Fragment książki

20 minut czytania

PROLOG

Zachodni Skraj

Anduin Wrynn gnał, jakby na plecach siedział mu tysiąc wrzeszczących sług Pustki. Grzmotom na niebie wtórował huk dochodzący spod kopyt konia, które uderzały z impetem o ziemię, niosąc go przez poranione równiny Zachodniego Skraju. Pędził za nim wyłącznie jego lojalny przyjaciel i zarazem mistrz szpiegów, lecz nie miało to znaczenia. Mrok deptał mu po piętach i Anduin robił, co tylko mógł, by mu umknąć.

Przynajmniej na moment. Choćby na krótką chwilę.

– Panie! Panie! Zaklinam cię, mój koń zgubi podkowy! – głos Matiasa Shawa zdołał się przebić przez huk dochodzący z nieba i tętent kopyt.

Anduin zignorował go i cmoknął na wierzchowca, by Mir popędził szybciej. Szybciej, szybciej, szybciej. Nic nie mogło go zmusić do zaprzestania cwału.

W oddali, pośród pól uprawnych i niskich wzgórz wyrastała zrujnowana, nasycona energią wieża, wyglądająca jak kryształowa iglica. Na niebie gęstniały chmury, okrywając ziemię cieniem, a jeździec nie był w stanie odwrócić od niej wzroku. Dawniej nie wyobrażał sobie, by Zachodni Skraj mógł się tak drastycznie zmienić, lecz rozszalały Kataklizm nie zważał na nostalgię, którą odczuwał młodzieniec. Mimo to czuł się, jakby ktoś wykoślawił najgłębsze wspomnienia z jego dzieciństwa. Był wtedy jedynie niedoświadczonym młokosem, a dziś czuł się zahartowany niczym ostrze miecza. Tamten chłopak sądził, że pewne rzeczy się nie zmieniają, lecz teraz wiedział, że było to jedynie dziecinne przeświadczenie. Nic nie trwało wiecznie. Nawet największe miasta mogły upaść, wrogowie mogli stać się sojusznikami, a nawet przyjaciółmi. Cynizm wcale nie był rozumniejszy od optymizmu.

– Panie!

Anduin wreszcie odpuścił i lekko ściągnął wodze, a Mir, jego wspaniały biały koń, zwolnił do galopu, dzięki czemu szpieg dogonił swego pana i pojawił się u jego boku.

– Wybacz mi – westchnął Anduin, odgarniając spocone włosy, które wpadały mu do oczu. – Ten cwał musiał wystawić na próbę twe stare kości.

– Nie mówiłeś mi, że będzie to wyścig – burknął Shaw. Pomimo docinków Anduina starszy mężczyzna nawet się nie zdyszał, bo choć najlepsze lata miał już za sobą, nadal był silny i zręczny. – Gdybyś uczciwie mnie uprzedził, zostawiłbym cię daleko w tyle, Wasza Wysokość.

– Cóż – Anduin zawrócił konia w stronę zostawionej daleko w tyle Kniei Elwynn, rozciągającej się po drugiej stronie rzeki – będziemy musieli to sprawdzić.

– Być może, lecz najpierw powiedz mi, dlaczego pędzisz dziś jak szaleniec. Brakuje tylko, byś spadł z konia i złamał królewski kark.

Shaw był szorstkim człowiekiem, a do jego obycia pasował równie szorstki głos, który brzmiał, jakby mężczyzna rozpoczynał każdy dzień od płukania gardła trocinami. Jednak jego nieokrzesany, bezpośredni sposób bycia radował Anduina. Podczas gdy większość członków dworu płaszczyła się i mizdrzyła w obecności króla, Shaw nigdy nie owijał w bawełnę.

Zbierające się nad ich głowami chmury groziły ulewą, lecz Anduin zignorował nadchodzący deszcz i zeskoczył z konia ze sprawnością doświadczonego jeźdźca. Mir zdawał się wzburzony – rzucał swą wspaniałą białą grzywą na boki i zgrzytał zębami. Król podszedł do łba konia, wyciągnął z kieszeni parę kawałków jabłka i przystawił je do pyska bestii. Ach – uzda się przekrzywiła. Gdy ją poprawiał, pozwolił koniowi wtulić ciepłe, miękkie chrapy w swoje ramię, po czym przyłożył czoło między oczy Mira.

– Gdy byłem bardzo młody i dopiero uczyłem się jeździć, ojciec zabrał mnie do stajni i dał mi mojego pierwszego kuca. Jabłkowity. Łagodny. Wysoki na metr trzydzieści w kłębie. Zapytałem ojca, dlaczego konie mierzy się w kłębie. – Anduin niewyraźnie się uśmiechnął, wspominając dawne czasy. – Wyszczerzył tylko zęby i oznajmił, że nie wie, po czym warknął na stajennego, pytając, czy on wie. Nikt nie wiedział. Stajenny był tak zakłopotany, że pewnie zmoczył spodnie. Biedny chłopak był niewiele starszy ode mnie. Miał chyba na imię Marvin.

– Nie znałem go – Shaw dalej siedział w siodle. Wyglądał, jakby nagle myślami znalazł się gdzieś bardzo daleko.

Anduin nie dał się jednak nabrać. Wiedział, że Shaw czegoś mu nie mówi. Prawie na pewno znał Marvina, a Marvin ani chybi zginął – na tej czy innej wojnie, od topora orków czy zatrutego sztyletu Porzuconych. Być może jego dom zapadł się w trakcie Kataklizmu i pochłonęła go ziemia.

Anduin odsunął od siebie te gorzkie myśli.

