droga_stali_i_nadziei

True fantasy - sesja Randżera i każdego, szczególnie tego, kto go wygryzie ze stołka mg

Krasnoluda zostawiliście w dole, pamiętasz? A wrota są otwarte, zabezpieczone były jedynie prosta pułapką, która odrąbała ręce waszemu minionowi. Wkrótce się wykrwawił, bo nie udzielono mu fachowej pomocy, a mikstury leczącej wszak nikt by nie marnował na miniona, prawda?
Hop, hop. hop - dało się słyszeć gdzieś za plecami drużyny, to krasnolud podrygując biegł w stronę wieży, a co najśmieszniejsze na plecach miał przywiązaną beczkę z nieznaną zawartością, którą znalazł gdzieś w koszarach straży, zapewne w składzie z bronią...
- Kaboom? - zapytał gdy dotarł pod samą wieżę, szczerząc przy tym zęby, a chwilę potem można było zauważyć, że coś się za nim sypie, ba, to coś co się za nim sypie, dodatkowo płonie i zbliża się w zastraszającym tempie (znaleziona magiczna beczka z prochem, robi magiczne łubudubjeb, 10% szans, że zamieni wszystkich dookoła w żywiołaki ognia, z niewielką, a raczej niedługą żywotnością)
Kiedy znajdziemy się na zakręcieeee... Redukcja, but i odcięcie!
-O!- Ucieszył się dezerter widząc nadchodzącą beczkę i z miejsca wyzbywając się swojej zwyczajowej ksenofobicznej niechęci do przestawicieli innych ras. -D-daj wóóódkiii krasnoooluuud!- Powiedział z żałością, choć oczy zaświeciły mu się chytrze kiedy zbliżał się do beczki.
Łowca widząc co się święci, skoczył w stronę drzwi ciągnąc za sobą swojego towarzysza, którym jak to ma w zwyczaju cisnął w drzwi. Razem wturlali się do środka.
Tymczasem środek okazał się przejściem do innego wymiaru. Przejście zrobiło głośno "ŚLLLRRRPPPPHHHGG, KHE, KHE, BUUURP, PRZEPRASZAM", po czym dwa śmiałkowie zniknęli. I pojawili się po drugiej stronie lustra. A tam... Tam wszystko było w sepii. Gdzieś na granicy percepcji przebiegł zaaferowany Tim Burton



ale zaraz zniknął z pola widzenia. Wszystko było inne. Ale takie samo.



Sygnaturowy elementarz gifów awaryjnych - używać tylko w ekstremalnych przypadkach:

SPOILER







Jak masz w poście kaczeńcowyˆ dopisek, istnieje duża szansa, że jest on mojego autorstwa.

Znajdując się po drugiej stronie eksżołdak zrobił głośno: -ŚLLLRRRPPPPHHHGG, KHE, KHE, BUUURP, PRZEPRASZAM.

