Sesja CSki

Kaznodzieja wpatrywał się w nieproporcjonalny, różowiuchny kubek z parującą w nim kawopodobną cieczą, po czym wybuchł krótkim, serdecznym śmiechem.
- Radioaktywna dawka kofeiny na atomowy speed, na doby początek dnia! Przyznam, że to ciekawszy ze specyfików, które piłem. - przesadzał, oczywiście. Mogłaś zastanawiać się co pił i jakie jeszcze rzeczy robił Frank Callahan wiele lat temu. Może zanim jeszcze został tym, kim jest dzisiaj?
Tak czy inaczej z pooranej zmarszczkami twarzy kaznodziei nie schodził uśmiech.
- Zastanów się nad tym, dlaczego i czego tak naprawdę się boisz. Co, poza życiem, masz do stracenia, gdy opuścisz swój mały, zdeformowany świat szaleńczych kultów i świątyń, które zmieniają właścicieli i dekoracje jak niegdyś hipermarkety? Czy też - co masz do zyskania przez nie wyściubianie stąd nosa? "Kto chce zachować swe życie, straci je". W dzisiejszych czasach wszyscy ludzie są sobie bliżsi w tym jednym aspekcie, niż kiedykolwiek - mamy bardzo niewiele do stracenia. - zakończył nieco cierpko, odstawiając kubek, który wciąż budził w nim wyraźne rozbawienie.
Odpowiedz
"(...)Mały, zdeformowany świat szaleńczych kultów i świątyń, które zmieniają właścicieli i dekoracje jak niegdyś hipermarkety? Czy też - co masz do zyskania przez nie wyściubianie stąd nosa? "Kto chce zachować swe życie, straci je". W dzisiejszych czasach wszyscy ludzie są sobie bliżsi w tym jednym aspekcie, niż kiedykolwiek - mamy bardzo niewiele do stracenia..."
— Szaleńczych kultów, powiadasz... Masz mnie, Archiego, nas — za jakichś oszołomów? Nic do stracenia, mówisz... Może i tak. Ale sam pomyśl... Gdybyś był Stwórcą, zobaczył, że ludzkość Cię zawiodła... Zniszczyłbyś świat tak, żeby coś zostało? Czy raczej rozwaliłbyś go raz, a dobrze? Bóg musiałby być partaczem lub sadystą, by tak wszystko w połowie zostawić. A nie sądzę, by był. Nie zadał by sobie trudu inwestowania w rodzaju ludzki dla marnej uciechy. Więc co? Próba, tak to właśnie postrzega Kościół Humanitarny, nie on jeden zresztą...
Wypiła do końca czekoladę-kawę, odstawiła kubek, też przy tym mimowolnie uśmiechnąwszy się na widoczną "jakość wyrobu" i mówiła dalej, stanowczo już, lekko rozdymając nozdrza, z oczami błyszczącymi w skąpym świetle latarki, zawieszonej skośnie u pułapu jako lampka:
— Chyba, że jesteś ateistą, co oznacza, że mogę tylko westchnąć i spasować, jeżeli tak jest, nie otrzymałeś po prostu znaków i nie masz w sobie iskry Bożej, łaski Bóstwa, która by nieco rozświetliła Twój cynizm... Frank. Ty oczywiście rzekniesz, że kit, Boga nie ma, w ten sposób zapewne rozmowa się skończy — uśmiechnęła się melancholijnie.
— Ruszając daleko od domu, mogę nieść tę iskrę dalej. Ale wtedy babcia Debbie zostanie sama, Kościół straci fachowca... Z kolei nie idąc, zawiodę Archiego. To właśnie jest Próba. Może bluźnię, twierdząc, że tu jest nudno? Bo jest. Ale ile za taką spokojną, sentymentalną nudę inni by dali. Zamienili by się ze mną z pewnością. A z drugiej strony, ludzie są medykami na Froncie, ochraniają karawany, ślęczą nocami nad wynalazkami... Ech. Powiedz, Frank, jakie było Twoje życie, skoro jest Ci tak wszystko jedno, co?
Spojrzała wymownie na jego rękę, a potem wlepiła swoje zielone oczy w bystre, jasne, wciąż zaskakująco młode w starzejącej się wyraźnie twarzy, oczy Franka.
— Możesz się zastanowić, kiedy będę robić tę naszą kolację... W końcu jej nie zrobię, przez to gadanie — dodała z humorem, wstając. Nie chciała, żeby rozmowa przypominała śledztwo, jak Callahan chce, to powie co nieco. Ona była z nim szczera. Ale wiedziała, że niegrzecznie jest nachalnie się w kogoś wgapiać. Wstała i odchyliła zasłonę, prowadzącą do części pokoiku, zajmowanego przez wdowę, gdzie znajdował się prowizoryczny blat kuchenny i buńczuczna kuchenka. Starszej pani nie było, o tej porze miały zwyczaj wychodzić z Marshą na ploty.
"Rety, jeszcze trzeba się będzie uszykować na tę całą pielgrzymkę... A ja tu gadam i nawracam..."
[font="Courier New"](...)Zanim zawirują ostatnie przed oczami
Psychodeliczne koła przedsennych majaczeń
Oddam za biel czystą jej dzisiejsze barwy
Tak bardzo wyzbyte dawnych swoich znaczeń


Febrę śmiertelną, różowe więc wypieki
Na liniejących ścianach brunatne zacieki
Żółć promieniotwórczą
I szpitalną zieleń
Brudną przezroczystość stłuczonych butelek
Krew rdzawą, czerwień krwawą
Błękit sinej skóry
Niezdrowo matowych tęczówek lazury


Wypłucz proszę, kolory, jak kiedyś na kanwę
Losu mojego prządko, naniosłaś te barwy
Rozszczepione w pryzmacie twojego kaprysu
Złącz je razem teraz w supeł życiorysu
[/font][font="Courier New"]
Białą flagę wywieszam i prawdą bieleję:
Że wtedy przed oczami wcale nie ciemnieje
Płonąc w blasku z nadzieją jedną pozostanę
W nim wyprażone – barwy zostaną wyprane
[/font] [font="Courier New"]

(Z wiersza: \"Biel\", listopad 2011. Nie kradnij. Wkurzony autor jest gorszy niż radiacja.)




