Sesja Tokara

- Heh, ty to dopiero umiesz pocieszyć, dobrze mieć cię obok w trudnej chwili - odpowiedział z uśmiechem Rogers patrząc na lądujący prom. Niemal natychmiast po tym, jak jego podwozie dotknęło ziemi otwarła się klapa i z UD-4 błyskawicznie zaczęli wylewać się opancerzeni i uzbrojeni żołnierze, rozstawiając się w szyk obronny lub kryjąc za skałami. Widać było, że bardzo sprawnie taksują okolicę. Widząc was skierowali w waszą stronę lufy swoich karabinów. Rogers uniósł tylko otwartą dłoń tak, by reszta "Wilków" zrozumiała komendę.
- W samo południe zjawili się kowboje... Jak myślisz, ich mózgi zdążą nawiązać z nami rozmowę zanim ręce nas zastrzelą? - Zapytał Rogers, widząc jak od promu zbliża się szybkim krokiem w waszą dwójka Amerykanów.
- Zawsze do usług - wyrzucił peta i wskazał na nich - Tym sterydy chyba jeszcze mózgu nie wyżarły. Inaczej nie fatygowaliby się z kompanią powitalną. - Odpalił kolejnego papierosa, przez tych Jankesów dostanie kiedyś raka płuc - Choć diabeł jeden wie, patrząc na tą całą szopkę, jaką odwalili przy z lądowaniu.
Żołnierze podeszli do was, trzymając broń w pogotowiu.
- Kto tu dowodzi? - zapytał bez ceregieli pierwszy, średniego wzrostu, z nasmarowanym na pancerzu napisem "Friden", przyglądając się wam uważnie z karabinem gotowym do strzału. Rogers nie odpowiedział i spojrzał na ciebie porozumiewawczo, uśmiechając się półgębkiem.
Odwzajemnił ten jakże cyniczny uśmiech. Z politowaniem popatrzył na tego bezczelnego chłoptasia, który hardy jest z pewnością tylko wtedy, kiedy jego dupsko osłania uzbrojona po zęby grupa marines. Miał ochotę go walnąć w pysk za tak bezpretensjonalne zachowanie. Zaciągnął się kolejny raz. Ruchem głowy wskazał na kapitana, wolał nic nie mówić i nie zaogniać, już napiętej, sytuacji.
Rogers zdawał się nie być szczególnie zaskoczony takim obrotem spraw. Na krótkie pytanie odpowiedział równie krótko:
- Ja, Kapitan Michael Rogers, "Space Wolves", Kanadyjskie Siły Specjalne. - a potem dodał iście kapralskim tonem - Podajcie swój stopień i nazwisko żołnierzu.
- Starszy szeregowy Johan Friden - Padła automatyczna odpowiedź. - Nasz dowódca chciałby z wami porozmawiać.
- No to dawajcie go tu!
Recon wykonał jakiś umówiony gest do reszty oddziału przy promie i po chwili zauważyłeś kroczącego w waszym kierunku najbardziej podręcznikowego, kosmicznego kowboja, jakiego tylko mógłbyś sobie wyobrazić. Szedł sprężystym krokiem w lekkim pancerzu, ze snajperskim "Venomem" przerzuconym przez plecy, ale tym, co najbardziej przykuło twą uwagę, były dwa Colty "Peacemakery" wiszące w kaburach na jego biodrach, razem z pasem z amunicją. Nawet trzymany przez ciebie Kałach nieświętej pamięci Wasyla wysiadał przy tej żywej skamielinie.
Odkaszlnął i powiedział półgębkiem do kapitana - Oj... widzę, że do miasta przybył nowy szeryf. - Parsknął i wziął kolejnego bucha - Интересно, где он потерял своего верного коня? - (Ciekawe, gdzie zgubił swojego wiernego rumaka?) Czuł, że trafił do koszmaru, z którego nie mógł się obudzić.
Rogers również zaśmiał się krótko.
- Co my tu mamy Friden? - zapytał kowboj podchodząc do was
- Kapitan Michael Rogers, "Space Wolves", Kanadyjskie Siły Specjalne - odpowiedział Amerykanin wskazując na Rogersa.
- Kapitan James Paton, Wojsko Stanów Zjednoczonych - przywitał się kapitan ze wskazanym mu dowódcą, wyciągając rękę.
- Skoro już mnie przedstawiono, pozwolę sobie zapytać co was sprowadza do tego kurortu - odpowiedział kapitan Rogers, potrząsając krótko jego dłonią.
- Otrzymaliśmy sygnał "SOS" od naukowców z tej stacji. - Odpowiedział Paton i przerwał, włączając swój komunikator przy pancerzu - Collins, każ plutonowi spocząć, wszyscy do mnie - Zwrócił się znów do Rogersa - Jako jednostka amerykańska byliśmy najbliżej planety i otrzymaliśmy rozkaz przeprowadzenia rozpoznania i zabezpieczenia stacji oraz, jeśli to możliwe, uratowania pracowników stacji. Gdyby sytuacja stała się zbyt trudna, wezwiemy oddział Marines. Co natomiast wy robicie w tym... kurorcie?
- Znacznie mniej, panie kapitanie - Odpowiedział z uśmiechem Rogers - Poszukujemy jedynie bandy terrorystów, którzy gdzieś w środku tej przeklętej dżungli chcą przehandlować dwie skradzione głowice atomowe.
- O w mordę, to nieźle... - zwrócił się raz jeszcze w stronę komunikatora - Cholera jasna, Collins, wydałem jakiś rozkaz! - krzyknął i usłyszał w odpowiedzi długi szum pełen zakłóceń.

