Sesja Matta

Momentalnie weszliście w atmosferę, która swym zwyczajem próbowała spopielić przedzierającego się przez nią intruza. Turbulencje były gwałtowne, ale trwały krótko i szybko ujrzałeś znajome aury miejscowej fauny i flory. Nie wszystko było jednak tak, jak powinno. Obniżaliście lot, zbliżając się do świątyni, wokół której kłębiło się coś niepokojąco ciemnego i mrocznego.
- Cokolwiek będzie się dziać, nie możesz zapomnieć kim jesteś i kim nie chcesz być. - stwierdził Harlan jeszcze bardziej enigmatycznie niż zazwyczaj.
Doskonale pamiętałem wizje i wspomnienia należące do Harlana. Może i w ostatnim czasie w moim umyśle i duszy otworzyły się drzwi prowadzące do niebezpiecznych miejsc, jednak sądziłem, że będę w stanie nad sobą zapanować i nie dać się pogrążyć w mroku, cokolwiek by się nie działo.
Przez chwilę poczułem się nieswojo i wiedziałem, że muszę coś powiedzieć. - Harlanie, gdybyś zauważył, że... staje się kimś, kim nie powinienem... mam nadzieję, że będziesz wiedział, co robić.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Mistrz znów przemilczał kilka sekund.
- Mam nadzieję, że nie będę musiał. - powiedział wreszcie, gdy zaczęliście kołowanie kilkaset metrów nad świątynią. Jej wnętrze pulsowało wręcz mieszanką ciemnej jak smoła i ciemnobłękitnej Mocy, która obecnie koncentrowała się wokół wielkich wrót do świątyni, zatrzaśniętych szczelnie.
Postanowiłem nie zakładać najgorszego scenariusza. Życie i tak samo często okazywało się wystarczająco męczące, nie trzeba mu pomagać. Wszystkie moje zmysły weszły w stan totalnego, najwyższego alarmu i czujności - to, co działo się pod nami wysyłało sygnał tak silny, że dziwiłem się, iż w pobliżu nie ma jeszcze innych statków z Jedi. A to... to mogło znaczyć, że czeka nas cholernie trudna przeprawa, w której z jednej strony wcale nie chciałem brać udziału, a z drugiej aż rwałem się do akcji.
- Miejmy to już za sobą. - Westchnąłem z udawaną rezygnacją.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Podeszliście do drzwi, przy których czekała już na was Kaileen.
- Przygotujcie się. - powiedział Harlan, gdy maszyna zaczęła pionowo osiadać. Twi'lekanka poprawiła lekku i miecz przy pasie. Twój żołądek stał się nieco cięższy, nogi lekko zadrżały, a klapa drzwi z sykiem zaczęła się opuszczać, zamieniając się w trap. Wszystko co czułeś i widziałeś wokół było tak bardzo paskudne, że nawet Harlan w całej glorii swej bojowej furii podczas walki z Primusem zdał ci się mniej przerażający, niż podówczas. Mimowolnie wzdrygnąłeś się na tę sensację.
Niby od niechcenia zacisnąłem mocniej dłoń na rękojeści miecza. W tej chwili nic nie cieszyło mnie bardziej niż świadomość, że mam przed sobą kogoś takiego jak Harlan - nieważne, że moc bijąca od świątyni była o wiele potężniejsza od niego, mnie, Kaileen czy całej naszej trójki razem wziętej. Wziąłem głęboki oddech i skoncentrowałem się jedynie na tym, co nas za chwilę czekało.
- Jestem gotów.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
We trójkę poszliście w tamtym kierunku. Jeszcze przed wejściem natrafiliście na dwa ciała Jedi. Stając w drzwiach dostrzegłeś natomiast kilka sylwetek stojących w połowie długiego, świątynnego korytarza, bliżej zaś postać człowieka, który mówił do znajdującej się dalej grupy:
- Nie zamierzam dawać wam rady. W moim ciele uwięzione są dwie dusze, moja i Kuna. Chwilowo, przy władzy jest moja, jednak do czasu. Dajcie mi statek, odlecę na Balmorrę, i obędzie się bez większej ilości ofiar. Przynajmniej tutaj. Do kogo należy ta korweta, która tu przed chwilą wylądowała?