[/font]
Odpowiedz
Po twoim emocjonalnym wywodzie Callahan parsknął z rozbawieniem i uderzył dłońmi o poręcze fotela.
- Ależ drogie dziecko, czy twoje śliczne szmaragdowe oczka nie widzą zbyt dobrze w tym świetle? - pytał na wpół drwiąco, jedną ręką wskazując na znajdującą się pod jego szyją koloratkę. - Myślisz, że jako ateista nosiłbym taką ozdobę jako zamiennik krawata w nadziei, że polecą na to jakieś bogobojne panienki? - uśmiechnął się kwaśno. - Nie. Nie Zoyka, wiara i niewiara to rzecz znacznie bardziej złożona, niż zdolność do trwania przy cudzych dogmatach lub kategoryczne ich odrzucanie. Jaką logikę chcesz obronić, dając mi, a może raczej sobie, wybór pomiędzy Bogiem, który kocha nas tak, że łaskawie nie zniszczył całej ludzkości, a zaledwie 90%, a Bogiem - partaczem, który chciał wszystko skończyć, ale mu nie wyszło? Traktujesz konflikt między wiarą a niewiarą w Boga na cmentarzu świata jako osobisty spór między tobą, a rozmówcą. A tak nie jest. - spauzował i jakby posmutniał. - Wątpliwości, o których rozmawiamy, nie są słowami moimi, lecz ludzi, których na co dzień staram się prowadzić. Którym usiłuję wytłumaczyć, z jakiego powodu nasz miłosierny Pan kocha nas tak bardzo, że w swym ojcowskim uścisku połamał dziecku kręgosłup. Jeśli chcesz się stąd ruszyć, by zobaczyć świat, który Pan stworzył na nowo grzesznymi rękami swoich dzieci, spotkasz próby trudniejsze, niż ta rozmowa.
Przeczesał dłonią krótkie włosy i sięgnął po kubek, by wychylić kolejny łyk. Gdy go odstawiał, rękaw podwinął się o parę centymetrów, ukazując nieco więcej z większej całości tatuażu. Callahan, jakby przypominając coś sobie na ten widok, zapytał, wciąż patrząc na swą dłoń:
- Czy Archivald uczy was, jak radzić sobie z czymś, co można by nazwać teologią codzienności? Wiesz, że nasz Pan jest wszechwiedzący, wszechmogący i miłosierny, prawda? Dlaczego zatem dopuszcza, by z jego dziełem stało się coś tak niewyobrażalnie złego? Dlaczego nic z tym nie robi? Może chciałby zaradzić krzywdzie i złu, o których wie, ponieważ jest miłosierny i wszechwiedzący, ale nie może, ponieważ nie jest wszechmogący? A może mógłby coś z tym zrobić i chciałby, gdyby wiedział, ale nie wie, ponieważ nie jest wszechwiedzący? - ciągnął dalej, mrużąc oczy w dziwny sposób, za sprawą którego sprawiał nagle bardzo nieprzyjemne wrażenie. - A może wreszcie nasz Pan wie o całej krzywdzie i niesprawiedliwości, jakie dzieją się tu, nam, na tym świecie i mógłby im zaradzić... ale nie chce? Ponieważ nie jest miłosierny?
Zastanów się nad tym Zoyka. Tutaj, w zaciszu twojego mieszkania, przy kawie ze starym Frankiem. Tam, na pustkowiach, nie będziesz miała tak sprzyjających warunków do rozmyślań, gdy to i trudniejsze jeszcze pytania cię dopadną i wypróbują. A zrobią to na pewno.
Odpowiedz
Ten żarliwy, niespodziewanie żarliwy monolog zupełnie zgasił dziewczynę. Zacisnęła mocno dłoń na zasłonie, czując, jak nagle i gwałtownie krew nadpływa jej do głowy. Usiłowała zachować spokój, jednak nie było to łatwe; zawstydziła się swoich podejrzeń wobec Franka. Przez chwilę uwierzyła, że skoro ten nie należy bliżej do żadnego ze zgromadzeń i mówi o zmieniających się szyldach hipermarketów, jest kimś innym niż mógłby się wydawać. W istocie rzeczywiście chyba był, lecz siła jego słów bynajmniej nie świadczyła o tym, że jest ateistą... Jak jednak w takim razie daje ludziom nadzieję, skoro tylko zasiewa w nich wątpliwości?
"Może on po prostu jest z nimi bliżej ode mnie? — przypomniała sobie te skupiska małych łobuziaków dookoła kaznodziei.
Nie zdołała się uprzednio odwrócić na tyle, żeby nie napotkać spojrzenia Callahana, które ją zmroziło.
— T-to... Nie-prawd... To...
Nabrała powietrza, czując, jak jej wiruje w głowie. W końcu odpowiedziała, usiłując nie drżeć pod wzrokiem tak nagle zimnym i obcym, jak jej się przez chwilę wydało — I bez... Bez... Bez Twoich pytań mam wie-le wą... Wąt-pliwoś...Och, nie wiem.
Ostatnie słowa wypowiedziała już z rezygnacją. Czuła, że to Frank ma rację, a świat, który znała, zadrżał w posadach.
— Nie jestem... Nie jestem bo..go-bojną panienką...
Przypomniała sobie plotki krążące wokół niej i Archivalda i zacisnęła zęby, wiedząc, że się czerwieni (piekły ją uszy), a przecież nie ma podstaw do tego.
W końcu szarpnęła zasłonę, zdecydowana zająć się tą pieprzoną kolacją!!! Mince!
I o ile przedtem tatuaż nie dawał jej spokoju, teraz nie była pewna, że chce poznać przeszłość Franka.
Czuła, że po tej przemowie nie rozmyśli się tym bardziej i nic jej nie odwiedzie od pielgrzymki. Mimo tego, że to właśnie teraz poczuła się słaba i nieodpowiednia do takiej wyprawy. Było w niej jednak dziecinne nieco "A ja wam pokażę!".
[font="Courier New"](...)Zanim zawirują ostatnie przed oczami
Psychodeliczne koła przedsennych majaczeń
Oddam za biel czystą jej dzisiejsze barwy
Tak bardzo wyzbyte dawnych swoich znaczeń


Febrę śmiertelną, różowe więc wypieki
Na liniejących ścianach brunatne zacieki
Żółć promieniotwórczą
I szpitalną zieleń
Brudną przezroczystość stłuczonych butelek
Krew rdzawą, czerwień krwawą
Błękit sinej skóry
Niezdrowo matowych tęczówek lazury


Wypłucz proszę, kolory, jak kiedyś na kanwę
Losu mojego prządko, naniosłaś te barwy
Rozszczepione w pryzmacie twojego kaprysu
Złącz je razem teraz w supeł życiorysu
[/font][font="Courier New"]
Białą flagę wywieszam i prawdą bieleję:
Że wtedy przed oczami wcale nie ciemnieje
Płonąc w blasku z nadzieją jedną pozostanę
W nim wyprażone – barwy zostaną wyprane
[/font] [font="Courier New"]

(Z wiersza: \"Biel\", listopad 2011. Nie kradnij. Wkurzony autor jest gorszy niż radiacja.)




