droga_szamana_5

NOWA niekończąca się opowieść..........

Odpieranie ataków nie mały problem ale najgorsze w tym wszystkim było to, że nie mogli go zabić bo wtedy dusze przyjaciół będą stracone i nie wyjdą już z Astralu. Zatem trzeba nie dać się zabić i NIE zabić. Ven'Diego w sekundowych przerwach od ataków myślał co tu zrobić. Szybko wymyślił...Muzyka koi obyczaje. Pokazał przyjacielowi aby odskoczył na prawo a on na lewo i pozostało mieć nadzieję, że demon zajmie się Roakiem a bard będzie mógł dorwać się do harfy i strun. Zrobili odskok a przy tym Roak lekko ciął Devlitha powodując tym samym jego złość na tym akurat osobniku. Szczęście sprzyjało bardowi. Szybko dobrał się do harfy i starał się uspokoić palce, że nie wylewały się fałszywe nuty. Musiał bardzo szybko uspokoić zmysły i ciało bo nigdy nie wiadomo kiedy Devlithowi znudzi się Roak i przypomni sobie, że jestem jeszcze jeden. Bard popadł w szybki i przyspieszony trans. Oczyścił umysł i zaczął delikatnie szarpać struny tworząc spokojną i melancholijną muzykę. Odgłosy walki ustały. Ven nie widział co się działo gdyż miał zamknięte oczy co pozwoliło mu się lepiej wczuć i zjednać ze swoim instrumentem. Po chwili dosłownie usypiające nuty wylatywały z przyrządu barda. Otworzył oczy. Jego plan zadziałał. Devlith najnormalniej w świecie spał...A co najzabawniejsze również to samo robił Roak. Usypiająca muzyka zrobiła swoje. Teraz mógł mieć nadzieję, że nic ich nie obudzi a jakby co zagra ponownie...Teraz sam musiał odpocząć. Popatrzył na leżące trupio ciała nowo-poznanych przyjaciół. Podszedł do nich i przeniósł je na skrawek czystej trawy żeby było im wygodniej...spać. Pozostało mu czekać.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Pierwszy pognał przed siebie Ramizes a za nim reszta towarzystwa. Biegnąc po korytarzach w stronę bitwy zdarzało mu się natknąć na jakiegoś pojedynczego stwora, który szybko zamieniał się w astralnego trupa. Tak o to wyszli na zewnątrz gdzie jedna osoba cięła atakujące ją potwory. Była to Joan. Wampir bez namysłu rzucił się w jej stronę i dołączył w samą porę aby przeciąć w pół potwora, który chciał zaatakować ją od tyłu. Joan odwróciła się w stronę krwiopijcy i uśmiechnęła się w podzięce. Wampir tylko przytaknął i uśmiechnął również nieznacznie ukazując prawy kieł. Trwało to tyle co mignięcie okiem i walka trwała dalej. Już z tyłu leciały czary i strzały reszty ekipy. Walka przybrała prawdziwych rumieńców. Trupy astralnych stworów tworzył już niemal trupie hałdy. Nie wiadomo ile to wszystko trwało ale wreszcie ataki ustąpiły.
- Dobra rozgrzewka - powiedział żartobliwie wampir kładąc miecz na ramię.
- Długo wam to zajęło... - odrzekła marudnie Joan z wielką dawką ironii i niezadowolenia.
- Szybciej się nie dało! - odrzekł natychmiast Rince.
- Mało ważne. Trzeba znaleźć Estcharu a jest gdzieś w pobliżu. Nie zwlekajmy dłużej. To może być tylko chwilowa przerwa a z każdą minutą nasz "przyjaciel" odzyskuje siły!
Wszyscy przyznali w milczeniu rację Joan i ruszyli za nią do fortecy aby tam znaleźć i ostatecznie zniszczyć Estcharu.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Med znalazł wejście do piwnicy pod warstwą gruzu i popiołu. Drewniana klapa była lekko przypalona, ale samo wnętrze pozostało nietknięte. W środku było ciemno, więc mag wywołał małą kulę ognia nad ręką. Od razu zrobiło się cieplej i jaśniej. Piwnica była bardzo obszerna. Beczki z piciem i jedzeniem były ustawione wzdłuż ścian. Przy samym wejściu była jedna pochodnia, na którą mag przeniósł ogień. Na samym środku pomieszczenia leżało ciało Atis. Wyglądała upiornie. Leżała na kocu z bladą twarzą i rękoma złożonymi na w krzyż na piersiach. Wyglądała jak martwa... którą w końcu przecież była. Półelf podbiegł do niej szybko. Chwycił korek od probówki w zęby i wyciągnął go. Delikatnie podsunął pod głowę dziewczyny zwinięty koc i powoli wlał zawartość naczynia do jej gardła. Czekał w napięciu minutę, dwie, pięć, ale nic się nie działo. Zrozpaczony upuścił probówkę, która od razu się stłukła. Odwrócił się od ciała, przygasił ogień i usiadł ciężko na ziemi nie zważając na wbijające się w dłonie kawałki szkła. Pogrążony w ciemnościach nie zważał na krzyki dobiegające z zewnątrz. Przez głowę przebiegła mu tylko myśl, aby pomóc swoim przyjaciołom na zewnątrz, ale nie mógł się na tym skupić. Nagle poczuł się bardzo senny. Przypomniało mu się, że od dawna nie spał. Czuł się bezużyteczny. Stracił co najważniejsze w jego życiu i nie obchodziło go co będzie dalej. Od jakiejś chwili czuł na ramieniu jakiś ciężar.
-To pewnie sama śmierć się po mnie ubiega - pomyślał i dalej siedział w bezruchu.
-Med? - usłyszał nad uchem znajomy, słaby głos.
-Czy to możliwe? - przebiegło mu przez głowę. Gwałtownie odskoczył i wzmocnił ogień na pochodni. W jej świetle zobaczył klęczącą na ziemi dziewczynę.
-Atis! - mag rzucił się na nią i przytulił. Łzy spływały mu swobodnie na jej ramię. Zaskoczona Atis przytuliła go i zapytała słabo.
-Gdzie jesteśmy? Co się stało?
Med nie mógł wykrztusić słowa. W końcu opanował się i odpowiedział.
-Nie pamiętasz nic? Wszystko zaczęło się jak ugryzł cię ten wilkołak.
Dziewczynę uderzyły nagłe wspomnienia. Zachwiała się pod ich intensywnością i gdyby mag nie podtrzymał jej, to by się przewróciła.
-Ja... byłam... tam po drugiej stronie wszystko jest inne...
Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
-Nie... teraz nie będę o tym myśleć. Może kiedyś...
Wraz ze wspomnieniami wróciła jej siła. Odsunęła delikatnie Meda i wstała. Gdy mag popatrzył na jej twarz przeraził się. Była cała we krwi. Szukał na niej ran, ale nie mógł nic znaleźć. W końcu zrozumiał. Siedząc w ciemnościach przyłożył zakrwawione ręce do twarzy, a potem się do niej przytulił. Parsknął śmiechem i podał jej chustkę wyciągniętą z kieszeni. Z początku nie rozumiała o co chodzi, ale spojrzawszy dokładnie na Meda uśmiechnęła się i wytarła dokładnie twarz. Półelf wstał i jeszcze raz przytulił się do niej.
-Martwiłem się...
-Wiedziałam, że mnie nie zostawisz... Ech... Nie powiesz mi, że znajdujemy się w piwnicy tego domku?
-No właściwie nie... Bo domek się spalił po walce z...
Nagle półdemon przypomniał sobie, że jego przyjaciele potrzebują pomocy na zewnątrz. Już wiedział co go tak bardzo dziwiło od kilku minut - brak odgłosów z zewnątrz.
-Chodź szybko za mną - powiedział do Atis i ruszył do wyjścia z piwnicy. Stojąc na świeżym powietrzu i rozglądając się dookoła widział tylko Vena siedzącego spokojnie na trawie przy murku i zajadającego różne smakołyki. Pomógł wyjść z piwnicy Atis, która została oślepiona na chwilę słońcem. Gdy odzyskała wzrok zapytała.
-Kto tam siedzi?
-Chodź, przedstawię cię mu.
Podeszli bliżej, aż Ven'Diego zauważył ich. Od razu poderwał się z ziemi.
-Med?
-Jak widzisz - mag uśmiechnął się szeroko - Atis to jest Ven'Diego, wędrowny mag-bard. Trafił na kiepski czas, aby przyłączyć się do naszej drużyny... Ven, to jest Atis, moja... eee...
Med zaczerwienił się cały i zaciął.
-Jesteśmy razem - dokończyła za niego z uśmiechem Atis.
-No właśnie... Od ugryzienia wilkołaka... - odruchowo spojrzał na ranę, po której nie było teraz żadnego śladu - umarła, ale teraz żyje i... no i tu stoi.
Bard uśmiechnął się i ukłonił przed dziewczyną, która przesłała mu za to uśmiech.
-A gdzie reszta? - zapytała - nie widzę ich tutaj...
-No cóż... od jakiegoś czasu sporo się wydarzyło. Jak Med poszedł z tą fiolką do Atis, to sytuacja się zmieniła. Wampir wyrąbał Joan drogę do portalu, w który ona następnie wskoczyła i przejście zamknęło się.
Na dźwięk imienia Joan Atis lekko drgnęła, ale nic nie powiedziała.
-Wtedy na polu walki pojawił się Devlith - ciągnął dalej Ven - zawarliśmy z nim umowę. Przeniósł wszystkich do Astralu, ale w zamian ma ich dusze. Ja z Roakiem nie przeszliśmy na drugą stronę i wtedy postrach Piekieł rzucił się na nas i chciał zabić. Tak więc musiałem uśpić go muzyką... Roak zasnął również. Wszyscy leżą o tam.
Mag-bard wyszedł zza osłony murku przy którym leżał i wskazał na środek pola.
-Tam leżą po kolei Ramizes, Rince, Aya, Nazin, Fink. Trochę dalej leży Roak - mój przyjaciel. No i oczywiście tam jest Devlith i... - Ven zatrzymał wyliczankę na jakiejś kupce mazi - uch... nieważne.
-Co tu się tak w ogóle dzieje i co ma z tym wszystkim wspólnego Joan? - zapytała po chwili Atis.
-No cóż... - zaczął Med - Estcharu wrócił, a Joan... chwilowo stoi po naszej stronie barykady.
-A gdzie Markus?
-Gdzieś zniknął.
-No dobrze... A czy pomyślał ktoś jak oni mają w ogóle wrócić skoro Devlith śpi?
Atis spojrzała na Meda, który z kolei spojrzał na Vena...

----------------------------------------------------------------

-Devlith będzie wiedział kiedy będziemy chcieli wrócić - powiedziała Joan - No i poza tym nie będzie się nudził skoro został tam Ven'Diego i Roak. Pograją w karty albo napiją się czegoś... - zażartowała.
-No na pewno. Pograją w 'kto szybciej zabije kogo' albo 'bij i torturuj'... - powiedział z przekąsem Nazin.
-Cicho! Ktoś się zbliża - Ramizes zatrzymał się i wpatrzył w ciemność.

----------------------------------------------------------------

-Jak to wszystko się skończy to zrobię coś szalonego - powiedział Med przełykając kolejny kęs mięsa.
-Bardziej szalonego niż wskrzeszenie mnie? - uśmiechnęła się Atis.
-Możliwe - odpowiedział tajemniczo mag.
-A czy można wiedzieć co to będzie? - zapytał Ven' Diego popijając wino.
-Jasne... Ale w odpowiednim czasie...
Ven parsknął śmiechem.
-Ech ciekawe co tam się dzieje...


Tonari no Totoro!
Wzrok Ramizesa przenikał ciemność. Jako nieumarły była to jedna z wielu cech wywyższających go ponad śmiertelników tylko jest jeden zasadniczy problem...Wzrok doskonale przenika ciemności i dostrzega żywe istoty a w Astralu jest taki problem, że nie ma tu istot żywych więc to trochę komplikowało sprawę, jednakże dostrzegł jakaś zbliżającą się powoli, wysoka postać, po budowie ciała ocenił, że to mężczyzna. W dłoniach dzierżył coś...Gdy postać się zbliżyła rozpoznał co to...W jednak dłoni trzymał buzdygan a w drugiej kulę, na której były kolce a całość była zawieszona na grubym łańcuchu. Wampir przełknął ślinę. Był ubrany w czarną zbroję a hełm skrywał twarz w głębokim cieniu. Posiadał też rogi skierowane do góry. Ciężki i równomierny tupot rozbrzmiewa w korytarzu. Nagle cisza. Postać zatrzymała się, czekała.
- Co to jest, Ram? - zapytał Fink.
- Nic dobrego...A na pewno nic łatwego...
- To prawdopodobnie jakiś strażnik Estchara a to oznacza, że idziemy w dobrą stronę - pogratulowała jakby sobie Joan.
- Zaraz się nim zajmiemy - powiedział Rince i rozpoczął inkantacje wraz z resztą magów a Aya już naciągała cięciwę i wymierzyła strzałę prosto w otworek na oczy. Wszyscy wystrzelili w tym samym czasie w nieruchomą postać. Mężczyzna nie uniknął ataku...lecz wcale nie musiał. Strzała chociaż wbiła się w oko nie spowodowała dosłownie nic. Istota wyciągnęła ją i odrzuciła strzałę na bok a czary...Gdzieś się dosłownie rozpłynęły.
- No fajnie... - zamarudził Nazin.
- Czy mógłbym poprosić o łuk? - poprosił Ramizes wpatrując się w istotę a następnie na Ayę i wyciągnął rękę. Elfka przytaknęła po czym dała mu swój łuk - I strzałę też... - dodał z uśmiechem a Aya natychmiast wykonała prośbę. Ubrany w czarną zbroję mężczyzna nadal stał jak posąg. W końcu czas grał na jego korzyść. Ramizes może nie był mistrzem łucznictwa ale nie oznaczało to, że nie umiał strzelać. Naciągnął cięciwę, przytrzymał, wycelował i wystrzelił. Nie celował w takie detale jak oczy bo aż tak celnie strzelać nie umie ale zna w takich zbrojach gdzie są słabsze punkty. Jednym z takich są boki zbroi, które muszą być cieńsze aby wojownik mógł się w ogóle obrócić. Strzała przebiła się i wbiła prawie cała. Ramizes szybko oddał łuk gdy postać jęknęła z bólu i wyciągnęła strzałę. Ruszyła na tego co wystrzelił strzałę. Ramizes również ruszył na niego. Reszta patrzyła trochą zdziwiona jak to on go zranił a oni nie ale z trupami to różnie bywa...Szczęk oręża po chwili przerwał rozmyślanie. Buzdygan i miecz skrzyżowały swoje ostrza w śmiertelnym uścisku ale była jeszcze jedna broń, która już leciała aby zgnieść wampira lecz ten zrobił odskok a kula wbiła się w podłoże ale po chwili znów poleciała w stronę wampira a ten znów odskoczył...
- Ruszajmy...Nie mamy czasu do stracenia - powiedziała Joan a reszta przytaknęła. Widząc to Ramizes musiał zaatakować aby zająć wojownika i tym samym uniemożliwić im przejście dalej. Skupił się na szybkości ataku. Atakował szybko ale nie zbyt celnie co zresztą było w jego planie. Wojownik cały czas parował ataki. Po chwili cała grupa znikła w głębokiej ciemności.
"No to teraz się zabawimy..." pomyślał wampir uśmiechając się do siebie gdy odskoczył do tyłu aby przygotować się do obrony/ataku. Cieszyła go jedna rzecz. W Astralu nie czuł pragnienia krwi zatem automatycznie bestia nie mogła nim zawładnąć chociaż w sumie nie wiadomo czy to dobrze czy źle...Nie miał czasu rozmyślać, lecąca kula skutecznie mu to przerwała. Odskoczył ale już w drodze był buzdygan, który uderzając od boku miał rozkwasić głowę wampira. Dostrzegł go kątem oka i instynktownie odchylił się do tyłu tak nisko, że o mało nie połamał kręgosłupa ale szybko się wyprostował i dostrzegł coś niezwykłego...Coś co go zdziwiło. W tej sekundzie rycerz był całkowicie bezbronny a wampir stał naprzeciwko niego. Odsłonił się całkowicie! Nie mógł nie wykorzystać tego błędu. Z całą siłą rzucił się z mieczem gotowym do pchnięcia i wbił go w gardło wojownika przebijając je na wylot. Czas jakby się zatrzymał. Wampirowi trudno było uwierzyć, że tak łatwo poszło. Z
krtani rycerza wyprysła pod ciśnieniem krew oblewając twarz wampira. Wojownik zlizał tą część, która była bliżej ust. Stwierdził brak smaku. Rycerz z hukiem padł na ziem. Ramizes z zadowoleniem wyciągnął ostrze z gardła "Co za ciota...Mały chłopiec z dużymi broniami..." pokiwał głową z zrezygnowaniem. Na pewno spodziewał się czegoś większego. Odwrócił się i zrobił kilka kroków na przód gdy wyczuł zawirowanie powietrza z tyłu. Odwrócił się, rycerz leżał martwy...I wtedy zrozumiał, że popełnił wielki błąd ledwo to sobie uświadomił gdy poczuł jak ostrze wbija się w jego ciało i nie weszło całe tylko dlatego, że Ramizes ostatnim odruchem odskoczył do tyłu. Upadł na kolano trzymając sie jedną ręką za dziurę w brzuchu a drugą trzymał miecz, prze zacieknięte zęby dostrzegł postać. Była to kobieta o blado trupiej twarzy, ponętnym ciałem a ubrana była bardzo luźnie. Uzbrojona w czarne krótkie ostrzem, na którym był czerwone znaki. Ramizes je znał. Znał też kobietę...
- Nie może...być... - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Nie sądziłam, żę tutaj się spotkamy, Ramizesie - powiedziała kobieta podchodząc bliżej ,uśmiechając się i ukazując tym samym długie kły - Zawsze się nabierałeś na ten numer...A przynajmniej do czasu gdy odeszłam.
- Nie sądziłem, że ktoś cię kiedyś zabije...Byłaś...Niepokonana...Jak to...się stało?
- Długa historia ale okazało się, że moja pycha była za duża, odwróciłam się od Bogów i cóż...Zemścili się za to, zniszczyli mnie całkowicie i uwięzili tutaj. Potem odnalazł mnie Estcharu i uczynił mnie swoją strażniczką. Jestem jedną z trzech...Jednego pokonałeś...On reprezentował siłę, ja zwinność i spryt a trzeci reprezentuje magię i już czeka na twoich towarzyszy. Na pewno spodoba się im jego magia - zaśmiała się ironicznie - To jak...Powalczymy trochę? Jak za starych czasów... - oblizała ostrze swojej broni zlizując krew Ramizesa - Jaka szkoda, że nie można tutaj poczuć smaku krwi...Twoja zawsze była taka...Wyśmienita - zalotnie się uśmiechnęła.
- Nic się nie zmieniłaś... - wstał - Zawsze lubiłaś mieć już na starcie przewagę i zawsze dużo gadałaś... - chwycił miecz dwoma rękoma. Dziura w brzuchu nie miała być śmiertelna bo mogła go zabić od razu. Po prostu miała go osłabić.
- Atak pierwszy...Przystojniaku... - wysłała mu zalotne oczko i przygotowała się na obronę. Ramzies nie miał zamiaru nie wykonać prośby...Kobietom się nie odmawia...Nawet martwym.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

