Sesja Rademenesa

[ Ilustracja muzyczna, jeśli sobie życzysz ]

Pocinałeś po obrzeżach Nowego Jorku, ciesząc się bezmyślną, niemal pierwotną rozkoszą, jaką niósł ze sobą dziki, nieograniczony pęd.
A przynajmniej na tyle dziki, na ile pozwalały walające się niemal wszędzie śmieci, złom, fragmenty autostradowych barierek, fragmenty roztrzaskanych i porzuconych samochodów oraz ogólne zdezelowanie asfaltu, na naprawy którego nawet władzom N.Y nie starczało czasu, chęci ani środków.
Kolejną przeszkodą, a zarazem atrakcją motoryzacyjnego relaksu spod znaku 120 na godzinę, byli idioci, niewydarzeni gangerzy i rozwydrzone dzieciaki z bogatszych rodzin, których napotykałeś niemal wszędzie w regularnych odstępach, równie regularnie mijając ich bez wysiłku, niemalże na grubość lakieru. Obserwowanie ich przerażonych min, z których w mgnieniu oka znikała nieuzasadniona pewność siebie, było kolejną przyjemnością, której nie zamierzałeś sobie odmawiać. Detroit się zachciewa, kurwa jego mać.
W złapanej przypadkiem audycji miejscowej rozgłośni ku swemu szczęściu trafiłeś na pasmo, w którym akurat nie emitowano budujących, patriotycznych przemów i informacji, lecz przyzwoite, cieszące ucho i duszę pierdolnięcie. I choć podkręciłeś głośność tak, by możliwie najlepiej komponowała się z drapieżnym rykiem silnika, coś zakłóciło tę mechaniczną symfonię, naruszając twój poprawiający się z każdym kilometrem nastrój.
Spojrzałeś w lusterko i poznałeś przyczynę - jakieś 200 metrów za tobą jechał skrzeczący i błyskający kogutami policyjny wóz.
"Wyciągają 120?? Niemożliwe. To chyba maszyna z warsztatu ojca. Sami w życiu by tak nie podkręcili obrotów. Pościgałbym się z nimi, ale pewnie się rozchlapią na pierwszym zakręcie i będę miał dwóch buców na sumieniu. Chyba dwóch"

Zachowuję czujność, obserwuję ich. Licho nie śpi.

Gwałtownie zwalniam i ustawiam się przy ich prawym boku, cały czas jadąc. Niech się trochę spocą. Kontroluję stan drogi.

Patrząc na policjanta, biorę CB i pokazuję mu na palcach - trójka (kanał ogólny)

-Gdzie się panowie tak śpieszycie w ten piękny poranek? - pytam lekko znudzonym głosem.



Włączam policji coś na rozluźnienie:

(Ilustracja muzyczna http://www.youtube.co...?v=i4cb2dekGmE
Wyglądało na to, że ktokolwiek prowadzi radiolę, nie spieszy mu się do nerwowych, narwanych rozwiązań. Pojazd zbliżał się do ciebie ze stałą prędkością, a gdy był na tyle blisko, byś w lusterku zdołał zobaczyć, że jedzie w nim tylko jedna osoba, na CB kobiecy głos odpowiedział na twoje wcześniejsze pytanie.
- Złapać paru bęcwałów, którzy wbrew rozsądkowi zapieprzają z prędkością światła w terenie zabudowanym i wlepić im parę mandatów, najlepiej z ołowiu. - usłyszałeś głos swojej ukochanej siostry.
"Nie myliłem się - myślę z satysfakcją - samochód ze stajni ojca"
-Siostro moja kochana, powiedz mi tylko, kto tak rażąco narusza przepisy, a jako że bardzo szanuję ograniczenia prędkości, dostarczę Ci ich w bransoletkach - szczerzę się do jedynej przedstawicielki prawa, którą miło mi widzieć - Czy pani władza ma ochotę na kawę i pączka?