– Byłem w szoku. Mój ojciec, król Wichrogrodu, właśnie przyznał się do niewiedzy w obecności służącego. Powiedziałem mu to. Wiesz, co mi odparł?

Shaw pokręcił głową.

– Oznajmił mi: „Tylko głupiec uważa się za eksperta we wszystkich dziedzinach. Mądry człowiek przyznaje się do niedoskonałości i stara się poszerzać swą wiedzę”.

Obaj milczeli przez chwilę, nasłuchując, jak burza przetacza się przez Wzgórza Sztyletów i przesuwa na północ w ich kierunku.

– Nie było łatwo mu służyć, lecz było to satysfakcjonujące wyzwanie. Nie da się tego powiedzieć o wszystkich władcach.

– Auć – Anduin skrzywił się na tę uwagę.

– Och, służenie tobie też jest satysfakcjonujące. Po prostu jest… odrobinę większym wyzwaniem – odparł Shaw z ledwo zauważalnym uśmiechem, który był jednym z najbardziej zagadkowych z repertuaru szpiega. – Dobrym przykładem jest to, jak unikasz odpowiedzi na moje pytanie.

– Nie, Shaw. Odpowiadałem na nie. – Lewą ręką Anduin trzymał luźno wodze Mira, a prawą wskazywał w stronę kniei i majaczących jeszcze dalej we mgle iglic Twierdzy Wichrogród. – Przyznaję się do niedoskonałości. Ten dzień był… był…

Anduin bezskutecznie szukał odpowiedniego słowa. Trudny? To za mało. Okropny? Depresyjny?

Druzgocący.

Tyrande i Malfurion pierzchnęli do Nordrassila, a wiadomości wysłane przez króla nie dotarły do adresatów. Dziś rano przybył posłaniec z nieotwartym listem przeznaczonym dla nich. Mężczyzna był wyraźnie wstrząśnięty wyprawą, a jego stan tylko się pogorszył, gdy Anduin stanowczo rozkazał mu powrócić do Nordrassila i spróbować ponownie. Choć Anduin usiłował wytłumaczyć sobie, że da się zburzyć mur dzielący ludzi i nocne elfy, smucił go sam fakt jego powstania. Te rasy powinny być zjednoczone i silne mocą swej wspólnoty, choć z drugiej strony nie mógł odmówić im powodów do wściekłości. Gdyby Wichrogród spłonął doszczętnie pod ich rządami, przebaczenie pewnie nie nadeszłoby zbyt szybko, jeśli w ogóle.

Na zachód od farmy Saldeana wzniósł się słup dymu. Można by wziąć towarzyszący mu huk za uderzenie pioruna, gdyby nie odgłosy łamiącego się drewna i donośny wrzask mężczyzny.

– Co to było? – zapytał Anduin. Ruszył w stronę wybuchu i dymu.

Shaw podążył za nim, mrucząc coś pod nosem.

– Ostrożnie – rzucił stary szpieg. – To może być zasadzka.

– To moi ludzie, moje ziemie…

– A twoi wrogowie mogą wykorzystać to przeciw tobie.

Anduin słyszał udrękę w dochodzącym ze stodoły wrzasku i nie mógł stać bezczynnie, gdy cierpiał jeden z jego poddanych. Dojechali do pola, na którym leżało zebrane siano, uformowane w wielkie bele wysokości człowieka. Kury rozpierzchły się na ich widok, a jeźdźcy przywiązali konie do krzywych palików płotu i wykorzystali wyrwę w połamanym ogrodzeniu, aby wejść na rolę.

– Czy to mogła być eksplozja? Mam nadzieję, że nikt nie został ranny… – Anduin przyspieszył kroku, coraz wyraźniej słysząc liczne podniesione głosy. Zmienił się kierunek wiatru i wraz z Shawem znaleźli się w kłębach gryzącego dymu.

Anduin rozganiał opary i mrużąc oczy, patrzył w kierunku pozostałości zapadniętego dachu stodoły. Dojrzał trzech mężczyzn, którzy toczyli zażartą kłótnię. Jeden z nich – najwyższy z grupy – miał na sobie niechlujne łachmany. Jego włosy były brudne i zmatowiałe, a do brody przyczepiły się drzazgi pochodzące z wybuchu. Pozostali dwaj mężczyźni byli ubrani w proste, ręcznie szyte odzienie farmerów, poplamione i poprzetykane źdźbłami traw. Ich twarze były zniszczone pracą.

– Jago, ty nędzny półgłówku! Mówiłem, że możesz pomieszkać w mojej stodole, a nie wykorzystywać ją do swych szalonych eksperymentów!

Dym przerzedzał się, a Anduin był coraz bliżej mężczyzn i widział już, że farmerzy to ojciec i syn. Ten drugi był miniaturową wersją swego rodzica – miał nawet identyczną rudą brodę, która różniła się wyłącznie mniejszą ilością siwych włosów. Starszy farmer rzucił się na Jago z zaciśniętymi pięściami gotowymi do walki.

Anduin zatrzymał się, słysząc charakterystyczny dźwięk miecza wydobywanego z pochwy. Odwrócił się i ujrzał nie ostrze, lecz kamienną twarz Matiasa Shawa. Mężczyzna nie wyciągnął w pełni broni, sugerując, że ten gest może wystarczyć, by powstrzymać farmera.

– Panowie – powiedział spokojnie Anduin, podnosząc ręce – na czym polega problem?

– To żaden pan! – ryknął farmer. – To bezecny pijak, który pędzi swój diabelski samogon w mojej stodole. Spójrzcie tylko na ten dach! Skąd mam teraz wziąć pieniądze na naprawę?