W między czasie reszta towarzyszy gnała przed siebie. z tylu dobiegał odgłos walki, które coraz bardzo cichł aż ucichł zupełnie. Biegli korytarzem, który prowadził w jedną tylko stronę, przed siebie. Biegli i biegli...I coś zaczęło być nie tak...Zdawało się, że biegną w kółko...a raczej bez końca.
- Coś tu nie gra...Wyczuwam coraz potężniejszą magię - stwierdził z przekonaniem Nazin.
- I to nie Estcharu. To ktoś inny ale o potężnej magicznej mocy - dopowiedział Rince.
- Wygląda na to, że to jedna wielka iluzja...albo prawdziwy labirynt - dodał Fink.
- Zatem co teraz? - spytała Aya.
- Musimy jakoś z tego wybrnąć...Wiadomo, że chodzi o to abyśmy stracili jak najwięcej czasu zatem musimy wymyślić coś na prawdę szybko... - powiedział Nazin zastanawiając się co zrobić w tej sytuacji - Bieganie nie ma sensu....
- Skupmy swoje siły i użyjmy zaklęcia "Wykrycie Iluzji" na pewno zna ją każdy z nas. To podstawa każdego maga - rzekł Fink - wpatrując się na każdego maga z osobna. Każdy mu przytaknął
- No to do dzieła panowie - słowa Rinca jakby były sygnałem do startu.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
-Mmmmmm, lubię tak sobie leniuchować - powiedział Ven opierając się o pień drzewa - Mam pomysł, zagram wam coś - Szybkim krokiem podszedł do swojego ekwipunku i wyciągnął błyszczącą lutnię.
-O z miłą chęcią coś posłucham - powiedziała Atis.
Ven'Diego szybko rozgrzał palce, po czym skupił się na graniu. Wydobywał piękną melodię, która z wiatrem niosła się w dal. Była to melodia przepełniona nadzieją i szczęściem. Słuchacze położyć się na plecy i obserwowali niebo. Ich ręce spotkały się i splotły razem. Po paru minutach Ven zakończył swoją grę, wszystko jakby ucichło. Ptaki przestały świergotać, dziki kopać, a wilki wyć.
-To było piękne - wyszeptał Medivh i spojrzał Atis w oczy.
Widząc zachowanie pary Ven nagle zaczął szybką i skoczną grę. Struny wibrowały jak zaczarowane. Dzwięk który się z nich wydobywał słodko rozbnieweał w ich uszach.
-Aaaaach, jak się dobrze spało - dobiegł do nich głos - O witam - Podszedł do nich Roak i ujrzawszy Atis lekko się ukłonił.
-Jestem Roak - Powiedział zawiadacko
-Miło mi jestem Atis - Odpowiedziała szybko
-Widzę że macie żarcie, z chęcią spróbuje tego i owego -ledwo skończył mówić to już wgryzł się w udko.
-A tak w ogóle to skąd to masz Ven? - Zapytał z ciekawością Medivh.
-Mięso upolowałem, a wino - lekko się uśmiechnął - mam z własnych zapasów.
-O to miło - Medivh zrobił łyk wina.
Ven usadowił się przy pniu i założył ręce za głowę. Nagle do jego świadomości dotarła przerażająca myśl. Jeśli Roak jest tu to gdzie jest Devlith?
Gwałtownie podniósł się i spojrzał w kierunku "śpiących". Widział Ramizesa, Rincewinda, Ayae, Nazina i Finka, ale nigdzie nie było Devlitha.
-O nie gdzie jest Devlith? - Powiedział jakby do siebie - Znikł
Atis, Medivh i Roak szybko spojrzeli w kierunku ciał.
-Cholera i co teraz? Jeżeli On znikł to jak Oni wrócą - Powiedział Medivh
-Tfu piekelny pomiot uciekł można było się tego spodziewać po tej kupie gówna - Powiedział Roak lecz nie dokończył, Potęrzna dłoń chwyciła od tyłu jego szyję - Śo do tei kuopy moglem sie mylic - Wykrztusił Roak.
-HAHAHAHAHA ŚMIERTELNIK - Powiedział Devlith unosząc Roaka ku górze
-Puszczaj go ty pomiocie - Wykrzyknął Ven w jego dłoni zmaterializowała się magiczna energia
-ARRRRR - wykrzyknął Roak u kopnął diabła w krocze.
-Tetraz to dopiero mnie wkurzyłeś - wykrzyknął Devlith

__________________________________________________________________________


Ramizes przyjął pozycję atakującego i wykonał kilka precyzyjnych pchnięć, lecz kobieta z wyjątkową łatwość je odbiła.
-No dalej Ramizes, wiem że stać cię na więcej - Wycedziła kobieta
Ramizes w odpowiedzi zrobił szybki unik ciosu wymierzonego przez kobietę, po czym wyprowadził dwa szybkie cięcia w szyję, które również wyjątkowo zostały sparowane.
-Nie tak szybko - zaśmiała się kobieta i drasnęła wampira w bok - Ups...wybacz
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
- Idzie nam za łatwo - zauważył Rince, po jakiejś chwili od kiedy stracili wampira z oczu.
- Tym lepiej dla nas - odezwała się Joan.
- A nie szykuje on pułapki?... - zapytała Aya, lecz już zupełnie niepotrzebnie.
Stanęli w linii naprzeciwko jakiejś postaci, ubranej w praktyczne, czarne szaty maga. Jej twarz zasłaniał kaptur, i przeszliby obok niej niezauważając jej, gdyby nie delikatne, srebrne runy wyszyte przy mankietach i rąbku. Osobnik po prostu stał, tak jak stali oni. Jedyną reakcją było pobladnięcie Finka.
- Nie... Tylko nie ty... Nie znowu!
Reszta drużyny jak jeden mąż spojrzała na niego dziwnie.
- A co chodzi, Fink? - Joan była najwyraźniej niezorientowana.
- To jego ostatni Strażnik. Cholera, żeby po tylu latach o tym zapomnieć... W każdym razie, nie mamy z nim szans. Inaczej - wy nie macie. Albo ja, zależy jak na to patrzeć...
- ŻE CO? Wyrażaj się jaśniej
- Joan była "lekko" wytrącona z równowagi.
- Ehh. Joan, wiesz co to rozszepienie duszy, prawda? I wiesz co się dzieje w trakcie tego procesu?
- Tak jakby dusza jest rozdzielana na części, może ich być góra 7... KAżdą można wydestylować i zostawić co się chce... Na przykład humor, smutek, szczęście...
- ...mrok i posłuszeństwo. Ten tam to część mroku. Każda rana mu zadana zrani mnie, każda rana zadana mnie nie wyrządza mu krzywdy... Kiedy zginę, przejmie to, co zostało we mnie i będzie nieciekawie. Bardzo nieciekawie. Tym bardziej, że możemy..
- ...sami się zranić, ale moja śmierć będzie twoją śmiercią
- odezwał się ten mroczny. Zdjął kaptur, skrywający twarz prawie bliźniaczo podobną do tej znajomej, z pewnymi szczegółami - mag nie mógł pochwalić się czerwonymi tęczówkami, ostrymi kłami czy hipnotycznym spojrzeniem.
- Więc tak... Nie patrzcie na niego, w tym bardziej w oczy. Idziecie dalej, mnie zostawicie tutaj. Macie zabić Eshtaru, a to, kto się poświęci... To nie jest ważne. Ważny jest cel, nie środki. Idźcie. Ja go zajmę. Ah. Joan...
Wyciągnął ku niej małe naczynie.
- To Ramizesa. Oddaj mu je, jeśli nie przeżyję starcia.
Ostatnie spojrzenie lodowatych oczu...
- Idźcie.
________________________________________________

Determinacja skuła mu twarz w kamienną maskę, dłonie zalśniły. Tak, pojedynek. Szczególny Pojedynek Dusz. Wywołać lodową burzę, skuć go lodowym więzieniem, zmiażdżyć siłą wody?...
Pierwsza struga złapała mroczne alter ego za nogę, druga przytwierdziła go do ziemi. Bliźniaczy uścisk poczuł Fink. To tylko na chwilę, czekał, aż reszta zniknie mu z oczu.
Rozproszył zaklęcie. Innych nie ma, tylko oni dwaj.
- I co mi zrobisz, piesku?... Sam zginiesz, jeśli mnie zabijesz - uśmiech rozciągnął jego twarz, ukazał ostre zęby. - Poważysz się?
- Kiedyś ci powiedziałem, że nie dbam o to... Ważne jest to, abyś przestał istnieć. Tym bardziej, że teraz nauczyłem się czegoś jeszcze.

- I ja też! - długi skok, z ostrzem czystej magii.
Pojedynek Dusz.
***


- Zginiecie śmiertelni. Im obiecałem, że ich nie skrzywdzę...ale o was nie mówiłem.
Piekielny Czart podszedł spokojnie do Ven'Diega i zamachnął się na niego. Jego szpony coraz szybciej zbliżały się do głowy barda. Ten nie mógł się ruszyć, mimo własnej, silnej woli. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Hipnotyzował go wzrok diabła, choć całym umysłem zmuszał się do ucieczki. Jednak nic to nie dawało. Pazury Devlitha były już o parę centymetrów od swego celu...
- DEVLITH! SIAD! - wrzasnęła stojąca obok Atis. Dziwna siła popchnęła Czarta do ziemi, każąc mu na niej 'siąść'. Postrach Piekieł wyglądał na bardzo naburmuszonego tym 'zdarzeniem'.
- Cholerna kobieta! Jak śmiesz!
- Normalnie. - odpowiedziała Atis, po czym wystawiła Diabłowi język i odchyliła palcem dolną powiekę.
- J-jak ty żeś to zrobiła? To znaczy, przecież Czart by cię nie posłuchał....jeśli rozumiesz co mam na myśli... - Medivh wpadł w niemałe zakłopotanie, po tym co zobaczył.
Ven'Diego patrzał na siedzącego na ziemi Devlitha, po czym na jego twarzy pojawił się okropnie - złośliwy uśmiech. Miał ochotę poszydzić trochę z Czarta, ale jakoś słowa nie chciały mu przejść przez gardło.
- Wiem co masz na myśli. To zaklęcie posłuszeństwa. Kiedyś, dawien, dawien temu, rzucił je mój znajomy z Silverymoon. Choć nie na moją prośbę. Joan tego chciała. Sama, bez zaklęcia, potrafiłaby na pewno upilnować Devlitha, ale jestem pewna, że wiedziała co się stanie. Przezorny zawsze ubezpieczony. Zaklęcie jest proste. Wydajesz komendę, a osoba, na którą zostało rzucone zaklęcie, musi ją wykonać, czy tego chce, czy nie.
- Praktyczne. Da się jakoś złamać to zaklęcie? - Pół-elf wpatrywał się w Ven'Diega śmiejącego się pod nosem z Diabła, siłą usadzonego na ziemi, który posyłał mu mordercze spojrzenie.
- Mówisz tak, jakbyś chciał je złamać. - Medivh spojrzał się na Atis, napotykając jej znaczące spojrzenie.
- Nie, nie, nie, nie! Tak tylko pytam z ciekawości! Na wszelki wypadek jakby Devlith chciał się wyswobodzić.
- Po pierwsze, osoba, na którą zostało rzucone zaklęcie, nie może samodzielnie się z niego wyrwać. Po drugie, z tego co mi wiadomo, to nie ma przeciw zaklęcia na to. Więc jesteśmy bezpieczni.....
- Poczekaj tylko, kobieto. Niech tylko moja pani tu przyjdzie.... - mówił Diabeł przez zęby...a może lepiej, przez kły.

