outpost

[18+] Wszystko pod niebem

To opowiadanie osadzone jest w świecie znanym z serii gier The Elder Scrolls, ale wydaje mi się, że znajomość uniwersum nie jest absolutnie konieczna by móc zrozumieć tekst . Jest bowiem osadzony w odległej, mitologicznej przeszłości, obraca się zaś wokół tematów, które prawie w ogóle w grach się nie pojawiają.

PROLOG
KRÓLOWA PSZCZÓŁ


Pszczoły zdawały się poruszać z precyzją ayleidzkich zegarów.
Tysiące malutkich owadów przelatywało nad głową dziecka w tę i z powrotem, wszystkie podobne do siebie, w żółte i czarne paski, z wielkimi oczami i przezroczystymi skrzydełkami. Siadały na tysiącach kolorowych kwiatów zdobiących szklarnię, po czym zabierały się do pracy przebierając zniecierpliwionymi odnóżami. Żadna nie wchodziła drugiej w paradę, wszystkie znały swoje miejsce i zadanie, ich zmysłów nie zakłócało ani hałaśliwe bzyczenie, ani feeria barw, ani nawet odgłosy dobiegające z piętra powyżej. Czasem jedna z pszczół siadała na wyciągniętych wysoko rączkach, obchodziła uważnie grube palce, wąchała i oglądała to dziwne stworzenie, które zapuściło się do królestwa wielu tuzinów pszczelich królowych.
Chłopiec wierzył, że pszczoła uśmiecha się do niego na swój pszczeli sposób, tak jak on zawsze głośno śmiał się do każdej z nich.
- Żadna pszczoła cię nie użądli – powiedział kiedyś łagodnym, miękkim jak aksamit głosem Lalaioral. – Nie przeszkadzaj im jednak za bardzo. Są bardzo zajęte czynieniem świata piękniejszym.
Wszyscy zawsze mówili, że jest nadzwyczaj mądry jak na swoje zaledwie pięć lat. Myśleli, że ich nie słyszy, że nie słyszy wymienianych ukradkowym szeptem uwag ani nie widzi rzucanych z cienia spojrzeń. On jednak słyszał i widział. Rozumiał. Czy może naprawdę był tak mądry? Chłopiec rzadko się nad tym zastanawiał.
A już na pewno nie w krainie pszczół.
Zawsze je kochał, uwielbiał. Były małe, ładne i puchate, nigdy nie atakowały i zawsze obrzucały mądrym spojrzeniem dużych, czarnych oczu. Takie spokojne i pracowite, no i pracowały w ładny, uspokajający sposób. Czasem chłopiec denerwował się na swoich opiekunów – jak zresztą mogło być inaczej, skoro duzi ludzie tak mało rozumieli? – po czym przestawał, gdy tylko zaprowadzono go do pszczół.
Poza pszczołami były tu też jednak kwiaty, tysiące kwiatów, zielonych, czerwonych, niebieskich, purpurowych. Mówili dziecku, że rosną tutaj, dzięki troskliwej opiece i skromnym zaklęciom, wszystkie kwiaty ze wszystkich zakątków znanego świata… i nie tylko. Na początku chłopiec w to nie wierzył, ale któregoś razu, wymknąwszy się ciemną nocą ze swojej komnaty i przemykając koło chrapiących ciężko, na wpół odzianych strażników, potknął się o małego geniusza. Przynajmniej tak potem istotę nazwał Lalaioral, a Lalaioral zawsze mówił prawdę. Geniusz siedział, a może stał, a może leżał, w przejściu między dwoma rzędami wysokich, jadeitowych donic w których rosły palmowe rośliny z dalekiego południa, które chłopiec bardzo lubił. Człapał niezgrabnie z szeroko otwartą buzią, w ciemności rozświetlanej tylko delikatnym, obcym światłem fluorescencyjnych roślin głębinowych hodowanych w płytkich sadzawkach. Cisza była przytłaczająca i niespodziewana. Gdzie niegdyś kłębiły się roje pszczół, tam teraz przestrzeń była pusta. Pszczoły też chyba śpią, pomyślał wtedy chłopiec, wpatrując się w łukowe sklepienie siedem czy osiem metrów nad rzeźbioną posadzką. Wysokie, wspinające się wzdłuż kolumn ule pogrążone w milczeniu przypominały całą resztę domostwa, tylko co jakiś czas przechadzający się intruz w milczącym królestwie pszczół obracał głowę w nadziei wypatrzenia pszczoły, bo zdało mu się, że usłyszał odległe, samotne bzyczenie w którymś krańcu szklarni. Kiedy któryś raz się tak obrócił poczuł, jak o jego kolano coś się ociera, chłopiec stłumił okrzyk strachu po czym przewrócił się ciężko uderzając o donicę.
- Nie jesteś zbyt zgrabny, prawda?
Intruz poderwał się, ignorując ból w boku i podchodzące do oczu łzy – podobno Ojciec mówił, że płaczą tylko dziewczynki i elfy, a on nie był dziewczynką ani elfem – po czym obrócił głowę.
Geniusz lewitował niewysoko nad ziemią. Długie, wężowate ciało zdawało się pływać i przelewać w powietrzu pomiędzy złotymi obręczami nie szerszymi niż nadgarstek chłopca. Istota zdawała się nie mieć głowy ani oczu, ani kończyn, wisiała jednak w powietrzu a chłopiec miał nieodparte wrażenie, że w jakiś sposób się w niego wpatruje. Upiorne, błękitne światło rzucane przez mgliste, rozmywające się na granicy wzroku ciało geniusza tańczyło na jadeitowych powierzchniach wysokich donic, odbijało się od żłobień w czarnych i szarych płytach posadzki.