[/font]
Odpowiedz
Uśmiechnął się ponownie, lecz tym razem pogodniej, dobrotliwiej. Znów przypominał tego silnego, dorosłego Franka z twarzą pełną zmarszczek, który biegał pod koszem z chłopakami, którzy w wieku piętnastu lat miewali za sobą już swoje pierwsze zabójstwa.
- Ej... Spokojnie mała, spokojnie. - mówił podnosząc się z fotela i podchodząc do ciebie. - To tylko test, próba, tylko tak to traktuj. Tu nie ma jedynych dobrych i złych odpowiedzi. - położył ci uspokajająco dłoń na ramieniu i patrzył prosto w oczy, ciemnym, głębokim, lecz znacznie cieplejszym spojrzeniem. - Jeśli czegoś nie wiesz, pytaj. Jeśli czegoś nie rozumiesz, pytaj. Jeśli z czymś się nie zgadzasz, pytaj. Wiara to nie bezmyślność, Zoyka. Wiara, prawdziwa wiara, to wątpienie. Stałe, konstruktywne wątpienie, zadawanie sobie pytań i szukanie odpowiedzi. W tym niema nic złego.
Odpowiedz
— Źle Cię osądziłam, przepraszam. Myślałam, że po prostu zgorzkniałeś, bo wyglądasz na kogoś, kto niejedno widział... Ech, a poza tym masz zupełną rację. Czasem myślę, że Archie... zabrania nam wątpić. Uszykuję tę kolację wreszcie.
Delikatnie strąciła jego dłoń z ramienia, uśmiechając się. Ostatnie słowa wypowiedziała cicho, spokojnie, opanowanym już głosem.
Spojrzała ciepło (choć i nieco smutno) w "normalne" teraz oczy Callahana i odwróciła się, mocnym szarpnięciem odsłaniając klitkę babci Debbie, w której znajdowało się stanowisko "kuchenne".
Stara kuchenka węglowa, pordzewiała i okopcona, była już chłodna i miała zapchane palenisko po ostatnim użyciu. Na ruszcie osadziły się grube warstwy tłustej sadzy. Zoe westchnęła, z niechęcią uświadomiwszy sobie, że sama zapuściła tak sprzęt, nigdy nie znajdując dość czasu na jego oczyszczenie. Jako paliwa używano wszystkiego, tylko nie węgla. Teraz pokancerowana emalia kuchenki była zimna, a przygotowanie kuchenki do rozpalenia zajęłoby dodatkowy czas.
— Zjemy zimną kolację. Chyba nie będzie to takie złe — dodała nieco usprawiedliwiająco. — Da się z tego gówienka zrobić pastę kanapkową...
Za blat kuchenny służyło stare biurko. Zoe ułamała połowę kwadracika liofilizatu i wsypała do miseczki. Dodała nieco tłuszczu i wody, by sprasowany klocek zamienił się w papkę. Potem starannie posmarowała pastą sucharek i położyła na nim pasek wędzonki wołowej z drogich, teksańskich krówek i kawałek zieleniny o podejrzanie zjadliwym kolorku, wyhodowanej we własnoręcznie zrobionym inspekcie ze starej szyby. Przygotowując kolejną "kanapkę", rzuciła niefrasobliwie:
— Jest jeszcze jakaś potrawka z "ogółem mięsa", chyba szczurza, ale należałoby ją odgrzać. Wpadnij do nas czasami, babcia Rooney robi świetne podpłomyki, rarytas, używa do nich surowego owsa, ale są boskie... Skoro mam pytać, to... — schrupała kęs tak przyrządzonego krakersa —...co robiłeś przed tym, co robisz teraz, Frank? Skąd masz ten tatuaż?
Zakończyła chrupnięciem i spojrzała uważnie na kaznodzieję. Jej nastrój potrafił się bardzo raptownie zmienić, a skoro stary Frank znów był tą samą osobą, którą znała, dręczące Zoykę pytanie wróciło. Dziewczyna odruchowo poprawiła opaskę na czole, strzepnęła nieco nerwowo ubranie i starała się przygotować na piorunujący wzrok, jeżeli taki miałaby znów napotkać.
Usiadła na wykoślawionym łóżku, zasłanym spłowiałą włóczkową kapą i podjadając, patrzyła wyczekująco na rozmówcę. Wiatr zmierzwił jej włosy, kiedy szli tutaj; miała więc niezłe siano na głowie, zważywszy na to, że trudno było utrzymać włosy w czystości, nie mając dobrego szamponu — płukane w mydlinach lub półproduktach produkcji domowej, nie miały połysku i przesuszały się. Pojęcia piękna, urody czy wygody — odczytywało się dziś zupełnie inaczej. Własny kąt był szczytem luksusu. Zwykli mieszkańcy Stanów tak właśnie żyli i nawet nie wyobrażali sobie, żeby mogło być inaczej. Humanitarianie cenili swoją własność, lecz nie popierali zbytku.
[font="Courier New"](...)Zanim zawirują ostatnie przed oczami
Psychodeliczne koła przedsennych majaczeń
Oddam za biel czystą jej dzisiejsze barwy
Tak bardzo wyzbyte dawnych swoich znaczeń


Febrę śmiertelną, różowe więc wypieki
Na liniejących ścianach brunatne zacieki
Żółć promieniotwórczą
I szpitalną zieleń
Brudną przezroczystość stłuczonych butelek
Krew rdzawą, czerwień krwawą
Błękit sinej skóry
Niezdrowo matowych tęczówek lazury


Wypłucz proszę, kolory, jak kiedyś na kanwę
Losu mojego prządko, naniosłaś te barwy
Rozszczepione w pryzmacie twojego kaprysu
Złącz je razem teraz w supeł życiorysu
[/font][font="Courier New"]
Białą flagę wywieszam i prawdą bieleję:
Że wtedy przed oczami wcale nie ciemnieje
Płonąc w blasku z nadzieją jedną pozostanę
W nim wyprażone – barwy zostaną wyprane
[/font] [font="Courier New"]

(Z wiersza: \"Biel\", listopad 2011. Nie kradnij. Wkurzony autor jest gorszy niż radiacja.)