Najwyraźniej źle znosił nagłe skoki międzywymiarowe będąc pod wpływem alkoholu. Przecierając powieki co rusz mrużył krótkowzroczne oczy. - Pszeeklęętaa goszaałaaa. Śleepnęę jużż od nieeej... Szyystkooo zmaaatoowiaaało jaaak ssstaree gacieee pooo praniuuu..
Dokładnie,, zapewne z braku innych perskpektyw ruszyliście naprzód. Po jakimś czasie dotarliście do pomaszczenie z trzema księgami. Dosłownie - nic innego w nim nie było. Nawet ścian - tylko trzy księgi. Każda z nich miała okładkę w innym kolorze - jedna była barwy zielonej, druga czerwonej, a trzecia czarnej. Czo robita?
Łowca podszedł do jednej z ksiąg. Wybrał zieloną od koloru lasu i jabłek. Z zaciekawieniem, bohater otworzył książkę na pierwszej stronie.
Wszyscy wiedzą, że od czytania to tylko krowy chorują i zdychają. Dezerter wychodząc z tego samego założenia olał książki dokumentnie i zaczął rozglądać się po okolicy w poszukiwaniu skarbu. (Test na spostrzegawczość).
Dezerter w koncie pomieszczenia odkrył sprytnie ukrytą szarlotkę. A w tym czasie łowca unosił już pierwsze strony zielonej księgi i... nagle świat stał się jakby bardziej... Zielony! Stwierdzacie, że znajdujecie się na małej wysepce, porośniętej trawa (zieloną - rzecz jasna), krzakami jałowca, a na malutkim, oddalonym od was o rzut kamieniem, pagóreczku wieńczącym wysepkę - rosną sobie trzy dorodne jabłonki. W ich cieniu ucztuje para. Ubrany w czerwony surdut mężczyzna oraz, co wnosicie po chichotach, jego partnerka. Kobieta o kruczoczarnych włosach, mlecznobiałej skórze, ubrana jedynie w zieloną halkę. Siedzą na kocu delektując się łakociami z koszyka. Obok nich leży opróżniona butelka wina, Szarlotka ekssołdżera uniosła się w powietrzu! Po czym odleciała w stronę tej przedziwnej pary.
Klnąc na czym świat stoi żołdak rozpoczął mozolne przedzieranie się przez krzaki jałowca, które w drodze na szczyt mógł swobodnie ominąć.

Na czworakach pokonując pagórek dotarł w końcu pod cień jabłonek. Podnosząc się z ziemi postąpił kilka chwiejnych kroków w kierunku posilającej się pary.

- A wyyy tuu huuurwaa sooo? Spytał najuprzejmiej jak potrafił wznosząc się na wyżyny swoich umiejętności oratorsko-dyplomatycznych. Nim zdążył usłyszeć odpowiedź i zadać kolejne a równie błyskotliwe pytanie uświadomił sobie coś. Nagłemu uświadomieniu towarzyszyła rozdziwiona w niemym podziwie gęba i oczy, lśniące drapieżnym pożądaniem.

Kobieta. W samej tylko halce. Tuż obok BUTELKI PO WINIE.

- Maasiee więssej?- Eksżołdak i dyplomata in spe zdecydował się zmienić kierunek negocjacji.- Wymieeenięę zzaaa tooo pieeprznięęteee siasstooo. Z jaabłeek, tyylkooo jabcok.
Ekhm, prostaku, masz tu 5 zł i idź sobie, bo jakem Hrabia Lokard, wezmę tę niewiastę i Cię nią walnę. - odpowiedział Ci wyraźnie podirytowany Twoja egzystencją, mężczyzna.
Łowca wpadł w dziką furię. W końcu był w lesie! Zaczął biegać do w kółko, po całej polance. Bohater po chwili dostrzegł jabłonkę. "Musze na nią wejść." Nie zwracając na nic uwagi, zaczął biec w stronę jabłonki, czemu towarzyszył dziki okrzyk "Arrrghhhhh".
- Nieee szeeekupisz mnieee szlaacheetko. Pluuć mi na tfoojee duudki.- Odparł były strażnik prostując się dumnie, chociaż piątaka i tak przyjął. Słysząc dziki okrzyk odwrócił się na chwilę, spoglądając z politowaniem na łowcę. "Wot, swołocz nieokrzesana, widać, że w lesie się urodził."- Pomyślał smarkając w palce i spluwając gęstą flegmą na ziemię.

- Nieee zamieerzaaam przeebywwać tuuu dłuużej. Rzeeeknij noo hrabiaa jaaak stąd wyyyliźć bo pooo praawdzie too myy nie wieemyy gdzieeśmy właaśćiwiee so.
"Jabłonka! Jabłonka! Jabłonka! Arrggghhhh!" Łowca wrzeszczał tak przez dość długą chwilę. Dwa momenty później, zerknął na rozgrywającą się scenę.
- O nieee ! Ja się stąd na razie nie ruszam, bo medytować muszę i zwierzątka pooglądać, ot co.
Ze zdziwieniem zatwierdzasz, ze jabłoń się poruszyła. Raz, drugi, trzeci. O mało co nie spadłeś, każdy inny by spadł, ale nie ty. Bycie łowca zobowiązuje. Szum liści układa się w zdanie o zdmuwiewająco prostej treści - Aleś uparty, złaź ze mnie!