- Do mnie. - odpowiedział Harlan. Człowiek obrócił się gwałtownie i zobaczyłeś znajomą ci twarz Kyle'a Solusara, jednego z rycerzy. Jednak jego obecny stan był zupełnie inny. Nie była tu typowa aura rycerza Akademii, lecz trupia, brudna i odpychająca barwa, przetykana bladością i strzępami czerwieni. Aury pozostałych zgromadzonych pozwoliły ci rozpoznać członków Rady. Był wśród nich Heske, był także Frey, który najwyraźniej umierał właśnie na podłodze. Nie było natomiast śladu aury Kendara ani trzech pozostałych mistrzów.
Od obrzydliwej aury Solusara aż przewracało się w żołądku. Zatrzymałem się wpół drogi, mniej więcej pół kroku za Harlanem. Cokolwiek tu się stało, byłem prawie pewien tego, co może się stać - Solusar nie dostanie naszej korwety. W miarę możliwości trzeba było rozstrzygnąć sprawę tu i teraz, bo później mogło to skończyć się jeszcze gorzej.
- Uważaj, Harlanie. - Syknąłem tylko w jego stronę, jakby sam nie wiedział co ma robić.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
- Dostanę ten statek? - wycedził Solusar.
- Oczywiście, kiedy tylko zostaniesz oddelegowany do jakiejś misji dyplomatycznej. - odparł Harlan ze spokojem i ciepłym uśmiechem - Rzecz jasna będziesz musiał przejść odpowiednie szkolenie w zakresie protokołów i etykiety, ale myślę, że w świetle twoich ostatnich zachowań - omiótł wzrokiem otoczenie - Rada może nie wyrazić zgody na taką promocję. Więc, Kyle, albo pójdziesz z nami i zastanowimy się jak ci pomóc, albo głupio odmówisz, słuchając równie głupich podszeptów i nie pójdziesz już nigdzie.
Czy to za sprawą talentów perswazyjnych Harlana, czy dzięki dziwnej twi'lekańskiej pieśni, którą cicho zaczęła nucić Kaileen, pomagając ci odzyskać spokój i jasność umysłu, Solusar odpowiedział:
- Pójdę z wami.
Słowa jeszcze nie przebrzmiały, a jego lewa ręka już sięgała po miecz. Starał się jakoś ją powstrzymać, ale kończyna wciąż poruszała się powoli w stronę broni.
- To chyba nie będzie takie łatwe... - powiedział Harlan obserwujący go z pewnym zainteresowaniem.
- Radziłbym się wam pośpieszyć z tym myśleniem jak mi pomóc. To nie potrwa długo. - trzymając wciąż rękę drugą Kyle usiadł i zamknął oczy, jakby usiłował pogrążyć się w medytacji. Kaileen podeszła do niego ostrożnie i mogłeś zaobserwować, jak w przedziwny sposób przelewa trochę swojej energii w niego, wypełniając pulsującą wściekle pustkę swoim własnym spokojem i mocą. Oddech Solusara stał się głębszy, bardziej regularny i spokojniejszy. Jednak wciąż siedział nieruchomo z zamkniętymi oczami. Rodianin Saram podszedł do niego ostrożnie i wyciągnął rękę by zdjąć mu z pasa miecz, lecz wówczas dłoń Solusara złapała go błyskawicznie za nadgarstek, choć on sam nie poruszył się.
- Zostaw go, jak będzie chciał to i tak przyciągnie sobie jakiś miecz. Trzeba jakoś inaczej go powstrzymać. Harlanie?
- Czekamy. - odpowiedział twardo. - To jego walka, jego słabość. On sam musi ją wygrać. Lub przegrać. - dodał w sposób, który nie pozostawił wątpliwości co do znaczenia słowa "przegrać" w kontekście tej sytuacji.
Odszedłem kilka kroków i usiadłem na ziemi. Skoro kontrolę nad sytuacją, przynajmniej chwilowo, przejął Harlan, postanowiłem oddać się własnym rozważaniom. Przez chwilę jeszcze docierały do mnie dźwięki otoczenia, słowa, oddechy, nerwowe kroki i chrząknięcia. Potem nastała cisza. Chcąc, nie chcąc, wszedłem w stadium głębokiej medytacji, w świat, w którym... widziałem. Nie za pomocą Mocy, a w sposób, w jaki widzą inni. Jakbym miał oczy. Sam nie byłem pewien jak to możliwe, w jaki sposób mój mózg mógł wykreować coś, czego nie miał prawa nigdy doświadczyć, i w końcu - czy tak naprawdę właśnie w taki sposób wyglądał świat, kiedy był obserwowany prawdziwymi oczami? Był to jednak tylko szczegół.
Stałem we ciężkiej, gęstej mgle, kłębiącej się wokół mnie niczym węże oplatające wszystkie moje kończyny. Skądś wiedziałem, w którą stronę powinienem iść, aby dojść do celu, jaki sobie wyznaczyłem. Kilkanaście kroków i moim oczom ukazała się olbrzymia brama. Widziałem ją wyraźnie, ponieważ jakby opierała się mgle - nie pozwalała, by ta zbliżyła się do niej na odległość bliższą niż rzut kamieniem. To miejsce... Ten grobowiec. Tak, właśnie tutaj chciałem dotrzeć. Za pomocą Mocy sprawiłem, że po chwili ciężkiego do zniesienia oczekiwania, wrota stanęły przede mną otworem. Z zewnątrz wydobyło się ciche westchnięcie, na wpół zachęcające, na wpół przepełnione rozbawieniem. Rozumiałem tę reakcję, sam nie zachowałbym się inaczej.
Wchodząc do środka, wypowiedziałem pierwsze słowa w rozmowie, jaką miałem zamiar tu odbyć.
- Exarze Kun, czy zechcesz wysłuchać mojej propozycji?
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
- Czy zechcesz wysłuchać mojej propozycji?
- ...echcesz wysłuchać mojej propo...
- ...słuchać mojej...