[/font]
Odpowiedz
Pastor przeżuwał kanapkę z uśmiechem, którego przyczyn mimo wszystko nie upatrywałaś w smaku spożywanego pokarmu. Gdy przełknął, ponownie obejrzał swą rękę, jakby była ciekawym eksponatem i podwinął rękaw na wysokość łokcia. Przyglądając mu się zobaczyłaś fragment długiego ogona pokrytego łuskami.
- Skąd go mam... - powtórzył w zamyśleniu. - Na terenie Hegemonii znajduje się dawne więzienie... Zwiemy je Bastionem.
Odpowiedz
— Hegemonii?! Que?
Zoyka mimowolnie aż podskoczyła. Nie tylko dla humanitarian, słowo "Hegemonia" można by w SLC porównać do słów: "Zaraza", "Zło" czy "Szatan". Jak zwykle w takich wypadkach, nikt zapytany o złowieszczy wydźwięk tego słowa, nie potrafiłby rzec, skąd się wziął; ot, po prostu, nazwę tę utożsamiano z mitycznym już bezprawiem, cwanym, twardym i brutalnym życiem, które na pewno musiało budzić grozę — nie tylko w owieczkach Archiego. Zwłaszcza karawany bydła, przybywające z Texasu, przynosiły bardzo ponure legendy na temat Południowców — którzy w napadach na inne ziemie po prostu się ćwiczyli i zażywali w nich rozrywki — ot, małe "polowaneczko" raz na jakiś czas.
— My? Mówisz tak w imieniu... Czyim? — odłożyła aż kanapkę na łóżko, ostrożnie, by nie ubrudzić kapy. Z wrażenia straciła apetyt na kolejne kęsy, zyskała zaś na niewiarygodne nieomal informacje. Ale Callahan był przecież wiarygodny!
Nie chciała go podejrzewać bezpodstawnie, nie... Ale uświadomiła sobie, jak niewiele wie o dzisiejszych ziemiach USA. Za to plotki, pogłoski, gawędy snute przez starców przy "ogniskach" z opon i smrodliwego oleju, w beczkach po podejrzanych substancjach, opowieści kupców i wędrownych rzemieślników czy pielgrzymów — utwierdziły w przekonaniu, że SLC, choć pełna patentowanych świrów, jest jedną z prawdziwych, sensu stricto "oaz" na tej spalonej ziemi, jeśli porównywać miasto do Vegas czy Hegemonii właśnie, gdzie ludzkość dawno przeprosiła się z diabłem.

E: Literówka
E2: Literówka
E3: Ja się zastrzelę, dwie edyty i nadprogramowa literka... (\"Nieomal\"). Poprawione.
[font="Courier New"](...)Zanim zawirują ostatnie przed oczami
Psychodeliczne koła przedsennych majaczeń
Oddam za biel czystą jej dzisiejsze barwy
Tak bardzo wyzbyte dawnych swoich znaczeń


Febrę śmiertelną, różowe więc wypieki
Na liniejących ścianach brunatne zacieki
Żółć promieniotwórczą
I szpitalną zieleń
Brudną przezroczystość stłuczonych butelek
Krew rdzawą, czerwień krwawą
Błękit sinej skóry
Niezdrowo matowych tęczówek lazury


Wypłucz proszę, kolory, jak kiedyś na kanwę
Losu mojego prządko, naniosłaś te barwy
Rozszczepione w pryzmacie twojego kaprysu
Złącz je razem teraz w supeł życiorysu
[/font][font="Courier New"]
Białą flagę wywieszam i prawdą bieleję:
Że wtedy przed oczami wcale nie ciemnieje
Płonąc w blasku z nadzieją jedną pozostanę
W nim wyprażone – barwy zostaną wyprane
[/font] [font="Courier New"]

(Z wiersza: \"Biel\", listopad 2011. Nie kradnij. Wkurzony autor jest gorszy niż radiacja.)




[/font]
Odpowiedz
- Och, na pewno się domyślasz. - machnął lekceważąco ręką. - Takich tatuaży nie robi się w salonach, nawet jeśli znajdziesz sensowny. Urodziłem się na południu, wychowałem, przeżyłem swoje. W końcu los, albo Bóg, jeśli wolisz, sprawił, że na mojej drodze pojawił się człowiek nazwiskiem Estevez i poprzestawiał mi życie w dość znaczący sposób. To - wskazał na wytatuowaną rękę - nie jedyna pamiątka po tamtych czasach.
Odpowiedz
"Estevez... Na "E"... Zaraz, zaraz... "Rzeźnik z Południa", jak o nim mówili starsi? Ten słynny bandzior, który podobno był psycholem i pomordował ich tam wszystkich? Przecież nawet jest powiedzonko "wydostać się z Hegemonii" jako odpowiednik zrobienia czegoś niemożliwego, Frank musiał więc...
...co musiał zrobić, żeby dotrzeć aż tutaj?"
Zoyka głęboko wciągnęła powietrze do płuc.
— Obiło mi się o uszy to nazwisko. Wdowa Rooney, znaczy się, babcia Debbie, przybyła tutaj z karawaną, z jakiejś wioski, kiedy była młoda. Ci karawaniarze tłukli się z kimś z Południa, nazywali go Rzeźnikiem... Nie wiem, czy to ten sam człowiek, ale tam, na Południu, ktoś taki "wsławił się" podobno wielkim okrucieństwem... Nazwisko jak u Meksa, możliwe, że to ten sam człowiek. Jak się tu dostałeś? Przecież to prawie niemożliwe... — w głosie Zoe przestrach mieszał się z podziwem i zdumieniem. Wydało jej się, że atmosfera wokół Franka zgęstniała, zmroczniała, jak gdyby miał on szczególną wokół siebie aurę. Zdała sobie sprawę z faktu, że ufa zupełnie innemu człowiekowi niż powinna, mając nieco oleju w głowie.
— Powiesz mi coś więcej? — zapytała delikatnie, nie chcąc być nachalną. Sama nie wiedziała, co i po co chce usłyszeć, ale czuła, że musi znać prawdę. Jak go będzie oceniała, jeśli się okaże, że jej dobry znajomy był poważnego kalibru zbirem? — Czemu akurat wąż?
Symbol ten zdawał się jej wyjątkowo złowieszczy... A Archivald, choć nawet nie podawał konkretnych powodów po temu, kazał się jej trzymać z dala od Węży.
[font="Courier New"](...)Zanim zawirują ostatnie przed oczami
Psychodeliczne koła przedsennych majaczeń
Oddam za biel czystą jej dzisiejsze barwy
Tak bardzo wyzbyte dawnych swoich znaczeń


Febrę śmiertelną, różowe więc wypieki
Na liniejących ścianach brunatne zacieki
Żółć promieniotwórczą
I szpitalną zieleń
Brudną przezroczystość stłuczonych butelek
Krew rdzawą, czerwień krwawą
Błękit sinej skóry
Niezdrowo matowych tęczówek lazury


Wypłucz proszę, kolory, jak kiedyś na kanwę
Losu mojego prządko, naniosłaś te barwy
Rozszczepione w pryzmacie twojego kaprysu
Złącz je razem teraz w supeł życiorysu
[/font][font="Courier New"]
Białą flagę wywieszam i prawdą bieleję:
Że wtedy przed oczami wcale nie ciemnieje
Płonąc w blasku z nadzieją jedną pozostanę
W nim wyprażone – barwy zostaną wyprane
[/font] [font="Courier New"]

(Z wiersza: \"Biel\", listopad 2011. Nie kradnij. Wkurzony autor jest gorszy niż radiacja.)




