dziki_zachód

True fantasy - sesja Randżera i każdego, szczególnie tego, kto go wygryzie ze stołka mg

*Kiedy grupa się naradzała, gość w klapkach mamrotał do petunii, a łowca udawał nietoperza na ścieżkę może pięć metrów dalej, z głośnym i donośnym łuuuuup, spadł nie kto inny, jak wielki wieloryb! Na jego grzbiecie siedział rudy krasnolud, strzelał z bata i krzyczał* Wio! Galopem do zamku Lukarda, jego córka dziś straci cnotę!
Kiedy znajdziemy się na zakręcieeee... Redukcja, but i odcięcie!
Łowca z przerażeniem spostrzegł jak na ścieżkę spada wielki wieloryb. Szybko zeskoczył z gałęzi i spadł prosto w krzaki. "Całe szczęście, że dzięki mojemu super nowemu, zupełnie niewidocznemu, czarno-czerwonemu strojowi nikt mnie nie zauważy" Z zaciekawieniem patrzył jak mały krasnolud na wielkim wielorybie podąża w stronę zamku Lukarda. "Chyba pojawię się na tej imprezce"-rzekł, podążając w cieniu, na środku drogi za krasnoludem.
*Właściciel klapków z białego albinosa wychylił głowę z krzaków i przyjrzał się krasnoludowi na rybie, oraz całkiem niewidocznemu łowcy. Pogłaskał się po doniczce w zamyśleniu.* Nie... Wieloryba bez krasnala łatwiej założyć, muszę sobie znaleźć innego. *Zaszurał kapciami, podrapał się petunią za uchem i ruszył w kierunku zamku.* Może w którejś wieży będą mieli nieużywanego płetwala...

Czemu pod awatarem się pisze "nowy"?
Toż ja już nieźle zużywany...


"To Be Is To Do" : M. Gandhi
"To Do Is To Be" : F. Nietzsche
"Do Be Do Be Do": F. Sinatra
Łowca usłyszał w za sobą szuranie klapków z białego albinosa na brukowanej drodze. "Tu się dzieją bardzo dziwne rzeczy..." Zupełnie niewidocznie stanął na środku drogi. Równie niepostrzeżenie zerknął za siebie. Przypomniał sobie wszystkie lekcje. Pierwsza zasada kamuflażu: nie ruszaj się. Łowca stanął jak wryty na gościńcu. "Na pewno mnie nie zauważy. Zaczekam, aż przejdzie. Niebezpiecznie mieć za plecami fana wielorybów."
Łowca tak sprawnie się zakamuflował., że nawet prowadzący tę sesję mistrz gry, w mojej majestatycznej osobie, nie dostrzegł go. O mało co go też przez przypadek nie rozdeptał, bo stawiał naprawdę majestatyczne kroki! Nieważne, tropiciel stał jak wryty, nie zdradził się nawet przed roznegliżowaną nimfą, która w sprośnych celach wabiła zbłąkanych śmiałków do pobliskiego maliniaka. Drań, nawet nie drgnął gdy przechodziło o dwa kroki od niego. Taki był!


Tymczasem reszta drużyny udała się w ślad pływającego po lądzie walenia z alergią na wodę (szczególnie słoną!), ku lokardowemu zamczysku. Droga wiodła ich spiralą wokół niebosiężnej, cholernie stromej góry. Niestety ścieżka była zdradliwa, spadł wasz tragarz, któremu nieopatrznie daliście wszystkie swe magiczne przedmioty oraz gaśnicę. Niemniej jakość dotarliście na sam szczyt. W końcu ukazał się waszym oczom zamek. Forteca wybudowana została w pradawnych czasach w stylu maxigothic, pięła swe nieprzyzwoicie wysokie wieże kierujące w blasku zachodzącego słońca cienie wprost ku bramie. Bramy strzegł przygarbiony odźwierny.
Odźwierny, w którego strzelił piorun zaraz jak otworzył usta. Tak było mrocznie.