Mężczyźnie zajęło chwilę, by uświadomić sobie, do kogo się zwraca, lecz i tak ledwie skinął głową z szacunkiem, w przeciwieństwie do jego syna, który zrobił się biały jak prześcieradło.

– Chcę również usłyszeć jego wersję wydarzeń – odparł Anduin.

Odwrócił się do Jago, którego jedyną odpowiedzią było splunięcie; plwocina wylądowała z mokrym plaśnięciem u stóp króla. Sam ten gest spowodował, że mężczyzna prawie się przewrócił, a jego czkawka była tak głośna, że można ją było usłyszeć w Twierdzy Wichrogród. Nawet zapach zwęglonego drewna i spalonego bimbru nie przykrywał wiele mówiącego odoru skwaśniałego piwa, wyczuwalnego w jego oddechu.

– Naści – wybełkotał Jago, wskazując na swe wysychające plwociny. – Tyle jest warta moja wersja. Tyle mi zostało na świecie. Kości, krew i żółć. Nic… nie mam nic. – Jego oczy rozszerzyły się, a twarz poczerwieniała, co było widać nawet pod grubą warstwą sadzy. – Nic.

Rzucił się na Anduina w niezdarny sposób, ale Shaw ruszył, by go uprzedzić. Szpieg z szybkością błyskawicy skoczył przed króla, jedną ręką chwytając pijaka za ramię, a drugą nadal trzymając broń w pogotowiu.

– Nie robiłbym tego – warknął Shaw.

– Zrób to, działaj tym swoim mieczem – wyrzucił z siebie Jago. Anduin spojrzał nad barkiem Shawa prosto w zakrwawione, spuchnięte od łez oczy mężczyzny. Im dłużej na niego patrzył, tym bardziej zdawało mu się, że skądś go kojarzy. – Byłem tam! Byłem tam, gdy królowa Porzuconych zwróciła się przeciw swoim!

Anduin zamarł i przyglądał się, jak pod Jago miękną nogi i pada na ziemię. Okruchy sadzy przyprószyły go niczym poczerniały śnieg.

– Wyżyny Aratorskie… poszedłem tam. Byłem tam. Mój Wilmer. Był tam, gdy… Został zmieniony. Stał się jednym z nich. Przegniły i dziwaczny, ale to był nadal Wilmer. To nadal… nadal najlepszy człowiek, którego znałem i kochałem. – Jago znów opanowała wściekłość i ponownie warknął na Anduina, mierząc w niego palcem: – Mogłeś ją powstrzymać. Mogłeś ich uratować…

Shaw delikatnie opuścił ramię Jago.

– Nie możesz się tak zwracać do swojego króla.

– Mojego króla? Mojego króla? – Jago roześmiał się przenikliwym, na wpół oszalałym śmiechem. – To nie mój król. Najwyżej król głupców.

Anduin zmusił się do utrzymania spokojnego tonu głosu i odsunął szpiega na bok.

– W porządku, Shaw.

Potem przykląkł, starając się ukryć drżenie kolan. Nadal odczuwał wstyd związany z tamtym dniem, z tamtą porażką… Udał się na Wyżyny Aratorskie w dobrej wierze, by spróbować zniwelować podziały między nieumarłymi Porzuconymi i rodzinami, które mieli za życia i później zostawili. Rozmowy szły pomyślnie… do pewnego momentu. Sylwana Bieżywiatr, królowa Porzuconych, na którą polowało teraz całe Azeroth, zabiła własnych ludzi. Dokonała egzekucji na wszystkich, którzy postanowili wrócić do swych żyjących bliskich.

– Przykro mi, Jago – powiedział Anduin. – Jestem…

Jago odepchnął go, po czym zdołał stanąć na nogi i przebiec kawałek w stronę pola. Shaw chciał go prędko pochwycić, lecz nie było takiej potrzeby. Jago upadł twarzą w piach z szeroko rozłożonymi ramionami. Jego głowa wylądowała kilka centymetrów od czuba skórzanego buta Allerii Bieżywiatr. Anduin nie słyszał, jak nadchodzi, nie towarzyszył jej żaden wierzchowiec. Tropicielka dysponowała bardziej kreatywnymi metodami przemieszczania się.

Szturchnęła mężczyznę czubkiem buta i wzruszyła ramionami.

– Nadal oddycha.

– Co za ulga – rzucił sucho farmer.

Anduin wstał i zdecydowanie ruszył w stronę Allerii, podczas gdy farmer zatrzymał Shawa, narzekając na swój zniszczony dach.

– Jak ja za to zapłacę? Jago nie ma nawet miedziaka przy duszy.

– Porozmawiaj z kapitanem Danuvinem – spokojnie odparł Shaw. – Użyczy ci chłopaków z garnizonu, którzy pomogą w naprawach.

– Oczywiście… – mruknął farmer. – Pewnikiem to zrobi…

Anduin zatrzymał się o włos od stóp Jago, wpatrując się w Allerię ponad leżącym ciałem mężczyzny.

– Przybyłaś przed czasem – powiedział bez tchu.

Jago oczywiście nie był bez znaczenia, ponieważ liczył się każdy poddany w jego królestwie, lecz pojawienie się Allerii było ściśle związane z wewnętrznym cierpieniem pijanego mężczyzny. Alleria została wysłana na najwyższej wagi misję odnalezienia Sylwany Bieżywiatr, ale król nie spodziewał się jej tak szybko. Zabicie Wilmera było tylko jedną z niezliczonych zbrodni Sylwany, a odpowiedzialna za to morderczyni miała zostać znaleziona i doprowadzona przed oblicze sprawiedliwości. Anduin chwycił Allerię za ramię i odciągnął ją z pola w kierunku niespokojnych koni.