- Co tu robisz, mały śmiertelny?
Głos geniusza nie był ani męski ani żeński.
Chłopiec zasłonił dłonią usta i cofnął się, gdy nagle, bez widocznego ruchu, istota znalazła się tuż przed nim.
Oczy bez powiek pływały w energetycznym, rozedrganym ciele geniusza, wszystkie widmowe spojrzenia wijącego się kształtu utkwione w dziecku.
- Ja… przyszedłem oglądać pszczoły – wyszeptał mały intruz po dłuższej chwili.
Nie mógł oderwać wzroku od dziwnego bytu, który napełniał go fascynacją i strachem.
- Pszczoły śpią, dziecko.
- Chcę zobaczyć je teraz.
Odległy dźwięk na skrajach słuchu, a jednak chłopiec był przekonany, że tylko on go usłyszał. Śmiech?
- Opiekuję się albinopirynimami, tylko je znam, tylko je potrafię zbudzić, pszczoły mnie nie widzą ani nie słuchają. Nie mogę ci pomóc. Idź stąd.
W mniej niż mgnieniu oka geniusz był już gdzie indziej, płynąc w powietrzu jak w wodzie w stronę bijących miękkim światłem sadzawek. Chłopiec zorientował się, że ma szeroko otwartą buzię i uniesione uszy, natychmiast przyklepał je do zmierzwionej czupryny, wyprostował się, poprawił spodenki, po czym ruszył zdecydowanym krokiem za geniuszem.
- Chcę zobaczyć pszczoły! – powtórzył z naciskiem, bojąc się jednak zrównać z istotą. – Chcę zobaczyć twoje kwiaty! – dodał, gdy ta nie odpowiedziała.
- Pójdź więc za mną – powiedział w głowie dziecka geniusz, od czasu do czasu znikając i pojawiając się bez ostrzeżenia kilka kroków dalej, tak jakby normalne przemieszczanie się po świecie było zbyt trudne.
Geniusz pokazał mu tamtej nocy rosnące w sadzawce rośliny i pnącza, ich mały, zamknięty pod powierzchnią mętnej wody świat. Małe, ślepe rybki pływające w większych sadzawkach tylko po to, by umrzeć, zjedzone przez mięsożerne rośliny których ogromne, rozłożyste kwiaty emanujące pomarańczowym światłem wystawały tylko nieco ponad taflę wody. Czasem do przechadzających się po szklarni chłopca i geniusza podlatywały inne istoty, dziecko rzadko je spostrzegało, a one szybko znów ulatniały się, tracąc zainteresowanie. Chłopiec dowiedział się wielu rzeczy o wielu sprawach z wielu różnych światów, z których pochodziły rośliny, ale większość z nich następnego ranka już nie pamiętał. Wycieczka zresztą nie trwała długo. Niedługo, a czas mijał w towarzystwie błękitnego geniusza bardzo szybko, rozległy się hałaśliwe kroki na korytarzu.
- Cicho, pszczoły śpią! – mówił nerwowym szeptem chłopiec gdy unosiły go w górę silne, spocone ze strachu dłonie strażników. On sam machał uśmiechnięty geniuszowi na pożegnanie, i zdawało mu się, że istota wpatruje się w niego bez najmniejszego odgłosu, a jednak z życzliwością.
Chłopiec nigdy nie wrócił nocą do szklarni, nigdy już drzwi jego komnaty sypialnej nie były otwarte, a strażników nigdy potem nie zobaczył.
- Zamyśliłeś się?
Chłopiec drgnął w wysokim, bogato rzeźbionym fotelu. Pszczoła wyczuła poruszenie i natychmiast odleciała, bzycząc jakby smutno, w stronę swoich ciężko pracujących sióstr.
- Tak – mruknął.
Gdzieś z góry dobiegały dźwięki potężnych uderzeń, szurania, jęki.
- O czym?
Lalaioral położył na odsłoniętym ramieniu chłopca dłoń w rękawiczce. Rękawiczki Lalaiorala, uszyte z kreciej skórki, były miękkie, tak jak jego głos i uśmiech. Tylko długa twarz Lalaiorala była wyraźna, jakby rzeźbiona zbyt ostrym dłutem. Wysoki elf nachylił się do chłopca i rozciągnął wąskie usta w znajomym, uprzejmym, zmęczonym uśmiechu.
- O moim geniuszu – powiedział chłopiec. Lalaioral zawsze pytał o czym myślał, tak jakby zawsze musiał o czymś myśleć, bezustannie.
- To nie twój geniusz – duże, purpurowe oczy elfa rozbłysły rozbawieniem. Chłopiec poczuł, że robi mu się cieplej, że zaraz się zdenerwuje nawet pomimo tylu miłych pszczół dookoła. Czemu tak często się z niego śmiali? – To świątynny geniusz. Opiekuje się trudnymi okazami.
- Opowiadał mi o albinimypach.
- Albinopirynimamach – poprawił chłopca Lalaioral. – Fascynujące rośliny, doprawdy… Pamiętam, że nadzorowałem ich rozsadzanie w tej części szklarni. Są bardzo skutecznym lekarstwem przeciwko problemom żołądkowym, przydają się też przy uprawianiu magii, ze względu na ich pochodzenie i nasycenie czystą maną…
Lalaioral wierzył, że ciągle trzeba się uczyć. Uczyć, uczyć i uczyć, że nauka nigdy się nie kończy. Dlaczego?, pomyślał chłopiec obserwując pszczoły.
Wtem poderwał się z krzesełka, słysząc zduszony, stłumiony przez skałę i przestrzeń, a nadal głośny krzyk. Nauczył się go rozpoznawać.