***
"Kurwa..." przeklnął w myślach wampir wyraźnie nie zadowolony z wyniku pojedynku. Jego szanse na wygrane były teoretycznie niskie o ile nie znikome. Widział, że wampirzyca nie zabije go tak od razu. Będzie go właśnie tak ciąć, ranić i cieszyć się jego bólem aż wreszcie padnie z wyczerpania i wtedy zabije go. To jej styl. Lubi się pastwić nad ofiarą. Zawsze lubiła i bynajmniej po ostatecznej śmierci na pewno pod tym względem się nie zmieniła. "I jeszcze ta cholera rana w brzuchu..." wampir co prawda ignorował ból ale rana uniemożliwiała mu skomplikowane ruchy i akrobacje, które mogły by zaskoczyć przeciwniczkę. Pozostało mu jedyne wyjście. Bić mocno i prosto. Jednakże z drugiej strony ataki, które do tej pory przeprowadził nie zrobiły na niej wrażenia "Może obrona..." pomyślał ale nie wiedział, czy to dobry pomysł.
- To teraz moja kolej, Ramzusiu - uśmiechnęła się drwiąco i ruszyła niczym tygrysica na wampira. Ten począł odparowywać ciosy i ich unikać ale wiedział, że to co robi to na razie tylko gra wstępna do prawdziwej bitwy. Lepiej dla niego jeśli by się ona nie zaczęła...Co gorsza atakowała na tyle sprytnie i szybko, że nie miał okazji do kontry. I ta dziura w brzuchu poważnie przeszkadzała mu w odchylaniu ciała dzięki czemu kilka nowych draśnięć pojawiło się na ciele Ramizesa a dokładniej na ramionach. Nie minęła chwila i wampir znalazł się pod ścianą gnieciony w nią przez przeciwniczkę. Ich twarze niemal ze sobą się stykały a jedyne co je oddzielało to ostrza, na które działa niesamowita siła. Kobieta nastawiła usta niczym do pocałunku i posłała mu buziaka. To była chwila, na którą czekał. Szybkim ruchem stopy uderzył w stopę kobiety i odchylił jej odrobinę nogę ale wystarczająco aby skupiona na tym wampirzyca delikatnie zmniejszyła nacisk na ostrza bojąc się, że to trik Ramizesa. Wtedy to wampir użył prawie całej siły aby ją odepchnąć od siebie i rozpocząć atak. Tak też się stało. Kobieta jednak nie dawała za wygraną i prawowała ciosy chociaż z większą trudnością niż na początku. Na korytarzu rozbrzmiewał szczęk oręża i ciężkie odgłosy wydawane przez oboje. Podczas ataku Ramizes chciał przeprowadzić uderzenie zza głowy aby nadać potężne uderzenie i takowe było jednakże zwinna kobieta unikła ciosu odskakując w bok i teraz wojownik wiedział, że ma mniej niż sekundę aby coś zrobić inaczej będzie dla niego bardzo źle. Natychmiast po uderzeniu ostrza w ziem przeciął nim w prawy bok przecinając powietrze i...ciało. Wydobył się kobiecy jęk bólu. Ramizes na ślepo wybrał prawy bok ale nie pomylił się i ciął kobietę gdy ta chciała wbić mu ostrze w bok. Przewidział takie zajście i dzięki temu wreszcie zadał jej cios. Na dolnej części klatki piersiowej pojawił się u kobiety czerwony poziomy cienki pasek. Ramizes bynajmniej nie miał zamiaru kończyć ataku "Teraz albo nigdy!" rzucił się dalej do ataku. Rana była świeża dlatego wydajność kobiety znacznie zmalała. Krwiopijca drasnął ją kilka razy ale opadał z sił i musiał zaprzestać ataku gdyż już "wypompował" się. Odskoczył tyłu biorąc głębokie wdechy. Kobieta również nie wydawała się już tak pewna jak wcześniej.
- Zapowiada się...Krwiście - uśmiechnęła się kobieta wyraźnie zadowolona z walki - A teraz przejdźmy do konkretów...O ile pozwolisz? - spojrzała pytająco na Ramizesa. W odpowiedzi usłyszała tylko krzyk atakującego. Nie trwał on jednak długo i po chwili wampir przeszedł do defensywy. Ciosy kobiety chociaż były słabsze nadal posiadały śmiertelną skuteczność. Jeden błąd, którejś ze stron mógł kosztować przegraną lub wygraną pojedynku. Atak trwał kilka dobrych chwil. Kobieta zrobiła pewną akrobację. Przeskoczyła Ramizesa do tyłu...A raczej miała taki zamiar lecz wampir rozpoznał tą taktykę po specyficznych ruchach jakie wykonywała zawsze przed tym śmiertelnym atakiem mającym na celu wbicie sztyletu w czaszkę lub przynajmniej w plecy. Widać była bardzo poirytowana swoją nieudolnością i niemożnością zabicia Ramiezesa, który coraz bardziej dawał jej w kość. Podczas wyskoku, gdy mniej więcej znalazła się delikatnie za nim lecz wciąż w powietrzu, odbił się od ziemi tyłem powodując iż plecami uderzył w jej tors i wgniótł ją w ścianę. Uderzenie było na tyle silne, że sztylet, który miała kobieta wypadł jej z dłoni. Opadli na ziem ale Ramizes wciaz ją gniótł. Nie mógł jej pozwolić wyjść. Musiał wykorzystać to, że była bezbronna i nie mogła się ruszyć. Nagle poczuł jej kły na swoim karku. Szybko podjął decyzję. Wziął miecz przed siebie, skierował ostrze w siebie i zagłębił ostrze najpierw w swojej klatce piersiowej a następnie w jej aż poczuł, że końcówka delikatnie wbiła się w ścianę. Przebił się na całej długości ostrza. Uścisk na karku zmniejszył się aż usłyszał szept do ucha...
- Ty...Idio...too...... - i ostatni wydech. Ramizes próbował wyjąć z siebie ostrze ale już zabrakło mu sił.
- Nare...szcie....Senn... - zapadł tak długo oczekiwany przez niego mrok. W ścianie na ostrzu stały z zawiśniętymi głowami dwie postacie. Jedna, kobieta, której głowa opadała na ramię mężczyzny, który jakby spał na stojąco. Jedynie spływająca krwiście krew po ścianie oraz pod istotami mówiła, że to nie taki zwykły sen...

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

Teraz pozostała ich 4-ka. Joan, Rince, Nazin i Aya. Nie wielu jak na Eshtaru ale cóż...Zawsze może reszta dołączy. Podczas morderczego biegu przed siebie nagle Joan zatrzymała się, poczuła dziś dziwnego. Coś się stało złego. Nie wiedziała tylko co.
- Coś się stało? - zapytał zdziwiony Nazin gdy stanęła uderzając w samo sedno rzeczy.
- Nie...Nie wiem...Nie ma czasu na myślenie teraz. Ruszajmy dalej - i pobiegła dalej a resztą za nią. Nie wiedziała czemu ale mocniej uścisknęła w kieszeni naczynie, które miała oddać w razie czego wampirowi. Dziwnie poczuła, że to właśnie coś złego dotyczy jego ale uznała to za głupie przejmowanie się i zawracanie sobie głowy "Na pewno sobie poradzi" powiedziała sobie i teraz jej myśli znów skierowały się przeciw Eshtaru.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Mag sparował cios ostrzem wykonanym z lodu, czymś, czego używał dużo częściej niż zwykłego ostrza. Poczuł jednak falę energii, którą wysłał na niego mroczny alter ego.
- No no... Faktycznie, nauczyłeś się czegoś. Ale ja też.
Odskoczyli od siebie, mierząc się wzrokiem. Fink czuł magię buchającą z ostrza przeciwnika, tak jakby jego moc ciągle rosła, jakby było napełniane mocą niczym naczynie wodą. Czuł, że nie ma wiele czasu. Jeśli zginie on, jego sobowtór przezyje. Jeśli zabije swoją drugą część, sam zginie. Wybór zdawał się oczywisty.
Skocentrował się, zbierając wszystkie cząstki swojej woli. Powoli, niczym winorośl oplatająca mur, ognisty łańcuch skuwał jego ostrze, uzupełniając sobą wszelkie luki. Nagle poczuł coś... zawirowanie, zmianę w naturze swojej magii, i czuł to po raz drugi. Tym razem był świadom, co to oznacza. Dziury w spajającym ostrze łańcuchy wypełniały powoli esencje ziemi i powietrza, wieńcząc magiczne ostrze.
I czuł, że jego dusza i umysł szarpane są tysiącami haczyków, chcących rozwlec je jak najdalej. Jeszcze trzymał je blisko, pętał żyłki.
Spojrzał na przeciwnika, i zobaczył w jego oczach przebłysk zrozumienia. To było sygnałem na ostatni atak, który jeszcze może okazać się zwycięski.
Zrobił tylko jeden krok.
Upadł na kolana, łapiąc się wolną ręką za pierś. Czuł to. I jednocześnie wiedział, co się stało. Czerwony rozbłysk bólu strzaskał jego koncetrację niczym kamień rzucony w cienką taflę szkła, rozsypując je na miliony odłamków. Wiedział, że kiedyś taki moment nadejdzie, ale nie spodziewał się takiego ogromu cierpienia. Niczym amputacja połowy swego ciała, taką naturę bólu odkrył. Po raz ostatni.
Ten drugi zwietrzył okazję do pokonania maga, do zawładnięcia całą duszą. I zaatakował, pewny, iż nie napotka żadnej obrony.
Jego twarz wyrażała bezbrzeżne zdumienia, gdy zawisł o cale nad przeciwnikiem, przebity ostrzem na wylot, ostrzem, które właśnie zanikało. Tak samo zanikało życie w Finkregh'u, przeszytego niewidzialnym, bliźniaczym ostrzem.
"Bracie!..." - zawołał w myślach, które nie znają granic. Prawie poczuł odpowiedź, zanim osunął się na ziemię.
4-ry postacie ruszyły biegiem przed siebie. Odgłosy walki Finka po chwili już ucichł. Wszyscy czuli, że ich cel jest już blisko, niemal mogli dotknąć tej energii jednakże magowie wyczuwali, że ta magiczna energia jest jakby...zaburzona i zakłócona. Spojrzeli tylko wymownie na siebie i pędzili dalej za Ayą i będącą na przodzie Joan. Nie minął długi okres czasu gdy znaleźli się przed masywnymi czarnymi wrotami. Nikt nie miał wątpliwości co, a raczej kto, się za nimi znajduje. Uformowali się przed wrotami, które wydały się z siebie odgłos skrzypnięcia lecz brzmiało to tak jakoby te wrota były wielką bestią budzącą się do życia. I o to otwierały się...Powoli ujawniając wnętrze pomieszczenia.
- Przygotujcie się... - rzekł szeptem do reszty Nazin przygotowując już zaklęcia wraz z Rincem. Aya napinała łuk gotowy w każdej chwili wystrzelić a Joan stała w najwyższej gotowości starając się jak najwięcej objąć wzrokiem. Wrota niespodziewanie otworzyły się na oścież zaskakując szybkością bohaterów. Wszyscy odskoczyli od siebie spodziewając się ataku lecz o to nie stało się nic...Za to na końcu pomieszczenia znajdowała się postać będąca na klęczkach...Mocno dyszała. Jakby stoczyła jakąś ciężką i wyczerpującą walkę. Bez żądnych wątpliwości był to Estcharu. Jego postawa zaskoczyła wszystkich lecz z otumanienia wyprowadziła ich Joan.
- Strzelajcie! - wykrzyknęła rozkazująco wskazując na żałosną postać Estcharu. Towarzysze natychmiast wykonali polecenie. W stronę lisza poleciała kula ognia przygotowania przez Nazina wzmocniona siłą błyskawicy Rince'a a tuż z boku leciały już 3 strzały wymierzone z elficką dokładnością. A za tym wszystkim jeszcze jedna rzecz...Lecz póki co wystrzelone w Estcharu rzeczy trafiły z 100% celnością i...skutecznością. Lisz zdążył się tylko podnieść, podnieść po to aby zostać wgniecionym w ścianę. Astralowiec zawył głosem jakby prosto z otchłani co miało wskazywać na ból. Upadł znów na kolana lecz teraz czekał go taniec...Taniec z Joan i jej bliskimi przyjaciółmi, ostrzami. Uderzeniem z obcasa "podniosła" go a następnie "tancerka" pokazała swój boski taniec. Nieustanne tnące ostrza jakby w rytm muzyki wzniosły się i opadały, cięły i przebijały a niezachwiana równowaga i mnogość kombinacji zdumiła oglądającą trójkę. Joan czułą przy tym nieopisaną radość i przyjemność. Estcharu nie wykazywał obecnie żadnych obronnych impulsów. Zresztą w chwili obecnej było to po prostu niemożliwe. Po czasie, który trudno zliczyć, taniec ustał. Joan uśmiechnęła się do siebie zadowolona z tego co uczyniła z liszem. Można było się dziwić jakim cudem on jeszcze jest w całości. Teoretycznie powinien się rozpaść na części niczym puzzle. Lecz on tylko leżał.
- Czy to koniec? - zapytała niepewnie Aya stojących obok przyjaciół.
- Nie wiem...Energia wciąż jest wyczuwalna lecz o wiele mniejsza... - stwierdził Nazin.
- I co...Myślisz, że ci się udało?! - wykrzyknął Estcharu leżący na ziemi lecz nie ruszał żuchwą. Joan uniosła ostrza aby zadać ostateczny cios lecz wtem coś odrzuciło Joan z ogromną siłą od ciała lisza. Uderzyła o ścianę i upadła. Mimo to natychmiast wstała gotowa do ataku lecz w pomieszczeniu nic nie było poza jej kompanami. Zwłoki "umarłego" podniosły się jakby ktoś je podniósł.
- Osłabiliście mnie...Zabicie moich strażników sprawiło, że dużo z mojej mocy wyciekło ze mnie..Lecz widzę i czuję, że i wy nie obeszliście się bez strat...Kapłan Nieumarłych a teraz ten Mag... - Joan zachowała kamienną twarz lecz teraz zrozumiała skąd wtedy naszło ją to uczucie. "A więc odszedł..." przeszło jej na myśl -...Jednakże wciąż mam siły aby was wszystkich tutaj zniszczyć! - lisz natychmiast po tym słowach cisnął kulę w kształcie kuli o zielonej barwie w trójkę stojących lecz magowie w mgnieniu oka stworzyli magiczną barierę, o którą lecący kwas rozbił się. Magia Estcharu nie była już tak silna - Grrr... - zawarczał bardzo niezadowolony z siebie lisz. Nie zdążył jednak do końca "nacieszyć się" swoją mocą gdy poczuł jak jakieś ostrze przeszyło go na wylot, spojrzał i tuż przed nim stała Joan. Uniosła go na ostrzu odrobinę do góry po czym drugim ostrzem, pewnym cięciem skróciła go o kościstą czaszkę. Pomagając sobie nogą zdjęła szkielet z ostrza. Czaszka poturlała się pod nogi magów i łuczniczki. Magowie stworzyli kulę ognia i cisnęli w czaszkę. Wydobył się z niej pisk i nagle na środku sali zaczął pojawiać się jakby portal, który się powiększał i powiększał. Wraz z jego powiększaniem się, bohaterowie czuli, że zaczyna ich wciągać...
- To Otchłań! Uciekajmy! - krzyknął Rince chcąc wybiec z pomieszczenia lecz wrota z hukiem się zamknęły - Zamknięte! Próbujmy wyważyć! - Magowie odsunęli się i tworząc potężne czary starali się zniszczyć drzwi lecz wszystko na nic. Pozostawał niedraśnięte.
- HAHAHAHA! Wraz ze mną odejdziecie w nicość! - wydobył się odgłos z czaszki tuż przed tym jak wciągnięta została w czerń portalu.
- Szybko! Musimy znaleźć coś czego będziemy mogli się przytrzymać! - krzyknął Rince i wszyscy 3-ej udali się w stronę Joan, która trzymała mocno uziemionego tronu, na którym siedział niegdyś Estcharu. Otchłań wciąż się poszerzała i coraz mocniej wsysała do środka. Szkielet lisza wleciał do środka. To był koniec lisza... i po części istot, które do jego zagłady się przyczyniły.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

Tymczasem na planie materialnym zagorzała dyskusja o tym, co mogą oni tam robić.
- Nie wiem czy sobie poradzą...Jest ich w sumie nie wielu a przecież wiemy jak Estcharu jest trudny do pokonania - martwił się Med.
- Na pewno sobie poradzą...Muszą - zapewniał Ven'Diego spoglądając na leżących towarzyszy i wtedy coś dostrzegł. Coś nie tak było z ciałem wampira. Zaintrygowany podszedł bliżej. Zdziwił się gdy dostrzegł, że z kącików wampira leje się krew a kły są "najeżone" albo inaczej mówiąc, znacznie wydłużone.
- Coś się dzieje? - zapytał Med podchodząc do Vena. Spojrzał na ciało wampira - Walka chyba się rozpoczęła... - Atis mocniej przytuła się do Med'a.
- A nas tam nie ma... - powiedziała wyraźnie tym niezadowolona Atis - Powinniśmy tam być i im pomagać a nie... - nie dokończyła gdyż nagle z ust wampira wyciekła znacząca ilość czarnej krwi tak, że zalał sobie gardło.
- Co tam do diabła się dzieje?! - wykrzyknął Med przypatrując się lekko wystraszony.
- A skąd niby mam wiedzieć?! - odezwał się diabeł lecz został zignorowany.
Po chwili coś zaczęło się dziać z ciałem wampira...Zaczęło się...rozkładać. Skóra zaczęła zielenieć i strasznie deformować. Wszyscy się odsunęli przestraszeni tym bardzo przyśpieszonym procesem gnilnym. Skóra zwiotczała, rozerwała się, ukazując częściowo czaszkę, puste oczodoły oraz kość nosową. Jedynie uzębienie było bez szwanku ale ukazane gnijące wargi nie były przyjemnym widokiem. Pod zwłokami Ramizesa pojawiała się czarna plama krwi. Całe szczęście dla nich, że był ubrany. Nie robiło się dobrze całej trójce gdy myśleli jak wygląda całe ciało.
- Zatem jest już pierwsza ofiara... - wycedził przez zęby Med patrząc na coś, co niegdyś było dostojnym wampirem. Teraz to były tylko zgniłe zwłoki.
-Co z nim zrobimy? - zapytał z odrazą Ven.
- Pochowamy! A co innego?! - syknął w odpowiedzi mag bardzo zdenerwowany obecną sytuacją. Ruszył z miejsca po łopatę. Gdy ją dorwał niezwykle agresywnie i pełen złości zaczął kopać. Marudził i przeklinał pod nosem. Nawet Atis nie ważyła się teraz podejść do Med'a. Nie długą chwilę zajęło mu wykopanie grobu. Wyszedł, a raczej wyskoczył, z dziury i nie bacząc na stan ciała wampira, wziął go na ręce. Nie ważył praktycznie nic. Było to już prawie samo ubranie, szczępy skóry i kości. Ułożył do grobu i po chwili zakopał. Z czoła maga lał się pot ale czuł, że złość już jest znacznie mniejsza. Usiadł na ziem, gdyż poczuł zmęczenie. Zauważył dopiero teraz, że ręce ma całe we krwi wampira ale się tym nie przejął. Nie miało to teraz żadnego znaczenie. Miał mieszane uczucia. Był z nimi od jakiegoś czasu. Po prostu był z nimi chociaż był to wampir. Teraz już nie będzie.
- Kto teraz będzie następny, co?! - krzyknął w bezchmurne niebo Med z pretensjami do gwiazd i niebios.
- Mmmm...Chyba mamy odpowiedź... - rzekł Ven wpatrując się w ciało Finka, które bardzo zbladło i jak w przypadku Ramizesa, zaczęła kącikami ust wyciekać krew. Med wstał jak poparzony z miejsca.
- Nie może być! - nie dowierzał w to co widział Med - Nie może...