– Czy mam to brać za dobry znak?

Delikatna blada twarz Allerii Bieżywiatr była do połowy schowana pod kapturem, lecz i tak w jej napiętych ustach Anduin widział jedynie rozczarowanie. Gdy szli, wzrok miała ciągle skierowany w dół, sztywność jej ciała również była bardzo wymowna.

– Nie – szepnęła Alleria. Jedno krótkie słowo, a jej głos i tak łamał się od emocji. Była zmęczona i wynędzniała, a cienie pod oczami powodowały, że jej dotknięte przez Pustkę spojrzenie zdawało się jeszcze jaśniejsze. – Nie, mój królu, nie mam dziś dla ciebie pomyślnych wieści.

Dotarli do płotu. Anduin chwycił jeden z palików i ścisnął go tak mocno, że stare drewno aż zatrzeszczało. Chciał go złamać. Chciał, by pękł na kawałki. Przypływ gniewu był tak mocny, że zamknął oczy, jakby obawiał się, co Alleria może w nich dojrzeć.

– Moja siostra nie jest nieroztropnym dzikiem, który włóczy się po otwartym terenie – kontynuowała Alleria, odsuwając się od Anduina i krzyżując ramiona na okrytym płaszczem zielonozłotym kirysie. – Jest przebiegła i wykorzystuje całą swą mroczną moc, by się ukryć.

– A ty jesteś najlepszą tropicielką, jaką znam – odparł Anduin przez zaciśnięte zęby. – Nie spodziewałem się, że zawiedziesz. Znasz ją najlepiej, Allerio. Byłaś naszą największą nadzieją.

Shaw dyskretnie do nich dołączył i utkwił wzrok w elfce Pustki. Przez chwilę nikt się nie odzywał i było słychać tylko nadchodzącą burzę, rozpędzającą wiatr do szaleńczej prędkości. Nieopodal pojawiło się małe stado krwawych dzików, które zakwiczały ostrzegawczo i uciekły z pola. Nad ich głowami przeleciał gryf, zmierzający na Wzgórze Strażnicze. Palik w dłoni Anduina wciąż trzeszczał i trząsł się, a król nadal chciał, by się złamał.

Zniszczenie czegoś przyniosłoby mu taką ulgę…

Przezwyciężyli Legion, terror Sargerasa, który chciał postawić ich świat w ogniu zagłady. Zdołali to jednak przetrwać. Ilu padło ofiarą Legionu? Ile umysłów wypaczył i rzucił w paszczę ciemności N’Zoth? Nawet Przedwieczny Bóg poległ w starciu z ich potęgą. Ale jedna kobieta… jedna kobieta wciąż unikała sprawiedliwości. Odnalezienie jej początkowo zdawało się błahostką, a jednak okazało się karkołomnym – być może nawet niemożliwym – zadaniem.

– Będziemy nadal próbować – powiedziała Alleria z kojącym przekonaniem. – Nie może ukrywać się w nieskończoność. W końcu będzie musiała się ujawnić, a gdy to zrobi, jej wrogowie dopadną ją z całą mocą.

Anduin powoli otworzył oczy i zwrócił głowę w stronę jasnowłosej elfki. Gdy ich oczy się spotkały, poczuł wstrząs. Nieprzyjemny szept z odmętów pamięci. Alleria zasugerowała mu kiedyś, aby to Sylwana stawiła czoła N’Zothowi. Razem ze swą siostrą Vereesą były przekonane, że to najrozsądniejsze rozwiązanie. Dla Anduina była to wtedy niedorzeczna propozycja, zresztą nic się w tej kwestii nie zmieniło. Więzy krwi były oczywiście ważne, a do tego kobiety miały pełne podstawy do tego, by wierzyć w umiejętności swej siostry. Dlaczego ich największe zagrożenie nie miało stawić czoła innemu zagrożeniu? Anduin jednak odmówił. Jej potęga nie ulegała wątpliwości, lecz teraz… Teraz…

Zdawało mu się, że Shaw zwrócił się do niego, ale król kompletnie zatracił się w mrocznych wspomnieniach. Dlaczego Alleria w ogóle złożyła mu taką propozycją? Jak mógł być tak ślepy, by dać szansę – jakąkolwiek szansę – komuś tak zdradliwemu jak Sylwana Bieżywiatr? A teraz Alleria nie zdołała wykonać wyraźnie określonego zadania: odnalezienia swej siostry i wsparcia wysiłków, mających na celu doprowadzenie jej przed oblicze sprawiedliwości.

Może coś przed nim ukrywała. Może chłodny blask jej oczu skrywał coś więcej niż tylko bezgraniczne tajemnice Pustki. Jak mógł być pewien lojalności Allerii? Czy trzymanie jej u swego boku było ryzykiem? Głupim, nierozważnym ryzykiem?

Tak samo głupim i nierozważnym, jak zaufanie Sylwanie na Wyżynach Aratorskich, gdy naiwny chłopiec król zawierzył słowom węża… Nie. Alleria wielokrotnie się sprawdziła i miała rację – Sylwana nie była zwykłą zdobyczą. Polowanie będzie trwało dalej, a król znajdzie sposób, aby nadal wierzyć w ich zwycięstwo. Był to jego obowiązek. Człowiek powinien znać granice swych możliwości, lecz to nie mogła być jedna z granic. Jeszcze nie teraz. Polegało na nim zbyt wiele osób.

Palik od płotu w końcu pękł. Kolejna rzecz, którą trzeba naprawić.

Jedna z wielu, wielu rzeczy, które wymagają odnowienia.

