Sesja Vena

Usłyszałeś tylko cichy, krótki, nieartykułowany śmiech. Dziwadło w meloniku i fraku przeszło spokojnie dalej, a gdy stuknęło laską usłyszałeś ryk budzącego się silnika. Wtedy otworzyłeś oczy, by zobaczyć, że wszystkie światła w tej części ulicy palą się znowu, zaś poprzednia nieprzenikniona ciemność przeniosła się kilkaset metrów za was. Spojrzałeś na Arka. Siedział ze wzrokiem wbitym nieruchomo w przednią szybę, cały zlany potem, ściskając spazmatycznie swojego obrzyna, podobnie jak ty swój nóż.
Wypuszczam głośno powietrze niczym po długim nurkowaniu.
- Co to był za Johnny Walker? - Pytam Arka masując skronie.
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
- Chyba... chyba to, o czym ci mówiłem... że mi mówili... - odparł jakby w zamyśleniu, wciąż wbijając nieprzytomny wzrok w przednią szybę. Wreszcie ocknął się, potrząsnął.
- Spieprzajmy stąd. - wcisnął gaz i ruszył z piskiem, przejeżdżając skrzyżowanie na czerwonym. Zatrzymaliście się tuż za nim, wysiedliście i weszliście na drugie piętro kamienicy. Kumpla Arka spotkaliście na klatce schodowej. Przywitali się krótko, zamienili dwa słowa, po których "Skowron" dał Arkowi klucze od mieszkania.
- Kurwa, co za noc. - Mówię gdy już zostaniemy sami. - Masz jakieś plany na jutro?
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
- Tak. - Arek dłubał przy zamku otrzymanym kluczami. - Spać, spać, wstać, napić się, zjeść coś, pomyśleć spokojnie, a potem zabić coś na poprawę humoru.
Zmagania z drzwiami zakończyły się sukcesem. Przez wąski przedpokój weszliście do dużego, trzypokojowego mieszkania, wyposażonego w oddzielną kuchnię, łazienkę i toaletę. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego - duży pokój gościnny z fotelami, kanapą, starym kredensem i zestawem dvd, dwa mniejsze pokoje na dwie osoby każdy, jeden użytkowany przez właściciela (sądząc po ilości plakatów i rozmaitych sprzętów), drugi używany znacznie bardziej okazjonalnie. Trochę babcine wnętrze, ale nie było na co narzekać, zwłaszcza po atrakcjach dzisiejszego wieczoru.
Ściągam swoją skórzana kurtkę rozglądając się po pokoju.
- Tutaj chyba rozegrała się finalna scena z Czerwonego Kapturka. Twój kumpel się pogniewa jak sprawdzę lodówkę?
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
- Wątpię, o ile nie wyżresz wszystkiego do końca. - odpowiedział, rzucając płaszcz na fotel, siebie na kanapę, a kapelusz na stojak, robiąc to z gracją samego Bonda.
W lodówce odnalazłeś pokaźny zapas piwa (2 Carlsbergi, 3 ciemne Okocimy, 3 Tyskie, jeden Heniek, dwa Żubry), jakiś pasztet, trochę sera, wędliny, pięć jajek, ogórek, litr wódki, masło, parę parówek. Na lodówce leżał ledwie zaczęty chleb. - Weź mi coś! - dobiegło z sąsiedniego pokoju.
Wyciągam dwa talerze, sztućce. Kroje kilka plastrów wędliny i sera, potem chleb.
Kilka kanapek, pasztet i Tyskie to jest to co może uratować życie po ciężkiej nocy.
Podwójny 'pstryk' otwieranych butelek, to muzyka dla uszu.
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
Zjedliście obaj w milczeniu, również w milczeniu wypijając po pół browaru. Tak normalny, prosty i przyjemny rytuał, jakim była kolacja i piwo, zdecydowanie był potrzebny waszym skołatanym nerwom. Pochłonąwszy ostatni kęs Arek rozłożył się na kanapie, z wyrazem błogości na twarzy popijając leniwie z butelki.