Być może ma dla mnie jakieś wiadomości od swojej koleżanki - nauczycielki - pomyślałem

(nauczycielka How-To Field Strip and Clean a Glock With Ashley you tube http://www.youtube.co...layer_embedded )
- Żebym się roztyła, dorobiła dwóch podbródków, zapasowej opony i nie mogła nadążyć za takimi jak ty? Niedoczekanie. - śmiała się w odpowiedzi. - Prędzej już upolowałabym jakieś śniadanie. Tylko coś dla ludzi, jedźmy do Maca.
Jej propozycja nie była wcale tak paradoksalna. Oprócz Statuy Wolności i gmachu sądu najwyższego z amerykańskich symboli narodowych przetrwał też pobliski McDonald, a dokładniej budynek, w którym niegdyś się mieścił. Teraz była to po prostu zwykła, przydrożna restauracja serwująca względnie przyzwoite żarcie, ciesząca się większą popularnością ze względu na "historyczne konotacje". Dotarcie tam nie zajęło wam długo i, jak to zwykle bywa, byliście jednymi z kilkunastu innych klientów, których w tym miejscu nigdy nie brakowało.
Z profesjonalną ciekawością lustruję pojazdy na parkingu, kiedy szukamy miejsca do zatrzymania się. Przy okazji oglądam radiowóz, czy są na nim świeże ślady kul lub odłamków. Robię to dyskretnie - wiem, jaksię wścieka, kiedy rodzinka ma wobec niej opiekuńcze odruchy.

Przepuszczam ją w drzwiach, wykorzystując okazję, by ocenić, czy jest ranna lub zmęczona.

Rozglądam się po sali, by sprawdzić, czy nie ma znajomych. Czyżby na zmianie była Krwawa Mary, moja ulubiona siedemdziesięciolatka, która powitała wrzesień 2020 na swoim stanowisku w tej knajpie, gdy była McDonaldem? Jeśli tak, zamiawiam u niej. Żałuję naszych przodków - niewiele rzeczy smakuje równie dobrze, co smażony szczur z kukurydzą. Nie rozumiem, jak oni mogli zajadać się kurczakami? Smakują podobnie jak szczur, ale są o wiele bardziej mdłe, nie mają tej korzennej nutki...

Dla mojej siostry zapewne jogurt z kiełkami zbóż z FA. Jak ona może to jeść? Żywność bez konserwantów, albo chociaż porządnej ilości soli i saletry, smakuje tak nijako...

Płacę migaczami do Chryslera 2015/57 Swinger Classic - ciężko dostać, a "nostalgiczne" samochody są popularne wśród nowobogackich i części mają dobry zbyt. Śmieciowi bandyci, których rozbiłem parę dni temu, zabrali go jakiemuś lekkomyślnemu świeżo upieczonemu kurierowi...wydobyłem od nich, gdzie go zostawili. Z kulką w płucach, ale jeszcze żył, twardy sukinkot...odwiozłem go do szpitala przy Katedrze Św. Patryka, sam się tam lubię łatać...mam nadzieję, że nie miał mi za złe, że sobie sam wypłaciłem nagrodę za pomoc, ale z samochodu nie było za bardzo co zbierać.

Do picia kawa...ta, akurat "Miami Summer", jeżeli chociaż ziarenko tej kawy widziało Miami to Hells Angels można poddawać resocjalizacji z sukcesem...cóż, lepsze to niż woda odkażana księżycówką...Naści za kawę trochę kabelków...

Siostra chce się dorzucić? Ok, przetoczysz mi literek tej wspaniałej NYCPD benzyny i będziemy kwita...