- Chłopcze, poczekaj – rzucił za dzieckiem elf bez większego przekonania, jednocześnie dając znak dłonią strażnikom, by ci przepuścili biegnącego ku drzwiom tej części chłopca. Był przyzwyczajony do takich zachowań, jak zresztą mogłoby być inaczej, skoro powtarzały się co kilka dni… Poprawił nieco powłóczystą szatę, założył ręce za plecami i ruszył za dzieckiem, które zdążyło wybiec ze szklarni i co chwila potykając się zmierzało pomiędzy kolejnymi ścianami szkła w stronę schodów.
- Chłopcze! Zatrzymaj się! – zawołał Lalaioral. To nic nie da, pomyślał nic nie rzekłszy, po czym westchnął smutno sam do siebie, wciąż powoli podążając za pędzącym dzieckiem.
- Belharza! – krzyknął elf jeszcze raz za chłopcem, który właśnie dopadł schodów.
Biegło się Belharzie i wspinało na wysokie stopnie z trudem. Ciosane pod ayleidzkie, długie nogi, były słabo przystosowane dla dziecka. Zwłaszcza, że to miało kopytka zamiast stóp. Z wysiłkiem odmalowanym na okrągłej, brązowej, byczej buzi pokonywał kolejne piętra, czasem bardziej skacząc niż chodząc, drapał się po krótkich rogach wyrastających z wysokiego czoła. Odgłosy dobiegające z góry umilkły, jak zawsze w tej sytuacji, i Belharza wiedział, że musi się spieszyć. Kiedyś przecież zdąży.
- Co… - odezwał się tylko zdziwiony gwardzista o pokrytej tatuażami twarzy, gdy tuż obok niego przebiegł mały pół chłopczyk pół byk. Wiódł za nim wzrokiem, gdy chłopiec dopadł potężnych, spiżowych wrót pokrytych misternymi rzeźbieniami i kolorowymi mozaikami. Belharza wiedział jak pchnąć ciężkie wrota tak, by otwarły się bez problemu.
Wpadł do gigantycznej, okrągłej komnaty na samym szczycie Domu Przodków, czy też Wieży-z-Białego-Złota, jak nazywali ją ludzie. Wielkie pomieszczenie przepełnione było zapachem mokrego piżma i ludzkiego potu, pełne ciężkich futer, dywanów, sof, łóżek i niskich stolików, rozklekotanych, starych zegarów i mechanizmów kryształowych, roślin o rozłożystych, mięsistych liściach. Wypolerowane lustra odbijały światło wysoko stojącego słońca, a wiatr dmący pomiędzy szeroko otwartymi drzwiami balkonów rozwiewał kędzierzawe, gęste włosy chłopca, na którego padał potężny cień stojącej na jednym z balkonów postaci.
- Tato! – krzyknął rozpaczliwie Belharza, po czym puścił się biegiem w stronę otwartych drzwi. Tylko niejasny zarys majestatycznej sylwetki na balkonie przesłaniał oślepiające słońce, chłopiec zmrużył oczy.
Na krótką chwilę całe pomieszczenie pogrążyło się w cieniu, po czym Belharza usłyszał bicie skrzydeł.
- Tato! – zawołał raz jeszcze ocierając w biegu łzy płynące po policzkach. – Nie!
Przez tylko mgnienie oka Belharzie wydawało się, że bicie skrzydeł ustało na czas krótszy niż uderzenie serca, po czym wzmogło się. Sylwetka poderwała się z balkonu i w mniej niż chwilę zniknęła.
- Nie!
Belharza padł na kolana, po czym usiadł bezradnie. Nie chciał płakać a być dzielny, tak jak mówił Ojciec… którego nigdy nie poznał. Czasem tylko widział go na tle błękitnego nieba, figurę w przestworzach, wielkie skrzydła i długie, zakręcone, pokryte runami rogi, kopyta twarde jak skała, gęsta sierść.
- Synku…
Chłopiec wstał powoli, odwrócił się w stronę łoża stojącego dokładnie w centrum komnaty, na wysokim podwyższeniu. Pościele pokryte były krwią, sierścią, piórami i nasieniem, zaś na miękkich poduszkach leżała kobieta. Tak drobna na potężnym posłaniu, uśmiechała się teraz słabo w stronę Belharzy i wyciągała rozedrganą rękę w jego stronę. Chłopiec ruszył w stronę łóżka.
- Mamo… - powiedział, tłumiąc płacz, wspinając się na wysokie stopnie dawnego ayleidzkiego ołtarza, po czym wchodząc na miękką, mokrą pościel.
Alessia na wpół leżała na wpół siedziała na czerwonych i beżowych poduszkach, z jedynie krwistoczerwonym rubinem na szyi jako odzieniem. Wielki, wzdęty brzuch lśnił od potu, podobnie duże piersi o sterczących, niemal czarnych sutkach. Brązowa skóra barwy mosiądzu i czarne, gęste włosy pokryte były tu i ówdzie gorącym, parującym nasieniem, które pokrywało też dużo obficiej szeroko rozłożone uda i wypływało wraz z krwią z miejsca pomiędzy nimi. Wszędzie dookoła unosił się zapach boskiego przymierza, którego pierwszym owocem był zbliżający się powoli do matki Belharza.
- Już, już… - szeptała do syna Periff, królowa Alessia, gdy ten w końcu przyczołgał się do niej i wtulił w miękkie ramię, małą rączką szukając piersi. Łapanie ich i ściskanie zawsze przynosiło mu spokój. – Przywitaj się z rodzeństwem… - mówiła, kładąc drugą dłoń pierworodnego na swoim brzuchu.
Belharza szeroko otwartymi oczami pełnymi łez patrzył gdzieś w bok.