– Chodźmy – powiedział cicho, odwracając się plecami do nich obojga. – Burza już prawie nas dogoniła. Wróćmy do Wichrogrodu i zdecydujmy, co zrobić dalej. Sylwana nie odpoczywa. My również nie powinniśmy.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Orgrimmar

Choć mocno go to zaskoczyło, sucha spiekota i niekończący się gwar Orgrimmaru sprawiły, że poczuł się jak w domu. Być może było to dla niego jak powrót na łono kapryśnej, dziwacznej rodziny. Rodziny, której może sobie nie wybrał, lecz nauczył się ją szanować. Thrall, syn Durotana i były wódz Hordy, sądził, że wzdrygnie się, gdy poczuje znajome zapachy i zobaczy chaos panujący w mieście, lecz wrócił do dawnego rytmu z zaskakującą łatwością.

Ta bliskość w pewnym sensie napawała go lękiem. Wszystko się oczywiście zmieniło, łącznie z samą Hordą. Było to nieuniknione. Jeden wódz nie mógł już rządzić nimi wszystkimi. Niczym dziwaczna rodzina, Horda rosła, cierpiała, powiększała się i zmniejszała, i Thrall pomyślał, że wreszcie zaczynali odnajdywać się w niej jako różne narody, zjednoczone na wezwanie jednej osoby, lecz jako wspólnie rozbrzmiewający chór wielu potężnych głosów.

Wilki były silniejsze w liczebniejszym stadzie, a tam, w Warowni Grommasza, w Radzie Hordy, zobaczył u swego boku wiele dorodnych wilków.

„Nie obawiaj się” – pomyślał, rozglądając się po zgromadzeniu. „Nie jesteś niczyim przywódcą. Zasiadasz pośród równych sobie”.

Jego duma nie była urażona tą myślą. Wręcz przeciwnie – powitał ją z radością.

Thrall położył ręce na kolanach i nachylił się w stronę dwóch młodych taureńskich śmiałków, którzy kończyli zdawać raport pośrodku okrągłej sali. Na grani na Północnych Pustkowiach dojrzeli szpiegów – dwójkę mrocznych tropicieli. Po zaalarmowaniu starszego rangą patrolu, który znajdował się w okolicy, tropicieli wyśledzono i schwytano. Szpiedzy połknęli jakąś trującą miksturę i umarli, nim zdołano ich przesłuchać, ale pozbycie się dwóch par oczu Mrocznej Pani z Durotaru i tak uznano za sukces.

W pomieszczeniu rozległ się lekki aplauz, a dwóch śmiałków stało z podniesionymi głowami, wypinając futrzaste piersi i trzymając oszczepy na sztorc. Thrall nie mógł się powstrzymać przed rozważaniem, jak długo będą żyć, które z zimnych, ponurych miejsc daleko stąd stanie się ich grobem i kim są rodziny, które pozostawią, gdy wojna zetrze ich w proch niczym ziarno w młynie.

Nie. Nie! Powstrzymają to. Taki był cel istnienia Rady – powstrzymać krwawe zachcianki jednego przywódcy i prowadzić łagodniejszą politykę. I choć wielu nadal wzdragało się na sam dźwięk słowa „rozejm”, Thrall uważał, że Horda bardzo potrzebuje wytchnienia.

– Dobra robota! – Lor’themar Theron skomentował działania dwójki śmiałków. Przywódca krwawych elfów, z długimi bladymi włosami, martwym okiem naznaczonym blizną i niezwykle zadbaną brodą, wzniósł puchar. – Wykazaliście się odwagą. Toast za tych dzielnych żołnierzy Hordy. Lok-tar!

– Lok-tar!

Thrall również uniósł swój puchar, lecz jego oczy skierowały się w stronę pustego siedzenia, znajdującego się u boku odzianego w czerwień przywódcy krwawych elfów. Pozostałe pary oczu i jedyne oko Lor’themara także spoglądały czasem w to miejsce tego popołudnia. Była to niezwykła ironia losu – Rada została zwołana w odpowiedzi na kontrowersyjne decyzje przywódcze Sylwany Bieżywiatr i jej samowygnanie, a teraz nie było tu nikogo, kto przemawiałby w imieniu Porzuconych.

Na spotkanie Rady ze swej dalekiej krainy przybyła nawet Talanji, nowa królowa Zandalaru. Siedziska Rady w warowni były ustawione w okrąg, a Talanji zajmowała miejsce prawie dokładnie naprzeciwko Thralla i do tej pory raczej się nie odzywała. Wiedział, że nie jest to typowe zachowanie dla zuchwałej młodej królowej.

Obok niej i najbliżej wejścia zasiadał świeżo ustanowiony kupiecki książę kartelu Zęzowej Wody, i choć Gazol był raczej niewielki, jego dominująca osobowość wyraźnie zaznaczała się tego dnia w raportach, dyskusjach i sprzeczkach.

Goblin właśnie nalał sobie więcej piwa, gdy do sali wpadły dwie postacie, zaskakując taurenów i Gazola, który wylał połowę trunku za koszulę. Gazol zaklął pod nosem, a jego jedyna kępka włosów dygotała na boki, gdy wściekle wycierał mokrą plamę.

Wreszcie pojawiła się nieobecna członkini Rady. Szczupła, złotooka nieumarła szybko wbiegła między zebranych, rzucając spojrzenia na wszystkie strony. Jej postura wskazywała, że kobieta wcale nie przejmowała się swym spóźnieniem. Za nią kroczyła jej trupioblada towarzyszka, również nieumarła, która zachowywała się znacznie spokojniej. Kobiety nie mogłyby się bardziej od siebie różnić – jedną rozkład przeżarł już do kości, a druga była nieskazitelnie gładka i lśniła wewnętrznym, zniewalającym blaskiem.