-Co tam u Ciebie, siostra? Nadal jesteś z tym Rodriguezem z obyczajówki?
- Nie. Rodriguez z obyczajówki zrobił się zanadto nieobyczajny. - skwitowała lakonicznie pomiędzy gryzem "McRata", a łykiem parującego błota imitującego kawę. Skrzywiła się przy tym, podobnie jak ty. Nie widzieliście się od paru miesięcy, ale wyglądała nieźle. Trochę niedospana, mocno zasępiona jak na tę porę dnia i względnie niewielki ruch, zarówno w mieście jak i tu, w barze, ale poza tym raczej w dobrym zdrowiu i formie. Podobnie jak wóz, który nosił ślady kilku akcji z użyciem jazdy defensywnej, ale zdawało się, że uniknął przemiany w sito przy użyciu ołowiu.
- A ty? Nadal bez ładu i składu rozbijasz się po autostradach w doborowym towarzystwie samego siebie? - odgryzła się przy kolejnym ugryzieniu buły, mimochodem lustrując kilka smętnych gęb znajdujących się w barze. Jej wzrok szybko wrócił na talerz - nic specjalnego, zwykłe, szare skurwysyny. Na ich tle siedemdziesięcioletnia kelnerka stanowiła prawdziwą ikonę życia i wigoru.
- Jak tam?! Jeszcze kawki złociutki?!
-Wyglądasz na zmartwioną. Jak zgaduję, zapewne nie faktem, że twój brat jeszcze się nie sparował. Powiedz, co mam zrobić, żeby przywrócić uśmiech na Twojej buźce, bo jak mi porządnie nie przygryzłaś od początku rozmowy, to faktycznie musi być źle i coś Ci spać nie daje. A jak jesteś wobec mnie taka grzeczna to zaczynam się o Ciebie niepokoić.
-Mary, czytasz mi w myślach. Z twoich rąk zawsze najlepsza. Nikt was tutaj nie niepokoi?
Starszawa kelnerka posłała ci głośnego całusa, dodatkowo podgrzanego jaskrawoczerwonym kolorem jej szminki.
- A skąąąd, złociutki. - machnęła lekceważąco jedną ręką, drugą dolewając ci lury do kubka z parującego szklanego ekspresu. - Każdy wie, że to jedyna porządna buda z jedynym porządnym żarciem po tej stronie wybrzeża. Nikt nie jest tak głupi, żeby chcieć tu rozrabiać i samemu sobie szkodzić...
- Aha, a napad z zeszłego tygodnia, to co?
- burknęła Stacy, odchylając się na krześle. - Chyba sama dzwoniłaś do nas roztrzęsiona, że jakiś uzbrojony dzieciuch wparował tutaj w biały dzień, żądając całego utargu.
- Nie ja, tylko Jane, kochanienka.
- odparła lodowato Mary, ściągając usta w wyraźnym oburzeniu na haniebną sugestię, że ktokolwiek lub cokolwiek mogłoby przyprawić ją o stan "roztrzęsienia". - Poza tym wtedy przy kasie stał George, a tak się złożyło, że parę minut wcześniej wyszli stąd gangerzy, którzy płacili w broni, bo zamówili dużo, a nie mieli nic innego na gamble, więc...
- Dobra, dobra, zrozumiałam.
- przerwała jej opowieść twoja siostra. Gdy Mary odeszła, rozmowa toczyła się dalej.
- Ty nie bądź teraz taki opiekuńczy braciszek, dobra? Jestem po prostu zmęczona, dużo roboty ostatnio. Ciągłe problemy z gangami, w mieście, do tego ponoć znów Moloch ruszył się gdzieś blisko na froncie. Posterunek ma jakieś nowe patenty, ale potrzebują ludzi, których my nie jesteśmy w stanie im dać.
-Gangi w mieście. Właśnie uczyniłaś mój dzień dużo bardziej interesującym. Opowiedz mi o nich więcej. Lubię gangi - uśmiecham się wrednie - I chyba nadal jestem w Straży Obywatelskiej, o ile mnie nie wyrzucili za olewanie składek.