Komnata była nienaturalnie cicha. Tylko dalekie śpiewy ptaków i powoli zbliżające się kroki Lalaiorala towarzyszyły leżącym na łożu matce i dziecku.
- Czemu tata mnie nie chce… - powiedział łamiącym się głosem Belharza. Nauczył się nie płakać, choć bardzo chciał.
Jego matka spokojnymi, miarowymi ruchami gładziła zmierzwioną czuprynę synka. Oblizała pełne wargi i zamknęła okrągłe, brązowe oczy. Odetchnęła spokojnie, próbując się uspokoić. Nadal czuła w środku natarczywe, potężne pchnięcia, które przed chwilą wycisnęły z niej oddech.
- Kiedyś będziesz królem – powiedziała, starając się za dużo nie myśleć, jak zwykle w tych sytuacjach. – Kiedyś będziesz królem wszystkiego pod niebem. Nie możesz być smutny.
Moja mama jest jak królowa pszczół, myślał czasem mały Belharza. Odwrócił wzrok wbity wcześniej w zasłaną bordowymi i brązowymi dywanami podłogę, spojrzał na spoczywający między piersiami matki amulet. Czerwony klejnot królów chwały, z którego czasem dobywały się ciche szepty potężnych, smoczych głosów, większych niż gwiazdy na niebie i starszych niż wszystkie morza, głębszych niż pustki niebios.
Belharza o nie nie dbał. Od Tronu Strzaskanych Królestw wolał odpowiedzi.
Czuł się bardzo samotny.

ROZDZIAŁ 1
DESZCZ I OGIEŃ


Dziesięć tysięcy płonących strzał przemknęło nisko pod ciasno stłoczonymi, czarnymi jak smoła chmurami. Większość zgasła niemal od razu smagana strugami deszczu, reszta rozpadła się w pył w zderzeniu z magiczną barierą otaczającą kłębiących się w luźnych formacjach wojowników pod dumnymi, karmazynowymi sztandarami. Kolejny piorun uderzył w wysoką wieżę otoczonej potrójnymi murami cytadeli, z której okien biło upiorne, błękitne światło, rzucając blask na mlecznobiałe zabudowania wspinającego się w górę wapiennego wzgórza miasta. Grzmot zagłuszył krzyki, powarkiwania, wrzaski i przekleństwa dobiegające spośród oblegających.
- Jeśli jest jedna rzecz, o której zdążyłem się nauczyć – mruknął Ajötia. – To na pewno jest nią przebiegłość elfów. Dlaczego to robią? Wiedzą, że nic nie zdziałają.
- Odwracają naszą uwagę – odpowiedział zasiadający na wysokim tronie Belharza.
Namiot następcy tronu był suchy jak gdyby na zewnątrz nie szalała wściekła wichura. Nie do pomyślenia, by syn królowej miał moknąć w deszczu jak jego żołnierze.
- Na szczęście długo to już nie potrwa, bracie. Zmiażdżymy ich przed północą.
Potężna, rozpościerająca się na wysokim wzgórzu, zbudowana z białego marmuru, kredy i wapnia cytadela Weyliichit majaczyła groźnie przed nimi. Między położonym na skraju gęstej puszczy obozem Belharzy a pierwszym z murów miasta rozciągała się płaska, niegdyś uprawna, równina, miejsce nasiąknięte krwią tysięcy, którzy legli w boju ledwie kilka nocy temu. Bardzo wielu poległo w decydującym starciu, gdy siły Belharzy ostatecznie zepchnęły armię króla-czarownika Weyliichit do jego starożytnego siedliska.
- Na nic się Nevenoemu nie zda jego burza – dodał Hjalarmurf, nordycki generał i przedstawiciel wysokiego króla Vragego.
- Nie bądź tego taki pewny – Belharza, jak od dłuższego czasu, wbijał wzrok w rozświetloną wieżę, raz po raz przyjmującą na siebie uderzenia błyskawic.
Nie licząc czarów światła, ognisk rozpalonych pośród żołnierzy na równinie i na murach, szalejących piorunów i martwego blasku rzucanego przez cytadelę króla-czarownika, wszystko pogrążone było w mętnej ciemności. Skłębione chmury walczyły ze sobą i rozdzierały się w dzikim, wywołanym potężną magią szale, zrzucając na dolinę i walczących całe jeziora wody. Oczekujący na dalszy rozwój wydarzeń wojownicy Belharzy musieli teraz już brodzić po kostki w błocie. Musiała zbliżać się dziesiąta godzina po południu, a świat pogrążony był w najczarniejszej nocy.
- Jakie wieści od saperów? – Belharza zwrócił się w stronę stojącego po jego prawej stronie Lalaiorala. Elf patrzył smutnym wzrokiem na majestat Weyliichit, zapewne starając się uspokoić wzburzoną, ayleidzką krew. Po drugiej stronie murów modlili się przecież teraz do wszystkich duchów i przodków jego właśni pobratymcy.
- Żadnych, mój panie – Lalaioral uśmiechnął się przepraszająco. – Najpewniej zostali odkryci. Wysłałem kilka oddziałów do tuneli, poleciłem też czarownikom odprawić rytuały pieczętujące, pomoc atronachów ziemi powinna się przydać.
Hjalarmurf splunął niedyskretnie, cofnął się jednak kilka kroków w głąb namiotu gdy tylko spoczęło na nim karcące spojrzenie Ajötiego. Młodszy brat Belharzy wyrósł na potężnego moritaura, wyższego od następcy tronu niemal o głowę. Białe, grube rogi wiły się wysoko, obwieszone dzwoneczkami i rżnięte w magiczne runy których wzory pokrywały się z misternymi tatuażami spowijającymi umięśnione ciało. Nord był wielkim wojownikiem i olbrzymem pośród ludzi, ale wobec jednego z Synów Byka zdawał się ledwo dzieckiem.