Sygnaturowy elementarz gifów awaryjnych - używać tylko w ekstremalnych przypadkach:

SPOILER







Jak masz w poście kaczeńcowyˆ dopisek, istnieje duża szansa, że jest on mojego autorstwa.

Łowca z uciechą patrzył na roznegliżowaną nimfę, która pożerała wzrokiem jego skromną osobę. Jej wygląd sparaliżował go tak mocno, że bohater nie drgnął, gdy coś wielkiego i niewidzialnego paradowało ścieżką. Wśród szumu drzew dało się usłyszeć szelest pośpiesznie przerzucanych kartek. Dumny z siebie tropiciel skoczył pośpiesznie w krzaki. Po chwili wyszedł. Postanowił wspiąć się na pobliską górę na której stało majestatyczne zamczysko. Pośpiesznie przebył cało drogę. Z łatwością przegonił drużynę, krasnoluda i fana wielorybów. Po mozolnej wędrówce przyjrzał się zgarbionemu wartownikowi. Zupełnie niepostrzeżenie postanowił wtopić się w tło obok wspomnianego, zwęglonego odźwiernego. Używając całych swoich umiejętności, przyległ do muru. Oczywiście zastygł w całkowitym bezruchu.
Taki przynajmniej miał plan i byłby on nawet wypalił, gdyby łowca nie potknął się o buty z wystającymi z nich zwęglonymi piszczelami. Utrata równowagi sprawiła, że wywrócił się i wpadł do wnętrza przylegającej do bramy strażnicy, wprost na grających w rozbieranego pokera otyłych strażników. Jeden z nich, w szortach w nietoperze, szybko chcwycił leżącą na stole w charakterze zagrychy, mortadelę i zaczął okładać nią zaskoczonego tropiciela (możesz odpisać sobie 2 punkty wytrzymałości) . Drugi rzucił w niego serdelkiem (kolejny punkt leci), trzeci słoikiem ogórków (ale spudłował), czwarty pantalonami (punkt obrażeń), a piąty podbiegł do rogu z wyraźnym zamiarem zadęcia w niego i sprowadzenia pomocy! Co robisz!
"Jak zwykle nic mi nie wychodzi" pomyślał. "Czas przejść do działania". Łowca złapał za stołek celując w pierwszego z strażników. Uskoczył przed zabójczym słoikiem ogórków, lecącym w jego stronę. Następnie złapał za leżące na podłodze pantalony. Szybko założył je na głowę strażnikowi od rogu. Skoczył w stronę pozostałych trzech. Przewrócił się o serdelka i łapiąc w powietrzu mortadele. Uderzył nią kolejnego strażnika. Postanowił wspiąć się na ścianę. Niestety przewrócił się podczas wspinaczki w górę. Z impetem spadł na pozostałych agresorów. Korzystając z ich oszołomienia, jak najszybciej przyległ do ściany używając swojego wspaniałego kamuflażu.
Gdzie on, k****, jest?! *Dobiegły Cię okrzyki tego człowieka z majtkami wzbogaconymi o wzorki (z nietoperzami w charakterze motywu przewodniego). Po tym jak wymachuje mortadelą i wydaje rozkazy, domyślasz się, że to on tu dowodzi * Dawać mi moje pantalony! Helmut, przez tę twoją głupią grę wezmą nas jeszcze za sodomitów, ty w rzyć j***** katamito! Franc, co k*** dzwonisz, no ja p******,weź się ogarnij! Matt, ty zwiędły frędzlu masz +5 do spostrzegawczości, ponoć jesteś w tym tak dobrym, że widzisz przez ściany jak się hrabia brandzluje! Rusz , k***, dupę i przestań myśleć! No i co widzisz? Jak to, k*** nie? Co ja słyszę, że Ci rzut nie wyszedł!? To go powtórz, jak trzeba to każdemu powtarzasz! No ja ******, wy oklapniete ****, ruszcie wasz obolałe od ***** dupy i rzucajcie! Kto ma uszy, niech rzuca na nasłuchiwanie!