Na miejsce przybyły Lilian Voss, aktualna przywódczyni Porzuconych, oraz Calia Menethil. Ich wejście przyciągnęło uwagę każdej istoty w warowni, a w ciszy, która nagle zapadła, zdający raport taureni zaczęli niezręcznie przestępować z kopyta na kopyto. Calia obserwowała każdy ruch Lilian, jakby miała być później z tego odpytywana. Wreszcie Bain Krwawe Kopyto gestem dłoni kazał taurenom usunąć się na bok i śmiałkowie ruszyli w jego kierunku, przyklękając na ziemi przed swym wodzem.

Zapanowała cisza. Zdawało się, że nikt nie wie, co powiedzieć, a zwłaszcza nowo przybyłe kobiety. Lilian Voss poprawiła znoszony worek na ramieniu. Jej buty, nagolenniki i płaszcz były obryzgane świeżym błotem.

Siedząca po prawicy Thralla białowłosa i wytatuowana na biało Pierwsza Arkanistka Thalyssra cicho zakasłała w zwiniętą w pięść dłoń.

„Nie jestem ich przywódcą”. Cisza przedłużała się boleśnie. Thrall wreszcie wstał i z ciepłym uśmiechem rozłożył szeroko ramiona w kierunku kobiet.

– Mocno odczuwaliśmy waszą nieobecność – zaczął swym donośnym głosem. – Horda nie jest Hordą bez Porzuconych.

Lilian skinęła głową, przygryzając dolną wargę tak mocno, że Thrall zmartwił się, że przebije skórę. Calia Menethil, jej odziana w kapłański strój towarzyszka, wysunęła się naprzód i skinęła srebrzystą głową:

– Łaskawe słowa.

– Zapraszamy, dołączcie do nas. – Thrall wrócił na miejsce i wskazał na dwa siedziska z wysokimi oparciami, zarezerwowane dla nich.

– Znajdziecie tu najlepsze jadło Orgrimmaru i tyle wina i miodu, ile zdołacie… yyy… chciałem powiedzieć, że jesteśmy do waszej dyspozycji – powiedział lisołak Kiro, pocierając łapami z zakłopotania. Rasa była w końcu nowym członkiem Hordy. Dorzucił jeszcze cicho: – Zasiądźcie, proszę.

Jego gafa przełamała panujące napięcie, a Gazol zachichotał, słysząc niestosowne słowa śniadego lisołaka. Nieumarli nie potrzebowali jedzenia ani picia, ale Thrall z zadowoleniem stwierdził, że Porzucone nie poczuły się urażone. Zostały powitane przez zwalistego, przyozdobionego piórami Baina Krwawe Kopyto i Lor’themara, którzy zajmowali miejsca po obu stronach pustych miejsc.

– Czy możemy zapytać, co was zatrzymało? – chciał się dowiedzieć Lor’themar, gdy kobiety już spoczęły.

– Nasi ludzie nie mogą wiecznie przebywać w Orgrimmarze – wreszcie odezwała się Lilian. Kiedy już usiadła i zrzuciła z siebie tobołek, zdawała się bardziej rozluźniona. Jej niebieskie oczy rozbłysły, gdy się wyprostowała i zdjęła skórzany płaszcz. – Jest tu zbyt gorąco. Wolimy cienie i wilgoć. Być może uda nam się odzyskać ruiny Lordaeronu i odbudować nasz dom. Nie będzie łatwo zacząć od nowa, ale musimy się do tego zabrać. Dzięki rozejmowi zrobiło się mniej gorączkowo, ale nie oznacza to, że statki Przymierza reagują radością na widok naszej bandery na morzu.

Siedzący naprzeciwko nich u boku kupieckiego księcia i ostrzący do tej pory swój nóż Rokhan, troll z Mrocznych Włóczni, syknął i zerwał się na nogi. Jego kły lśniły równie złowieszczo jak jego sztylet.

– Naprzykrzali się wam?

– Wybraliśmy okrężną drogę – odparła zgrzytliwym głosem Lilian. – Dlatego podróż zajęła nam kilka dni więcej.

– Lepiej mieć się na baczności w tych niespokojnych czasach. I lepiej nie powodować incydentów dyplomatycznych – dodała spokojnie Calia. Potem wzruszyła zmęczonymi ramionami, zdjęła wyblakły od słońca błękitny szal i starannie go złożyła. – Jestem przekonana, że gdybyśmy zostały pochwycone, Derek Proudmoore mógłby interweniować w naszym…

– Proudmoore’owie nic dla nas nie zrobią.

Jak tylko Thrall poczuł, że atmosfera w pomieszczeniu zrobiła się znacznie mniej nerwowa, powstała młoda królowa Zandalaru, roztaczając dookoła siebie lodowatą aurę. Talanji przecięła dłonią powietrze, delikatne dzwoniąc swymi złotymi ozdobami. Jej wysokie, zdobione klejnotami nakrycie głowy rzucało długi cień, który rozciągnął się aż na drugą stronę warowni i drgał od ognia.

Zebrani zaczęli pomrukiwać i poprawiać się na swoich miejscach, czemu towarzyszyły skrzypienie skór i brzęk żelaza. Thrall usłyszał, jak Zekhan, jego przyboczny, głośno wypuszcza powietrze z płuc.

– Horda nie była w stanie powstrzymać ataku na Zandalar. Przyjęłam tę porażkę ze spokojem, uznając, że gdy odzyskamy siły, znów zaatakujemy Przymierze i Proudmoore’ów – kontynuowała Talanji. Jej głos trząsł się od emocji. – Zawarcie pokoju z Przymierzem oznaczało też pokój z Proudmoore’ami, z Jainą. Naiwnie myślałam, że moi ludzie otrzymają okazję do zemsty.

