[ekhp1] Początek - Terion i VL

- Czy ja wiem? Ludzie zawsze się burzą jak krasnoludy osady zakładają. Ich wyroby nie mogą konkurować z tym co robią brodacze i albo muszą się przenosić albo iść do nich na wyrobek. Moze po prostu się tu ktoś już "poprztykał". A z resztą kto to wie? Oni ogólnie nie lubią nieznajomych w swoich osadach. No, chyba, że chodzi o ogólną popijawę. Tu są nad wyraz przyjaźnie, he he. - Devilus zachichotał


Napitek grzał was przyjemnie. Podróżowaliści dziarsko przez noc w kierunku osady. Wkoło panowała cisza z rzadka tylko przerywana pohukiwaniem sowy albo delikatnym szmerem jakiś leśnych istot. W paru miejscach na świeżo napadanym śniegu dostrzegliście ślady zwierząt przecinających trakt. Niektóre z tych śladów było conajmniej dziwne...
Szedłem spoglądając na ślady Nie zdają ci się one dziwne? przykucnąłem dokałdniej się im przyglądając Hmmm wydobyłem zastanawiajace mruknięcie Dobra, mniejsza o to, jeśli to coś jest to może to coś spotkamy wstaję i idę dalej rozlgądajać sie na boki.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Nie zważając na dziwne ślady maszerowaliście dalej. Mniejwięcej droga zaczęła delikatnie zbiegac do doliny gdzie znajdowała sie osada. Kiedy wyszliscie zza zakrętu dostrzegliście drewnianą palisadę i tu i ówdzie strużki dymów bijące w niebo. Jak widać osada nie szczędziła na węglu. Tego brodaci zawsze mieli pod dostatkiem i nie zamierzali bynajmniej go oszczędzać.

Stanęliście pod solidną szeroką bramą. Zakmnięte oddrzwia były okute na krawedziach i zdobione w części środkowej. Devilus spojrzał na ciebie spode łba po czym mocno walnął parę razy pieścią w drewno. Głuche uderzenia potoczyły się po okolicy. Rozejrzeliscie się wokół. Panowała nieprzyjemna cisza, w powietrzu wisiało jakieś niepojęte napięcie...

- Czegoż do cholery? Ki czort niesie? - w bramie uchyliło sie zakratowane okienko mniejwięcej na wysokości przeciętnego krasnoluda. Z drugiej strony dostrzegliscie strażnika trzymającego lampę - Gadać!
Devilus spojrzał na towarzysza a potem na krasnoluda kryjącego się w okienku.

- Jesteśmy podróżnymi, mamy pokojowe zamiary. Chcielibyśmy odpocząc nieco w waszej osadzie i przejrzeć wasze towary. Oczywiście jeśli tylko macie coś na sprzedarz i zgodzicie się podzielić z nami swoimi kunsztownymi wyrobami.

Devilus uśmiechnął się i skłonił nieco w pokojowym geście. Martwił się tylko o Ramizesa, wiedział że nie lubi krasnoludów.
Co tak na mnie patrzysz? spytał widząc dziwną minę zdradzającą niepokój. Był wybitnie niezadowolony. Krasnoludy to rasa mała, trudno dostępna. Miał tylko nadzieję, że znajdzie się może jakiś osadnik. W każdym razie wiedział co teraz zrobi. Szybko udał się na bok co mogło wywołać pewne zdziwinie. Nagle rozległ się odgłos wyrzutu pokarmu drogą ustną. Nie mogło się inaczej to skończyć. Wampir nie trawi i nie rozkłada normalnego pożywienia. Wszystko to siedzi w środku niczym w beczce i jest tylko jeden sposób aby to z siebie wyrzucić. Ramizes pojawił się tak szybko jak zniknął. Nic nie mówił. Obojętnym wzrokiem spoglądał na bramę.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
- Wszystko dobrze? - Zapytał przyjaciela.