Gulgając łapczywie browca, rozglądam się wokoło za jakimś odbiornikiem telewizyjnym, ewentualnie radiem.
- Dopije te piwo i chyba jebnę na podłogę - mówię leniwie przecierając twarz.
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
Włączyłeś telewizor, który nastawił się na ostatnią emitowaną stację. Jedynka.
- Sanchez... Sanchez... Dośrodkowanie...! Messi GOOOOOOOOOOOOOL!!!!!!!!!!!! TRZY DO DWÓCH DLA BARCELONY!!!!!!!!!!!!!!!!!
Arek wstał ociężale, ciągnąc solidny łyk z butelki, i zrzucił z siebie spodnie razem z podkoszulką. Następnie rzucił się na wersalkę, opadając bezwładnie, i beknął donośnie.
Kumulując wszystkie siły by wstać i zmienić kanał, w końcu daję sobie spokój.
Sport to nie najciekawsze show dla mnie.
Dopijając browara, przymykam lekko oczy.
Nie myślę.
Myśli sprowadzają wspomnienia. A te wywołują ból.
Nie myślę o niczym, po prostu odpływam.
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
[ Ilustracja ]

Sen przyszedł bardzo szybko, przynosząc ze sobą bardzo dziwne wizje.
Pędziłeś bezkresną autostradą na motocyklu, przecinając noc z absurdalną prędkością. Byłeś pewny, że jedziesz szybciej od światła, bo smugi reflektora zostawały daleko za tobą jak rozciągnięta mgła, a jednak nie widziałeś końca drogi. Wokół ciebie mknęła cała armia Harleyów, dosiadanych przez pół-nagie (lub całkiem nagie) panienki, o iście diabelsko gorącym wyglądzie. Kilka z nich jechał wraz z wielkimi facetami w skórach, z których każdy wyglądał tak samo, ale - na całe szczęście - większość ujeżdżała mechaniczne rumaki w pojedynkę.
Zabawa trwała, pośród gwizdów, wrzasków, ryczenia silników, zaś sama podróż stawała się coraz bardziej surrealistyczna. Czułeś tylko pęd, dziki, nieposkromiony pęd w niewiadomym kierunku. Energia, ogień, gniew, podniecenie kotłowały się w tobie niczym olej w mocarnym silniku, a dojeżdżające do ciebie "motosukkuby" tylko napędzały wszystkie te uczucia.
Nagle sen zmienił się. Nie zerwał, nie zawalił, nie przeobraził w inną treść czy krajobraz, a jednak poczułeś, że coś jest bardzo nie tak, jakbyś w swym nadświetlnym pędzie wjechał na wybój lub podskoczył na osiedlowym speedbrake'u. Wrzawa ucichła, reszta grupy znajdowała się w tej samej odległości co wcześniej, jednak zadawali się jakby zastygnięci, spowolnieni w nieopisanym czasie, jak w gęstej, niewidzialnej zawiesinie. Spojrzałeś w prawo, ku środkowi jezdni.
Obok ciebie spokojnie kroczył człowiek w garniturze i meloniku, co któryś krok stukając elegancką laską o asfalt.
Depnąłeś do samej dechy, Raodking zawył infernalnie i dałbyś głowę, że z rury wydechowej poleciały prawdziwe płomienie.
Śniłeś, nie miałeś więc zwykłego poczucia przestrzeni, ciśnienia, własnej cielesności, a jednak mózg przyparł na potylicę, żołądek na kręgosłup, kręgosłup na dupę, ta zaś na skórzane siedzenie maszyny. Jeśli dotąd jechałeś z nadświetlną, to na obecną prędkość nawet autorzy sci-fi nie mieli określenia. Poczułeś się wolny, bezpieczniejszy, znów dziki i silny...