Thrall ścisnął sobie przegrodę nosa. A przecież szło już tak dobrze. Być może powinien był się tego spodziewać. Zebrani wodzowie bardzo różnili się od siebie, mieli różne koncepcje tego, co oznacza bycie częścią Hordy, i bez wątpienia inaczej zapatrywali się na ich wspólną przyszłość. Fala niespokojnych głosów w pomieszczeniu przybierała na sile.

Nim zdążył coś zrobić, by udobruchać nową królową, uprzedziła go Lilian.

– Derek jest teraz jednym z nas. Musisz to zaakceptować.

Talanji żachnęła się i zrobiła groźny krok w stronę przywódczyni Porzuconych.

– Niczego nie muszę akceptować. Potrzebujecie mnie i myślałam, że i my potrzebujemy Hordy, lecz widzę, że nie pomożecie nam w dojściu sprawiedliwości za oblężenie Zuldazaru.

Lilian nawet nie mrugnęła i podniosła się, celując kościstym palcem w kierunku trollicy.

– Nie liczy się tylko zandalarska sprawiedliwość! Porzuceni zbyt długo byli odsuwani na bok, opluwani i ignorowani. Derek jest teraz Porzuconym, a Porzuceni są częścią Hordy.

Po sali rozniósł się szmer aprobaty.

– Czy Zandalarowie nią nie są? – odparła żarliwie Talanji. Najwyraźniej przyszedł czas, by to ona znalazła się w centrum uwagi, więc wyszła na środek i podniosła głos, aby zagłuszyć wszystkie stłumione rozmowy, które rozległy się między członkami Rady. – Co z reakcją Hordy? Co ze wsparciem mego ludu? Kiedy dostrzeżecie rany, które nam zadano?

– Pochopnymi działaniami narażamy rozejm na ryzyko – wtrąciła arkanistka Thalyssra. Były to mądre słowa, przynajmniej zdaniem Thralla. Siedziała spokojnie z założonymi nogami i dłońmi elegancko spoczywającymi na udzie; obserwowała, jak królowa Talanji i Lilian Voss są coraz bliższe wymiany ciosów.

– Nasze zasoby są już i tak mocno nadwyrężone – Lor’themar podchodził do sprawy pragmatycznie. – Musimy być rozważni, jeśli mamy wykorzystać naszą flotę, by zaradzić twym trudnościom. Być może dyplomacja jest odpowiedzią. Moglibyśmy wysłać delegację do Kul Tiras, aby…

– Delegacja?! Dyplomacja?! – zagrzmiał Rokhan, potrząsając głową. – Pff… Moi przodkowie łkają, słysząc takie zastrachane gadki w Warowni Grommasza.

Na te słowa Mag’harowie zebrani obok Mrocznych Włóczni chwycili za broń i zaczęli uderzać trzonkami w ziemię na znak zgody. Jednej osobie udało się przemówić nawet głośniej niż protestującemu Rokhanowi.

– Proszę! – Talanji wskazała na Rokhana. – Jest wśród was przynajmniej jeden, któremu rozmowy o pokoju nie stępiły pazurów!

– Wszyscy żywimy jakieś żale – przypomniał jej Bain Krwawe Kopyto. – Ale trzeba o nich myśleć, mając na uwadze interesy Hordy. Nie jest to łatwe, Wasza Wysokość. Nikt nie sądził, że będzie. Z czasem uda nam się naprawić krzywdy wyrządzone Zandalarom.

– Z czasem – wyszeptała zdumiona królowa.

Właśnie wtedy Thrall uświadomił sobie, że jest jednym z niewielu członków Rady, którzy nadal siedzą. Komnata pogrążyła się w grupowych kłótniach, a skrawki tych długo skrywanych żalów docierały do niego, podczas gdy jego spojrzenie napotkało wzrok Baina Krwawe Kopyto, a potem Lor’themara. Być może nie był już przywódcą, ale to na jego barki spadało nieprzyjemne zadanie przywrócenia porządku. Bain robił, co mógł, lecz potrzebował solidarności.

Thrall powstał, a zaraz po nim Bain, Lor’themar i wreszcie Thalyssra. Żadne z nich się nie odzywało, ale inni zauważyli ich gest po krótkiej chwili. Głosy cichły jeden po drugim, aż wszystkie spojrzenia skierowały się w ich stronę. Zanim Thrall zdołał zaapelować o ciszę, Talanji wściekle opuściła zgromadzenie, a jej obstawa usiłowała dotrzymać kroku swej pani, po drodze nerwowo i na wpół przepraszająco kłaniając się Thrallowi i reszcie.

– Idealnie – westchnął Thrall – Spotkanie odroczone. Teraz zjedzmy i napijmy się, nim zbierzemy się ponownie. O ile się zbierzemy – to ostatnie zdanie powiedział już do siebie.

Było to pierwsze ostrzeżenie, które usłyszano głośno i wyraźnie. Gdy Thrall ruszył w stronę drzwi, towarzyszyły mu cisza i zakłopotane spojrzenia przywódców oraz ich świt. Nie był jeszcze starcem, ale idąc przez warownię, z każdym krokiem odczuwał w kościach narastające wyczerpanie.