- Działa solarne powinny być już rozgrzane – Caranuach zbliżył się do tronu Belharzy i położył dłoń na rzeźbionym oparciu. – Powinniśmy zaatakować. Teraz.
- Uhrizen nie przysłał wieści – przypomniał Albalikowi Belharza, poprawiając się na niewygodnym siedzisku. Pomimo najlepszych starań rzeźbiarzy, tron był przystosowany jednak do nieco bardziej... ludzkiej sylwetki.
Caranuach pokręcił głową, poprawiając opadające na czoło, gęste loki.
- Otoczenie miasta nic nam teraz nie da, Nevenoe się go spodziewał, wie też, że główne siły przegrupowaliśmy tutaj. Iluzja go nie zwiedzie.
- Czary...
- Nic nie dadzą. – przerwał Lalaioralowi Albalik, uśmiechając się. – Zapominasz, z kim mamy do czynienia.
- Albalik ma rację. – Hjalarmurf ponownie zbliżył się do tronu, stając tuż obok milczącego Ajötiego. – Nevenoe jest Ayleidem. Myśli jak elf. Nie będzie spodziewał się, że po prostu weźmiemy szturmem jego fortyfikacje. Spodziewa się za to podstępu. Nasi saperzy są pewnie straceni, czarownicy Nevenoego na pewno szukali podkopów już od poranka. Mamy przewagę siły, ale czas gra na naszą niekorzyść. Nie wiemy co szykuje dla nas czarnoksiężnik, ale to nie może być nic dobrego.
Błyskawica jasna jak słońce trzasnęła w iglicę cytadeli, zaś potężny grzmot przetoczył się po lesie i strącił wiadra wody z szerokich liści gęsto rosnących drzew, jak gdyby na potwierdzenie słów Norda.
Belharza westchnął ciężko. Przepraszam, matko, pomyślał ze zmęczeniem. Jego generałowie mieli rację, zaś milczenie i wahanie Lalaiorala młody moritaur bez problemu utożsamił z jego nadmierną troską o życie żołnierzy. Troską, którą podzielała i sama królowa wszystkich rzek, Alessia.
- Wznieście sztandary – powiedział, podnosząc się i natychmiast wznosząc wysoko ponad wszystkich zgromadzonych z wyjątkiem brata. Okute czarną stalą kopyto trzasnęło o drewno, gdy Belharza zszedł z tronu i rozprostował potężne ramiona, napinając twarde jak żelazne powrozy mięśnie. – Zaatakujemy od trzech stron. Uhrizen być może do nas dołączy, domykając oblężenie.
Moritaur podszedł do stojącego kilka kroków dalej stołu, na którym rozciągnięto mapę terenu. Miasto o kształcie łzy, wijące się wzdłuż rzeki bijącej z wapniowego wzgórza, zajmowało większą część szczegółowego rysunku. Cały schemat zastawiony był figurkami i tabliczkami reprezentującymi poszczególne oddziały. Belharza zagarnął trzecią część znaczników na dole mapy, po czym przesunął je w lewo.
- Nordowie wraz z częścią naszych wezmą szturmem port – Belharza skinął na Hjalarmurfa, który patrzył na mapę spod krzaczastych brwi. Nord nosił potężną, splątaną w trzy warkocze brodę zdobioną złotymi obręczami i ozdobami, na plecach nosił dwa topory wojenne a przy pasie młot. Był jednym z najstarszych przyjaciół króla Vragego, utalentowanym wojownikiem i nieco zbyt pochopnym w walce taktykiem. – Działa rozbiją mury tutaj… i tutaj… Opanujecie barki i przegrupujecie się w pobliżu ujść głównych ulic, wykorzystamy węzły telluryczne ósmy, dziewiąty, dziesiąty i szesnasty by otworzyć stabilne portale dla posiłków.
- Węzły będą chronione – wtrącił Lalaioral, nachylając się nad stołem. – Mogą też zdestabilizować siatkę magiczną oraz uszkodzić działa, jeśli skanalizujemy manę w portalach.
- Dlatego to będą jedyne, które otworzymy. Dlatego też ruszysz razem z lewą flanką – Belharza uśmiechnął się lekko do elfa, który tylko skinął głową. – Wyślemy tam też drugą część czarowników i szamanów. To ryzyko, na które możemy sobie pozwolić.
- Nie jestem pewny – powiedział Ajötia. – Ayleidzi z pewnością mają w odwodzie jeszcze wielu niewygasłych.
- My też mamy swoje rytuały i swoje czary na podorędziu, bracie, auroranami się nie przejmuj, damy sobie z nimi radę. Skoro już się odezwałeś, to na pewno chętnie poprowadzisz uderzenie z prawej. Weźmiesz trzecią część naszych sił i dział wedle potrzeby, tam też rzucimy najsilniejsze iluzje, niech choć przez chwilę myślą, że chcemy uderzyć frontalnie na przedzamcze cytadeli.
- A nie uderzymy? – zapytał młodszy z moritaurów.
- Nie. Weźmiemy miasto szturmem tak jak gdyby Nevenoe nie szykował nam jakiejś magicznej apokalipsy. Przebiegli czy nie, Ayleidzi na pewno strzegą głównie cytadeli, jeśli król ma wobec nas jakieś plany, z pewnością nie dopuści ryzyka przerwania swoich klątw. Środek poprowadzę ja. Rozbijemy główną bramę z Caranuachem i Kinevre.
- Pełen szturm – odezwał się Albalik, lekko kręcąc głową. – To będzie rzeź.
Belharza wyprostował się, spoglądając na stół, na dziesiątki kolorowych, bezimiennych figurek.