[/font]
Odpowiedz
- Hahaha, i bardzo mądrze zrobił! - zawołał lekko rozbawiony. - Wąż, jak wiadomo wszystkim pobożnym i bezbożnym, jest symbolem zła, wcieleniem Szatana, tym, co przywiodło nas do grzechu. W innych kulturach jednakże stanowił uosobienie mądrości, cierpliwości i wierności. Co do tych trzech cnót, to bardzo chciałbym kiedyś je posiąść, o czym ten tatuaż czasem mi przypomina. Co zaś się tyczy pierwszej metafory, którą wymieniłem... cóż... - jego usta z półuśmiechu przekrzywiły się w ironiczny grymas, gdy spuścił wzrok nieco niżej, jakby pogrążając się we wspomnienia. - Po prostu jestem... heh... "byłem" - zaakcentował tak, jakby to słowo było dla niego szczególnie zabawne - bardzo złym człowiekiem.
Odpowiedz
//Zakładam, że \"bardzo dobrze zrobił\" odnosi się do Esteveza, nie Archivalda, o którym wzmianka pojawiła się jedynie w myśli postaci.//

— Quetzalcōātl, Uroboros, Asklepios, bazyliszek, wreszcie diabeł... Ja naprawdę nie jestem świątobliwą idiotką, Frank — odparła urażona, po czym sięgnęła po napoczętą kanapkę. Zjadając ją do końca, w skupieniu marszczyła czoło, prawie bezgłośnie przeżuwając pokarm, dłuższą chwilę myśląc i przetrawiając razem z pseudopastą kanapkową to, co usłyszała. Jej świat nie był czarno-biały, złożony wyłącznie z tych dobrych i tych złych, jak można by sądzić w przypadku wierzącej, skromnej raczej i szczerej dziewczyny. Czy jest złe dziecko, bite do nieprzytomności, które wyrasta potem na człowieka identycznego jak własny ojciec? Czy złem jest zastrzelić złodzieja, który właśnie ukradł ci ostatnią porcję żywności? Niekoniecznie.
Miała jednak wrażenie, że tutaj idzie o inny format "bycia złym człowiekiem". Odpowiedziała mu prawie na jednym oddechu, nie chcąc, by jej przerwał, ledwo skończyła jeść:
— Z czym Estevez mądrze zrobił, bo to chyba o nim mówisz? A Ty? Byłeś gangerem, najemnikiem, zabójcą? Stręczycielem? Co więc przywiodło Cię na tę nudną wieś o nieco większych wymiarach od typowej wsi? Tego faceta, który pobił Billa, urządziłeś prawie rutynowo, jak ktoś przyzwyczajony do wymierzania ciosów i kopniaków... Nosisz koloratkę, ale... Trudno sobie wyobrazić takiego kapłana, nawet Archie taki nie jest, choć znasz "Sierżanta"...
Odetchnęła, wytarła ręce o portki i, strzepnąwszy okruchy, wstała, czując, że ledwo może usiedzieć w miejscu. Należało czymś się zająć, nie pozwolić zeżreć domysłom i obawom.
Bo nie ulegało wątpliwości, że Zoyka zna teraz dwóch Franków, co jej się wcale nie podobało.
[font="Courier New"](...)Zanim zawirują ostatnie przed oczami
Psychodeliczne koła przedsennych majaczeń
Oddam za biel czystą jej dzisiejsze barwy
Tak bardzo wyzbyte dawnych swoich znaczeń


Febrę śmiertelną, różowe więc wypieki
Na liniejących ścianach brunatne zacieki
Żółć promieniotwórczą
I szpitalną zieleń
Brudną przezroczystość stłuczonych butelek
Krew rdzawą, czerwień krwawą
Błękit sinej skóry
Niezdrowo matowych tęczówek lazury


Wypłucz proszę, kolory, jak kiedyś na kanwę
Losu mojego prządko, naniosłaś te barwy
Rozszczepione w pryzmacie twojego kaprysu
Złącz je razem teraz w supeł życiorysu
[/font][font="Courier New"]
Białą flagę wywieszam i prawdą bieleję:
Że wtedy przed oczami wcale nie ciemnieje
Płonąc w blasku z nadzieją jedną pozostanę
W nim wyprażone – barwy zostaną wyprane
[/font] [font="Courier New"]

(Z wiersza: \"Biel\", listopad 2011. Nie kradnij. Wkurzony autor jest gorszy niż radiacja.)




