dziki_lad

Couruna

Kurwa - bardzo dobre.

Zastanawiam się. Mogę napisać interpretacje Twoich utworów i można opublikować je na GE. Dla mnie będzie to dobre wyzwanie.
Odpowiedz
Nie krępuj się. Cieszę się, że się spodobały. Skoro już odświeżyłeś, dodam coś nowego. Napisane jakiś czas temu, gdy dopadła mnie odpowiednia... motywacja. Właściwie oba teksty stanowią całość, podzielone z powodu wspominanych już ograniczeń na pb.




"jakby"

Umiejętność pisania listów jest dziś sztuką jakby mocno zapomnianą. Zwłaszcza wśród osób w moim wieku, nad czym należy rozpaczać, gdyż ginie coś, co mocniej przybliża nas do Boga, bez względu na to, który to jego aspekt mamy na myśli. Mniej i mniej osób pragnie stworzyć coś na wskroś swojego, by osoba po drugiej stronie mogła poczuć, że ktoś trzymał ten papier i wylewał na niego swoje myśli.

Postanowiłem zatem napisać, choć inaczej niż dotychczas. Wiem, iż to mój pierwszy list, moja wola, skierowana do Ciebie w sposób tak bezpośredni, lecz nie sposób znać Ci te wszystkie listy, które zrodził mój umysł i on też je wkrótce potem pochłonął. Jestem Ci zatem winien wszelkie wyjaśnienia, jakie da się ożywić właśnie w ten sposób.

Wielbię Cie, na sposób nieprzystający przyjacielowi czy rodzinie. Zaczęło się tamtej zimy, gdy siedzieliśmy naprzeciw siebie i walczyliśmy z przytłaczającym zimnem, które chciało się wedrzeć do naszego bezpiecznego i zielonego schronienia. Choć obok siedzieli inni, to właśnie dla Ciebie wydzieliłem znakomitą większość swoich słów. Łatwo było poznać, że nie tylko ja to zauważyłem, gdyż pozostali nie nękali mnie tajemniczymi pytaniami i delikatnie odwrócili w drugą stronę, by dać nam poczucie intymności i zarazem sprawić, że słowa docierały wyłącznie do naszych zmysłów. Przynajmniej przez jakiś czas. Mógłbym im podziękować, uczyniłem tak na pewno w sercu, lecz lekkie skinienie głowy po wszystkim wystarczyło, nieme słowa wdzięczności stały się wypowiedzianymi, ja uczyniłbym względem nich tak samo, jeśli nie więcej.

To jednak nie wszystko, a dopiero początek. Początek problemów, pędzących z szybkością huraganu i estymą karetki pogotowia na sygnale. Zacząłem, może błędnie lub niesłusznie, analizować każde słowo. Wiele ich padło, nie tylko z mojej strony, ale czy aby na pewno zachowałem się odpowiednio? Wspólny temat znalazł się szybko, jak nigdy wcześniej, potem kolejne, a mając tak solidną podstawę zaczęły masowo wyskakiwać z oceanu zgromadzonej wiedzy i mknąć w stronę pełnego zrozumienia. Pamiętam, jak poczułem, że zaniedbuję innych, że patrzą się ukradkiem na mnie i na Ciebie. Sprawnie wróciłem do nich, chcąc uciszyć ciekawskie spojrzenia. Pierwsza stracona szansa na jeszcze jeden wspólny temat. Kolejne ukłucie i znów wróciłem do Ciebie. Serce oddychało szybko, jednak spokojnie do momentu, aż wstałaś i powiedziałaś, że musisz już iść, że czekają na Ciebie gdzieś indziej.

Wtedy też poczułem się nieswojo. Jak wtedy, gdy pytano mnie, czemu od dwóch minut wpatruję się w otwartą lodówkę. Czemu nie zdołałem zapamiętać, dlaczego w ogóle ją otworzyłem i czego chciałem? To było przecież dzień później. Ale musiałaś iść. Pożegnaliśmy się w sposób nieprzystający przyjacielowi czy rodzinie. Prawie zapomniałem oddychać. Z niemałym trudem dźwignąłem się, by jeszcze raz spojrzeć. Było blisko, ale przecież nie mogłem się udusić przed deserem, w towarzystwie nie wypada. Wyjechałaś.