*Niestety dla nich, nikt Cie nie znalazł, pozostałeś nienaruszony... tfu ... niezauważony, wszak kilka pw Ci zleciało. Po kolejnej serii bluźnierstw, w wyniku czego nasz cenzor popełnił samobójstwo (miał na to dyspensę od naczelnego), i praniu po gębach niekompetentnych podwładnych mortadelą, dowódca zalożył pantalony, chwycił gasiorek i wymaszerował dziarskim krokiem na dziedziniec, pozostawiając Ciebie i strażników. Strażnicy po wyjściu szefa, podnieśli klapę w podłodze i zeszli na dół. Po jakimś czasie wturlali stamtąd beczkę. Po odszpuntowaniu beczki, zajęli się tym, co zwiemy ze starogrecka sympozjum, czyli na nasz - wspólnym chlaniem. Klapy nikt nie zatrzasnął, bo byli tacy leniwi, że hej!


Co robisz? Co robicie? Gdzie jest Hassan?
Gry strażnicy popadają w stan spania od nadmiernego spożycia alkoholu, łowca kradnie im mundury, uniformy ew. szorty. Przebiera się za strażnika (koniec ze wspaniałym strojem-kamuflażem). Bohater chleje dwa kufle zimnego piwa (dla niepoznaki) i wychodzi zadowolony na dziedziniec. "Gdzie się wszyscy podziali" - pomyślał.
- Za tobą. - Odpowiada mu jakiś głos. Gdy się odwraca, widzi tłum strażników, stojący półkolem do niego, celujący w jego szyję włóczniami.



Sygnaturowy elementarz gifów awaryjnych - używać tylko w ekstremalnych przypadkach:

SPOILER







Jak masz w poście kaczeńcowyˆ dopisek, istnieje duża szansa, że jest on mojego autorstwa.

Łowca wygląda na zaskoczonego. "Czy coś się stało?"- pyta strażników." Przy okazji chciałbym złożyć doniesienie na pewnych strażników, którzy nadużywają alkoholu w jednej z strażnic."
- Hmm pomyślmy? Służymy na tej oddalonej o dzień drogi od najbliższego osiedla skale przez cały rok, jest nas w sumie 50. Co najmniej wszyscy znamy się z widzenia, a niektórzy z nas z imienia. I tak się składa, że Cie nie poznaję, przyjacielu
*Rzekł to przywódca grupy, - duży mężczyzna w skórzanej zbroi,o fioletowejk skórze i parze prostych rogów wyrastających po bokach głowy*
A masz pecha, bo należymy do grupy wsparcia, wysłąnej w celu przegonienia latającego kaszalota oraz wpieprzenia pijanym strażnikom. Przy okazji, - Jeice, przeszukaj go, zobacz czy ma te kule, których szukamy w okolicy. Guldo, w razie problemów przystopuj tego gagatka. Burter leć na zamek i zamelduj, że mamy więźnia. Recoome, przegoń kaszalota. Pomoge Ci. Znacie swoje obowiązki? To do roboty!

*Przybierają jakieś dziwne, przekombinowane stylowe pozy, domyślnie mieszczące całą grupe w jednym kadrze - po czym przystępują do wykonania powierzonych zadań.


- Ja zjeść! - usłyszeli za sobą, a mogli się odwrócić w sam raz by ujrzeć wieloryba rozwierającego swoją paszczę w celu połknięcia wszystkich sardynek, ee znaczy się żołnierzy w puszkach. Na wielorybie wciąż siedział krasnolud i wrzeszczał* Chędożyć, ruchać, ciupciać! Ciekawe czy mi księżniczka kukurydzę op$#@!)li *Zarobił zamyśloną minę*
Kiedy znajdziemy się na zakręcieeee... Redukcja, but i odcięcie!
Od strony strażnicy krokiem tak chwiejnym, że łeb wirował od samego patrzenia nadchodził kolejny żołdak.