- Tak. To będzie rzeź.
Następcę tronu przeszedł dreszcz podniecenia, którego bardzo nie chciał tym razem stłumić.

***


Nedowie, Nordowie, Colovianie, Albalikowie, Kothringi, Hegatyjczycy, Keptu. Ludzie wszelkich języków, ludów i plemion, o twarzach skrytych za kolorowymi maskami, pokrytych wojennymi barwami, wytatuowanych i zarośniętych, wszyscy padali najpierw na kolana, a potem, wyciągając ręce, na twarz, gdy pośród nich przechadzał się potężny Syn Byka. Belharza, z kapłanem po lewej stronie i Lalaioralem po prawej, zmierzał powoli w stronę obozu inżynieryjnego skrytego pod niskim, prowizorycznym parawanem. Deszcz bębnił intensywnie o barierę rozciągniętą nad wojskiem. Powietrze przepełniał swąd niemytych ciał, potu, moczu i strachu, przemieszany z wilgotną wonią błota i odległym, dziwnym zapachem zawsze przepełniającym ayleidzkie miasta. Tysiąc narzeczy mieszało się ze sobą oraz z setką innych odgłosów pola walki. Belharza wiedział, że stąpa po przykrytych mułem zwłokach, trupach pokonanych i poległych w niedawnej bitwie. Miał na sobie ciężkie, ceremonialne szaty, dzwoneczki na jego rogach podzwaniały z każdym krokiem, a intensywny, gryzący zapach kadzidła, którym gorliwie machał zawodzący modlitwy kapłan nieco łagodził doświadczenie przebywania pośród poddanych.
- Chwała Ośmiu i Jednemu, chwała Akatuush, chwała Diblashuut... – powtarzał raz po raz wierny odziany w symbolikę boga Zenizetheruuta.
Belharza nawet nie zwracał na to uwagi. Już dawno zdążył dowiedzieć się, choć pewnie nie była to wiedza przeznaczona dla niego, że Osiem Bóstw wymyślili uczeni jego pani matki po to, by pojednać walczących pod jej sztandarem elfów, ludzi i inne istoty, spośród których każdy miał jakiś swoich niebiańskich opiekunów. Wielu spośród tych bogów Belharza w ogóle nie znał, choć słyszał ich imiona nieustannie wypowiadane przez jego własnych poddanych. Cyrod przypominało tysiąc tysięcy świątyń zjednoczonych amuletem królów chwały, a Belharzę najbardziej niepokoił fakt, że przynajmniej kilkanaście spośród tych świątyń jest poświęconych jemu. To znaczy nie tylko jemu, ale jemu między innymi. W moich żyłach płyną niebiosa, pomyślał moritaur, spoglądając na szybko znikające w błocie twarze padających przed nim w niewolniczym oddaniu ludzi. Czy naprawdę? Na niektórych z oblicz dostrzegał tylko strach.
- Mój panie!
Odziany w beż i karmazyn moritaur wzdrygnął się i odwrócił w stronę zmierzającej ku niemu małej istoty. Nawet nad najwyższymi spośród innych ras Belharza górował o ponad pół metra, a Illennuz nie należał do najwyższych spośród Koth.
- Boski Bell – Illennuz skłonił się prędko rozkładając ręce. Był garbatym, brzydkim mężczyzną, czy też może niemal mężczyzną, gdyż niegdyś ayleidzcy kształciciele ciał odebrali mu męskość by lepiej służył w ich haremach i laboratoriach. Na srebrnej skórze, pokrytej twardymi jak druty, białymi włosami widniały głębokie, długie blizny pozostałe po brzytwach i batach, zaś w blisko osadzonych oczach oddzielonych garbatym nosem czaiło się szaleństwo. – Nareszcie przybywacie.
Czarne jak węgiel niebo rozświetlił piorun, a nad wojskiem przetoczył się grzmot. Illennuz zdawał się być więcej niż uradowany.
- Czy działa są gotowe? – powiedział sucho Lalaioral, rozglądając się po namiocie inżynieryjnym. Elfy i ludzie biegali we wszystkie strony, niosąc dwemerskie mechanizmy i trybiki, elfickie zegary i klejnoty dusz, złom, niewypały, alchemicznie flakony. Potężni strażnicy stali na baczność prawie ramię w ramię przy schowanym pod płachtą parawanie, zza którego dobiegało piszczenie rżniętego metalu i trzaskały iskry. Gwar był prawie nie do zniesienia, a Belharza zauważył, że pomimo misternych zaklęć Lalaioral ubłocił swojego wysokie, skórzane buty. Musiał być wściekły.
- Boski Bell, będziecie zadowoleni panie – Koth wyszczerzył się i ruszył w stronę parawanu. – Nie wiem jak radzą sobie gdzie indziej, ale tutaj pracujemy jakby sam Vamlu gonił.
- Niczego innego nie oczekiwaliśmy – zadudnił głos Balharzy. W obozie inżynieryjnym wszyscy byli zbyt zajęci, by padać na twarz, ale i tak każdy przystawał i okazywał należny szacunek. Czasem choćby skinięciem głowy. Odświeżające, pomyślał moritaur.
- Te ayleidzkie magmechanizmy zegarowe nie są łatwe do okiełznania, boski Bell, ale wierzę, że odnaleźliśmy właściwe inkantacje.
- Przekonamy się – mruknął sceptycznie Lalaioral.
