nogą o uciętą gałąź. Po chwili wysiłku byłeś już na pierwszym konarze. - Teraz tylko mały skok. - Chwila namysłu i skoczyłeś. Chwyciłeś równowagę balansując rękoma. Nagle lewa stopa ześlizgnęła ci się z gałeżi. Jednak złapałeś równowagę. Rozejrzałeś się po swojej kryjówce. - W sam raz. Będzie musiał podejść pod ten konar. - Nagle palnąłeś się w czoło. - Monety! nie zostawiłem ich na dole...
- Dobra, nie ma jak...
Usiadłem okrakiem na konarze, i wyjąłem powoli sakiewkę, uważając, by nie wypadła. Rozwinąłem sznureczki, i wyjąłem 7 małych monet. Zawiązałem ją i ponownie ukryłem, po czym upuściłem monety w ten sposób, żeby wyglądało to na przypadkowe zgubienie. Zdjąłem płaszcz; chwiejnie wstałem, utrzymując róznowagę, po czym rzuciłem go na wyższy konar, by nie rzucał się w oczy. Wreszcze przyda się ten bury kaftan... Nie bedę się odcinał na tle pnia. Z daleka. Cóż... Oparłem się o pień, wyciągnąłem nóż. Bacznie obserwowałem wszystkie alejki w zasięgu wzroku; teraz dopiero się przyda moje elfickie pochodzenie...
- Riedler, czekam... - wyszeptałem do siebie.
Monety spadły mieniąc się w świetle księżyca. Usłyszałes delikatne brzeknięcie o ziemię.

Teraz nastało najgorsze, czekanie. Nie jesteś pewien czy to dlatego, ze znalazłes się wyżej czy może dlatego, że po prostu nagle bardzo się ochłodziło ale poczułes nieprzyjemne dreszcze zimna na plecach. Początkowo stałeś na konarze bacznie rozglądając się po alejkach. Kiedy nogi ci już zdrętwiały usiadłeś. Naszły cię wątpliwości. A jeśli nie przyjdzie? A jeśli przyjdzie z drugiej strony i odejdzie? A jeśłi nie zauważy monet? A jeśli Virassat dał nogę? A jeśli Riedler przyjdzie, zobaczy, ze nikogo nie ma i odejdzie? - pytania raz po raz pojawiały się w twojej głowie. Znowu zaczynasz odczuwać odrętwienie ciała. Powoli zaczynasz szczękać zębami z zimna... Czas upływa.
- Dobra, zimno zimnem, ale nie mogę zasnąć. Trzeba się rozruszać...
Wstałem lekko. Przeciągnąłem się, aż zatrzeszczało w stawach, i rozruszałem ramiona. Skoczyłem, chwyciłem się nastepnego konara, przekręciłem się na nim i usiadłem. Wstałem, okręciłem, wyskoczyłem w górę. Znalazłem swój płaszcz. Czyli jestem nieco wyżej. Faktycznie - zobaczyłem wyraźne błyszczenie monet. Całkiem ładne - no, i widać je z daleka...
"Ciekawe, czego do nich dodają, że odbijają światło we wszystkich kierunkach."
Postanowiłem sprawdzić, czy nikt nie nadchodzi. Przy nieulistnionych częściach konarów przemknął cień, rozglądający się dookoła. Nie ma to jak bury komplet... Wróciłem na poprzednie miejsce, ty razem jednak z płaszczem. Ułożyłem go równolegle na gałęzi i usiadłem, tak, że mogłem nakryć się jego końcami. Wyjąłem metalową sprzączkę, żeby Riedler - jeśli przyjdzie - nie zobaczył niczego.
"Czekam, Riedler. Chodź w objęcia śmierci..."
Nasłuchiwałem.
← [ekhp] Sesja 1
Wczytywanie...