[/font]
Odpowiedz
- Nie nie, mówiłem o Archivaldzie, że dobrze zrobił, każąc ci trzymać się z dala od węży. - z uśmiechem wyjaśniał nieporozumienie. - Swego czasu byłem gangerem, najemnikiem i zabójcą, a jeśli było trzeba także paroma innymi. Było to już dawno, ponad dwadzieścia lat temu, w zupełnie innym życiu, w którym nie chciałabyś mnie poznać. W pewnym okresie tej egzystencji, gdyż pomimo wszelkich jej przyjemności i atrakcji nie sposób określić jej mianem życia, miłościwy Pan swoim zwyczajem postawił przede mną anioła, który chciał uratować moją bezwartościową duszę przed zatraceniem. - ciągnął tonem gawędy, choć wiedziałaś jakimś sposobem, że to opowieść, której niewielu miało okazję wysłuchać. - Niestety, anioł w piekle, wśród legionu diabłów, nie jest mile widziany, zwłaszcza gdy chce podnieść swego upadłego brata z jego upadku... - urwał ponownie, tym razem na dłużej, pogrążając się w jakimś wspomnieniu, które przywołało na jego oblicze piętno wielu trosk, bólu i niegdyś gorącego gniewu.
Odpowiedz
Zdumiała się Zoe przenikliwością Archivalda, aż się wzdrygając. "Nie mówiłam nic o Archim, Frank mi chyba w myślach czyta... No nieźle." Potwierdziła jednak, popatrzywszy wprost na Callahana i skinąwszy głową:
— Ano, przestrzegał przed Wężami na jednej z... hm, mszy, niech będzie, u nas to bardziej odczyty. Ci ludzie są dziwni, swego czasu wymyślili sobie... podatki w amunicji. Wyobrażasz sobie? Archie mówił, że w ten sposób chcą zdobyć przewagę i w ogóle... Ech... — tu machnęła ręką —...nieważne. Kim on by...Ona była?
Zdało się Zoe, że owym aniołem była kobieta. Zoe zamilkła zaraz po tym pytaniu, widząc, jak bardzo Frank zmienił się na twarzy po ostatnich słowach.
— Chyba wystarczy... Ja...sama nie wiem. Chyba więcej nie chcę wiedzieć, o ile Ty wolisz tego nie wyrzucić z siebie. "Nie sadźcie, abyście nie byli sądzeni", huh...
Przeczesała włosy gwałtownym ruchem dłoni, wzdychając. Cały ten czas spacerowała po klitce, usiłując zebrać myśli. A te były wzburzone. Nie wiedziała, czy bardziej chce zapewnić Franka, że między nimi nic się nie zmieniło, czy przyjąć jego "spowiedź", czy może zapomnieć szybko o tym, co usłyszała. Opanowując się jednak, zaczęła, jak to bywa z ludźmi obarczonymi tak nagłym i niespodziewanym wyznaniem, odpowiadać swoją historią:
— Też nie jestem aniołem, huh... Nie wiem, czego chcę, taa... Zbawić świat czy przeczekać go... Nigdy nie umiałam się określić, co chciałabym robić, dostałam specjalizację, choć są lepsi ode mnie, gdyby dziś istniały szkoły i uniwerki, wolałabym pewnie siedzieć i czytać książki niż paradować na zajęcia... Rodzice chyba nie byliby ze mnie zadowoleni w bardziej cywilizowanych warunkach, niech im ziemia lekką będzie. Czas mi przecieka przez palce, choć i tak nie mam go dużo... Mogłabym żyć z większą przydatnością dla Wspólnoty. Chodźmy do mojej części pokoju, zaraz babunia wróci. Tylko to sprzątnę, zaraz, co to ja miałam...
Pod prędką, ożywioną mową Zoe kryła niepokój, namacalny, bliski. Byłą zdenerwowana pielgrzymką i brakiem przygotowań do niej, a już wiedziała, że przeszłość Franka nie da jej spać. Coś mówiło dziewczynie, że historia Callahana upomni się o niego i to niedługo...
Zebrała naczynia, wrzuciła je do miednicy "na brudne", przetarła blat ścierką i skierowała się do swojego niedużego lokum.
[font="Courier New"](...)Zanim zawirują ostatnie przed oczami
Psychodeliczne koła przedsennych majaczeń
Oddam za biel czystą jej dzisiejsze barwy
Tak bardzo wyzbyte dawnych swoich znaczeń


Febrę śmiertelną, różowe więc wypieki
Na liniejących ścianach brunatne zacieki
Żółć promieniotwórczą
I szpitalną zieleń
Brudną przezroczystość stłuczonych butelek
Krew rdzawą, czerwień krwawą
Błękit sinej skóry
Niezdrowo matowych tęczówek lazury


Wypłucz proszę, kolory, jak kiedyś na kanwę
Losu mojego prządko, naniosłaś te barwy
Rozszczepione w pryzmacie twojego kaprysu
Złącz je razem teraz w supeł życiorysu
[/font][font="Courier New"]
Białą flagę wywieszam i prawdą bieleję:
Że wtedy przed oczami wcale nie ciemnieje
Płonąc w blasku z nadzieją jedną pozostanę
W nim wyprażone – barwy zostaną wyprane
[/font] [font="Courier New"]

(Z wiersza: \"Biel\", listopad 2011. Nie kradnij. Wkurzony autor jest gorszy niż radiacja.)




[/font]
Odpowiedz
[Sorki, nie doczytałem tego, co małym druczkiem było napisanie, a myślałem, że tamto nie było przemyśleniem, lecz wypowiedzią Mniejsza z tym]

Frank podniósł się ciężko i bez pośpiechu przeszedł za tobą do pokoju.
- Ot, oto i cały problem z naszym dzisiejszym światem. Możesz spędzić całe życie w jednym, względnie spokojnym, a na pewno poznanym i określonym miejscu, które będzie równie bezpieczne, co nudne i bezsensowne, pozbawiające cię jakichkolwiek szans na jakiekolwiek poczucie prawdziwego sensu życia. A potem, parę - paręnaście lat później, gdy już zabraknie ci gambli na leki lub medyka pod ręką, będziesz mogła pluć sobie w brodę, że zmarnowałaś życie na chowanie się w swojej dziurze. Możesz też ruszyć się z tej dziury na wielki świat... Gdzie będziesz musiała zmierzyć się z tym, jaki to świat i jaki naprawdę jest bóg, który nim włada. Gdzie dowiesz się jakimi ludźmi w głębi serc są ludzie, na których polegasz i czy tak naprawdę jeszcze są ludźmi. - mówił spokojnym, głębokim głosem, wsparty o framugę. - No, ale zawsze w chwili zwątpienia możesz zasięgnąć rady zaprzyjaźnionego pastora. - zakończył, mrugając do ciebie porozumiewawczo.
Odpowiedz
//Hyh, sama zrobiłam błąd teraz, pisząc o "przenikliwości Archivalda", zamiast "Franka". Uczył Marcin Marcina. Nieważne, jedziemy dalej.//