[Możesz wtrącić swoje trzy grosze ]
- Jakby szanowny kapitan nie zauważył mamy dziś malowniczą pogodę - Ostentacyjnie otrzepał rękaw z tego ołowianego gówna latającego wokół - Dlatego wasz sprzęt odmawia posłuszeństwa.Potrzebne będą przeróbki, o ile w ogóle zamierzacie tutaj dłużej zostać... - Dopalił papierosa i rzucił go na ziemię - Niech pan lepiej wyśle jednego ze swoich ludzi z rozkazami. Po tym co dzisiaj przeżyliśmy, nie chciałbym, żeby teraz jakiś nadgorliwy kowboj odstrzelił mi tyłek.
Paton spojrzał na ciebie ołowianym wzrokiem
- Sadowski, zawołaj oddział - i zwracając się do Rogersa, wciąż patrząc na ciebie - Panie kapitanie, proszę zwrócić uwagę swojemu człowiekowi na to, jakich słów używa wobec oficera.
- Mój człowiek ma prawo używać takich słów, jakie mu się podobają po tym, co tu dzisiaj zastaliśmy - odwarknął Rogers - Nie wiem, czy macie jeszcze kogo ratować, ale w tej stacji znaleźliśmy tylko rozerwane od środka ciało jednego z naukowców, którego dorwał jakiś pasożyt, który wylazł z ohydnego jaja w piwnicy. Potem napadł na nas jakiś niewidzialny sukinsyn, który zabił trzech moich ludzi i krwawił na jasnozielono - wskazał ręką fosforyzującą plamę na ziemi nieopodal - Jeśli jest mi pan w stanie to wyjaśnić, kapitanie, to zapraszam do współpracy. - wskazał gestem wejście do bloku A.
Paton milczał przez chwilę.
- W porządku. Friden, obejrzyj tego trupa i powiedz mi, czy mamy do czynienia z tym, o czym myślę.
- Lev, zaprowadź starszego szeregowego i streść mu przebieg wydarzeń - zwrócił się do ciebie Rogers, zapraszając Patona do budynku

[Dodano po 22 godzinach]