... Ale tylko przez moment.
Człowiek w meloniku szedł wciąż obok ciebie tym samym, niespiesznym rytmem. Zdawało się, że zarówno ty jak i on jesteście projekcjami wyświetlacza, a szybkość i prędkość waszego poruszania się nie miała nic wspólnego ze zmieniającym się w czarną smugę asfaltem przed tobą.
Odwrócił głowę w twym kierunku, uśmiechnął się nieznacznie znad swej eleganckiej, równo przyciętej bródki, a ty poczułeś, że ręce odmawiają ci posłuszeństwa. Zaraz puścisz manetkę, stracisz poczucie równowagi i rozsmarujesz się po asfalcie na miliardy atomów...

Wstrząs.

Odległy, jakby ktoś nieznacznie poruszył twoim łóżkiem lub przywalił mocno w podłogę nad tobą.
Otworzyłeś oczy. Arek pochrapywał cicho. Nie do końca świadomy odczułeś przebrzmiewające echo wstrząsu. Znałeś je zbyt dobrze. Eksplozja. Coś wybuchło nie tak daleko od was, gdzieś w głębi... Miasta? Ulicy? Przypominałeś sobie gdzie jesteś.
Za moment rozległ się smętny, efemeryczny śpiew alarmowych syren jakichś służb porządkowych - może strażaków, może policji, może jednych i drugich.
Zrywając się z łóżka niczym polany lodowatą wodą, rozglądam się wokoło jak szurnięty.
Przez moment, krótki moment poczułem się jakbym był znów na bliskim wschodzie. Wybuchy eksplozje...
Potem przypominam się o czym śniłem. Nie mogąc pojąć schizów które mnie męczyły wstaję z łóżka.
- Te żarcie musiało być stare - Mówię do siebie podchodząc szybko do okna. Otwieram je. Staram się rozejrzeć i dowiedzieć co się stało na zewnątrz.
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
Na ulicy, wciąż pogrążonej w mroku nocy, nie dostrzegłeś nic nadzwyczajnego, a dokładniej nic zupełnie. Widać przespałeś może z godzinę, nie dziwne więc, że nie było przechodniów ani samochodów. Ryk syren i echa kolejnych, mniejszych eksplozji były teraz bardziej wyraźne. Na tyle wyraźne, że mogłeś zlokalizować, iż dochodzą z głębszej części Piotrkowskiej, równoległej do Kościuszki, na którą właśnie spoglądałeś.
Nie dostrzegając źródła eksplozji, odwracam się od okna. Podnoszę jakiś pierwszy lepszy przedmiot i ciskam nim w Arka, mając nadzieję że ten się obudzi.
- Jakieś fajerwerki w okolicy - mówię kiedy się ocknie.
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
- Co co?! - podskoczył niezbyt przytomny. - Fajerwerki...? A chuj z nimi... Może mają jakieś święto lasu, chcesz to idź...
Po czym znów zachrapał.
- Armageddon byś przespał - mówię do śpiącego znowu Arka. Zakładam katanę.
Nóż wędruję do pod nogawkę, pistolet za pasek. Jeśli są tam wybuchy, to może być gorąco. Trzeba być gotowym na wszystko.
Nie czekam na nic więcej. Wychodzę. Szybkim truchtem kieruję swe kroki w kierunku odgłosów.
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
Wybiegłeś z kamienicy i skierowałeś się do pierwszego przejścia między budynkami, na równoległą Piotrkowską. Już z perspektywy kilkuset metrów widziałeś dokładnie dużą, stojącą dalej wgłębi ulicy fabrykę, trawioną przez dym i wysokie płomienie pożaru.
- Fabryka. Czemu mnie to nie dziwi - mówię do siebie podchodząc bliżej. Porozglądam się wokoło, z czystej ciekawości. Jeśli niczego nie znajdę, udam się z pwrotem do domu.
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
← Sesja WoD
Wczytywanie...