— W to ostatnie nie śmiem wątpić — odparła tonem serdecznej kpinki. — Pozwolisz, że zacznę się więc pakować, może sobie wyrobię podzielną uwagę. A Ty czuj się jak u siebie... Ciekawe, co powie babcia Rooney. Mężczyźni nie przychodzą tu, tylko do warsztatu, i nie tak późno — zachichotała, przechodząc do swojej izdebki. — Przepraszam, że kolacja była kiepska, ale jeśli potrzebujesz, możesz pobuszować po garnkach.
Ścianę na wprost drzwi zdobił plakat dziewczyny w dziwnym stroju, złożonym z kapelusika i kolorowej, pasiastej chusty oraz spódnicy, sprzedającej owoce na wiejskim targu.
— Przywitaj się z Felipą. Karmi nas kolorami prosto z Peru... A właściwie nakarmi, jak coś zobaczę.... — z twarzy Zoyki nie schodził teraz uśmiech. Bardziej nim blefowała niż manifestowała rzeczywiste uczucia. Obrazek jej samej jako ofiary przestępstwa dokonanego przez Franka, nie schodził z myśli. "Wystarczyłoby, żebym spotkała go o innym czasie i porze", myślała. Bóg humanitarian był surowym sędzią bardziej niż dobrym ojczulkiem, ale Zoe broniła się przed spisaniem Franka na straty. Nie mogła go tak pochopnie oceniać... Zakrzątnęła się przy sporych rozmiarów skrzyni, w której kiedyś pewnie wożono coś cennego, może pieniądze, broń? — a która teraz robiła za biurko i szafę na odzież jednocześnie. Zapalając zwykle mocno kopcącą, nieco woniejącą zjełczałym tłuszczem świecę, Zoe zdała sobie sprawę, jak niewiele z przydatnego jej bajzlu będzie mogła wziąć z sobą i jak wiele z niego jej zabraknie. — Mince, nie zgasiłam latarki, mógłbyś? Szkoda baterii...
Schyliła się, by wyciągnąć plecak z kąta między trzeszczącym, szpitalnym kiedyś łóżkiem, a skleconą ze skrzynek po owocach szafką. Krytycznie przyjrzała się nieco przetartym już, ale wciąż mocnym szelko. Denko przydałoby się wzmocnić, ale powinno wytrzymać. Następnie Zoe rozejrzała się po całym pokoju i zaśmiała nerwowo:
— No tak, bałagan jak wszyscy diabli... Siadaj na wyrku, trudno. Krzesło znów ktoś podpiłował na opał, jak ostatnio zaniosłam do warsztatu. Chyba będę potrzebować więcej kawy, jeżeli ruszylibyśmy już jutro. Trzeba by też sprawdzić, co z Billem... Dzięki, Frank — zakończyła już poważnie.
Zdjęła poluzowaną już tak, że spadała do oczu, bandankę, rzuciła ją na podłogę i sama usiadła również na podłodze, przyglądając się swojemu pustemu jeszcze bagażowi.
[font="Courier New"](...)Zanim zawirują ostatnie przed oczami
Psychodeliczne koła przedsennych majaczeń
Oddam za biel czystą jej dzisiejsze barwy
Tak bardzo wyzbyte dawnych swoich znaczeń


Febrę śmiertelną, różowe więc wypieki
Na liniejących ścianach brunatne zacieki
Żółć promieniotwórczą
I szpitalną zieleń
Brudną przezroczystość stłuczonych butelek
Krew rdzawą, czerwień krwawą
Błękit sinej skóry
Niezdrowo matowych tęczówek lazury


Wypłucz proszę, kolory, jak kiedyś na kanwę
Losu mojego prządko, naniosłaś te barwy
Rozszczepione w pryzmacie twojego kaprysu
Złącz je razem teraz w supeł życiorysu
[/font][font="Courier New"]
Białą flagę wywieszam i prawdą bieleję:
Że wtedy przed oczami wcale nie ciemnieje
Płonąc w blasku z nadzieją jedną pozostanę
W nim wyprażone – barwy zostaną wyprane
[/font] [font="Courier New"]

(Z wiersza: \"Biel\", listopad 2011. Nie kradnij. Wkurzony autor jest gorszy niż radiacja.)




[/font]
Odpowiedz
- Nie ma za co, spełniłem tylko swój chrześcijański obowiązek. - odparł, na pół poważnie, na pół żartując. - A poza tym jeśli ktoś miałby komuś dziękować, to tylko Bill tobie. Nie sądzę, by miała mu stać się poważniejsza krzywda, choć pewnie nie będzie już tak pięknie sławił nieśmiertelnego Elvisa... - dodał z przekąsem, po czym spojrzał ci przez ramię, sondując zawartość twojego bagażu. - Co zamierzasz zabrać? Nie wiem jeszcze którędy jedziemy, ale lepiej przygotuj się na długą i niezbyt komfortową podróż.
Odpowiedz
— Wszystko co będzie potrzebne — odparła wymijająco, uśmiechając się z wdziękiem (który notabene, istniał niejako poza jej świadomością) i wstając. — Także to badziewie, którym nazywasz mojego springfielda, wraz z amunicją. No i oczywiście lekarstwa oraz nieco rozumu.
— Poradzę sobie — dodała też zaraz. Byłoby niegościnnością powiedzieć Frankowi, żeby sobie poszedł, ale Zoe krępowałyby szykowanie się — na podróż życia — w czyimś towarzystwie. Wiedziała, że stary wyjadacz w zakresie eskapad wszech maści, Callahan, mógłby jej doradzić w zgromadzeniu niezbędnych rzeczy, ale chciała pozostać samodzielna.
Jeśli okaże się, że trzeba będzie się zerwać do drogi skoro świt, to naprawdę niewiele czasu pozostało, jeżeli chciała przv tym jeszcze uszczknąć trochę snu.
— Cieszę się, że zabierasz się razem z nami — dorzuciła na koniec, przegarniając dłuższe pasma włosów za ucho. Fryzurę, jak na postapokaliptyczny brak żeli i pianek, miała wybitnie "praktyczną". Ale coś takiego w Zoyce już było: praktyczna do bólu i zarazem oderwana od rzeczywistości drugą, refleksyjną częścią swojej natury.
[font="Courier New"](...)Zanim zawirują ostatnie przed oczami
Psychodeliczne koła przedsennych majaczeń
Oddam za biel czystą jej dzisiejsze barwy
Tak bardzo wyzbyte dawnych swoich znaczeń


Febrę śmiertelną, różowe więc wypieki
Na liniejących ścianach brunatne zacieki
Żółć promieniotwórczą
I szpitalną zieleń
Brudną przezroczystość stłuczonych butelek
Krew rdzawą, czerwień krwawą
Błękit sinej skóry
Niezdrowo matowych tęczówek lazury


Wypłucz proszę, kolory, jak kiedyś na kanwę
Losu mojego prządko, naniosłaś te barwy
Rozszczepione w pryzmacie twojego kaprysu
Złącz je razem teraz w supeł życiorysu
[/font][font="Courier New"]
Białą flagę wywieszam i prawdą bieleję:
Że wtedy przed oczami wcale nie ciemnieje
Płonąc w blasku z nadzieją jedną pozostanę
W nim wyprażone – barwy zostaną wyprane
[/font] [font="Courier New"]

(Z wiersza: \"Biel\", listopad 2011. Nie kradnij. Wkurzony autor jest gorszy niż radiacja.)