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

- Chyba...Nie damy...Rady... - mówił Rince, który już ledwo trzymał się tronu. Otchłań miała już całkiem spore rozmiary a w niej, ciemność i pustka.
- Kocham...Cię!... - wypowiedział kobiecy głos Ayi, która uśmiechała się w stronę Rinca. Z jej pleców wyleciały strzały, które znikły w nicości. Z oczu elfki wyleciały łzy lecz i one zostały wsiąknięte w pustkę.
- I ja ciebie też! - tylko tyle mógł wymówić w odpowiedzi Rince. Nagle nie oczekiwanie tuż przed tronem zaczął rozszerzać się drugi portal...
- Cóż to... - Dziwił się Nazin. Rozszerzał się znacznie szybciej niż Otchłań. Po chwili był na tyle duży aby w niego wejść.
- Wchodźcie! - wyleciał z niego jakiś głos lecz nie można go było rozpoznać. Nie mając wyjścia cała 4-ka weszła do portalu. Gdy przeszła ostatnia Joan, portal natychmiast znikł.
Towarzystwo wylądowało w jakimś mrocznym miejscu. Jakby w jaskini. Było ciemno i chłodno.
- Gdzie my...
- W innym wymiarze... - odrzekł znajomy głos a z ciemności wyłonił się Markus -...Wymiarze pomiędzy światem astralnym a materialnym. Tutaj w spokoju możecie poczekać, aż was przywrócą do życia. Nie ma tutaj nic poza ciemnością i chłodem. W sam raz po tak gorącej walce. Czyż nie?
- Ojjj tak...W każdym razie, jego już nie ma - powiedział zadowolony Rince tuląc się do Ayi.
- Ramizesa i Finka też... - dodał z mniejszą dawką zadowolenia Nazin.
- Złożyli z siebie ofiary aby został on wreszcie pokonany. Wojny wymagają ofiar. Oni byli jednymi z nich - powiedział Markus jakby w zadumie.
-Dam znać Devlithowi aby nas ściągnął z powrotem - powiedziała Joan i skontaktowała się mentalnie z diabłem.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

- Mam nadzieję, że to ostatni... - tym razem zakopywaniem zajął się Ven.
- Oby... - odrzekła szeptem Atis przypominając sobie jak to jest być po drugiej stronie - Będą się nudzić... - chciała mówić dalej lecz przerwał jej diabeł.
- Otrzymałem informację, że Joan, Nazin, Rince i Aya uporali się z waszym liszem i czekają aż ich sprowadzę do ich ciał...
-...Zatem zrób to! - rozkazał Med przerywając mu dalszą wypowiedź.
- Jest też z nimi ten demon...Markus.
- Sprawdzisz ich wreszcie?! - podszedł do diabła Med już czerwieniejący w oczach ze złości.
- Gorący jesteś...Niech wam będzie. Sprowadzę ich dusze do ich ciał.

Jak diabeł rzekł, tak uczynił.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Poczuł ziemię pod dłońmi. Zaczął nabierać ją delikatnie zdrętwiałymi palcami. Wydawały się jakby z drewna. Ledwo je zginał. Pod głową miał coś twardego. Napewno kamień. Podjął próbę podniesienia się. Udało mu się, choć jedynie w połowie. Podniósł się lekko, lecz zabrakło mu sił, aby podeprzeć się rękoma. Upadł głową, na jego nieszczęście, na kamień. Jęk bólu wydobył się z jego ust. Został także usłyszany.
- Ten jęk poznałabym wszędzie. - Mówiąc to, Atis kucnęła przy budzącym się do życia Nazinie. - I jak było? Pamiątki przywieźliście?
Elf bardzo pragnął coś powiedzieć, lecz nie mógł. Posłał jedynie dziewczynie gniewne, ale jednocześnie zmęczone spojrzenie. Napotkawszy jednak jej uśmiech zrobiło mu się lżej na duchu. Atis pomogła mu podnieść się do pozycji siedzącej.
- Moje siedzenie... - odrzekł cicho, przytłumionym głosem.
Obróciwszy głowę, Nazin ujrzał iż Rincewind i Aya także się obudzili. Widać czarownika dopadł 'lekki' ból głowy, gdyż trzymał się dłońmi za nią i postękiwał cicho. Najwyraźniej każdy przeżywał inaczej podróże między sferami....Nazin jednak nie zauważył jednej osoby:
- Gdzie jest Joan? Uciekła? - powiedział cicho, zaczynał odzyskiwać głos. Jednak ból pośladków nie mijał.
- Oprzytomniała trochę wcześniej niż wy. - odpowiedział mu Medivh, wskazując delikatnie głową za siebie. Plecami do nich wszystkich stała dziewczyna w czerni. Obok niej, siedział Markus. Wyglądali jakby rozmawiali, jednak z ich ust nie wydobywał się żaden dźwięk.
Zapadła cisza. Może niezupełnie całkowita, gdyż cały czas możnabyło usłyszeć ciche postękiwania Rincewinda. W tle, przygrywał także cicho Ven'Diego.
- Wstałbyś wreszcie. Koniec leniuchowania. - Atis podniosła się i zaklaskała w dłonie, w geście popędzania.
Nazin pragnął jej coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się. Z trudem podniósł się z ziemi. Moment zajęło mu utrzymanie równowagi, albo raczej było to pragnienie ponownego nie dotykania ziemi górnymi częściami ciała.
Do Atis podszedł Markus, z zamiarem zaczęcia rozmowy, jednak dziewczyna go ubiegła.
- Gdzieś ty był przez ten cały czas? Wiesz jaka ja się czułam bezbronna bez ciebie u boku?! Coś ty sobie myślał! - Dziewczyna zaczęła mówić z wyrzutami.
- Ekhem. - Pół-elf odchrząknął znacząco na słowa o bezbronności. Atis posłała mu za to uśmiech, który chyba nie załagodził 'lekkiej' i najzwyczajniej dziecinnej zazdrości.
- Wybacz, moja droga. Nie chciałem abyś tak się czuła, następnym razem się poprawię. - Markus uśmiechnął się na swój wilczy sposób.
- No ja myślę. - Atis zwróciła się teraz do Medivh'a. Z dwuznaczym uśmiechem rzekła - A teraz mój obrońco, weźmiesz mnie na ręce i zabierzesz na dłuuugi spacer!
Pół-elfa, prosto mówiąc, zatkało na moment. To był pomysł, którego teoretycznie powinien się był spodziewać po ukochanej, ale mimo to zaskoczył go.
- M-mówisz poważnie?
- Sam powiedziałeś, że zrobisz coś szalonego. Więc moją 'radą' jest abyś zaczął od czegoś prostego. - dziewczyna uśmiechnęła się, zalotnie przymykając oczy.
- No, skoro tego tak bardzo chcesz. - Medivh podszedł do niej, złapał ją delikatnie pod kolanami i uniósł do góry. - Gdzie zabrać moją panią?
- Gdzieś, na długi spacer! Daleko stąd! - Pół-elf zaczął się śmiać cicho pod nosem. Ruszył tak jak kazała mu jego wybranka. Atis zaś objęła go rękoma za szyję, wtulając się w niego.

***


- Czas powiedzieć "dowidzenia"... Oczy przesłoniła jej ciemność...
-Jestem pełen podziwu... Jak ten smarkacz to wykombinował - Powiedział cichy donośny głos - Przecież jedyne co potrafi to grać na tej swojej lutni... Małe nic nie znaczące ścierwa...
Stary mag przechadzał się po ciemnej komnacie, w ręce trzymał grubą drewnianą laskę. Jej zakończenia przypominało głowę niedźwiedzia.
-I to przy pomocy kilku niewyrośniętych bachorów... Co oni wiedzą o magii... O jej korzeniach... - Mag powoli usiadł na drewnianym krześle - Trzeba się nimi zająć... Tylko jak...
Mag wyciągnął ręce przed siebie i wyczarował blado niebieską kulę. W jej środku majaczyły postacie. W pewnym momencie kula zatrzymała się nad pewnym mężczyzną. Jego krucze rysy zdradzały jego prawdziwe ja.
-Roak! Tak on będzie idealny... Ale to nie będzie takie proste - Mag wyciągnął zza pazuchy stary pożółkły zwój - Składniki tego zaklęcia są wyjątkowo trudne do zebrania... Ale gra jest tego warta.
Mag wybuchnął mrocznym śmiechem, śmiechem który odbijał się echem po sali.

-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-

Ven'Diego Powoli grał smutną melodię na lutni. Gra nie przynosiła mu zbyt wielkiej radości. Dwóch z jego nowych przyjaciół odeszło.
-Ile jeszcze zginie... - powiedział cicho Ven - To dla was przyjaciele, moja pożegnalna melodia...
Powoli zaczął grać smutną i cichą melodię. Melodię przepełnioną smutkiem i nostalgią.
Nagle grę przerwał nieprzyjemny dźwięk. To struna pękła z nacisku i musnęła Vena w policzek.
-Niech to szlag! gdzie ja teraz takie struny znajdę - Przeklął pod nosem Ven - Ech koniec tego grania na dzisiaj.
Ostrożnie żeby nie uszkodzić instrumentu, włożył ją do worka i zawiązał sznurkiem.

-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-~*~-

Sry że tylko tyle ale nie miałem czasu na więcej
"Hi ho hi, it's off to war we go..."


Hedon, Rinsed in post-human shadows A monument scorned by the teeth of time
- To jaki jest dalszy plan zajęć? - zapytał Ven gdy skończył grać. palcem starł z policzka małą stróżkę krwi a następnie wytarł o rękaw.
- Musimy..stanowczo odpocząć - wycedził przez zęby Rince, któremu dosyć mocno kręciło się w głowie.
- Chodźmy do domu. Tam będzie najlepsze miejsce - rzekł Nazin i pomógł Rince'owi podnieść się z ziemi, i biorąc go pod ramie, zaprowadził do domu. Tam Rince padł na łóżko niczym zabity i zapadł w sen. Widać był bardzo wykończony po tej całej podróży między wymiarowej. Reszta osób również się udała do domu ze względu na zbliżającą się noc. Ukochana Rince'a położyła się koło swojego kochanego i przytulając się do niego również zasnęła - Jutro ustalimy co robimy dalej...A raczej gdzie idziemy - oświadczył mag, który zamknął drzwi do pomieszczenia gdzie spali kochankowie. Teraz Ven i Nazin siedzieli w kuchni.
- A ty nie jesteś zmęczony? - zapytał z troską Ven - Może chcesz coś do jedzenia? W spiżarni na pewno coś się znajdzie.
- Nie, dziękuje. Jutro zjem. Zaraz się położę. Również padam ze zmęczenia.
- Jak tam było? - Ven nie krył zainteresowania "drugą stroną".
- Jak? - powtórzył z lekką dawką ironii Nazin - Zapytaj Ramizesa i Finka a dowiesz się, jak było! - mag podniósł głos nieoczekiwanie. Ven bardzo się zdziwił i patrzył na maga szeroko otwartymi oczyma. Nazin się opamiętał - Wybacz. Po prostu straciliśmy dwoje ludzi i...i ten cały stres, przeżycie tego...
- Przepraszam, nie powinienem pytać - przyznał Ven - Rany są zbyt świeże - spuścił wzrok bard na podłogę obwiniając się za swoją głupotę.
- Rozumiem twoje zainteresowanie, Ven. Jeśli pozwolisz to jutro ci opowiem lepiej jak tam było - zapewnił Nazin już będąc całkowicie spokojny.
- Dziękuje, jeśli jednak będzie to jakiś pro...
- Nie, nie będzie - uśmiechnął się miło Nazin - A teraz wybacz, ale naprawdę muszę odpocząć.
- Oczywiście - odwzajemnił uśmiech bard. Mag wstał od stołu i skierował sie do innego pomieszczenia. Położył się na niewielkiej wersalce i nim się zorientował, spał. Ven wyszedł najciszej jak mógł na zewnątrz. Było pusto. Usiadł na wejściu do domu i czekał na resztę. Miał ochotę zagrać lecz nie mógł.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

-...Brakowało mi ciebie....Było tam taaaak nudno! - mówiła to z zachwytem to z obrzydzeniem Atis idąca za rękę z Med'em - Normalnie, jakby nie to, że nie żyłam, to bym tam umarła! Do dupy z takimi zaświatami. Już mi się tam nie śpieszy...
- I dobrze, kochana, bo tutaj bez ciebie wszystko było szare i ponure. Nie mogłem pojąć tego, że ciebie już nie ma. Jednak teraz to najmniejszy problem bo jesteś tu ze mną. Tu i teraz...
- I na zawsze... - przystanęli i spojrzeli sobie głęboko w oczy a gdy znaleźli w nich tego czego szukali, ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku, którego tak bardzo im przez ten czas rozłąki brakowało...Lecz wtem oboje wyczuli, że ktoś ich obserwuje. Natychmiast się "rozłączyli"
- Kto tu jest! Odpowiadać! - krzyczała zdenerwowana przerwanym pocałunkiem Atis wyciągając broń - Niech no ja cię tylko dorwę! - Poszła w najbliższe krzaczki i poczęła ciąć wszystko co było na jej drodze szukając kogoś. Med przygotował inkantację jakiegoś delikatnego czaru ale nie ognia. Mógł wywołać pożar. Rozglądał się i dojrzał coś na drzewie obok, którego ddenerwowała się Atis. Nie mógł jednak jej dopasować do nikogo.
- Jest na drzewie obok ciebie! - poinformował ukochaną. Ta w odpowiedzi kopnęła drzewo tak mocno, że się zatrzęsło i nagle ktoś z hukiem spadł na ziem wydając tylko cichy jęk podczas upadku. Atis rzuciła się z ostrzem do szyi nieznajomego. Jakież było jej zdziwnie...
- MARKUS?! Co ty tu do cholery robisz?! - nadal trzymała nad jego gardłem miecz.
- Eee..ja tylko... - stękał prawie niezrozumiale. Do obojga dobiegł Med.
- Markus? - zapytał Med.
- Dobrze, że znacie moje imię ale czy mogę już iść? - uśmiechnął się ukazując zęby.
- Jeszcze raz cię dorwę a zedrę ci żywcem futro! ROZUMIESZ?!
- Jak najbardziej! Już mnie tu nie ma! - Gdy tylko Atis podniosła ostrza wilk zniknął gdzieś w gościnie lasu.
- Na czym to skończyliśmy? - uśmiechnęła się zalotnie do Meda całkiem już uspokojona.
- Na rzeczy baardzo przyjemnej... - odpowiedział obejmując ją.
- Kontynuujemy? - ich twarze już niemal się spotykały.
- Z największą radością... - Med i Atis kończyli to co, zostało im przerwane...