Echo słów, których nie wypowiedziałeś odbijało się w głębi grobowca, w którym nie byłeś. Rozbrzmiało i zgasło, by zaraz potem powrócić z innym brzmieniem.

- ...cesz wysłucha...
- ...chcesz wysłuchać...

- Zechcesz wysłuchać. - zabrzmiało na koniec między nieistniejącymi ścianami, bardziej jakby słowa te wypowiedziano wprost do twego ucha, lub bardziej wprost do twego umysłu.
Odetchnąłem dwa razy i wszedłem wgłąb grobowca. Panowała tu niczym nie zmącona ciemność, zatem przez chwilę znów poczułem się jak ślepiec, bez możliwości widzenia nawet za pomocą Mocy. Jednak szedłem dalej, wiedząc, że im głębiej zajdę, tym większe będą moje szanse na przekonanie Kuna. Skąd to wiedziałem...?
- Po co ci ktoś taki jak Solusar, Exarze Kun? Jego ciało i umysł nie są w stanie wytrzymać twojej mocy. Zniszczysz go, zanim zdołasz przejąć władzę i nic dobrego dla ciebie z tego nie wyjdzie.
Uśmiechnąłem się lekko, co powinno dodać moim słowom mocy i wiarygodności.
- Dlaczego nie wybrać kogoś, kto z chęcią przyjmie cię jako gościa w swoim ciele? Bez walki? Z... korzyściami dla obu stron?
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Świadomość znów wypełniła iście grobowa cisza. Coś jednak zaczęło narastać z jej głębi, jakby pędząc w twoją stronę z oddali.
- ...miecz...miecz...mój...Mój...Miecz...Miecz... MIECZ....
- ... ODBIERZ MU!...
Ostatnie słowa niemal wyryły mi się na zawsze w podświadomości. Był to krzyk przepełniony tak ogromną Mocą, że aż zapierało dech w piersiach. Jednak... z jakiegoś powodu wiedziałem, że chociaż to, co mam zamiar zrobić jest głupie i cholernie ryzykowne, to nie zrobienie tego może okazać się jeszcze gorsze w skutkach. Rzeczywistość ponownie wlała się w moją świadomość, a ja, z lekkim posmakiem goryczy stwierdziłem, że znów widzę jedynie za pomocą Mocy. Przyjrzałem się Solusarowi i mieczowi, który trzymał u pasa. Czyżby...?
Tym razem nie miałem zamiaru konsultować niczego z Harlanem - wiedziałem, jaka była by jego odpowiedź. Czasem lepiej postawić wszystkich przed faktem dokonanym. Podszedłem jak najbliżej Solusara, tak, aby jeszcze nie zacząć wzbudzać podejrzeń i w ostatniej chwili spróbowałem po prostu wyrwać miecz z jego pasa i przyciągnąć do siebie.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Biorąc pod uwagę, że tuż obok ciebie Heske i Kaileen szeptali o czymś zawzięcie, a parę metrów dalej czterech mistrzów znosiło ciało Freya, zaś paręnaście metrów dalej pod kolumną zatrzymał się Harlan z nieprzytomnym Solusarem i siedzącym na podłodze (nie wiadomo dlaczego, może z wycieńczenia) Ar-Saramem, podejście jak najbliżej, do tego niepostrzeżenie, nie należało do najłatwiejszych. Rozsądek próbował poddać w wątpliwość sens twoich zamiarów. Co prawda w tej samej chwili Saram wstał i oddalił się w kierunku komnat, lecz jego miejsce zaraz zajęła Sa'as.

[Dodano po 16 dniach]

[Chwilowo zamykam temat, rozumiem, że nie masz teraz kompletnie czasu na tę sesję. Jeśli jednak udałoby ci się go jakoś wygospodarować w wymiarze większym, niż jednorazowy i nadal miałbyś ochotę, to odezwij się, a otworzę z powrotem ]

[Dodano po 3 miesiącach]

KONIEC



http://forum.gexe.pl/...-podsumowanie/
← Sesja SW
Wczytywanie...