"Na niby"


Wyjechałaś. Trudno się przygotować na decyzję, o której wie się wcześniej. Powstały czas nie mógł pozostać pusty, zmarnowany, dlatego postanowiłem, że poświęcę go dla siebie, jednocześnie co jakiś czas dopytując znajomych. Po pewnym czasie nawet sami rozpoczynali od tego rozmowę, karmiąc mnie brakiem informacji. To jak połykanie powietrza, gdy jest się spragnionym, więc nic dziwnego, że pozostały jedynie myśli. Właściwie to były bardziej domysły, czy aby nie poznałaś kogoś dla siebie, kogoś, kto bez problemu zdmuchnie wspomnienia raptem jednej potyczki z przytłaczającym zimnem w naszym zielonym schronieniu. Przez cały ten czas nie pisałem listów, nie wiedząc nawet, czyją ulicę podać na kopercie.

Jak się pewnie domyślasz, im bliżej Twojego powrotu, tym mocniej go wyczekiwałem. Trudno podpytać koleżankę, by nie wydać się nachalnym, trudno wypytywać kolegę, który widział Cie raptem dwa razy. Jakże frustrujące uczucie, gdy wiedzą o Tobie więcej niż ja. Chłonąłem tę wiedzę i zastanawiałem się, ile murów przyjdzie mi odbudować, by dom, zwany zaufaniem, dźwignął się wysoko ponad linię stokrotek. Nie raz już udowadniałem, że nie każdy facet jest taki sam i niejednokrotnie odkrywałem, że nigdy wcześniej nie poznałem takiej kobiety... by w końcu przekonać się, że nigdy nie poznałem i poznawać więcej nie powinienem. Brzmi jak kiepska reklama siebie, prawda? Właściwie to nie wiem, czy nie piszę za dużo, bo w końcu ktoś postanowił pokierować mnie bliżej światła. Numer dla mnie od Ciebie poprzez nią. Być może absurd, być może ręka szatana, lub tylko coś, co niektórzy nazywają sygnałem do ataku. Nie trzeba było mnie zachęcać do tego, bym zaraz do Ciebie napisał, ale i tak zrobili to inni. Powinienem tutaj przestać i podrzeć ten list.

Ludzie nie piszą już listów. Starałem się jak najwięcej zmieścić w tym wiecznie wąskim ekranie, próbowałem przekazać uczucia. Dwie kropki, średniki, przecinki, nawiasy - tym stały się moje uczucia, stłamszone w ograniczeniach ekonomicznych, o których bezlitośnie przypomina mi zawartość białej koperty w pocztowej skrzynce. Jednak czy brak tych żółtych buzi w Twojej odpowiedzi świadczy, że jestem Ci już obcy? A może po prostu się boisz? Nie możesz bać się bardziej niż ja, kiedy kładłem się spać z myślą, iż napisałem godzinę temu i wciąż nie ma odpowiedzi. Przecież się podpisałem, przecież się postarałem. Tak się rodzi bezsenność, tak się rodzą moje rozmowy z Bogiem o wszystkim.

Powinienem stać w deszczu pod Twoim oknem, w jednym ręku trzymając serce, w drugiej parasol rozsądku. Dla mnie czy dla Ciebie? Siedziałem jednak w autobusie, a spływający po szybie deszcz nie wnosił niczego. Czasem jest taki deszcz, którego nie pokonają wycieraczki. Wtedy ludzie uciekają pod parasole. Może powinienem wyjść i zaryzykować. A co z moim listem? Papier też moknie.

Przyszła i odpowiedź. Bez kropek, średników, nawiasów. Ale to może nic nie znaczyć. Spojrzałem w niebo. Suche.
It can't be outdone
Odpowiedz
Dobra, przeczytałam większość, to mogę komentować - podoba mi się. Ciekawie piszesz, w sposób nie do końca jednoznaczny, zastanawiający. Tak trochę od serca, trochę zagmatwanie, ale na pewno w sposób interesujący i intrygujący.

Odpowiedz
Dodam właściwie kontynuację czegoś, co wkleiłem tu wcześniej. Długo się do tego zbierałem, ale napisałem wtedy, kiedy trzeba - w nocy, gdy nawet zmęczenie ciała nie jest w stanie zatrzymać myśli. Kto zgadnie której pracy to kontynuacja?