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

- Jakie są plany teraz, pani? - zapytał diabeł siedzącą na wysokiej skale Joan. Wiatr targał jej długie włosy a wychodzący powoli księżyc oświecał jej twarz. Trzymała w dłoni pojemnik z krwią, który dostała od Finka zanim i on odszedł.
- Nie wiem...Po prostu nie wiem. Lisza nie ma...Jego też - Tu mocniej przycisnęła fiolkę - Zatem nie wiem co by mnie miało trzymać z nimi...Jestem już...Wolna - skierowała swoją kamienną twarz w stronę księżyca budzącego się do panowania na niebie - Ten cykl... - zaczęła mówić lecz nagle przerwała.
- Słucham? - zapytał niepewnie Devlith.
- Cykl Słońca i Księżyca. Przypomina cykl życia i śmierci. Po tym, jak się było na drugiej stronie rozumiem, że śmierć nie jednokrotnie nie jest zakończeniem męk a czasem może być tylko jego przedłużeniem. Gdzie jest tego prawdziwy koniec? W Otchłani? - spojrzała pytająco na diabła lecz ten zachował ciszę - Powiedz mi, boisz się śmierci? - zapytała.
- Każda żywa istota się boi. Dla mnie śmierć jednak ma inne znaczenie. Jeśli umrę tutaj, trafię tam skąd pochodzę. Nie boję się jej - zapewnił.
- Nie wiedza...Ona zawsze stwarza strach. Strach przed niepewnym. Zastanawiam się...Jak postrzega śmierć ktoś...kto nie żyje...
- Domyślam się, że mówisz, pani, o tym wampirze? - zapytał jakby retorycznie. Joan nic nie odpowiedziała. Wpatrywała się tylko we fiolkę. Diabeł nie musiał już pytać - Ktoś kto zna tajniki śmierci, a nawet sam jest jej częścią, przypuszczalnie również, się jej nie boi.
- Ciekawe... - Joan potrzęsła delikatnie czerwoną ciecz w fiolce. Księżyc wzbijał się coraz wyżej a cienie wydłużały sie. Noc ogłasza swoje nadejście.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
***


- Nie sądzisz, że powinniśmy już wracać? - zapytał Pół-elf lekko ospałym głosem.
- Aj tam, nie będą się o nas martwić. Zresztą, pewnie już dawno śpią! - Atis wydawała się bardzo pobudzona.
Medivh nic nie odpowiedział. Podniósł jedynie głowę, wpatrując się w książyc. Może mu się tylko wydawało, ale luna przybrała kolor czerwieni. Pół-elf westchnął cicho. Kiedy opóścił głowę, poczuł jak Atis łapie go za dłoń. Spojrzał na nią. Nie widział już uśmiechu, na jej twarzy malowała się troska i zmartwienie. To nie był dla niego przyjemny widok.
- Tęsknisz za nimi? - Zapytała cicho.
- A ty? - odpowiedział pytaniem. Nie umiał inaczej. Oczywiście, czuł pustkę w sercu, ale coś w środku nie pozwalało mu się do tego przyznać.
- Co mogłabym zrobić, abyś poczuł się lepiej. Nie chcę patrzeć na ciebie w takim stanie.
Pół-elf zebrał się w sobie, puentując to cichym, aczkolwiek głębokim westchnięciem. Po chwili ciszy odważył się na powiedzenie czegoś:
- Lubisz śpiewać?
Atis spojrzała na niego ze zdziwieniem. Miał lekko przymknięte oczy, był uśmiechnięty.
- Może... - odpowiedziała mu tym samym, aczkolwiek bardziej zalotnym uśmiechem.
Medivh odwrócił się i usiadł pod najbliższym drzewem, opierając się o nie plecami.
- Zanucisz mi coś? - zapytał, dając dziewczynie wyraźnie do zrozumienia, żeby do niego przyszła. Ta na nic nie czekała, od razu przysiadła się do ukochanego.
- Co ci zanucić? Kołysankę?
- Czemu akurat to?
- Jesteś strasznie zmęczony. Przyda ci się sen. - Atis delikatnie opóściła powieki Pół-elfa palcami.
- No, skoro tak nalegasz...
- Jakieś specjalne życzenia co do rodzaju?
- Daj upust wyobraźni...
Dziewczyna zaczęła spokojnie głaskać ukochanego po głowie, nucąc przy tym kołysankę, znaną każdemu dziecku...

***


Cały czas wpatrywała się w księżyc. Niewielka fiolka z krwią szybko przemieszczała się pomiędzy jej palcami. Ona, z twarzą niewyrażającą żadnych uczuć, pozostawała niewzruszona. Piekielny Czart spojrzał na swoją panią. Mimo iż był jej sługą, był nadal Postrachem Piekieł, Władcą Planu Ciemności. Nie był głupi jak reszta jego pobratymców. Ujrzał w Joan ludzką bezsilność. Jakby po zabiciu Lisza straciła sens swojej egzystencji. Nie dziwił się zbytnio tym uczuciom. Została zniszczona istota, której podlegała, mimo iż wydawała jej rozkazy wbrew jej woli. Straciła także istotę, na której jej zależało. Pozostała jedynie nadzieja, że nie nazawsze. Ta, jednak była słaba, nikła. Widać Joan nigdy w nic mocno nie wierzyła. Devlith może i był nazywany sługą, lecz nie czuł się tak. Porównując swoją panią do innych magów czy władców, ona dawała mu wielką swobodę. Czuł wobec niej więź innego typu. Istoty ludzkie nazwały by to z pewnością przyjaźnią, lecz było to coś nieco innego. Trudno było to określić. Uświadamiając sobie to wszysto, Devlith poczuł obowiązek.
- Pani, wyglądasz na zmartwioną, coś cię trapi?
Dziewczyna westchnęła cicho.
- Sam dobrze wiesz. Brak mi już celu w życiu....
- A ta łowczyni? Może byłoby, pani, dobrym pomysłem porozmawianie z nią trochę. W końcu to twoja rodzina....
- Tak? Nie wydaje mi się - dziewczyna odwróciła się do Czarta. Na jej twarzy malował się gniew. - I co ja jej powiem? Może "Cześć siostrzyczko! Jak było po drugiej stronie? Nie cieszysz się, że cię zabiłam?"?!
- Wybacz mi pani. Myślałem, że wy ludzie lubicie spotkania z rodziną...
- Nic się nie stało. - Joan uspokoiła się. Ponownie spojrzała w księżyc, podkulając nogi do siebie. - Chętnie bym z nią porozmawiała, ale ona mnie pewnie nienawidzi.
- Czemu nie spróbujesz z nią porozmawiać, pani?
- W sumie, masz rację. Nie mam nic do stracenia. I tak nie mam już niczego prócz niej. A strata siostry chyba nie odbije się na mnie mocjniej niż strata Ramizesa....
Przymknęła oczy, a po jej policzku spłynęła łza.
- Poczekamy do świtu...

***
Nie wiedziała ile czasu minęło. Było już ciemno a nocną ciszę przerywał jedynie od czasu do czasu podmuch wiatru lub granie świerszczy. Był tak spokojnie. Joan nagle poczuła zadziwiająco zimny powiew powietrza, który ją ocudził. Rozejrzała się lecz nikogo nie było. W tym również Władcy Piekieł. Nie było żywej duszy. Wiatr ustał lecz niepokój i zdziwienie w sercu kobiety było wciąż żywe. Przymknęła oczy...
- Joan... - usłyszała szept. Ledwo słyszalny chociaż zdawał się być tuż obok. Był to głos męski.
- Ramizes? - wstała na nogi rozglądając się lecz nadal nikogo nie było poza ciszą. Odwróciła sie za siebie i zauważyła jakiś ruch pomiędzy drzewami lasu. Jakaś postać przemykała niczym cień.
- Chooodź... - zza drzew dzięki sile wiatru doleciał szept i Joan nie miała teraz wątpliwości czyj on był.
- Zaczekaj! - pobiegła czym prędzej w stronę lasu. Biegła wciąż widząc cień, który zdawał się nieuchwytny.
- Chooodź... - nawoływał nieustannie.
- Gdzie biegniesz?! - pytała się lecz nie dostała żadnej odpowiedzi. Biegła ile sił w nogach lecz nie czuła żadnego zmęczenia. Jedynie strach, że zaraz go gdzieś straci w ciemnościach lasu. Oprócz tego, że widziała coś na styl jego sylwetki czuła słodki zapach krwi, za którym podążała. Wyglądało jakby wampir przed chwilą się pożywił...lub krwawił. Nie zastanawiała się gdzie biegnie i po co. Po prostu biegła. Zbliżał się koniec lasu a zza drzew widziała jakiś domek. Gdy wybiegła z lasu poznała miejsce. Domek, a tuż przed nią dwa groby. Na jednym z nich było dużo kruków. Zdawało się, że dziobami próbują odkopać jeden z grobów. Ten należał do Ramizesa.
- Jest tu ktoś?! - zawołała lecz odpowiedziały jej tylko krakania kruków, które jakby wrzeszczały na nią, że przeszkadza im w pracy. Joan podeszła do grobu wtem kruki natychmiast wzbiły się w powietrze pokrakując przy tym tak bardzo, że musiała zatkać uszy. Po chwili była już cisza..oraz rozkopany grób. Podszedła do niego. Widziała tam odsłonięte gnijące zwłoki. Zakryła twarz dłonią. Może i zabijanie było ciekawe ale oglądanie zgniłych ciał nie - Bidaku... - wyszeptała i podeszła bliżej - Co z ciebie zostało...- Przykucnęła przy grobie. Ku jej zdziwieniu zwłoki nie wydzielały żadnego fetoru. Był tylko zapach ziemi - Żegnaj... - dłonią chciała dotknąć jego czaszki lecz wtedy niespodziewanie koścista dłoń chwyciła ją bardzo mocno za nadgarstek i wciągnęła do grobu. Wpadła prosto na trupa a czaszka podniosła się i spojrzała jej w oczy pustymi oczodołami. Joan chciała krzyczeć, coś zrobić lecz była sparaliżowana.
- Przyyywróć mnieeee! - wydobył się głos z czaszki a z niej zimne jak lód powietrze - Cadius! - po tych słowach kościec puścił Joan i jakaś magiczna siła wypchała ją do góry jakby dostała silny magiczny cios. Leciała i...nagle znalazła się w ramionach diabła. Była otumaniona.
- Pani! Co się stało?! O mało się pani nie zabiła spadając ze skały - postawił ją na ziem. Była roztrzęsiona i w szoku po tym śnie. Nie wiedziała co powiedzieć.
- Tak... - tylko na tyle było ją stać. Usiadła na ziemi i spojrzała do góry skąd spadła. Zauważyła również, że powoli zaczyna świtać. Teraz jednak analizowała sen. Nie wiedziała, czy był to zwykły koszmar senny czy może coś na wzór wizji. Był taki realny. Aż do bólu rzeczywisty. Czuła ten uścisk. To zimno. Spojrzała na nadgarstek, który ją bolał i oczy rozszerzyły się jej ze zdziwienia.
- Niemożliwe... - na nadgarstku był jeszcze świeży ślad mocnego zacisku. Spojrzała na siebie tępo - Cadius... - wyszeptała jakieś imie nie chcąc go zapomnieć - Cadius! - powtórzyła głośniej.
- O kim pani mówi? - dziwił się jej zachowaniem diabeł. Nigdy nie widział jej w takim...dziwnym stanie.
- Nie wiem, ale on jest kluczem - spojrzała na Devlith a w jej oczach pojawił się błysk, tak bardzo dobrze znany diabłu. Był to błysk nadziei...a zarazem błysk szaleństwa czającego się w głębi.
- Kluczem do czego? - zapytał ponownie.
- Kluczem do zmartwychwstania wampira...

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

- Gdzie oni są? - mówił do siebie szeptem Ven dziwiąc się, że jest tak późno a nikt z nich nie wraca. Lecz wtedy, jakby na jego prośbę, pojawiła się postać. Od razu ją poznał.
- Gdzie są wszyscy? - zapytał się Markusa.
- Nie ważne. Daj im spokój. Każdy jest zmęczony. Ty też odpocznij. Ja przejmę wartę - odpowiedział i nie czekając na odpowiedź barda wskoczył na dach. Jednak uczynił to na tyle cicho jak było możliwe i znalazł się tam niemal bezszelestnie. Ułożył się w miarę wygodnie na najwyższym punkcie domu a głowę skierował ku drodze prowadzącej do domu. Ven wiedząc, że i tak nic nie wskóra, wszedł do domu, znalazł miejsce gdzie było na tyle wygodnie aby zasnąć i zapadł w sen szybciej niźli by się spodziewał.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
***


Zaczęło świtać. Promienie słoneczne padały na wszystko: na liście drzew, źdźbła trway oraz na parę kochanków, która właśnie budziła się z głębokiego snu. Pierwsza przebudziła się Atis. Otworzyła oczy i odetchnęła głęboko świeżym, jeszcze lekko wilgotnym powietrzem. Spojrzała na swego ukochanego, który jeszcze spokojnie spał, opierając się głową o jej ramię. Po dłuższej chwili stwierdziła, że pora już wstać. Chcąc nie chcąc, musiała obudzić Medivh'a. Pogłaskała go delikatnie po policzku i powiedziała cicho:
- Medivh...kochanie, czas wstawać....
- Muszę? - zapytał z uśmiechem Pół-elf. Jak widać nie spał już, lecz jego oczy nadal były zamknięte.
- Tak, musisz. Czas już wracać.
- I kto to mówi. Pewnie jeszcze śpią.
- Ale jeśli pójdziemy wolniej, to czas się wydłuży i dojdziemy do domu o przyzwoitej godzinie.
- A...nie chce mi się. - uśmiech nie schodził z twarzy maga.
- Medivh! To nie jest śmieszne, wstawaj! - Atis zdenerwowała się. Zaczęła potrząsać Pół-elfem trzymając go za ramiona.
- Już! Już! Spokojnie! - ten szybko odsunął się od dziewczyny, po czym podrapał się po głowie. - To nie było miłe budzenie.
- Co ty nie powiesz....nie miałam innego wyboru. - Łowczyni wstała, a chwilę później przeciągnęła się, w celu rozbudzenia się.
Po paru minutach oboje byli gotowi wracać. Pozostawało tylko jedno pytanie:
- No dobra, a skąd myśmy przyszli?

***


- Pani, jak dowiemy się kim jest ten Cadius?
Devlith spojrzał na stojącą obok niego Joan. Bawiła się płomieniem, tańczącym na jej dłoni. Znikł w momencie kiedy zacisnęła ją w pięść.
- Markus nam powie.
Nam?
- Pani, powiedziałaś "nam"? - Na twarzy Czarta pojawił się wyraz głębokiego zdziwienia.
- Tak. Czy to takie dziwne dla ciebie?
- Jeśli mam być szczery, pani, to - tak. Nigdy nie mówiłaś o nas jak o...
- ...drużynie? Wiem, teraz to się zmieni. Przecież nie jesteś takim zwykłym Diabłem...przynajmniej dla mnie. - dziewczyna spojrzała na niego. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, który zaskoczył Devlitha, poniekąd mile...
- Dziękuję, pochlebiasz mi, pani. - skłonił się lekko.
- Poczekamy jeszcze trochę. A później pójdziemy do nich w odwiedziny...