Hrabia zaś z miną wskazującą na wyjątkową dezaprobatę patrzy na dezertera.
- Mogę cię posłać zaraz do wszystkich diabłów, jeśli tak bardzo chcesz stąd odejść. Przy okazji - dlaczego wpadasz i psujesz mi randkę z moją miecz, hę? Zrobiłem Ci coś w przeszłości, coś w stylu - zabiłem ojca, zgwałciłem matkę, czy bo ja wiem - spaliłem wioskę?
Łowca zręcznie zeskoczył z jabłoni. Nie wiele myśląc, padł na kolana.
-O wielki drzewcu! Obdarz swojego pokornego sługę swoimi owocami oraz wiedzą.
Oczywiście każdy awanturnik, który spotkał naszego łowcę Kudłaka, wiedział, że ten ma kompletnego bzika na punkcie jabłoni.
Znużony przydługim (w jego odczuciu) wywodem hrabiego dezerter postanowił go zagłuszyć kolejną znaną sobie figurą retoryczną. To jest głośno naśladując ustami pierdzące odgłosy.

- Hraabiaa-sraabia soo na kurwwiiich dupaach zaarabiaa.- Burknął odwracając się do pary plecami i zbliżając się do jabłonki tuż obok. Zdejmując nachujnik i uchylając gaci zaczął z potężnym rozpryskiem odlewać się na drzewo. - Państwooo sseee nieee przeszkaadzaają.- Dodał jeszcze z racji dobrego wychowania po czym kontynuując oddawanie moczu zaczął wywrzaskiwać słowa popularnej przyśpiewki.

-Miałam ciiii jaaaabłooonkę a oooon ciiiiis i klooon!
Łowca zerknął na swojego towarzysza.
-Dość tego!
Tropiciel zerwał się na równe nogi. W jego oczach malowało się szaleństwo. Rozpędził się i wbiegł z całym impetem na oddającego mocz druha. Nie czekając aż skończy, złapał go za kolczugę i rzucił w stronę hrabiego Lokarda.
Lecący dezerter odbił sie od błękitnej aury, która otoczyła hrabiego, jego partnerkę oraz kosz z przysmakami.

Gratuluje dobrzy ludzie, udało wam się mnie wkurwić * rzekł hrabia* A teraz pora na bardziej przyjemną część (dla mnie) tego stanu - pora na to, abyście ponieśli konsekwencje.
Mogę was anihilowac albo zabić. W sumie na jedno wychodzi. No chyba, że moja miecz masz jakąś lepszą propozycję?


Niewiasta wstała, przeciągnęła się kusząco (zważywszy, że była wyjątkowej "hot" budowy ciała i na to, że paradowała tylko w halce - tempertura waszego ciała skoczyła o 2 stopnie do góry), po czym zamyśliła sie nad słowami hrabiego. dodam, że w sposób absolutnie uroczy, no wiecie z paluszkiem na wargach, przechylona główką i te sprawy. Po minucie namysłu rzekła swoim melodyjnym głosem:

- Lokardku, a może poślij ich do Doliny Zgniłej Śmierci? To będzie bardziej... zabawne, niż natychmiastowa egzekucja.



- Hmm, masz rację. Taaaak to jest naprawdę dobry pomysł. Okrutny, nawet jak na mnie, ale dalej dobry. Zważywszy na ich impertynencję, maniery godne prostaków i ogólna prezencję.* Zwraca sie teraz do was* To jak prostaki, gotowi do drogi?
← Strefa Sesji
Wczytywanie...