- Prowadź - Odezwał się Friden - Gdzie ten trup?
Odwzajemnił wzrok - Rozkaz, kapitanie. - Skierował się w kierunku miejsca, gdzie zrobiono tymczasową kostnicę - Zostaliśmy wysłani na tą pieprzoną planetę w celu zlikwidowania jakichś imbecyli, którym się zapragnęła własna głowica jądrowa. Na miejscu miała czekać grupa "Weylanda", która miała nam udzielić informacji, ale zastaliśmy kompletnie opuszczoną stację. Próby nawiązania łączności są skazane na porażkę bez niezbędnych przeróbek, co już miałeś okazję zaobserwować. Tak samo jak namierzenie kogoś za pomocą czujnika ruchu... Co do trupów to na początku znaleźliśmy jednego, przytwierdzonego do ściany za pomocą jakiejś zielonej mazi. Obok niego stało jakieś ogromne, otwarte jajo, a sam gość miał rozerwane bebechy, tak jakby raczył się granatami ręcznymi na śniadanie. Zaraz potem zasadził się na nas ten zakamuflowany skurwiel z laserową bronią. Raczej nie było to człowiek, chyba, że terroryści wyhodowali jakiegoś pokręconego mutanta. Trochę go zraniliśmy, ale zabił trzech dobrych ludzi, których postanowił jeszcze poddać dekapitacji. Resztę wniosków już wysnujesz sam.
Gdy weszliście na trzecie piętro do sali medycznej, Recon przez chwilę oglądał zwłoki.
- Łoch - wydał z siebie dźwięk gdy ujrzał trupa. - Nie ciekawie to wygląda. A to co tam leży, to to co zostało z 'intruza'?
- No ten już faktycznie nie pociągnie... - wyciągnął ponownie swoją chustkę nasączoną perfumami, w pomieszczeniu panował cholerny smród - Tja... Na to wygląda.
Starszy szeregowy Friden obejrzał starannie trupa, jakby spodziewał się znaleźć w nim kilo złota, zachowując twarz w stylu "10 lat wśród Indian" przy powstrzymywaniu się od rzygnięcia w związku z fetorem. Gdy wszystko, co dało się ustalić w kwestii nieboszczyka stało się dla niego jasne odwrócił się i skinął ci głową na znak, że idzie do swojego dowódcy, po czym wyszedł. Tak, Rogers pewnie coś ustali z tym prakowbojem, więc w sumie też warto się tam udać. Tuż przed schodami na niższe piętro zobaczyłeś Johnsona, który bezczelnie wiódł wzrokiem za schodzącym po schodach Reconem.
- No i jacy ci Amerykanie? - zapytał murzyn.
- John Wayne i reszta jego naćpanych sterydami rewolwerowców...- splunął na ziemię - Do tego mówią nam mniej niż wiedzą, cуки... (sukinsyny).
- Tak jak myślałem. Coś mi się nie widzi nadstawiać za nich dupy
Zeszliście na drugie piętro. W głównym, teraz zatłoczonym pokoju, znajdowało się dwóch "Wilków" oraz pięciu Reconów, a także Rogers i Paton pochyleni nad dużą mapą rozłożoną na stole. Od przestrzelonego, dużego okna z widokiem na lądowisko ciągnęło niemiłosiernie chłodem, a w dodatku słyszałeś słaby pomruk grzmotów, który musiał dochodzić gdzieś od strony lasu. W grobowej ciszy słychać było tylko wymianę zdań między dowódcami. Widziałeś Fridena, który podszedł do Patona by zdać mu relację z oględzin trupa. Rogers przywołał cię gestem do siebie.
- Sprawa wygląda nieciekawie. Amerykanie zrobili zdjęcia ze swojej Conestogi - wskazał ci palcem skan zdjęcia obozu:



- Ten obóz znajduje się 20 - 30 minut szybkiego marszu na wschód stąd, zakładając, że po drodze nie napotkamy żadnych niespodzianek. Z jednej strony otaczają go jakieś tutejsze wzgórza - wskazał ci prawą część mapy - z drugiej jakiś górski potok (oznaczony czarną cyfrą 1). Razem z Amerykanami podzielimy się na trzy grupy. Pierwsza, z którą pójdę ja, podejdzie od bezpośrednio od strony lasu (numer 5). Na pewno wejście jest jakoś zabezpieczone. Zajmiemy ich na tyle, by druga grupa, z którą pójdziesz ty, wyłączyła zasilanie wszystkiego, co ma tam prąd - wskazał ci palcem budynek numer 1 - Terroryści pogubią się po ciemku i zupełnie ich to zaskoczy. Kiedy już to zrobisz, grupa Patona wesprze moją i obie te grupy wejdą do obozu. Gdybyście mieli problemy utrzymajcie się w tym budynku aż do was dotrzemy. Bomby i ewentualni zakładnicy znajdują się zapewne tu - wskazał palcem największy budynek na przeciwko budynku nr 1 -, bo to stary budynek poprzedniej stacji, jak się okazuje z tutejszych map. Nie możemy wpaść tam na pałę, bo jak rozpieprzymy procesor atmosfery - postukał w punkt oznaczony jako 2 - to wszystkich nas tu szlag trafi razem z tym pieprzonym sektorem. Te dwa - pokazał budynki 3 i 4 - zdają się być dostawione. Nie wiem, czy po prostu jest ich tak wielu, czy ktoś już się zjawił na handel i podzielili obóz na dwa równoległe. Ale to możliwe, bo widać dwa promy - wskazał palcem dwa podłużne kształty po przeciwległej stronie bazy - Jedynym sensownym podejściem dla was, wydaje mi się rzeka. Powiedz mi ilu ludzi ci potrzeba i ile czasu mamy ci zapewnić robiąc bajzel dookoła. Cała elektryka jest pewnie taka sama jak tu, tylko bardziej przegniła i zeżarta przez wiewiórki, czy co tam biega w tej dżungli.
Pokiwał głową na znak zrozumienia - Myślę, że jak nas będzie trzech to będzie dobrze. Czas, w zależności od sytuacji jaką zastaniemy w budynku 5-10 minut. Zrobienie kipiszu nie jest wielkim problemem. Mam tylko nadzieje, że ten potok nie jest jakiś toksyczny... - popatrzył na marines - ...i czy naszym nowym przyjaciołom można ufać.
- Obawiam się, że teraz nie tyle "można" co "trzeba" - powiedział cicho Rogers - Chyba zaraz spadnie deszcz. Może dzięki temu ten cholerny pył trochę opadnie...
- Okej, drogie panie, proszę do mnie! - przekrzyczał Rogersa Paton, zwołując swój oddział i wyjaśniając w słowach bardzo podobnych do tych, które już słyszałeś, plan akcji. Pod koniec zwrócił się do obecnych "Wilków" - Starszy szeregowy Friden potwierdza, że na planecie znajdują się Xenomorfy, więc uważajcie na to, co biega w lesie. Naszym kanadyjskim kolegom wyjaśniam, że są to wyjątkowo brzydkie i wredne humanoidalne karaluchy, które są piekielnie silne, szybkie i mają kwas zamiast krwi, więc uważajcie w co strzelacie.
- No pięknie kurwa, jeden, wielki, murzyński chuj - Stwierdził filozoficznie Rogers, nie zwracając uwagi na pełne zdziwienia oblicze Johnsona - Dobra Lev, dobierz sobie kogoś z naszych i jednego albo dwóch od nich, wedle uznania. Za 10 minut spieprzamy z tego burdelu do jeszcze większego burdelu. Wszystko jasne?