Na co on przystał? Ponownie ścisnął przegrodę nosa, odganiając nieznośny ból głowy, który pojawił się u podstawy czaszki. Efekty wszystkich fizycznych starć z przeszłości dokuczały mu mniej niż to. Podmuch wiatru, niosący woń ubitej ziemi i traw z prerii, przywołał wspomnienia. Gdy wyszedł na zewnątrz, przywitał go oślepiający blask popołudniowego słońca. Thrall zmrużył i zasłonił oczy, wspominając niedawne czasy, gdy czuł w nozdrzach te same zapachy, stojąc na klifach Gromowych Urwisk, wysoko nad doliną Mulgoru. Jaina Proudmoore, nemezis Talanji, stała u jego boku, zapewniając go, że ich kruchy sojusz jest wart waśni i rozlanej krwi, które z pewnością staną się jego rezultatem.

– Horda. Przymierze – powiedział do niej. – Byliśmy na tych rozdrożach już niejednokrotnie i za każdym razem wszystko się rozpadało. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?

Delikatnie położyła rękę na jego ramieniu i ten gest poruszył go nawet bardziej niż wypowiedziane przez nią słowa:

– Bo my się zmieniliśmy.

Thrall uwierzył jej, ale teraz nie miał już takiej pewności. Dźwięczała mu w uszach kłótnia Rady, która dodatkowo przyprawiła go o ból głowy.

Chmura pyłu nad Orgrimmarem tłumiła palące słońce. Dym ceremonialnych pochodni wyznaczał drogę z Warowni Grommasza do około tuzina stołów biesiadnych, rozstawionych pod prowizorycznymi czerwonymi namiotami z wymalowanymi emblematami Hordy. Jak można się było spodziewać, przed warownią zebrał się tłum dociekliwych gapiów, którzy wypełnili dolinę zaciekawionymi szeptami i westchnieniami, gdy obserwowali wychodzących za Thrallem członków Rady. Panowała odświętna atmosfera – słychać było bębny i flety, a radosne niemowlęta trzymały w swych piąstkach patyki z powiewającymi proporczykami w kształcie skrzydlatych, rogatych jeźdźców wiatru. Rodzice trzymali dzieci blisko ogrodzenia dookoła namiotów, a niektóre maleństwa siedziały wysoko na ich ramionach.

Thrall przez chwilę stał na słońcu, pozwalając ogrzać się swym obnażonym ramionom, i uśmiechnął się smutno do jednego z dwóch młodych orków balansujących na ramionach ich ojca. Gdy do nich machał, u jego boku pojawił się Zekhan. Minęli ich Lor’themar z Thalyssrą, w skupieniu słuchając, jak Pierwsza Arkanistka wychwala zalety win dzieci nocy, które pozyskała na potrzeby uczty.

– Co się stało? – zapytał Thrall. Zawsze umiał stwierdzić, że coś trapi dzielnego młodego szamana. Chłopak był dobry w wielu rzeczach, ale ukrywanie emocji nie było jedną z nich.

– Przybył posłaniec z Kręgu Ziemi – odparł Zekhan.

Pozostali członkowie Rady minęli ich, zmierzając powoli w stronę namiotów. Lor’themar szedł niespiesznym krokiem, pławiąc się w ciekawości i uwielbieniu tłumu.

– Powiedziałem, że czas na ucztę – mruknął.

– Na pewno chcesz to usłyszeć.

Thrall spędził dużo czasu jako wódz i dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że na tym stanowisku pytanie: „Co znowu?”, może pojawiać się bezustannie. Gdy odwrócił się od tłumu, znalazł się twarzą w twarz z sędziwym orkiem o szarej, pokrytej krostami brodatej twarzy z blizną przecinającą usta.

– Yukha – powiedział Thrall. Nie był to zwykły posłaniec. Od razu rozpoznał tego szamana. Służyli razem w trakcie walki z Legionem i jeśli coś wyciągnęło go z Malstromu, sprawa musiała być poważna. – Throm-ka, stary przyjacielu. Co cię sprowadza do Orgrimmaru?

Położyli sobie nawzajem ręce na ramionach, a Yukha przez chwilę przygryzał policzek, po czym wziął głęboki wdech, dając wyraz swemu zmartwieniu.

– Duchy, Thrallu. Zapanował wśród nich zamęt. Dawniej mogliśmy spokojnie obcować z przodkami, lecz dziś są rozzłoszczeni i mściwi. Na wszystko reagują agresją. Nie chcą dzielić się z nami swą wiedzą. Mój druhu… musiało się stać coś doprawdy tragicznego.

Yukha nerwowo przełożył swą rzeźbioną laskę z ręki do ręki. Takie zachowanie zdecydowanie nie pasowało do mędrca zahartowanego przez czas i wichry wojny.

– Od kiedy tak jest? – zapytał cicho Thrall, pragnąc zachować rozmowę między nimi.

Zekhan wyczuł, że nie powinien być częścią tej dyskusji, i zachował taktowny dystans.

– Przybyłem tak szybko, jak się dało – odparł Yukha. – Moje ciało źle już znosi podróż, ale wiedziałem, że ty mnie wysłuchasz, stary druhu.

– Oczywiście. Nigdy nie nadwyrężałeś swoich kości dla spraw mniejszej wagi niż sam koniec świata – zażartował Thrall, lecz obu orków stać było tylko na krótki, suchy śmiech.

– Żartujesz sobie, ale ja nigdy nie widziałem takiego poruszenia w świecie duchów, a przecież wiesz, ile długich zim mam już na karku.

Thrall skinął głową, ciągle trzymając rękę na ramieniu szamana.

– Rozumiem, Yukha. Rada dowie się o tym i osobiście zadbam, by nie zignorowali twych obaw.

Dopiero te słowa wywołały uśmiech ulgi na pomarszczonej twarzy orka.

– Spiesz się, synu Durotana. Spiesz się. Przodkowie krzyczą, a my musimy ich wysłuchać.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...