Sesja Kiyuku

Moc zatrzęsła sklepieniem Świątyni. W ciągu jednej sekundy poczułeś, jak chwytasz w swą garść kilkadziesiąt oddzielnych bytów i zaciskasz ją coraz mocniej na nich wszystkich razem i na każdym z osobna. Wszystko zamarło. Jak na komendę kilkadziesiąt ciał zastygło w bezruchu, mrożącym mózgi nie mogące przeciwdziałać temu nagłemu stanowi.
Jednak zaraz potem, zdziwiony, poczułeś, że kilka z nich wymyka ci się. Dwóch po lewo, czterech po prawo, Heske... zaczynają szamotać się w twym żelaznym uścisku. Zacisnąłeś więc pięść jeszcze mocniej.
I wtedy poczułeś się tak, jakbyś na swych barkach dźwigał całą świątynię wraz z obecnymi w niej istotami. Przytłoczony nieoczekiwanym zmęczeniem opadłeś na jedno kolano. Z jednej strony musiałeś momentalnie rozpocząć walkę o uspokojenie szalejącego serca, które tłoczyło krew z tak ogromnym ciśnieniem, że nie słyszałeś już nic poza jej szumem w uszach, i próbowałeś złapać jeden głębszy oddech. Z drugiej zaś resztki sił poświęcałeś utrzymaniu w garści wszystkich szamocących się wól i umysłów, czując zarazem, jak obok zdziwienia wykwita w tobie nie twój gniew na tę wszechogarniającą słabość.
Heske, podobnie jak ty przyciśnięty do ziemi w przyklęku, zaciskając zęby z wysiłku zdołał powiedzieć:
- Widzisz Kyle...? Pożyczona moc... w ukradzionym ciele... jest warta tyle, co... nic. - wyrzucił z siebie, również dysząc ciężko. - Twe ciało... Twój umysł nie są nawykłe... do dźwigania jej. Albo rozerwą cię na strzępy... nie mieszcząc jej w sobie... Albo ona porzuci ciebie, gdy... wyssie z ciebie wszystko, co przydatne...
Skupiam się na rycerzach, pomijając Heske... i powtarzam znowu słowo, starając się być jak najbardziej detalicznym w jego wymowie.
Tym razem czułeś, że wszystko zadziało jak trzeba. Wokół ciebie nie ruszał się nikt poza Heskem, który podniósł się i wyprostował.
- Gdybyś tylko mógł zobaczyć swoją twarz, Kyle... - zaczął, a z korytarza za nim zaczęli wychodzić pozostali członkowie Rady.
- O, widzę, że szanowna rada postanowiła ruszyć tyłki, by powalczyć. Będzie mi niezmiernie miło uśmiercić nie jednego, ale większą ilość mistrzów. - uśmiecham się cynicznie, opuszczając miecz w stronę ziemi.
Wszyscy mistrzowie, w liczbie dziewięciu, stanęli w korytarzu jeden obok drugiego. Jak na komendę wszyscy zaatakowali tą samą techniką. Ogromna, skomasowana siła poderwała cię z ziemi i wystrzeliła w tył sprawiając, że poleciałeś przez cały korytarz z zawrotną prędkością i otworzyłeś plecami zamknięte wcześniej wrota. Opadając, czułeś jak twój gniew narasta, ale zanim zdołał osiągnąć punkt krytyczny, a ty grunt pod nogami, wściekłość zastąpiło zaskoczenie. Jeszcze będąc w powietrzu poczułeś, że kolejna siła pcha cię ponownie poprzez Moc. Otrzymując kolejne, tym razem słabsze uderzenie, poleciałeś z powrotem do środka świątyni, ślizgając się przed siebie po posadzce korytarza, w którym wciąż stali mistrzowie.
Wstaję i oglądam się za siebie, w poszukiwaniu źródła uderzenia "powrotnego". Tym razem skupiam się, gotowy zaabsorbować kolejny ewentualny atak Mocą.
Myślałeś, że twoje zdziwienie nie może być już większe, a tu nowa niespodzianka - przez wrota do świątyni wkraczał Ar-Saram.
- Co się tu do jasnej cholery dzieje?! - zapytał z bronią w pogotowiu.
Przecieram oczy ze zdumienia.
- Przecież on nie żyje... - spluwam na ziemię - ...jeszcze mi tu tej miernoty Kendara brakuje...
- Ponownie się widzimy zdrajco! - powiedział Rodianin śmiejąc się.
- A cóż to impreza beze mnie. To niemożliwe! - śmiał się ciągle jak oszalały. - O Solusar. Zrobię sobie zupę z twego mózgu i z palców naszyjnik!! Hahahahahahahahahahahahahahahahaha!
Następnie wyskoczył wysoko w powietrze, szybując nad ciebie.