"Woda wciąż nie ukrywa jej"


Nie wypatruje świtu. Wiem, że jest majestatyczny, ogrzewający serce, lecz odległy, nie pasujący do teraz. Trudno oczekiwać, by odbijał się w tafli zamkniętej szczelnie wody. Chociaż wiem, że nieco już wystygła, to zanurzam smukłe palce, rozkoszując się gładkością nóg. Trochę jeszcze szczypie, ale wiem, że On to uwielbia. Trochę się wstydzę tego, że odkryłam jego pragnienie, więc nie przyznam się nigdy, że sama za tym nie przepadam. Jako królowa tafli wiem, że traci to znacznie tak długo, jak woda pozostaje krystaliczna.

Siedzisz tuż obok. Miękka gąbka nie może się równać twojemu dotykowi, jednak wyglądasz dziś na smutnego. Widziałam setki razy tę twarz, za każdym razem czując zawiść wobec tych, którzy kradną ci radość i dają smutek. Czemu im na to pozwalasz? Weź chłodny nóż i zadaj cios, krew niech będzie wszędzie. Na Boga, przeżyję nawet nowiutki dywan hiszpański, który tak uwielbiasz zabierać z salonu i rozkładać na balkonie, rozkoszując się wiosennym słońcem. Wszystko traci wtedy znaczenie i możemy leżeć tam obok siebie.

Zupełnie jak teraz, jednak jest cicho. Każdą chwilę analizuję setki razy, tysiące uderzeń noża w umyśle dla tych, którzy skradli ci słowa. Nie wiem już co począć, więc pod kołdrą spokojnie gładzę smukłe uda, przywołując w pamięci te wszystkie słodkie kąśnięcia, gdy nie byliśmy do końca grzeczni.

Chciałabym, byś wybaczył mi, że zepsułam tak dobry dzień. Przytulić się i objąć stopami, by poczuć się bezpiecznie. Nie mogę. Patrzę w bok. Zostawię je i wrócę do ciebie. Kiedyś.

Mruknij chociaż, że mnie kochasz...

... może lepiej chodźmy spać.

Towarzyszą mi w drodze do chłodnej kuchni.

Nigdy nie znajdziesz śladów moich stóp na miękkim dywanie.

[Dodano po 4 latach]

Przejrzałem temat i trochę przemodelowałem, by lepiej się czytało. Niedługo też coś dodam

[Dodano po 3 latach i 6 miesiącach]



"początkujące"

Najmniej boimy się tego, co potrafimy nazwać. Imię daje otuchę, pozwala opisać jakimkolwiek językiem to, na co jeszcze nie mamy żadnej nazwy. Chociaż nam się wydaje, że potrafimy sklasyfikować wszystko, to jednak wciąż wiele pozostaje nieodkryte. Ta zupełnie niepotrzebna mądrość gryzie w oczy każdego wieczora, ale nie jest w tym momencie najważniejsza. Liczy się bowiem to, że znam własne słowa, by to nazwać.

Nazwę to błyskawicą, podróżującą po nocnym niebie bez tchu i sumienia. Niema, głucha lecz nie ślepa, doskonale wie, dokąd zmierza. Zna swój cel, zna imię i niemal każdy wie, kiedy należy się jej spodziewać. Ten swego rodzaju prezent nie jest jednak wymarzoną podróżą czy obietnicą choć kilku chwil zabawy. Jest stratą, poczuciem niesprawiedliwości, marną namiastką tego, co nastąpić musi. Stanowi o jedynym świetle w okolicy. Na tyle krótkim, by przez okno ujrzeć na ulicy samotną postać. Jeśli ktoś stoi tam przy szalejących błyskawicach musi być niewątpliwie wyrzutkiem, samotnikiem, samobójcą... lub królem wszystkiego poza tym jednym, co zmierza bez tchu i sumienia. Pojawia się tylko przez kilka sekund, ale to w zupełności wystarcza, by rozpoznać twarz. Skryta za kapturem, jest w istocie krzykliwie widoczna i znajoma. Ma imię, wyryte w każdym rzucanym spojrzeniu. Zdaje się, że wypychasz je z pamięci, ale ono tam jest... przez tych kilka sekund na pewno tam jest.


Nazwę to wpół uśpioną garścią niczego. Domem czegoś, co nic nie zmieni, ale chociaż raz spróbuję się położyć i przed snem zmówić modlitwę. Nie chcę się zastanawiać, czyją dziś twarz ma Bóg. Ważne, by pamiętał moje imię zwłaszcza wtedy, gdy pojawi się przez te kilka sekund. W kawalkadzie błyskawic, w krzyku upadających ścian i tańcu ognia.
It can't be outdone
Odpowiedz
← Fan Works

Couruna - Odpowiedź

 
 
Wczytywanie...