Trójka przemierzająca namiot zbliżyła się do parawanu. Wytatuowani nedyjscy wojownicy natychmiast rozstąpili się, a kothyjski inżynier przecisnął się za parawan i zniknął. Za chwilę znów pojawił się, z jeszcze szerszym uśmiechem na wykrzywionej twarzy, odciągając w bok czarną płachtę i odsłaniając stojące w niewielkim wgłębieniu działa solarne. Potężne konstrukcje, przypominające rzeźby z czerwonej stali i czystego jak szkło aetherytu, miały sylwetki leżących gryfów i orłów, z rubinami zamiast oczu i rozdziawionymi paszczami i dziobami w miejsce luf. Nieco tylko niższe niż sam Belharza i długie na około cztery metry, działa solarne kipiały skondensowaną maną i co chwila odrywały się od nich jaskrawe, żółte wiązki energii, spopielając glebę dookoła i skwiercząc w powietrzu. Lekkie złoto pokrywało przezierające tu i ówdzie jądro z aetherytu, które samo w sobie lśniło białym światłem, czystą mocą. Działa solarne były arcydziełem ayleidzkiej magotechnologii, stworzonymi i wykorzystanymi po raz pierwszy przez Hadhuula, Króla Głodnego Płomienia, władcę Ceyatatar w czasach przed wyzwoleniem ludzkości i założeniem królestwa Alessii. Pelinal Białoręki, wuj Belharzy, pokonał dzierżącego miecz z czarnego ognia Hadhuula i zmiażdżył kolanem jego głowę, by potem pożreć jego serce w ogniu walki i skraść jego potężne działa wojenne.
- Są gotowe, o boski panie – Illennuz obszedł jedno z kilku zgromadzonych za parawanem dział, stukając w nie pięścią bezceremonialnie. – Musisz tylko wydać rozkaz, a użyjemy ich magii przeciwko nim.
Belharza zerknął na Lalaiorala, który, pobladły, wpatrywał się w rzeźbę złotego orła będącą jednocześnie narzędziem zagłady.
- Pierwsze uderzenie spadnie na wielkie wrota – objaśnił Belharza. – Jeśli chodzi o lewą i prawą flankę, będziecie kierować się rozkazami dowódców we wszystkim co wam polecą. Ich słowa są naszymi słowami.
- Tak, boski – inżynier skłonił się. – Nawiążemy bezpośrednią komunikację telepatyczną w chwili zdjęcia barier. Deszcz nas nie powstrzyma.
- Oby. Odpowiadacie za to głowami.
Belharza odwrócił się i ruszył w stronę żołnierzy, krocząc szybko pośród alchemiczny oparów i dymu z pracujących mechanizmów. Tuż za nim szedł Lalaioral.
- Przekaż Hjalarmurfowi, żeby wydał rozkaz do ataku w pięćdziesiąt pełnych modlitw po twoim przybyciu.
- Oczywiście.
Elf i moritaur wyszli z namiotu inżynieryjnego. Klucząc między wciskającymi się w błoto żołnierzami zmierzali w kierunku wysokiego, dumnego sztandaru z symbolem amuletu królów chwały i byczego łba, osobistej chorągwi następcy tronu. Pośród wojowników uwijali się w mrówczej pracy obwieszeni amuletami i skandujący zaklęcia szamani, machający kadzidłami i pochodniami kapłani, żercy, druidzi, akolici i klerycy, wszyscy dodający otuchy śmiertelnych i spowijający wojsko siatką ochronnych uroków. Osobiści zaklinacze Belharzy, zamaskowani przyboczni czarownicy o zaszytych ustach i wydłubanych oczach, czekali z rękami założonymi za plecami tuż obok dzierżącego sztandar atronacha ognia, gigantycznego golema gorejącego daedrycznym żarem.
- Postaraj się poskromić Norda, jeśli będzie chciał dać się wprowadzić w pułapkę. – Co nastąpi, dodał tylko w myślach Belharza.
Stanął tuż obok swojego atronacha, rozprostował ramiona. Usłyszał trzask własnych kości, rozejrzał się. Piorun rozświetlił twarze tysięcy wyczekujących wojowników zgromadzonych na równinie. Długi, nieruchomy rząd postaci w złotych zbrojach widniał daleko na murach kilkadziesiąt metrów przed nimi. Ayleidzi przestali pozorować salwy, wiedzieli, że zbliża się rozwiązanie, ich magowie z pewnością wyczuli poruszenie w delikatnej strukturze magicznej terenu.
- Postaram się, panie.
- Niech jego złowrogie spojrzenia cię nie zwiodą, wie, że jesteś tam z mojego polecenia. Wysłucha.
- Wierzę w to – Lalaioral uśmiechnął się słabo.
Belharza westchnął. Elf był jego opiekunem od dni dawniejszych niż mógł sobie przypomnieć, jego ciepły uśmiech zawsze dodawał mu otuchy i często studził ognistą, gniewną obecność w głębi duszy Belharzy, dziedzictwo Tchnienia-Kyne, które czasem Syn Byka tak mocno odczuwał. Wiedział, że spośród swoich braci i sióstr miał największe szczęścia, troskliwa, choć nieraz stanowcza ręka Lalaiorala uchroniła go w przeszłości od wielu problemów które przyszły wraz z niebiańskim dziedzictwem. Lalaioral był mu nieraz ojcem, ale jednak Belharza wiedział, że musi go traktować jak tego, kim jest. Elfa, Ayleida o ciemnozłotej skórze, ostrych rysach, obcych, odległych oczach i melancholijnej naturze. Wielu spośród Ayleidów przysięgło wierność Alessii gdy ta zwyciężyła, wielu jeszcze wcześniej, i wielu już po przymierzu niebios z ziemią, gdy Shezarr nałożył na skronie królowej wszystkich rzek amulet królów chwały, a Akatuush rozpalił w nim niebiański płomień. Pomimo to jednak, Lalaioral był Ayleidem. Belharza wiedział, że jego przyjaciel musi patrzeć na gasnącą chwałę Ayleidoonu, na którego truchle narodził się Cyrod. Weyliichit, teraz cytadela upiornego blasku i dom grzmotu, był ostatnim klejnotem elfickiej cywilizacji. Tu, w południowym Nibenay, kończyła się dawna era, a Lalaioral musiał oglądać jej kres. Nieraz ludzcy generałowie Belharzy kwestionowali lojalność elfa, następca ludzkiego tronu nie chciał jednak o tym słyszeć. Smutek nie zawsze prowadził do zdrady.