Z ożywieniem i niecierpliwością wpatruję się w siostrę.
- Jeśli już, to z powodu niepoczytalności i niepłacenie mandatów za złe parkowanie. - wypaliła szybko, dorzucając do tego równie szybki uśmiech.
- A gangi jak to gangi. W znakomitej większości bandy rozwrzeszczanych palantów, którzy benzyny i amunicji mają po stokroć więcej, niż oleju we łbie, więc nie wiedzą co z tym wszystkim robić. Z nimi radzimy sobie jak zazwyczaj, choć trzeba przyznać, że ostatnio zrobiło się ich więcej. Może Detroit im się znudziło, albo Federacja zrobiła u siebie trochę porządków, o których nic nam nie wspomniała. W każdym razie zdarzają się wycieczki do miasta, na obrzeża. Ekipy sprzątające, remontowe i wszyscy, którzy są zatrudnieni przy pracach w dzielnicach biedoty mają z tego powodu niemałe nieprzyjemności. Do tego dostawy i wymiana sprzętu z Posterunkiem zawisły na bardzo cienkim włosku. I nie mówię tu o "Aniołkach" ani "Mongołach", choć oni też zawsze lubili wyrwać coś lepszego do zamiany na whisky i dziwki. - przygryzła wargę i spuściła wzrok, najwyraźniej samej zastanawiając się nad omawianą kwestią.
- Otrzymujemy szczątkowe doniesienia o jakiejś większej, nowej grupie, która nie ma określonej pozycji ani miejsca w naszej kartotece. Brakuje nam rzetelnego raportu, wywiadu. Jedyne, co mamy, to niejasne wspominki z centrali Posterunku, o nietypowo wyposażonej i zorganizowanej grupie, która notorycznie napada na ich i nasze konwoje. I teraz najciekawsze - wyłącznie na te.
-Jaka jest przybliżona lokalizacja działań tej grupy? - pytam wyciągając mapę stanową - zaznacz mi. Czy przeżył ktoś z transportów, które napadli? Jeśli tak, chciałbym porozmawiać.
-W razie czego objaśnię Ci tę mapę - mówię skruszony. Po całej powierzchni są namalowane (przeze mnie i poprzednich użytkowników) różne symbole, na marginesach objaśnione dziesiątkami długopisów i cienkopisów. Dla niewprawnego oka mapa to koszmar bazgrołów.
Spoglądała na mapę przez dłuższą chwilę, by wreszcie niepewnym ruchem zakreślić nierówny okrąg.
- Trudno wskazać konkretne miejsce, sam obszar można by wyznaczyć od styku dawnej 90tej i 81tej międzystanowej na zachodzie, aż po Rzekę Hudson na wschodzie. Na północy najdalej wysunięty punkt, w którym ta grupa miała się pojawić, zahacza aż o Vermont, ale to był pojedynczy przypadek. Prawdopodobnie wtedy Posterunek przenosił się gdzieś bliżej nas, co nie zmienia faktu, że te mendy musiały jakimś cudem o tym wiedzieć. Co do świadków, to w tym momencie nie umiem ci odpowiedzieć. Musiałabym sprawdzić w kartotece albo zapytać na posterunku, bo w tym momencie nie pamiętam.
-To ja pojadę do bazy, wezmę trochę narzędzi i bambetli, a ciebie poproszę o znalezienie kontaktu z tymi, co przeżyli. Gdzie i kiedy mam cię chwytać? A może wolisz, żebym ci towarzyszył? - po ostatnich słowach przygotowuję się na wygłoszoną gniewnym głosem tyradę, że nie jest już dzieckiem itp.
- Nie jestem już dzieckiem. - zaskoczyła cię odpowiedzią i, jakby na poparcie tej tezy, dziarsko przełknęła kolejny łyk kawopodobnej brei. - Trafię na własny posterunek własnym samochodem we własnym mieście. Bardziej mi się widzi, że to ty potrzebujesz niańki, żeby się po drodze nie wdać w bezsensowną bijatykę w jakiejś mordowni lub na drodze. Albo żeby się nie zachlać przy byle okazji i w drodze do mnie owinąć wokół słupa... - łypnęła na ciebie groźnie, jakbyś na złość jej praktykował takie rozrywki co najmniej raz w tygodniu.
Używam niezawodnego sposobu
-Masz rację - spuszczam oczy, udając skruszenie. - To ja pojadę po swoje rzeczy,a ty zrobisz dla mnie rozeznanie?