-Jeeeedeeen kieeelich, dhruugi kieelich, poooteeem tszeci pęka, a jak komu jes niedobrze, nieech rzyyyygaa, nie stęekaaaaa!

Stan zarówno jego trzeźwości jak i uzbrojenia były tragiczne, co wskazywało niezawodnie, że należał do garnizonu niedawno okradzionego przez łowcę. Jako, że w chwili dokonywania rabunku zanurzony był w beczce głową w dół, górną część rynsztunku udało mu się zachować. Gorzej z nogawicami.

- Akiś shuurwysyn podwrowadzziił miii szorty. Nie lazł tęędy szypadkiem?- Zagaił przyjaźnie wyrastając tuż obook łowcy w samych tylko gaciach na rzyci osłanianymi szczęśliwie przez przydługą koszulę wyłażącą spod przerdzewiałego napierśnika poznaczonego licznymi wgnieceniami.

- Pikę jużem ziisiaj zgubił. Jak dowódcaa się dowie, że jeszsz...- Zbyt duży szyszak na głowie żołnierza przechylił się do tyłu ukazując jego załzawionym i przekrwionym od gorzały oczom stojącego nieopodal dowódcę i grupę wsparcia.

-Hyk!- Czknął gromko i wyprężył się na baczność w miarę swoich skromnych możliwości. Efekt końcowy zepsuł jednak nieco fakt, że zaraz potem zgiął się w pół i narzygał sobie na buty.

-A pieprzyć to!- Krzyknął zrywając szyszak z głowy i omal nie tracąc równowagi przez ten gwałtowny ruch.

- Nie dla mnie żyywot szołniesza. Sami sobiee siedźtwa ftej zasmrodzonej warowni! Oznajmil ze splunięciem zupełnie zapominając o tym, że do drużyny strażników wcielono go nieledwie dwie godziny temu po tym jak zdecydował, że dosyć ma siedzenia w zasmrodzonej karczmie.

- Chodź Kudłak, niee stoisz akbyś łopaatę poknął.- Zwrócił się do poznanego właśnie łowcy chwytając go za rękaw i dając tym samym sygnał do rejterady. Ani chybi upatrzył w nim sobie towarzysza do dalszej wędrówki uznając, że przyda mu się jakaś odmiana po towarzystwie złodziei i pijusów.
Eeeeee? WtF? - *rzekł dowódca* Zmiana planów, zabijcie ich wszystkich, ja zajmę się krasnoludem. * Rzekłszy te słowa wybił się w powietrze, przeskoczył ponad bramą i wylądował na grzbiecie kaszalota. Po czym złapał krasnoluda za brodę i podniósł. Niestety, nie wiedział jak bardzo duuuużżżżżży błąd popełnił.

Reccome, masywny rudzielec walnął łowcę w brzuch, bardzo mocno. W sumie tak mocno, że łowca przeleciał przez cały dziedziniec, przebijając ścianę stajni lądując na kupie.... siana. Trochę szczęścia miał, obok również znajdowała się kupa... powiedzmy, że kupy.


Buler poleciał na zamek po posiłki, Jaicy (mezczyzna średniego wzrostu o czerwonej skórze i długich włosach koloru bieli) kopnął pijanego strażnika w krocze.. Niestety dla niego, tamten nosił nachujnik, stalową ochronę przyrodzenia. Jaicy zawył z bólu - AAAAAAAAAAUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!


Najmniej szczęścia miał niski Guldo, bowiem ktoś w tym całym zamieszaniu obciął mu głowę. Rzuca się w oczy jeszcze jeden szczegól, poza tym całym bezgłowym korpusem, mianowicie - na jego piersi leży pokruszone ciasteczko w kształcie kostki.

