Kiedy byliście gdzieś w połowie kanionu, do waszych uszu dotarł śpiew jakiegoś ptaka. Jednooki jakby na ten dźwięk zesztywniał, po czym zaczął cichutko gwizdać w podobnej tonacji.
"Wiedziałem!" - pomyślałem. Mimo tego, iż miałem pewność co do jakiejś zasadzki, stałem w miejscu. Nie ruszałem się, tylko zwyczajnie czekałem na rozwój sytuacji. Rozglądałem się powoli na wszystkie strony.
Jednooki odwrócił się do ciebie, po czym roześmiał.
- Tutaj rozstają się nasze drogi mości krasnoludzie - Ledwo skończył mówić, w jego plecach pojawiła się strzała. Jegomość zrobił wielkie oczy, po czym runął na na ziemię. Z jego pleców sterczała szara lotka strzały.
Przestraszyłem się tak bardzo, że aż spadłem z muła. Szybko jednak wstałem, otrzepałem się i podszedłem do Sottiego. Sprawdziłem puls chcąc dowiedzieć się czy jednooki jeszcze żyje.
- Ee... Ekhm... - nie mogłem nic z siebie wydusić. - Nic ci nie jest? - mądrzejsza rzecz nie przyszła mi do głowy.
- Niech cię... szlag - wykrztusił jednooki, po czym westchnął i wyzionął ducha. Następnie, poczułeś coś ostrego kłującego cię w tył szyi. - Żadnego ruchu - usłyszałeś za sobą.
"Tak, to była pułapka..." - pomyślałem. Stałem sztywno i czekałem na pierwszy ruch mojego przeciwnika. Popatrzyłem na Sottiego i w duszy przepraszałem go za mylne osądy.
Z twojej prawej i lewej strony podeszli mężczyźni, przyodziani w maskującą zieleń. Na ich głowach były kaptury, zaś na twarzach mieli czarne chusty. Jeden z nich wyszarpał ci topór z ręki, drugi związał ci z ręce z tyłu.
Odezwał się głos za tobą:
- Wolisz żebyśmy cię ogłuszyli, czy mamy ci zawiązać oczy?