Wiedział że normalne jedzenie mu nie służy, bał się też jak zareagują krasnoludowie. W końcu nie wyglądali na nazbyt przyjacielko nastawionych.
Nie martw się, nie umrę zaśmiał się żartobliwie swoim stylowym niskobasowym czarnym śmiechem, który na ogół powoduje u nieznajomych krzywy uśmiech. Był bladawy, lub przynajmniej na takiego wyglądał w cieniu. W rzeczy samej tak było, wyrzucenie ze swojego martwego ciała pożywienia kosztowało go sporo energi...i krwi. Nauczył się tego przez rok bycia umarłym. Przydatne. Spojrzał pustymi oczyma na przyjaciela. Dawał mu znać, że będzie go potrzebować. Nie lubił tego, nie lubił bycia zależnym od swoich przyjaciół. Zlościło go to. Spojrzał w niebo jakby oczekiwał jakiegoś cudu. Spojrzał za siebie i czekał.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Chłód panujący w okół przenikał Devilusa do kości, czuł że zamarza mu noc. po chwili zacząłsię lekko trząśc z zimna a jego oblicze zdawało się sinieć. Był wyczerpany podróżą i pomimo kilku łyków krasnoludzkiego napoju pragnął przysiąśc przy kominku i odpocząć w spokoju. Wstadził ręce do kieszeni i starał się nie tracić zbyt duzo ciepła.

- Hej Panowie, prosimy wpuśćcie nas. Jesteśmy juz bardzo zmęczeni. Obiecujemy nie sprawiać kłopotów.
- Nie, nie. To MY obiecujemy, że nie będziecie sprawiać kłopotów. Będzie to dla was bardzo "nie opłacalne" - powiedział krasnolud z emfazą. - A skoro już przy opłacalności jesteśmy. Te drzwi strasznie trudno się otwierają. Ale za srebrnika może by poszlo znacznie łatwiej.
Devilus spojrzał pytająco na przyjaciela.

[Kicek masz wiecej szczęścia niż rozumu . Już chciałem opier... Teriona, ze mi się do sesji wchrzanił a to ty sobie nicka zmieniłeś ]


Edit: Ustalałem z Nazinem to zaraz przed wyjściem i nie zdążyłem powiadomić A zmiana była konieczna bo sie mój nick wyłamywałz konwencji, przynajmniej moim zdaniem.
Wampir spojrzał wymownie na żywego przyjaciela. Mimka mówiła łatwo "Daj mu i niech sie odpier..." Głupi krasnal... zamruczał pod nosem a słowa zaraz poleciały wraz z wiatrem.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Devilus głośno chrzaknął aby zagłuszyć wszystko czego nie powinni słyszec gospodarze. Potarł nos, spojrzał na krasnoluda i powiedział:

- Właściwie to za tak ciężka pracę po godzinach należy sie chyba zapłata. Trzymaj krasnoludzie i otwieraj co prędzej bo umarzniemy tutaj na kosć!


Devilus usmiechnąłsie przyjaźnie i podał brodaczowi monetę, kiwnął głowa na Ramizesa porozumiewawczo.
Podszedł bliżej w oczekiwaniu na otwarcie bramy "Chciwe, małe, skurczydranie" mówił sobie w myślach gdy krsanal zabierał chciwie monetę. Wypuścił z buzi parę. Oczekiwał aż wreszcie otworzy. Przyszlo mu na myśl aby mu szybko skopac ten mały tyłek. W sumie nawet nie musiałby się wysilać z podnoszeniem nogi. Na myśl o podskakujacym krasnalu zachciało mu się śmiać. Na twarzy pojawił się dziwny sadystyczny uśmieszek.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Devilus był zły bo nie lubił gdy ktoś wyłudzał od niego pieniądze. Wiedział jednak że taki pionek nie może mu przeszkodzić...W końcu ma zadanie do wykonania. Devilus rozmyślał jaką broń kupić i jakie zrobić zapasy. Nie był pewny co czeka go po dotarciu do celu...Czy aby przypadkiem Mortissieri nie chcą ich w cos wrobić...Tak czy siak nie miał nic do stracenia, skromne i pełne wyrzeczeń życie w puszczy nie było tym czego pragnął dla swoich przyjaciół i siebie. To była jedyna szansa...


Otrząsnąłsię z myśli i naparł ręką na wrota.

"Pomogę ci przesunąć te parszywe wrota, mały kaprawooki cwaniaczku..." - Pomyślał pełen pogardy.
Kiedy w końcu drzwi się otworzyły i weszliscie do środka zobaczyliście krasnoluda. Wyglądał dosyć... poważnie. Był wysoki jak na krasnoluda i przyglądał wam się uważnie.