***


Otworzył powoli oczy. Ujrzał znajomą kobiecą twarz. Atis była rozpromieniona, uśmiechnięta od ucha do ucha. Nazin miał bardzo złe przeczucie, co chciała teraz zrobić. Lecz zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować ona...
- WSTAWAJ OBIBOKU!! -...wrzasnęła mu do ucha. Spadł z wersalki na ziemię. To spowodowało u Atis atak śmiechu.
- Ha ha, bardzo śmieszne. - Elf spojrzał na nią z wyrzutem. - Czy ja ciebie już kiedyś nie prosiłem, żebyś tak nie robiła?
- Raz, może dwa....Nie bądź na mnie zły. Pokusa była zbyt wielka, a ja jestem tylko człowiekiem... - Łowczyni uśmiechnęła się do niego promiennie. Było to uśmiech, któremu nie możnabyło odmówić. Nazin odpowiedział jej tym samym.
- Gdyby wszystkie kobiety potrafiły uśmiechać się tak jak ty, już dawno mielibyśmy wszędzie ustrój Drowów...
- To miał być kompolement?
- Jak najbardziej.
- W takim razie dziękuję. - Atis podała Nazinowi rękę i pomogła mu wstać.
Łowczyni wyszła z pokoju podśpiewując pod nosem. Widząc to, elf westchnął głęboko, zastanawiając się nad przyszłością tej dziewczyny. Zbyt lekko podchodzi do życia.....chciaż może i ma rację...
Kiedy także wyszedł z pokoju, ujrzał iż wsatł ostatni. Rincewind, Aya i Ven'Diego siedzieli przy stole. Zaś Medivh i Atis siedzieli przy oknie na parapecie, bawiąc się niewielkim płomykiem między sobą. Parze, za podnóżek, robił Markus, co, jak było widać, niezabardzo mu się podobało....
Wszyscy obecni w domu zajadali pyszne śniadanie przygotowane prze Aye oraz Rince'a. Może nie były to delikatesy a jedzenie jakości niczym prosto z dworu ale zajadający dawno już zapomnieli jak smakują takowe, wykwintne dania. Oprócz jedzenia w spiżarce było coś jeszcze co znalazł Nazin.
- Patrzcie co mam! - wszyscy obrócili się w jego kierunku i zobaczyli, że w ręku ma pełną butelkę czerwonego wina - W sam raz na dobre trawienie - uśmiechnął się zadowolony ze znaleziska.
- No to polewaj, Nazin. Byle nie za dużo bo nas opijesz! - żartował Rince w czasie gdy Aya i Atis rozdawały drewniane kubki w sam raz na wino. Nazin z dokładnością maga rozlał każdemu po równo.
- Ejj, Nazin, nie żałuj... - rozpaczał Med lecz wtedy poczuł lekkie uderzenie w plecy. Gdy spojrzał kto to, była to jego ukochana - No dobra...Wystarczy tyle... - wszyscy wybuchli śmiechem.
Gdy już trochę się uspokoiło a przybywający w kuchni złaknili się wina Nazin wstał z miejsca z podniesionym kubkiem.
- Chciałbym wznieść toast - na te słowa wszyscy podnieśli się z siedzeń podnosząc kubki - Toast za pokonanie naszego wroga oraz za tych, których nie ma dziś z nami. Na zawsze pozostaną jeśli nie w naszych sercach to z pewnością w pamięci. Poświecili się dla nas abyśmy dziś cieszyli się ze zwycięstwa. Nie zważajmy, że jeden był wampirem bo był porządnym wampirem. Nie zważajmy, że mag był tak tajemniczy i trudno było go zrozumieć. Ważne, że był z nami tak jak Ramizes. Na końcu ukazali determinację i dowód kim byli na prawdę płacąc tym samym najwyższą cenę. Niech ten dowód będzie dla nas przykładem na przyszłość - Nazin spojrzał w sufit - Aby tam było wam dobrze. Abyś Ramizesie zatapiał kły w najsłodszej krwi, a ty Finku, zatapiał się w starożytnych księgach magicznych. Żegnajcie - mag, po przejmującym i pełnym uczucia przemówieniu, wziął łyk a reszta chórem powtórzyła ostatnie słowo Nazina i również wypyli po łyku. Usiedli na miejsca i zaczęli popijać pojadając co nie co.
- No więc jakie mamy teraz plany? - zapytała Atis.
- Wyruszamy dalej...No chyba, że macie się zamiar tutaj osiedlić? - spojrzał pytająco i całkiem poważnie Nazin co zdziwiło innych.
- Nie, nie! Żadnego osiedlania się. Ruszamy gdzie nas nogi poniosą?
- Dokładnie - odrzekł natychmiast Nazin.
Wtem usłyszeli, że ktoś wszedł do domu.
- To pewnie nasza zguba... - rzekł cicho Med a po chwili do pokoju weszła Joan. Spojrzała na wszystkich obojętnym wyrazem twarzy. Jedynie gdy spojrzała na Atis delikatnie, zdawać by się mogło, uśmiechnęła się lecz łowczyni została z kamienną obojętnością na twarzy. Zapadła dziwna cisza.
- Może dołączysz? - przerwała ją Aya zapraszając gestem do śniadania.
- Nie, dzięki - odpowiedziała pośpiesznie - Markus, chodź no na chwilę, musimy porozmawiać- Na te słowa Markus spojrzał badawczo na Joan a następnie pytająco na atis a ta ostatnia pokazała mu aby poszedł. Wstał od stołu i wyszedł wraz z Joan na zewnątrz.
- Co ona znów wymyśliła... - wyszeptał Ven lecz zaraz ucichł zajadając kanapkę z miodem.
Obie postacie wyszły z domu i udały się pod dwa groby. Joan pamiętała swój sen. Znów sobie go przypominała.
- O co ci chodzi? - z zamyślenia wyrwał ją Markus.
- Odpowiedź na proste pytanie: czy wiesz, kim jest... - tutaj przerwała na chwilę aby dokładnie wypowiedzieć imię -...Cadius? - patrzyła w oczekiwaniu na pozytywną odpowiedź. Zdziwiła by się jakby on nie wiedział. Markus wykazał małe zmieszanie...a może raczej ciekawość? Trudno było tego domyślić sie z twarzy wilka.
- Tak, znam, a czemu pytasz?
- Nie musisz tego wiedzieć - odrzekła chłodno - Gdzie go znajdę?
- Nie musisz tego wiedzieć - odrzekł równie chłodno - Odpowiedziałem na twoje pytanie. Teraz ty odpowiedz na moje albo nici z informacji - postawił proste żądanie - Pytanie za pytanie. Nie podobało się to Joan lecz nie wiele mogła tutaj zrobić w tej sprawie.
- Potrzebuję go znaleźć. Mam do niego ważną sprawę. A teraz odpowiedz, gdzie go znajdę.
- Daleko w górach. A teraz powiedz mi co to za sprawa - zdawało się, że ta zabawa nie ma końca. Joan zaczęła się irytować ciekawością Markusa.
- Przestań bawić się w te głupie gierki, Markus. Odpowiedz mi w tej chwili, gdzie dokładnie i jak tam dojść.
- Nie muszę odpowiadać na żadne twoje pytanie. Zatem albo mi powiesz albo zapomnijmy o całej tej konwersacji - Markus nie dawał za wygraną. Nie robił tego bo był ciekawy. Miał gdzieś to dlaczego go szuka. Chciał się droczyć z Joan. Ot tak dla zabawy. Po tym jak wilk jest podnóżkiem pokusa znęcania się nad innymi jest wielka i trudna do odparcia. Joan myślała czy opowiadać czy też nie...Nie miała jednak czasu na zabawy.
- Miałam sen. Przypuszczalnie przesłany przez samego Ramizesa i wiem, że ten Cladius może go wskrzesić - spojrzała na jego grób przypominając sobie jego zwłoki lecz zaraz jej wzrok utkwił na Markusie.
- Widzisz...To nie bolało...A teraz odnośnie twoich pytań. Zajęło by ci to bardzo długo lecz na twoje szczęście w każdej chwili możemy...A raczej magowie mogą utworzyć portal, który cię do Cladiusa teleportuje. Będzie to jednak wymagać poinformowania innych co, jak się domyślam, nie leży ci specjalnie.
- Nie...Ale jeśli nie ma innego wyjścia to im powiem - Markus tylko przytaknął.
- Kiedy to zrobisz?
- Kiedy wyjdą.
- No to poczekaj na nich - powiedział Markus i skierował się do domu. Joan spojrzała na grób. Już nie długo będziesz z nami...Ze mną uśmiechnęła się.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Nicość. Czerń tak głęboka, że wszystko w niej tonęło. Rozciągająca się we wszystkie strony.
- A więc i ty tutaj jesteś...
- A więc tak to wygląda. Zawsze tutaj się zamykałeś?
- Nie. Część z tych strzępków duszy mieszkała tutaj, lecz reszta była we mnie.
- Czyli byłeś zarazem tam i tu.
- Trudno odmówić ci racji.
- Jak wracałeś?

Jeden jasny punkt, zawieszony w czerni.
- Tą samą drogą, którą pokazałem się tam przez chwilę.
- Nie pokażesz mi jej, prawda?
- Nie. I tak byś jej nie zobaczył.
- Jesteś pewien?
- Tak.
- Chcesz tam wrócić?
- Tak.

Drugi punkt, zaraz obok pierwszego.
- Dlaczego?
- Dla niej.
- Czyli wracasz z pragnienia serca.
- Tak.
- A jeśli ja chcę tam wrócić z tego samego powodu?
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Bo musiałbyś zasmakować mojego przekleństwa.
- A jeśli chcę?
- Nie dam ci zapłacić tej ceny.
- Czyli chcesz mnie tu zostawić?
- Wiesz, jak iść dalej.
- Nie chcę.
- Będziesz tutaj czekał?
- Tak.
- Dlaczego?
- Dla niej. I dla ciebie.
- Tutaj sekunda trwa latami.
- Trudno.
- Jesteś pewien?
- Tak.
- Ale ja nie.
- Więc mi pokaż.
- Nie mogę.
- Więc co zrobisz?
- Popchnę cię dalej.
- Nie dam ci tego zrobić.
- Nie potrzebuję twojej zgody.
- Bez względu na nic nie pójdę dalej.
- Czyli co? Będziesz tutaj czekał w nieskończoność?
- Już mówiłem. Jeśli mnie do tego zmusisz, to zrobię to.
- Niemożliwy jesteś. Jak za życia.
- Wal się.
- O, język ci się wyostrzył?
- Odkrywczy jesteś.
- Bogowie... Chcesz to zrobić?
- Wyjść?
- Tak.
- Czemu nie? Ale sam mówiłeś, że nie pokażesz mi drogi.
- Ja nie. Pokażę ci drogę gdzie indziej.
- Gdzie?
- Dowiesz się. I przygotuj się...
- Jestem.
- Ostatni raz - chcesz zapłacić tą cenę?
- Tak.
- Na pewno?
- Tak.
- To do zobaczenia. Kiedyś.

Jeden punkt zamigotał. Drugi przesunął się w czerń i zgasł. Pierwszy czekał.

***


Susza. To była pierwsze wrażenie. Pierwsze po tak długim czasie bytowania bez jakichkolwiek bodźców... Palące słońce i susza. I cierpiętnicy uwieszeni na krzyżach, wystawieni na łaskę sępów i gorąca, przez całe wieki.
"Więc to tutaj"
Jedna, jedyna droga, znikająca w rozgrzanym powietrzu.
- I tak nie mam wyjścia...
Jeden krok, drugi, trzeci... Rozpalony piasek parzył podeszwy stóp, gorąco wysuszało gardło i pot, usiłujący schłodzić ciało. Latające sępy zaczęły krążyć wokół nowej ofiary, oglądając ją dokładnie, zupełnie jakby chciały wypatrzeć jej najlepszy kąsek i jako pierwsze go pochwycić. Nieco później dołączyły się kruki, kracząc szyderczo. W oddali majaczył jakiś ciemny, niewyraźny kształ, który - stopniowo - wyostrzał się, tworząc ogromną, czarną cytadelę.
"Tutaj?..."
Delikatnie i powoli, z czcią i bojaźnią - takie były niegdyś rady wampira. Tak też postąpiła postać, jakby kierowana czyjąś wolą.
- TY?
Potężny głos rozbrzmiał echem, odbijając się wewnątrz ścian.
- NIE ODPOWIADAJ. - drugi głos. - WIEMY KIM JESTEŚ, I ŚLEDZILIŚMY TWOJE POCZYNANIA. WYKAZUJESZ WIELKĄ DETERMINACJĘ...
- ...MIMO IŻ MOŻEMY WRZUCIĆ CIĘ W OTCHŁAŃ, TAM, GDZIE SKOŃCZYŁ ESCHTARU. -
trzeci głos.
- A JEDNAK CHCESZ DŹWIGAĆ TO PIĘTNO. CZYŻ NIE? MOŻESZ ODPOWIEDZIEĆ. -
pierwszy głos.
- Tak. Chcę być tak jak Ramizes, chcę dźwigać to samo piętno, tylko po to, by być razem z nimi.
- NIE LICZ NA TO, ŻE BĘDZIESZ TAKI SAM.
- drugi. - UCZYNIMY CIĘ INNYM.
- SĄDZĘ, ŻE NIE BĘDZIEMY GO WSKRZESZAĆ, TYLKO DAMY MU INNE CIAŁO... -
trzeci - A TAMTĄ DUSZĘ ŚCIĄGNIEMY TUTAJ. PAMIĘTAJ - JESTEŚ NASZYM DŁUŻNIKIEM.
I postać została porwana, niczym przyciągana przez potężny wir, i zniknęła w mieszaninie materii i astralu.

____________

Khem. Chwilowo proszę mi się w ten wątek nie wtrącać
Joan coraz bardziej zniecierpliwiona postanowiła wejść do domu. Gdy tylko przestąpiła próg, wszystkie rozmowy ucichły i siedem par oczu skierowało się na wchodzącą.
-Potrzebuję waszej pomocy… – urwała.
-Coś nowego – mruknął Nazin.
-Chciałabym, abyście otworzyli mi portal do Cladiusa.
Wszyscy wymienili między sobą spojrzenia.
-A po co? – zapytał Rince.
-Musicie znać powód?
Znowu wszyscy popatrzyli po sobie.
-Właściwie… tak.
-A otworzycie go jak wam powiem?
-To zależy…
Joan zagryzła wargi, ale już się zdecydowała i nie chciała się wycofywać.
-Ten… Cladius może pomóc wskrzesić Ramizesa…
W pomieszczeniu można było usłyszeć ciche westchnięcia.
-Czemu nikt wcześniej na to nie wpadł? – powiedział po chwili Med.
-W takim wypadku… otworzymy – oznajmił Nazin
-Kiedy możecie zacząć?
-Choćby zaraz.
-No to… na co czekamy.
Wszyscy ochoczo wyszli przed dom. Czerech magów ustawiło się w kwadrat i zaczęli wymawiać różne inkantacje. Po chwili pomiędzy nimi pojawił się portal.
-Czy to doprowadzi mnie do Cladiusa? – zapytała Joan.
-Nie bezpośrednio – odpowiedział Medivh – najpierw będziesz musiała… przejść sporo. Nie jest to miłe – półelf wzdrygnął się, gdy przypomniał sobie swoją wyprawę.
-No dobrze… W takim razie do zobaczenia.
-Poczekaj! – z domu wybiegła Aya i wręczyła Joan torbę – w środku jest jedzenie i ciepły płaszcz… Z tego co słyszałam… Przyda ci się tam.
-Dziękuję... – dziewczyna skinęła lekko głową i ruszyła w stronę portalu. Markus spojrzał się na Atis, po czym powiedział do Joan:
-Idę z tobą.
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie.
-Nie. Poradzę sobie sama.
-Przydam ci się.
-Nie chcę pomocy. Dam sobie radę.
Wilk zastanowił się, po czym skinął głową. Joan uśmiechnęła się do niego i przeszła przez portal, który zaraz się zamknął.
-Otwórzcie go jeszcze raz – powiedział po chwili wilk.
-Co?
-Otwórzcie go jeszcze raz – powtórzył – nie wiadomo co sama tam sobie zrobi. Pójdę za nią.
Magowie spojrzeli na siebie, po czym zaczęli otwierać jeszcze raz portal.
-Wiesz co robisz? – Atis podeszła do Markusa i pogłaskała go po łbie.
-Wiem – wilk uśmiechnął się na swój sposób, po czym przeszedł przez portal.

--------------------------------------------------------------------------

-Aha… Czyli tak właściwie, to nie wiemy gdzie jesteśmy? – zapytał Ven pochylony nad mapą, znalezioną w domu i rozłożoną teraz na stole w kuchni.
-No nie bardzo – odpowiedział Nazin.
-Zresztą z tej mapy jest strasznie trudno coś wyczytać. Ona ma ze sto lat… - westchnął Rince.
-Zamiast tu siedzieć i rozmyślać nad naszym położeniem, wybierzmy się do miasta. Przecież to żaden kłopot wyszukać najbliższe miasto i wytworzyć Wymiarowe Drzwi do niego. Kto idzie ze mną?
Wszyscy z entuzjazmem zgłosili się do wyprawy.
-Tylko jest jeden problem… - powiedział Rince – ktoś musi czekać na Joan, bo może w każdej chwili wrócić… w niewiadomo jakim stanie…
-Będziemy losować? – podsunął Ven
-Ja wpadłem na pomysł z wycieczką – wyszczerzył zęby w uśmiechu Med.
-Dobra, dobra. Niech ci będzie.
-To się źle skończy – westchnął Nazin. W końcu Aya przyniosła z jakiegoś pokoju kilka słomek.
-Są cztery długie i dwie krótkie. Długie idą, krótkie zostają.
I losowanie się rozpoczęło. Towarzysze po kolei wyciągali słomki. Najkrótsze przypadły w udziale Nazinowi i Roakowi.
-Nie… Chłopaki… Nie zrobicie mi tego – jęczał mag.
-Przyniosę ci coś smacznego do jedzenia… Jak nie zapomnę – Atis poklepała Nazina po ramieniu i zaśmiała się. Roak tylko pomruczał coś, po czym westchnął.
-No to na co czekamy – uśmiechnął się Rince

------------------------------------------------------------------------------

-Przecież to żaden kłopot wyszukać miasto i wytworzyć Wymiarowe Drzwi… Żaden kłopot – przedrzeźniała maga Atis, pocierając obolałe kolano.
-Atis… to nie moja wina… To miasto po prostu okazało się być nieco dalej, niż myślałem… A poza tym, to nie ja kładłem tutaj te kamienie.
-Prawda, ale to ty wytworzyłeś przejście 2 metry nad ziemią.
Medivh miał już coś odpowiedzieć, ale przerwał mu Rince.
-Nie kłóćcie się już. Wcale tak źle nie wyszło. Jesteśmy prawie pod samymi bramami miasta. Idziemy.
Elf pomógł wstać Ayi, po czym ruszył w stronę miasta. Ven podniósł swoją torbę i poszedł za nimi. Med uśmiechnął się do Atis i powiedział:
-Nie złość się już… Coś takiego zdarza się czasami…
-Ja się nie złoszczę, tylko się z tobą droczę – łowczyni chwyciła rękę półelfa i wstała – chodź, bo nam uciekną.
Miasto było niewielkie. Jedna brama wjazdowa, karczma, kilka sklepów na krzyż… Pięciu nowych osobników wyróżniało się wśród tłumu, który był dość spory, jak na takiego rozmiaru mieścinę.
-No dobra- powiedział Ven. Ja idę poszukać strun do mojego instrumentu. I tak myślę, że ich tu nie będzie, ale zawsze warto sprawdzić. To gdzie się spotkamy?
-Może tam – wskazał Medivh – w tamtej karczmie… ‘Pod Smażonym Wężem’…
-‘Pod Strudzonym Mężem’ – poprawiła Atis
-Nieważne, nazwa i tak do dupy – uśmiechnął się – to pewnie przez to wyobrażenie tych smakowitości... Ja będę tam za pół godziny… Muszę coś załatwić.
-Gdzie idziemy? – zapytała Atis
Mag wyraźnie się zmieszał.
-Chciałem iść sam… Potem ci to wyjaśnię… Obiecuję… - odwrócił się szybko i zniknął w tłumie.
Atis stała tak przez chwilę, po czym odwróciła się i poszła z Rincem i Ayą zwiedzić miasto.