~Martwi mnie jej "wigilanctwo". Wiem, że mamy to oboje, ale moje łatwiej mi znieść. Najgorzej jest być bezradnym, gdy osobie bliskiej coś się dzieje. Muszę znaleźć jakiś pretekst, żeby pojechać do niej na komendę i pogadać z paroma osobami. Może uda mi się dowiedzieć, czy grozi jej coś. Nie mam do tego talentu, subtelnością nie grzeszę, eh...A może od razu udałoby mi się załatwić to zagrożenie? Przecież pytam o tą tajemniczą bandę tylko dlatego, że wiem, że ona zaraz wyskoczy na zwiad, a przecież ja sobie lepiej poradzę...~
- Ta, ta... - odrzekła marudnie, machając dłonią ze znudzeniem. - Ile czasu potrzebujesz, żeby się nie spóźnić i nie zapomnieć głowy? Dwie godziny wystarczą?
Wytarła dłonie w serwetkę i zerknęła bezwiednie na zegarek. Równie bezwiednie ty zerknąłeś przez okno na parking, na którym trzech ubranych w idiotyczne ciuchy młodocianych, czarnoskórych "złych matkojebów" wyrażało żywe zainteresowanie twoim samochodem, które maskowali niezawodną techniką bujania się na boki niczym małpy w okresie godowym, zbliżając się krok po kroku w jego stronę i rozglądając wokoło.
-Wiesz - mówię do siostry - te przedwojenne wyjące alarmy są tanie jak barszcz, bo niemal nikt ich nie stosuje. Ludzie teraz wierzą tylko w bagnety w siedzeniach, węże na tyle, wyloty spalin skierowane do wewnątrz, czy nawet obrzyny na drucie. Nie doceniają prostego alarmu. Wiesz, jak on paraliżująco działa? - wstaję i biorę dzbanek gorącej kawy od Mary. Uśmiecham się do niej - zaraz zapłacę - z węgli pod szaszłykami ze szczurów wyjmuję pogrzebacz. Rozgrzany do czerwoności. Mary zawsze zapomina go wyjąć...

Podchodze do drzwi, zatrzymuję się przed nimi tak, by młodzieńcy mnie nie widzieli. Odpalam papierosa od pogrzebacza. Czekam, kiedy rozlegnie się alarm w moim samochodzie, po czym ruszam do akcji, unosząc dzbanek do rzutu w najbliższego.
Alarm rozryczał się po całym parkingu. Wszyscy trzej złodziejaszkowie podskoczyli, zapewne nieprzyzwyczajeni do wydawania takich dźwięków przez samochód. Następnie odskoczyli od wozu, jakby ten miał eksplodować lub pogryźć, a gdy nic z tego się nie wydarzyło, zaczęli rozglądać się nerwowo dokoła. Zdecydowanie za późno dla najbliższego z nich, ubranego w workowate ciuchy przypominające żałosne połączenie gangstera i Szczura oraz czapkę "Knicksów". Ciśnięty w jego łeb dzbanek roztrzaskał się na niej, a rozgrzane węgle wyrwały mu z ust wrzask na tyle głośny, że zdołał przebić się przez hałas samochodowego alarmu.
~~Mary mnie zabije~~myślę, smutnym wzrokiem odprowadzając resztki dzbanka~~To już będzie dziś druga kobieta, która będzie mi marudzić~~mijam PółSzczura-Matkojebcę w sosie kawowym z odparzanym mięskiem na twarzy i ruchem podpatrzonym u gogusiów z Federacji wykonuję pchnięcie pogrzebaczem w Małpiszona numer dwa~~Czy ja aby za bardzo nie zmiękłem?~~doskakuję do numeru drugiego, by zrobić mu z nosa chrząstkowe risotto, kiedy zbiera się po pchnięciu~~Za dużo miasta. Człowiek tu mięknie, proszę, dziękuję, przepraszam panie złodzieju, że panu rękę wykręcam~~osłaniam się numerem drugim i zza niego lustruję sytuację. Trzeci powinien w tym czasie wyjąć coś do samoobrony z majtek, jeżeli tylko gumkę, to pół biedy, ale być może będę musiał zmarnować ładunek do śrutówki na śmiecia~~dojdzie jeszcze do takiego wynaturzenia, że bandyci będą się skarżyć na policji, że napadnięty przez nich człowiek się bronił i żeby go za to ukarać! Tfu, co ja w ogóle myślę!!! Przecież to jest niemożliwe!~~oceniam stan moich przeciwników, wyjmując obrzynek. I tak zaraz będę musiał przyłożyć po skroni numerom jeden i dwa.

-Ręce do góry! - ryczę do Małpiszona numer trzy
← Sesja Neuroshimy
Wczytywanie...