[Dodano po 2 dniach]

[Zaraz karabiny zardzewieją, a prawnuk Łukaszenki kupi te atomówki i tyle ich zobaczycie, jeśli nikt się nie ruszy...]
- Jak Słońce kapitanie. - Zasalutował nonszalancko i podszedł do jednego z członków swojego oddziału - Dobra, Johnson... Idziesz ze mną, weź z dwóch od nich, ale takich co jeszcze mają mózg i nie strzelają do każdego żywego stworzenia jakie zobaczą. Za kilka minut stąd spieprzamy. - po czym zaczął przygotowywać niezbędny sprzęt.
Johnson przyprowadził ci znanego już starszego szeregowego Fridena oraz dziwnie wyglądającego, niewielkiego Recona, którego wszyscy nazywali "Żółtym". Wyruszacie gdy deszcz rozpadał się na dobre. Nadal jest zimno i wietrznie, lecz przynajmniej przestało krążyć pył powodujący zakłócenia w transmisji. Szybkim, acz ostrożnym krokiem pokonaliście dystans około 2 kilometrów dzielący bazę wraz ze skalnym "pustkowiem" od lasu. W bladym świetle dwóch księżyców widzisz zarysy wysokich drzew i traw, które po bliższym przyjrzeniu się okazują się być popielate lub płowo zielone. Słyszysz ciche pikanie wykrywacza ruchu, świadczące o tym, że sprzęt lekko wariuje na deszczu, pokazując ruchy niezliczonych liści poruszanych kroplami wody, lecz na szczęście nie na tyle, by Amerykanie stracili orientację w terenie (czego nie można było powiedzieć o Johnsonie, choć radził sobie jak mógł ze swoimi odczytami). Wszystkie trzy grupy idą w odstępach mniej więcej sześćdziesięciu metrów. Choć Friden na twe pytające spojrzenie pokręcił tylko przecząco głową dając do zrozumienia, że odczyt z wykrywacza wskazuje, iż w najbliższej odległości nie porusza się żaden rozumny organizm masz wrażenie, że nie jesteście tu sami. Parę razy coś fosforyzującego mignęło w głębi między drzewami, być może tutejszy motyl, ważka lub coś podobnego.
- Dobra dziewczęta, kierujemy się na południowy wschód. Oczy i uszy szeroko otwarte. W razie czego ostrzegacie naszych kanadyjskich kolegów. - usłyszałeś głos Patona w słuchawce hełmu Fridena, zerkając mu przez ramię na wykrywacz ruchu.
- A kanadyjscy koledzy "w razie czego" wspierają ogniem naszych dzielnych kowbojów - dodał Rogers, który najwyraźniej usłyszał poprzedni komunikat, zagłębiając się w las ze swoją grupą.

[Dodano po 20 godzinach]

Postąpiliście kilkadziesiąt metrów w gęstwinę, poruszając się w zwartym szyku. Słyszysz, jak idący w środku Friden szepcze do swojego kumpla z oddziału.
- Co o tym wszystkim myślisz?
- Na pewno coś tu żyje... - stwierdził z namysłem chłopak zwany "Żółtym". Faktycznie, wyglądał na totalnego żółtodzioba, nie więcej niż 18 lat. Przeszedł kilka kroków głębiej w las i wskazał Amerykaninowi ślad, którego sam za nic byś nie dostrzegł - Na pewno jakieś duże zwierzęta - pokazując odcisk dużego kopyta, lub czegoś podobnego. - Małe również - dodał wodząc wzrokiem za ogromną, fosforyzującą na fioletowo ważką, która przeleciała tuż przed wami, zostawiając ślad na motion trackerze.
← Alien
Wczytywanie...