-----------------------------------------------------------------------------

-Czy ja dobrze zrozumiałem? Daje mi pan ten miecz, za jeden z dowolnie wybranych moich wyrobów?
-Dokładnie.
-Czy pan zwariował? Gdzie ja opchnę ten miecz?
-Na przykład u tamtego płatnerza naprzeciwko.
Kupiec podrapał się po głowie.
-Ale on nie ma tylu pieniędzy. Dlaczego pani mi nie zapłaci normalnie.
-Już mówiłem… Nie mam z czego.
-W takim razie żegnam.
-To może inaczej… Daruję panu życie… - Mag spojrzał człowiekowi w oczy - A pan weźmie miecz i da mi jedno z tych cudeniek.
Kupiec zbladł i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale półelf mu przerwał.
-I tak się dziwię jak pan zdołał utrzymać ten sklep na takim… odludziu.
-To mój sekret.
-No właśnie… Czy nie mógłby pan… wykorzystać tego sekretu, aby sprzedać ten miecz.
Człowieka nagle olśniło.
-Ma pan rację! Czemu wcześniej na to nie wpadłem?
Wziął miecz i schował go pod ladę.
-Niech pan wybiera.
Półelf w czarnej szacie zastanawiał się chwilę, aż w końcu wskazał na jeden z wystawionych przedmiotów.
-Ten.
-Dobry gust. Na pewno się ucieszy.
-Mam nadzieję.
Kupiec spakował przedmiot i wręczył go nieznajomemu.
-Mam pytanie? Naprawdę by pan mnie zabił?
Mag uśmiechnął się.
–Nie wiem. Jestem zdesperowany – zaśmiał się i wyszedł.
Człowiek stał jeszcze jakiś czas, wpatrując się w odchodzącą postać. Ciągle widział to… płonące spojrzenie. Po chwili zamknął drzwi i wywiesił na nich tabliczkę ‘Zamknięte’.

----------------------------------------------------------------------

Nazin spojrzał na swojego towarzysza, który siedział z zamkniętymi oczyma.
-To mówiłeś, że skąd pochodzisz?
-Chrrrr….
Mag załamał ręce.
-Po prostu świetnie…


Tonari no Totoro!
Tuż po wyjściu z portalu padła na kolana. Uderzona miażdżącą dosłownie dawką zimna. Mięśnie natychmiast odmówiły posłuszeństwa. Sama Joan patrzyła tylko tępo w śnieg nie mogąc się ruszyć. Była w szoku. Nie wiedziała ostatecznie gdzie wyląduje a skok z miarę ciepłego miejsca do takiego lodowatego klimatu nie sprzyja zdrowiu. Kręciło się jej w głowie a zimne dreszcze nie przestawał przechodzić po każdym zakątku ciała. Gdy odzyskała pełną świadomość tego gdzie się znajduje zmusiła się w końcu do ruchu. Wstała cała trząść się. Ruszyła przed siebie. Wiedziała, że jeśli zatrzyma się to po prostu może zamarznąć. Narzuciła na siebie płaszcz, który przyniósł chwilową ulgę. Rozejrzała się po terenie. Była gdzieś wysoko w górach. Nie padał śnieg, ale ten który już był sięgał prawie do kolan. Przedzierała się idąc prosto powoli pod górę. Mogła się tylko domyślać, że ów Cladius znajduje się na samej górze. W końcu jeśli się znajduje tak wysoko to czemu miałby siedzieć w niższych partiach? Oczywiste było dla niej, że musi iśc do góry. Gdzieś tam on jest i on sprowadzi Ramizesa z powrotem. Była tego pewna i dlatego ta myśl dodawała jej sił. Ruszyła szybciej rozgrzewając tym samym mięśnie.
Szła sama nie widząc ile. Było jeszcze jasno. Nadal nie padał śnieg lecz wzmógł się lodowaty wiatr, który mroził aż do szpiku kości. Na jej szczęście śnieg nie był już tak wysoki i idąc zboczem poruszała się w miarę szybko i sprawnie. Uważała jednak na lód, który często się znajdował pod śniegiem a gdyby noga się podwinęła groziło to upadkiem z baaardzo wysoka...A na pewno z wystarczającego wysoka aby już nie wstać. Joan wreszcie skończyła podróż zboczem i weszła gdzieś głębiej w góry. Droga prowadziła w jedną stronę, przed siebie. Im głębiej szła tym mniej widziała. Jakby była tu mgła, która z każdym krokiem stawała się gęściejsza. Już po chwili nie widziała wiele więcej niż na długość ramienia. Joan parła do przodu praktycznie po omocaku aż jej dłoń dotknęła czegoś zimnego ale i bardzo gładkiego. Była to gładka ściana lodu. Widząc, że dalej nie zajdzie skierowała się na prawo. Szła wzdłuż ściany szukając przejścia dalej lecz nic takiego nie znalazła. Szła i szła i ku jej zdziwieniu zdawało się, że końca szerokości ściany nie ma. Zresztą po dalszym marszu wątpliwości zostały rozwiane. Znalazła swoje ślady, które kierowały się ze zbocza. To z kolei wskazywało na jedyną możliwość. Wspinaczkę. Na pytanie jak wspinać się na idealnie płaską ścianę Joan szybko znalazła odpowiedź ale znacznie dłużej zajęło jej wyciągnięcie ostrzy, które przymarzły i nie chciały wyjść z pochwy. Gdy się jej to wreszcie udało wbiła jedno w ścianę. Ku jej zadowoleniu weszło niczym w masło. Potem drugie. Następnie wyjmowała pierwsze, wbijała wyżej i tak coraz wyżej i wyżej. Nie było to ani miłe ale delikatne. Kiedy zrobiła tak kilka razy naszła ją myśl "po co to robi?". Chwila zwątpienia wstąpiła do umysłu Joan. Lecz zimny wiatr szybko znalazł dla niej odpowiedź "bo go..." nie dokończyła myśli. Zamiast tego uśmiechnęła się i żwawiej poczęła wbijać ostrza i iść w górę. Widok takiej Joan był zaskakujący. Dosłownie wisiała na ścianie. Wystarczyła by odrobiną nieszczęścia jakim mógłby być o wiele mocniejszy wiatr, poślizg dłoni czy najnormalniejsze zdrętwienie rąk a kobieta poleciałaby w dół i nie miałaby na czym się zatrzymać, chyba, że głową na dole. A świadomość, że była na tyle wysoko aby to się nie stało wprawiła Joan w niemal mechaniczne ruchy. Zdawało się, że nie zna ona zmęczenia i jest to dla niej nic więcej niż dziecinną przechadzką. Nic bardziej mylnego. Każdy ruch kosztował ją wysiłek, który zwykły człek niemiałby prawa wytrzymać. Jej kobieca determinacja oraz jasny cel niepozwolały jej na odpoczynek czy na myśl o tym, że może się jej nie udać. Mimo tego, widziała, że zbliża się do granic wytrzymałości i poznaje swoje warunki fizyczne. Walka z naturą zawsze pozwala sprawdzić swoje wytrenowanie a doprowadzanie do granicy wiąże się z niebezpieczeństwem ale przekroczenie jej może pozwolić na dokonywanie rzeczy teoretycznie niemożliwych. Sprawa, że poznaje się swoje ciało oraz jego możliwości Tak samo powoli działo się z Joan. Zbliżała się do granicy lecz jeśli jej nie przekroczy...Póki co, wbijała się w górę. Poczęło prószyć śniegiem. Delikatnie na czas obecny ale kwestią czasu (i to często krótkiego) była śnieżyca. Joan chcąc, nie chcąc, musiała przyśpieszyć. Będąc w obecnej pozycji szansa przetrwania nawałnicy równa się bardzo blisko zeru. Wydając z siebie jęki bólu i zmęczenia przyspieszyła. Straciła całkiem rachubę czasu a jedynie coraz intensywniej padający śnieg dawał oznaki czasu i tego, że jest go coraz mniej.
Mgła zaczęła się przerzedzać. Oznaczało to, że jest coraz bliżej zakończenia wspinaczki. Niemalże ostatnimi resztami sił wydostała się z mgły i jeszcze tylko kilka wyjść do góry dzieliło ją od twardego gruntu. Była na wykończeniu i miała wątpliwości czy się jej uda. Postawiła wszystko na jedną kartę. Już krzycząc z bólu wspinała się i gdy zostało jej tylko wesprzeć się na ostrzach, które wbiła pionowo w grunt lewe ramie odmówiło posłuszeństwa. Trzymając rękojeść prawą, która również zaczęła drętwieć próbowała wyjść. Już głową była na górze. Gdyby mogła to zębami by wgryzła się w grunt albo w rękojeść ale była za daleko. Uścisk lżał a pozostało jej jeszcze sporo ciała do wciągnięcia "Czyżby koniec?" przeszło jej przez myśl lecz w jakby w odpowiedzi przed oczyma zobaczyła...Ramizesa. Wyglądał normalnie. W całej swojej godności. Patrzył na nią z góry jakby czekając. Zdawał się nie odczuwać zimna i wiatru chociaż jego włosy i płaszcz były targane przez wiatr. Wystawił dłoń. Tuż przed nią. Ona tak bardzo chciała ją uchwycić. Chciała coś mu powiedzieć lecz nie miała sił. Patrzyła bezsilna a on wciąż tu stał. Poczuła nagle impuls w lewym ramieniu. Odzyskała nad nim władzę w momencie gdy prawa dłoń już puszczała rękojeść prawego ostrza. Natychmiast zmusiła lewą dłoń do uchwycenia dłoni wampira lecz gdy już ją chwyciła poczuła zimną rękojeść miecza. Natychmiast użyła całej dostępnej siły i wyszła na twardy grunt. Stopy jednak wciąż za grunt wystawały a ona leżała na brzuchu nie czując praktycznie nic. Czuła jedynie potrzebne dalszej podróży. Podpełzła niczym gąsienica trochę dalej. Była na cała na twardym gruncie. Już nie było tak zimno. Albo się ociepliło albo...Nie, to nie mogło być to. Każda komórka ciała krzyczała o ciepło i odpoczynek lecz Joan wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić. Miała jednak pomysł. Przynajmniej umysł pracował wydajnie. Rezerwami sił wsadziła do torby, którą dostała od Ayi, szukając czegoś. Nie wiedziała czego ale znalazła coś. Coś nie wielkiego i było to w buteleczce. Nie wiedziała dlaczego ale poczuła, że to, to czego szuka. Chwyciła to w dłoń i przeturlała się na plecy. Odczekała chwilkę aż będzie pewna, że zdąży to włożyć do ust zanim straci panowanie nad ramieniem. Szybkim ruchem wsadziła buteleczkę do buzi i otworzyła ustami (a raczej zębami) zatyczkę. Wypluła ją prędko i wsadziła otwartą buteleczkę wylewając jej zawartość do gardła. Delikatnie piekło ją ale poczuła ciepło przemieszczające się do brzucha a następnie po całym ciele. Odzyskała trochę sił. Przynajmniej na tyle aby wstać, wziąć ostrza i ruszyć dalej co też uczyniła. Musiała się pośpieszyć. Zaczynało mocniej padać.
Szła znów pod górę. Zastanawiała się ile jeszcze i czy kiedykolwiek dojdzie. Doszła do czegoś...Do jakiegoś mostu, który prowadził na drugą stronę. A była to jedyna możliwość przejścia bo nie dość, że skok był niemożliwy z powodów fizycznych to przepaść nie dawała szans na inne przejście. Trzymając się poręczy z lin ostrożnie stawiała kolejne kroki. Deski skrzypiały jakby niezadowolone, że ktoś stawia na nie swoje brudne buciska. Mimo tego, trzymały się a Joan była już w połowie mostu i parła dalej. Zostało jej zaledwie kilka jeszcze kroków do zejścia gdy usłyszała głośny odgłos pękających lin z tyłu. Obejrzała się i zobaczyła jak most z drugiej strony spada. Miała kilka sekund aby wylądować po drugiej stronie albo poleci z nim. Przyśpieszyła lecz już po pierwszym kroku deska strzeliła powodując, że prawa noga wypadła z obiegu. Nie mająca za dużego wyjścia Joan wybiła z obecnej pozycji lewą nogą doskakując prawie do końca mostu. Chwyciła się liniowej poręczy a most już był ustawiony płasko do ściany. Co gorsza, te liny zaczęły wydawać z siebie oddźwięki pękania. Widziała, jak się rozluźniają. Jakby ktoś stał i je przecinał. Bez zastanawiania się wystyrmała się na górę. Sekund po tym jak most runął w przepaść. Nie myślała nad tym, kto to zrobił i dlaczego. Stało się co się stało a ona wciąż tu była i mogła iść co też zrobiła.
Czuła, że idzie w dobrym kierunku. Czuła jakaś wzmagająca się siłę magiczną. Nie miała wątpliwości od kogo ona pochodzi. Przyśpieszyła. Gdyby mogła to by pobiegła lecz nogi odmawiały tego zatem mogła sobie pozwolić na stanowczy marsz. Śnieżyca zdawała się nie nastawać. Wreszcie dostrzegła jakaś grotę. Weszła do niej i poczuła...Ciepło. Było w niej ciepło niczym w piękny słoneczny dzień. Weszła głębiej i padła na kolana powalona przez zmęczenie i zarazem odprężenie. Mogła pozwolić sobie na chwilę odpoczynku. Czuła jak śnieg się z niej rozpuszcza i robi się kałuża. Ale to było w tym momencie mało istotne.
Kiedy już odzyskała władanie nad kończynami wstała. Teraz będąc w pełni świadoma czuła jaka moc emanuje z głębi jaskini. Niemal namacalnie ją czuła. Weszła wgłąb i...stanęła osłupiała. Całe wnętrze było pełne różnych alchemicznych przyrządów a bulgot mikstur i ich kolorystyka, zapachy były falą, która nie pozwolała jej się ruszyć. Jakby sparaliżowana lecz nie czuła żadnej magii na sobie. Magia była ale w powietrzu. Samo latające urządzenia, same mieszające, palące, miksujące i wykonujące inne czynności rzeczy nie były sprawą normalną. Zaczęła się rozglądać za tym Cladiusem. Nie krótko zajęło jej gdy go dostrzegła lewitującego gdzieś na suficie. Trudno było go dostrzec pośród tego wszystkiego i migoczących barwami mikstur. Nie miała wątpliwości, że to on steruje tą cała mechaniką. Jego szata, chociaż zachowana w idealnym stanie, wskazywała, że ta istota pochodzi z bardzo odległych czasów.
- Cladiusie! - krzyknęła Joan podchodząc bliżej. On pozostał zupełnie obojętny. Jakby je nie dostrzegał - Cladiusie! - powtórzyła lecz nadal brak reakcji - Do cholery mówię do ciebie! - zakrzyczała lecz nagle poczuła, że coś się z nią dzieje. Usta...Coś z nimi nie tak...Poczuła ich brak. Gdy dotknęła nie było ich! Po prostu skóra. Nie mogła nic powiedzieć. Cladius nadal dokonywał jakiegoś eksperymentu. Joan się zezłościła za taką ignorancję. Wyciągnęła ostrza lecz ledwo to zrobiła ostrza wyleciały jej z rak i obróciły się przeciwko niej. Przyszpiliły ją do ściany a był tuż pod szyją. Nie mogła się ruszyć. Mogła tylko czekać...
Minęło trochę czasu lecz wreszcie Cladius ruszył się z miejsca. Odstawił miksturę, która wlał do pojemnika a zaraz potem dał ją pod ogień, gdzie złotawa ciecz zamieniła się w złocisty pył. Po tym, pojemnik gdzieś poleciał a sam twórca przyleciał do gościa. Poczuła, że znów ma usta. Jakież jej zdziwienie było, gdy dostrzegła, że w Cladiusie nie ma życia. Krwiopijca. Jak Ramizes. Mogła się tego spodziewać. Cladius spojrzał swymi przeżółkłymi oczyma w jej. Poczuła chłód w środku ciała. Trwało to mniej niż mignięcie okiem.
- Witaj, Joan - odrzekł spokojnie - Może się rozgościsz? - pokazał tuż kolo niej fotel, który aż prosił się o to, aby na nim usiąść. Joan przytaknęła. Wiedziała już, że lepiej go nie denerwować. Bronie natychmiast odsunęły się od niej a gdy podeszła wróciły do pochwy - Zatem co cię tutaj sprowadza? - uśmiechnął się ukazując białe kły, które dziwnie kontrastowały w szarym odcieniem skóry oraz żółtymi białkami w oczach - Zresztą, nie mów. Wiem. Chodzi o Razmiesa? Chcesz go sprowadzić? - pytania, na które znał odpowiedzi wprawiały Joan w zakłopotanie "Czy ja coś będę mówić?" pomyślała - Ale możesz powiedzieć to swoimi słowami - Cladius zdawał się czytać w myślach.
- Ale po co, kiedy tu już wszystko wiesz? - zapytała ironicznie.
- A po to choćby, że nie często miewam gości a nie lubię po prostu niespodzianek - odrzekł - O to coś dla pięknej pani - przyleciał do Joan porcelanowa filiżanka a w niej jakaś czarnawa ciecz - Wypił. Odrazu odzyskasz siły. Podróż tutaj była taka męcząca, czyż nie? - znów pytanie retoryczne. Joan nie myślała długo tylko wypiła co było a było to słodkie i tak jak powiedział Cladius, odrazu poczuła się znacznie lepiej - No więc? Co cię tutaj sprowadza? - Joan chciała się śmiać ale powstrzymała się.
- Chcę wskrzesić Ramizesa a ty wiesz jak to zrobić, prawda? - zapytała nie odwracając wzroku od wampira.
- Prawda - odrzekł krótko. Pomimo tego, że rozmawiał z nią cały czas zadawał się być nieobecny. Jakby był gdzieś indziej. Zapewnwe związane było to z dalej działającą aparaturą alchemiczną.
- Pomożesz mi?
- Hmm... - zaczął lewitować w kółko - Oczywiście, że mógłbym ci pomóc ale dlaczego miałbym to zrobić? - zapytał uśmiechając się pewnie co miało oznajmić, że zna odpowiedź ale chcą ją usłyszęc od niej.
- Bo on jest mi...potrzebny - poczuła lekkie zakłopotanie.
- Kochasz go? - Cladius nie dawał za wygraną.
- T...tak... - odpowiedziała jąkliwie. Nie wiedziała czemu. To było takie...bezpośrednie.
- Wiesz...Nie często spotyka się miłość do nieumarłego. Jednakże w twoich oczach i duszy coś takiego jest...Chcesz go...Potrzebujesz go aby mieć w życiu cel. Jakżesz mógłbym nie pomóc w miłości? - zaśmiał się na całą jaskinię - Przecież to takie urocze! - Joan nie wiedziała czy to ironia czy powaga. Cladius nie wykazywał żadnych emocji, które mogłyby to potwierdzić. Nagle alchemik powrócił do kamiennej twarzy - Chociaż Ramizes został zniszczony...Nie...*Zabił się* w astralu to nie podlega on takim prawom jak zwykli śmiertelnicy. Nie ma swojej duszy a jego ciało nie zostało całkowicie zniszczone zatem można go przywrócić do świata żywych - zakończył zachwycony swoją wiedzą. Joan była lekko zaszokowana podkreslonym przez wampira specialnie *zabił się* "Jak to?" myślała
-Normalnie...Zabił się - odpowiedział jej natychmiast - Ale nie o tym teraz mowa. Mamy go wskrzesić, czyż nie? - zadał pytanie i czekał na odpowiedź.
-No..tak.tak.. - wyszła z szoku Joan skupiając się na tym co mówi trupiak.
- Potrzebujesz dwóch...Nie...Trzech rzeczy. Pierwszą jest pergamin z zaklęciem przywołania nieumarłego. Drugą jest moc magiczna czyli magowie, którzy są z tobą a trzecia to...Dużo krwi. Chyba logiczne jest, że przywrócony wampir będzie bardzo głodny...No i to wszystko. Coś jeszcze? - Joan patrzyła zadziwiniona jego zakończeniem zdania.
- Ale skąd wziąc pergamin?
- Mam kilka pod ręką. Spisane w jęzku zdolnym przeczytac każdy obeznany w magii mag. Przeczytanie go w jęzku nieumarłych jest niemalże dla was nie możliwe.
- A czy...Mogłabym dostac ten pergamin? - zapytała i uśmiechnęła się słodko na co Cladius się zaśmiał.
- Oczywiście. Mnie i tak do niczego nie są potrzebne. Zrobiłem je z nudów - rzekł jakby było to zrobienie jajecznicy. Po chwili przed nosem Joan lewitował zawinięty pergamin. Gdy wzięła go do ręki ten przestał latać.
- Dajesz mi go tak...po prostu? - zapytała trochę zdziwiona.
- Tak...Tak po prostu. Dostałem już to co chciałem.
- To znaczy co?
- Tego powiedzieć nie mogę - odrzekl rozkłądając ręcę - Chce pozostać anonimowy.
- A możesz mi powiedzieć gdzie teraz jest Ramizes? - zapytała z ciekawości.
- Teraz twój kochanek jest w miejscu poza czasem i przestrzenią - odrzekł tajemniczo.
- A dokładniej? - popędziła go.
- To takie ciemne miejsce. Nie może się z niego ruszyć. Nie może odejśc ani do zaświatów. Do krainy nieumarłych ani na ziem gdyż jego ciało nie zostało ostatecznie zniszczone. Po prostu jest w wymiarze pomiędzy światem żywych i umarłych i nigdzie nie może pójść. A co do twojego następnego pytania to odpowiedź mi brzmi: tak. Mógł ci przesłać sen. Wymagało to jednak od niego dużego poświęcenia a przde wszystkim chęci. Tak samo ze wskrzeszaniem. Nie wskrzesisz wampira, który nie chce tu przybyć. Nie którzy wolą tą pustkę niż powrót tutaj.
- To chyba wszystko co mi porzeba.
- W rzeczy samej - Cladius poruszyl palcem wskazujacym a w grocie pokazał się portal - On cię zaprowadzi tam skąd przybyłaś - Joan wstałą z siedzienia i ruszyła ku portalowi.
-Dziękuje - odrzekła przyciskając pergamin mocniej do piersi. Od tego zależał powrót wampira.
- Uważaj na niego... - Joan spojrzała pytająco - Na Ramizesa znaczy się - poprawił - I wiedz, że droga tutaj była testem dla ciebie i twojej wytrzymałości i prawdziwości uczuć. Jesli tu doszłaś to rzeczywiście ci zależy - Joan tylko przytaknęłą i wskaczyla w portal, który natychmiast się za nią zamknął - Ach ci zakochani.... - wzdychnął i poszedł poświęcić się swojej miłości: alchemii.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Długi, niekończący się wir. Powolny rozkład w połączeniu z szybkim rozpadaniem do najmilszych nie należał. Co innego, gdyby spadał ciałem - ból ciała jest niczym w porównaniu z bólem duszy... a raczej bólem tego, co po niej zostało. Nie dość, że zabił tą część siebie, to jeszcze czymś musiał zapłacić. A i tak można by to uznać za zaliczkę. Bardzo małą zaliczkę.
Czas jakby się zatrzymał. Spadał w dół, widział przesuwające się fragmenty wiru, czuł powolne rozkładanie duszy, a jednak... Kiedy z niego wypadł, wiedział, że nie trwało to dłużej niż uderzenie serca. Uderzył mocno w coś, i po chwili patrzył nie istnieniem, a parą oczu.
- Co...
I poczuł drugie uderzenie - ogromny skwar, niespotykany nigdzie indziej... Zatoczył się lekko, ale nie spocił się nagle, nie poczuł wtórnych zawrotów głowy. Czyli musiał być do tego przyzwyczajony.
- Tylko gdzie ja jestem?
Piach. Dookoła sam piach, wzniesienia, które trudno było nazwać górami, majaczyły gdzieś w oddali, zniekształcane gorącym powietrzem, niczym z pieca kuźni. I żadnej żywej istoty. to skąd on się tam wziął?
- Dobra... Jak to szło?
Powoli przypominał sobie magiczne formuły, z niejakim trudem. Część zapomniał - prawdopodobnie był to wynik "wymiany" dusz. Ale zyskał inną wiedzę, dotyczącą innych żywiołów. Po krótkim czasie pod palącym słońcem otworzył portal, po czym wszedł do niego. Usłyszał jeszcze jakiś krzyk - "Arein!", czy coś takiego - ale kiedy się obrócił, ujrzał tylko pustkowie, które znikło, gdy zamknął się portal.
Różnica była ogromna - od rozpalonego powietrza w nieco chłodny wiatr przypominało przejście nago z ciepłego pomieszczenia, w którym było się dość długo, na siarczysty mróz serca zimy. Chociaż przeżył lekki szok, nie był on aż tak wielki, jak się spodziewał.
"Dziwne..."
Wylądował w lesie, obok znajomego drzewa. Szybko wspiął się na górę, kiedy jednak był mniej więcej w połowie drogi, drzewo zaczęło pękać, a liście przebarwiać, jakby nagle zachorowało. Z popękanej kory zaczęło wyciekać coś śmierdzącego, niczym ropa z zakażonej rany. Nagle pękło z hukiem na pół, i straciło wszystkie liście, a mag, nie chcąc złamać karku, odskoczył i udało mu się nie zabić, chociaż dość boleśnie spadł na tyłek.
- Co z tym drzewem, no... Czekało aż ktoś na nie wejdzie, czy coś?
Wypatrzył inne drzewo, prawie równie wysokie, i zaczął ostrożną wspinaczkę, lecz sytuacja powtórzyła się. Rozcierając dolną część pleców postanowił jak najszybciej wspiąć się na trzecie, i zobaczyć, w którą stronę ma iść. Ledwo znalazł się na szczycie, drzewo znów zaczęło chorować. Ustaliwszy kierunek szybko zeskoczył, lądując miękko na nogach, i chwilę później usłyszał kolejny, głośny huk.
- Coś jest nie tak z tym lasem... Stare zaklęcie Joan?