Parskam, po czym koncentruję się w sobie, na swojej nienawiści, na swoim gniewie. Płonąca kula, w której skupię się na złych emocjach, powinien Rodianina dosłownie ściągnąć na ziemię. I zrobić ciut wrażenia na członkach Rady. Nie, pocisk nie zrobi na nich wrażenia. Wrażenie zrobi na nich to, jak będę płonął.

[Ponownie pocisk ciemnej strony ]
Ponownie skumulowałeś Moc i gniew w jednym, śmiercionośnym ataku. Jednak w tym samym momencie przelatujący nad tobą Saram pchnął Mocą w twoim kierunku.
Twa świadomość rozpadła się w chaotyczną konstelację ciemności i cierpienia, które zawładnęły twymi zmysłami. Krzyczałeś tak, jak jeszcze nigdy w życiu, krzyczałeś gardłem, umysłem, a gdzieś w tobie krzyczał ktoś jeszcze. Nienawiść, twoja własna, niezrównana nienawiść i siła miażdżyły, pożerały i paliły każdy fragment twojej umęczonej osoby.
Ból. Ulga. Te dwa przeciwne słowa kołaczą się po moim umyśle. Odczuwanie Bólu i Pragnienie Ulgi. Właściwie to te cztery słowa. Nie wiadomo kiedy, ta druga fraza zmienia się w słowo. Zaklęcie. Mimowolnie (chociaż w sumie, to bez udziału mojej woli, robię to automatycznie) skupiam się, wypowiadając to słowo.
Ciemność powoli przerzedziła się, ustępując miejsca rozmazanym plamom błękitu i fioletu, które następnie zaczęły łączyć się w kształty obiektów i otoczenia. Podobnie stało się z paraliżującym cię bólem, który opuszczał twe ciało niczym usuwane drzazgi, a w jego miejsce pojawiło się potężne, wszechogarniające zmęczenie.
Czułeś wyraźnie, że razem z bólem i ciemnością pozbyłeś się także znacznej ilości siły.
A przeciwników było już nie dziewięciu, lecz dziesięciu.
Zataczam się z powodu zmęczenia. Gdy ból znikł, oprócz męczenia pojawił się gniew wraz z nienawiścią. Ślepy gniew ze ślepą nienawiścią. Skupiam się w sobie, by wypuścić ją z siebie w kierunku wrogów, w formie pocisku, lecz tak, by pocisk eksplodował w połowie drogi, raniąc, lub zabijając wszystkich wrogów. A jak nie wszystkich, to przynajmniej jak największą ilość. Przy skupieniu wymawiam kilka słów, które zdaje się powinienem wypowiedzieć. Gdzieś je już wypowiadałem... a może nie?
Pocisk eksplodował odłamkami energii i ciemności, które zmiotły Sarama posyłając go za szereg mistrzów. Ci jednak, zamiast podzielić los Rodianina, jak na komendę otoczyli się ciemnoniebieskim blaskiem, który w zetknięciu z efektami twego zaklęcia wchłonął jego siłę, zmuszając jedi jedynie do cofnięcia się o kilka kroków.
Poczucie słabości uderzyło cię ze zdwojoną siłą, powietrze wdychane przez płuca nabrało metalicznego posmaku krwi, a mięśnie twych rąk i nóg powoli wypełniały się watą i odrętwieniem.
Ostatkiem sił próbuję wyssać życie z któregokolwiek Jedi, by wzmocnić swoje siły. Wyciągnięcie ręki w stronę kogoś staje się za trudne, ale to zaklęcie przecież tego nie wymaga. Wypowiadam formułę, skupiając się na którymś z Jedi. Jestem za słaby, by wiedzieć, na którym...
Zdołałeś "przyssać" się do jednego ze stojących naprzeciw wrogów, lecz gdy tylko ożywcza energia zaczęła płynąć przez ciebie, trzech kolejnych jedi odepchnęło cię Mocą sprawiając, że upadłeś i przeszorowałeś po posadzce kilkanaście metrów w stronę wyjścia. W międzyczasie sześciu mistrzów znudziło się defensywą i wybiegło w twoim kierunku z przygotowaną bronią.
Wstaję i włączam miecz(w międzyczasie przypadkowo go wyłączyłem), starając się nie zwracać uwagi na doskwierające zmęczenie. Patrze na najbliższego przeciwnika i ciskam w niego błyskawicami, drugą ręką starając się cisnąć pchnięciem Mocy w innego.
Pierwszy Jedi upadł, zmieciony strumieniem błyskawic, drugi odleciał w tył, wyrzucony pchnięciem. Jednak dwóch kolejnych wyskoczyło do ciebie atakując z góry, a dwaj kolejni, korzystając z Przyspieszenia, atakowali kolejno pchnięciem i cięciem z prawej na korpus.
Korzystam nietypowo z pchnięcia Mocą - nie odpycham przeciwników od siebie, tylko siebie od nich. Wyciągam Mocą z plecaka podwójny miecz i włącza jedno z jego ostrzy - walka dwiema broniami będzie bardziej praktyczna niż tylko jedną.
← Sesja SW
Wczytywanie...