- A cóż to za dziwacy się ostatnio pałętają nocami po traktach? Najpierw te kolorowe rycerzyki a teraz wy. - położył ręke na toporze za pasem - A zresztą, wy będziecie grzeczni - uśmiechnął się spod graniastego hełmu paskudnie i pokazał coś wiszące na stryczku za jego plecami. Przeszły wam ciarki po plecach... - co nie? Nie lubimy złodzieji i wbrew pozorom na tej ziemi panuje nasze prawo. No ale co gość to gość. - schował monete za pazuche - chodźcie za mną. Zaproawdzę was do zajazdu1. Idziecie czy zamierzacie mi potowarzyszyć na warcie?
Delius popatrzył twardo na krasnoluda. I bez pospiechu ruszył za nim wymieniając spojrzenia z Ramizesem.

- Wierz mi drogi przyjacielu że jestesmy tutaj wyłącznie gwoli odpoczynku i zakupów. A teraz jesliś łaskaw porzuć już docinki i prowadź do zajazdu.
Ramizes nie miał zbyt wielkiej ochoty rozgadywać się z krasnalem. Z grymasem na twarzy ruszył za resztą stojąc z tyłu. Pewność tego krasnala była trochę irytująca ale co tam "Niech sobie cwaniakuje, karzełek. Jest na swoim terenie to..Jak ja ich nie znoszę..." marudził w myślach. Spojrzenie mimo wszystko było całkowicie obojętne a twarz nie wyrażała nic. Po porstu szedł.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Devilus rozejrzał sie po osadzie. Ciekawiło go jak krasnoludowie się rządza...Obserwował dymy wzbijające się pod chmury.

- Drogi przyjacielu, czy zechcecie pochandlowac z nami? musimy zrobić zapasy a i przydało by nam sie trochę broni. Niebezpiecznie teraz wędrować, wszedzie czychaja jacys bandyci i złodzieje...


Mówiąc to Devilus usmiechnał sie w duchu. przypomniało mu sie jak jeszcze do niedawan jego zadaniem było napadanie na takich podróżnych jakim on sam teraz był. Wszystko było jasne. A teraz? teraz nie jest pewien niczego....


Szedł dalej za krasnoludem wyczekując odpowiedzi.
- Handlować? Przecież to nasza wioska. jak tylko amcie coś poza powietrzem w sakiewkach to zawsze mozecie handlować. Co prawda może nie o takie porze ale rano napewno kogoś znajdziecie. Oto i zajazd.

Weszliscie do środka zadymionego pomieszczenia. Wbrew oczekiwaniom okazało się, ze sufit jest na 'ludzkim' poziomie a i wystrój w niczym nie ustępował ludkzim siedzibom. Za szynkiem krzątał się krasnolud i jego 2 pomocników. Tu i ówdzie siedziało paru gości - głównie brodaczy sączących piwo i leniwie grających w karty lub kości. - Przy jednym z bocznych stolików dostzregliscie 3 wielkich mężczyzn (choć może wydawali się tacy tylko na tle krasnoludów). Siedzieli na krzesłach a na ławie stojacej obok leżayły 3 piękne szmelcowane na żółty, czerwony i purpurowyu kolor zbroję. W słabym świetle nie widzicie herbów. Mężczyźni najwyraźniej są jakimiś znamienitymi rycerzami. Każdy ma u pasa miecz i ostrogi przy pancernych butach. Wszyscy trzej cicho o czyms rozmawiają zajadając 'poważny' posiłek.

Poza rycerzami widzicie jeszcze 2 ludzi, również przyjezdnych którzy najwyarźniej zaraz będą udawać się chyba do kwater.

Wasz przewodnik uznał, ze dalej sobie poradzicie. Podszedł do karczmarza, nalał sobie do kubka gorzałki. wychylił jednym haustem i zaraz znikł na dworze.
Devilus rozejrzawszy się po pomieszczeniu stwierdził że wioska jednak nie jest zamknięta. ucieszyło go to jednak niepokojący wydał mu się widok 3 rycerzy...Spojrzał na Ramizesa i szepnał do niego bardzo cicho, tak aby tylko on słyszał:

- Zostaniemy tutaj do nastepnego zmroku, jutro rano zrobie potrzebne zakupy a potem przeczekamy dzień i ruszymy dalej. Co Ty na to?
← [ekhp] Sesja 1
Wczytywanie...