-UOOOOOOAAAAAAAAAAAAAAAA!- Były żołnierz przyłączył się do wycia Jaicy'ego nie zdając sobie sprawy z zaistniałej sytuacji i nie wiedząc jak powinien się zachować. W końcu uznał, że najlepiej będzie krzyczeć, mniejsza już o to co.
- PAAAALI SIĘ! SPRZEEEDAAAM OPLAAAA! MORDUUUJĄĄĄ! KASTRUUUJĄ WIELBŁĄDYYYY!"- Ryczał w głos wymachując rękoma jak strach na wietrze. W końcu padając na czworaki postanowił wypróbować jedyny manewr taktyczny jaki opanował podczas swojej krótkiej skądinąd kariery żołnierza. Dysząc jak wyżeł (i śliniąc się podobnie) czołgał się wśród całego zamieszania usiłując znaleźć drogę ucieczki. Był zdecydowany zabijać byle tylko wydostać sie z tej kabały. Rezonu i zdecydowania dodał mu zaś niepomiernie ułamany trzonek piki którą przypadkiem zmacał na ziemi. Oczy zapłonęły mu z pasją a wyszczerzone w bitewnym grymasie zęby błysnęły złowrogo. Podnosząc się na klęczki eks-żołdak dopadł do pierwszego ze swoich dawnych towarzyszy broni (choć po prawdzie to przyszło mu wspólnie z nimi uczestniczyć tylko w opróżnianiu antała po capstrzyku) atakując go z pełną strachu i gniewu zajadłością. Żgając brutalnie ciało niedawnego kompana ułokiem piki co rusz musiał spluwać i ocierać twarz z krwi która wlewała mu się do oczu i ust.

Dobrą chwilę zajęło nim oderwał się od bezgłowego korpusu Gulda, teraz naznaczonego dodatkowo krwawymi śladami po metalowym grocie.

-ALE MU POKAZAŁEM!- Zakrzyczał po czym podniósł się na nogi starając wypatrzeć na wirującym i co rusz rozmazującym się na dwoje polu bitwy swojego wiernego druha Kudłaka. Z wciąż dzierżonym w prawej dłoni ułomkiem dzidy zamarł w bezruchu usiłując lewą, wolną podrapać się po jajach. Nachujnik uniemożliwił mu to. Dezerter zaklął.
Łowca trochę oszołomiony wyskoczył z kupy siana. Na dziedzińcu zrobiło się bardzo wesoło. "Raczej nie ma szans na kamuflaż." Kilka metrów dalej zauważył swojego nowego przyjaciela, który ledwo trzymał się na nogach. Dobył sztyletu i przyskoczył do wrzeszczącego Jaicy'ego. Po drodze potknął się u biedne ciało Gulda . Z całym impetem wleciał na Jaicy'ego, wbijając mu tym samym nóż w głowę.
Poklepał przyjaznego druha po ramieniu i rzekł: "Chodźmy do strażnicy, zostawiłem tam swój super, niewidoczny strój do kamuflażu i butelkę piwa." Mówiąc to złapał przyjaciela za ramię i pociągnął w stronę strażnicy. "Potem się stąd wynosimy"-rzekł, po chwili dodał "Mówiłeś coś o jakichś wielbłądach?"
Klepnięcie w ramię wystarczyło by żołnierz-renegat klapnął na tyłek. Oszołomiony nagłym wstrząsem, wyciągając nogi rozejrzał się wokół błędnym, nierozumiejącym wzrokiem.

-...wielbłądy.- Wybełkotał z trudem zapytany przez łowcę.- Jakżeeeś widział kiedy kota... To thaaki wielbłąd za diaabła niejes do nieego fodobny. Taaaki koń, ino ghaarbaty. Iiii niższy! I kopyyyta ma insze. Ghyzie i pluje tak sssamo, reszszta sssię sgadza.
← Strefa Sesji
Wczytywanie...