***

Nazin podniósł głowę, usłyszawszy donośny huk, a potem jeszcze dwa. Spojrzał na Roaka, dalej smacznie śpiącego, i przygotowując kule ognia, wyjrzał na zewnątrz. Po chwili wsunął głowę do środka.
- Siedzisz jak na szpilkach... Przecież nic nie może nam grozić. Przynajmniej na razie. Opamiętaj się, Nazin.
Jednak dalej siedział spięty, nerwowo zerkając co jakiś czas na drzwi.

***

W końcu wyszedł z lasu, po krótkim marszu. Kiedy zobaczył chatkę, uśmiechnął się na myśl, jak im opadną szczęki, gdy go zobaczą. Co prawda Ramizes też niedługo wróci, tego był pewien - Joan mu nie odpuści, nie ma szans. Zachichotał.
"Ciekawe, jak się z tego wypląta. Chyba nie wie, jakie potrafią być kobiety! Ale nam to pozostało tylko dociekać, jakie są naprawdę... Stety lub niestety, zależy od punktu widzenia"
Podszedł po cichu do drzwi - nigdy sięnie spodziewał, że można się tak cicho skradać. Złapał delikatnie za klamkę i szybko otworzył drzwi. W ostatniej chwili uniknął fireball'a, który omal nie trafił w jego głowę.
- Nazin! Co ty wyrabiasz?!
- A ty to kto?! Jeszcze jeden krok, a przysięgam, nie chybię!

Roak obudził się, a gdy zobaczył obcego, wyciągnął powoli ostrze.
- Ej, ej, spokojnie, chłopaki! To ja, Fink!
- Taa, jasne. A kogo zakopaliśmy? Moją babcię? -
ciągnął Nazin.
- Wybacz, nie łączy nas ze sobą żadne pokrewieństwo. Ramizes już jest czy Joan jeszcze nie wróciła?
- Eee... Coś nie jestem pewien, żebyś to był ty...
- A co znowu?
- Mam propozycję. Przejrzyj się w lustrze.
- Te twoje wymysły. Tylko nie walnij mnie z jakiegoś zaklęcia od tyłu!

Nazin wymienił znaczące spojrzenie z Roakiem, po czym uśmiechnął się, trochę złośliwie.
- Prawie ci wierzę. Przejrzyj się.
Mag skierował swe spojrzenie na lustro.
Stała tam wysoka, szczupła kobieta o ciemnej karnacji. Cała ubrana w szarości i brązy - tak były zafarbowane przylegające do ciała spodnie i mocno dopasowana koszula, opinająca się na piersiach i sięgająca mniej więcej do nadgarstków. Podobnego koloru były miękkie, sznurowane buty sięgające kolan. Twarz była raczej przystojna niż piękna, chociaż w tej surowości kryła się pewna kobieca subtelność. Oczy przechodzące z szarości w błekit, w zależności od kąta padania światła, patrzyły twrado z niejakim zdziwieniem. Włosy miała ścięte krótko, za wyjątkiem długiej kity, spływającej na kark. Stroju dopelniał długi, czarny szal, zawieszony u szyi, futerał na łuk, kołczan i trzy krótkie włócznie, wszystko przykryte mała tarczą z byczej skóry i zamocowane na plecach. Mimo tak wielu rzeczy w ogóle nie było czuć, że cokolwiek na tych plecach wisi.
- Zaraz zaraz... Nazin, czy to nie jest twoja sztuczka?
- Nie...
- jego uśmiech rozciągał się coraz szerzej, podobnie jak uśmiech Roaka.
- Więc sugerujesz... Że ta kobieta... To JA?!
Cóż, już nieodpowiedział, gdyż tarzał się ze śmiechu po podłodze, razem z nowym kompanem.
- No nie... To nie jest fair! Jak... Jak mogę być kobietą?!
- Nie wiem... -
powiedział przez łzy Nazin, ciągle leżąc na ziemi. - Ktoś ci chyba zrobił psikusa... - i znów zaśmiał się głośno, bijąc pięścią w podłogę.
- Cholera... - powiedziała kobieta, wyciągając z glinianego wazonu jakiś przywiędły kwiat. Po chwili upuściła go z krzykiem.
- Fink, to bie co? Chociaż nie, nie Fink. Nie jesteś już facetem, a przynajmniej nie z wyglądu... Jak by cię tu nazwać?
- Elmindreda?
- wtrącił Roak, z ustami rozciagniętymi w żabi uśmiech.
- Spadaj. Może być Arein. Ale patrzcie, co się stało z tym!
Wszyscy patrzyli na kwiat, który - straciwszy liście i płatki - zaczynał gnić na podłodze, wydając mało przyjemny zapach.
- Co się stało z tym kwiatem?
- Nie wiem. Roak, pomogę ci wstać.

Finkregh... a właściwie Arein złapała Roaka za rękę i pocięgnęła go w górę.
- Ja tyłko złapałem... złapałam go i zaczął się rozkładać!
- Czyli to samo... mogło się stac.... mnie?!
- Roak był, delikatnie mówiąc, mocno wstrząśnięty.
- To za Elmindredę - wtrąciła kobieta.
Po chwili Roak leżał już na ziemi - tym razem nie, by sie śmiać. Zemdlał.
- Dlaczego, gdy go dotkną... dotknęłaś, tak sie zwinął?
- Nie wiem. W lesie myślałam, że to jakieś stare zaklęcie Joan, ale teraz... Widzisz, zostałam wskrzeszona przez bogów, którym słuzy Ramizes. Czyli tak jakby jestem nieumarłym... nieumarłą? A to jest chyba oznaka tego przekleństwa. Każda żywa roślina obumiera po dotknięciu mojej gołej skóry - bo gdy szłam, to trawa nie gniła.
- A człowiek lub drewno nie obumierają... Dotknij stołu.

Arein posłusznie dotknęła stołu. Nic się nie zmieniło.
- Czyli tylko żywe rośliny. Wiesz co... znajdź sobie jakieś rękawiczki, czy coś. Albo weź długą kąpiel, znajdź jakieś normalne ciuchy... Chyba nie zamierzasz tak chodzić, nie?
- No nie wiem... Ładne, prawda?
- zaśmiała się, widząc jego minę. - Dobra, przebiorę się. Tylko nie podglądaj... Bo to ja zacznę w ciebie rzucać zaklęciami [/i]- i z tymi słowami Arein, aktualne "wcielenie" Finkregh'a, weszło po schodach.
"No no... Chyba będę się musiał dokładnie obejrzeć podczas kąpieli" - uśmiechnęła się na tą myśl.

***

Nazin ułożył wygodniej Roaka, i czekał, aż ten się ocknie. [i]
- Bogowie! Fink kobietą... To ja nawet nie chcę wiedzieć, co się stanie z wampirem.
← Fan Works
Wczytywanie...