[/font]
Odpowiedz
- I ja również. - przyznał przyjaźnie - I ja również. Dobrze, skoro zaczynasz się zbierać, to nie będę ci dłużej przeszkadzał i sam jeszcze przejrzę swoje graty. W takim razie widzimy się pewnie jutro rano przed świątynią. - wyraził przypuszczenie, zbierając się do wyjścia.
Odpowiedz
— Do zobaczenia więc — uśmiechnęła się ciepło i pożegnała z Frankiem.
"No to do roboty. Zaraz babcia Debbie wróci, więc należałoby się pospieszyć, żeby potem nie zakłócać jej snu", pomyślała Zoyka, przestawiając się odruchowo na "tryb gotowości specjalistycznej".
Westchnęła smutno, myśląc o pozostawianych w SLC ludziach. No dobra, rodziną jej nie byli, a najbliższy jej Archivald rusza razem z Zoe, jednak dziewczyna i tak będzie tęsknić: za trzpiotowatą Jenny, dobrym, ale tępym Jimmym, przesympatyczną wdówką Rooney, powściągliwym i humorzastym, przemądrzałym, lecz poczciwym w głębi serca Rufusem. Ba, nawet za kłócącymi się rytualnie Duttonami. I tajemniczą nieznajomą z plakatu, nazywaną Felipą. Za ludźmi ze Wspólnoty i swoją starą szopą.
Zoe wywaliła na wierzch zawartość skrzynki-garderoby, otworzyła z hukiem sypiącą się już szufladę. Po małym sajgonie, w starym, wciąż wytrzymałym plecaku, spoczęła jego zawartość: zapasowe ubrania, igła z nitką, lekarstwa, liofilizowana żywność w porcjach, miska, kubek, łyżka, także torba lekarska z podstawową zawartością, wzbogaconą o puste strzykawki, a także... pocięte w kostkę ścierki. Po złożeniu i zrolowaniu niepotrzebnych, uprzednio wygotowanych szmat, należało je rozciąć, nie rozłączając warstw i zawinąć ostatnią, pomagając sobie, jeżeli trzeba, taśmą: w ten sposób uzyskiwało się podpaski, tampony, materiał opatrunkowy czy kompres na czoło. Wiele lat po odkryciu najdrobniejszych sekretów medycyny wracano też do wyskubywania nici, by sprokurować szarpie. Tych było mniej, posłużą w gorszych wypadkach. Z kawałka starego termoforu zrobiona była maska "użytku różnorakiego". Pakiet zawierał również najprostsze środki przeciwbólowe, będące wszak rarytasem dla ludzi żyjących w mniej spokojnych warunkach. Najcenniejszym dobrem był chyba licznik Geigera. Pod klapę plecaka Zoe upchnęła zrolowany koc. Przy sobie miała zabezpieczony, przypięty do paska nóż, oraz zapasowy magazynek, a także manierkę.
Wszystko... Jak na humanitariankę przystało, Zoe nie dysponowała sporym majątkiem, a to, co mogło przydać się innym, zostawiła na miejscu. Nabazgrała na kawałku deski ogryzkiem ołówka:
"Wyjeżdżam, by nieść Nowinę. Nie martwcie się, z Bogiem. Jak da mi wrócić, przyjmę Wasze zlecenia. Póki co, kontaktujcie się z Jimmym lub Rufusem. Adieu. Votre Petite."
Nie mogła dobrze spać. Nerwy jej nie dały; drzemała płytko chyba tylko godzinę, wiercąc się w ubraniu na starym, trzeszczącym łóżku. Toaleta była szybka i prowizoryczna, po czym Zoe wskoczyła w ciuchy z powrotem, by potem nieustannie myśleć o Franku i jego przeszłości bądź też w nerwach przewracać się z boku na bok i zastanawiać, czy już się zrywać, czy jeszcze nie. Wreszcie, nie mogąc dłużej wytrzymać ze stresu, ale i podniecenia, panna Wild wstała, przeczesała palcami włosy, wciągnęła obuwie, zjadła porcję Cocoffee bez rozpuszczania i w pełnym rynsztunku zjawiła się pod Katedrą.
Poprawiając co i rusz przewieszony przez ramię karabin, kręcąc się w miejscu w wysokich trzewikach, zapinanych na klamry w kształt krzyża, błyskając oczyma zza pomarańczowych szkiełek, odznaczając się z daleka żółcią bandanki i znakami profesji HC, czekała Zoe na resztę pielgrzymów. Skórzaną pilotkę wcisnęła pod patkę płaszcza o militarnym kroju, pozwalając, by pył osiadał na czarnych włosach. Skubała nerwowo palce w pozbawionych ich rękawiczkach i co jakiś czas niespokojnie zaciskała pięść na wiszącym na jej szyi krzyżu, przewiązanym żółtą, spłowiałą tasiemką. Czuła, że drży, cholera, chyba nie z zimna, myślała, uch, sama chciałaś, przełaziło jej przez skołowaną, nabitą starymi mądrościami głowę.
[font="Courier New"](...)Zanim zawirują ostatnie przed oczami
Psychodeliczne koła przedsennych majaczeń
Oddam za biel czystą jej dzisiejsze barwy
Tak bardzo wyzbyte dawnych swoich znaczeń


Febrę śmiertelną, różowe więc wypieki
Na liniejących ścianach brunatne zacieki
Żółć promieniotwórczą
I szpitalną zieleń
Brudną przezroczystość stłuczonych butelek
Krew rdzawą, czerwień krwawą
Błękit sinej skóry
Niezdrowo matowych tęczówek lazury


Wypłucz proszę, kolory, jak kiedyś na kanwę
Losu mojego prządko, naniosłaś te barwy
Rozszczepione w pryzmacie twojego kaprysu
Złącz je razem teraz w supeł życiorysu
[/font][font="Courier New"]
Białą flagę wywieszam i prawdą bieleję:
Że wtedy przed oczami wcale nie ciemnieje
Płonąc w blasku z nadzieją jedną pozostanę
W nim wyprażone – barwy zostaną wyprane
[/font] [font="Courier New"]

(Z wiersza: \"Biel\", listopad 2011. Nie kradnij. Wkurzony autor jest gorszy niż radiacja.)




[/font]
Odpowiedz
← Sesja Neuroshimy

Sesja CSki - Odpowiedź

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...