Ayleid wzdrygnął się ze zdumieniem, gdy poczuł na ramieniu dłoń Belharzy.
- Uważaj na siebie – powiedział cicho moritaur, uśmiechając się.
Lalaioral odwzajemnił gest, ściskając potężne przedramię Belharzy długimi, smukłymi palcami.
- Wy również, panie – rzekł, po czym wycofał się i nieznacznie skinął dłonią. Postać elfa otoczył rój purpurowych symbolów, powietrze jęknęło cicho, po czym wessało Lalaiorala w mniej niż uderzenie serca.
W tej samej chwili coś syknęło, a po sekundzie na łeb Belharzy spadła ściana deszczu.
- Nareszcie!
Moritaur obrócił się. Caranuach zmierzał w jego stronę konno, w swojej starej, zniszczonej zbroi z garbowanej skóry, z kapturem na głowie i łukiem na plecach. Jego wierzchowiec zarżał dziko gdy tylko zwęszył zapach moritaura, ale Albalik, klnąc się na wiedźmy w swoim dziwnym języku, opanował konia i zbliżył się do następcy tronu.
- Atakujemy? – zapytał tylko, znając odpowiedź.
- Zajmij pozycję i czekaj na sygnał – Belharza skinął łbem.
Caranuach roześmiał się w deszcz, jak zawsze przed rozlewem krwi, jego koń zatańczył w miejscu, po czym rozjuszony krzykiem jeźdźca popędził w stronę coraz bardziej zaniepokojonych wojowników.
- Belharza! – huknął Caranuach wzmocnionym magicznie głosem, wyciągając długi miecz z brązu.
Dźwięk tysięcy dobywanych mieczy zmieszał się z deszczem i chórem głosów.
- Belharza! Belharza i Alessia! Cyrod! Cyrod! CYROD!
Sam Belharza uśmiechnął się, po czym stanowczym gestem zrzucił ciężkie, królewskie szaty, które upadły w błoto i zmieszały swój szlachetny karmazyn z brązem ziemi. Idąc ramię w ramię ze swoim zakutym w czarne żelazo golemem, tuż za sobą mając milczących czarowników, Belharza ruszył przed siebie pośród okrzyków i zawołań, górując niczym olbrzym nad wzburzonymi, ludzkimi falami, góra mięśni, futra i ognistej furii, którą wrzała jego krew i którą szumiały jego myśli. Wojownicy czerpali z jego siły, skakali, krzyczeli, rozcinali dłonie i przedramiona by malować twarze krwią, która mieszała się z deszczem i potem. W nawałnicy, pośród wody i potężniejącej burzy, wśród grzmotów, Belharza, Syn Byka, zbliżył się w stronę pierwszych szeregów, do łopoczących na dzikim wietrze sztandarów, wyszedł kilka kroków przed nie. Twarzą w twarz z milczącą cytadelą i wyniosła, wysoką na pięć metrów, rzeźbioną bramą, wrotami Weyliichit.
Belharza sięgnął w stronę swojego atronacha i zdecydowanym ruchem wyszarpnął z jego boku gigantyczny topór, uniósł go nad głowę i pozwolił ostrzom rozbłysnąć jasnym płomieniem. Zaklinacze, którzy poprzysięgli chronić następcę tronu Cyrod za cenę życia i duszy, zajęli miejsca po jego bokach i zaczęli otaczać go szczelnym kokonem rytualnych inkantacji, tak, że powietrze zapachniało palonym metalem.
- BELHARZA! BELHARZA! BELHARZA! – krzyczały tysiące jednym głosem.
Czy teraz widzisz mnie Ojcze?, przemknęło tylko jedno zdanie przez pogrążone w aedrycznej furii myśli moritaura.
- BELHARZA!
Zapadła cisza.
Na chwilę świat zamarł, nawet deszcz jakby zatrzymał się w miejscu.
Wielokrotny grzmot przetoczył się po równinie, gdy działa solarne, teraz odarte z potężnej iluzji i nagle doskonale widoczne pośród wzburzonych tłumów, ryknęły czystą potęgą. W mgnieniu oka ciskające na lewo i prawo uderzeniami many, rozedrgane mechanizmy zgasły, gdy z otwartych paszczy rzeźbionych bestii lunęło światło jaśniejsze niż blask słońca, rwąc powietrze w strzępy i hucząc głęboko. Wiązka energii przepłynęła ponad głowami żołnierzy, ponad sztandarami, zmieniła deszcz w kłęby pary, po czym uderzyła w mlecznobiałe mury i wysokie, dumne wrota. Rozległ się huk jak upadających szczytów, kamień eksplodował w oślepiającym, czerwonym świetle, a ściana żaru starła zarost z twarzy i włosy z głowy stojących na przedzie wojowników.
- CYROD! – ryknął Belharza głosem setki mężów, głosem człowieka-byka, po czym ujął gorejący topór w obie dłonie i puścił się biegiem w kierunku wyłamanych, zdruzgotanych wrót i walących się na jego oczach, wzbijających chmury pyłu murów. Za sobą usłyszał dudnienie tysięcy stóp.
Szturm się rozpoczął.

ROZDZIAŁ 2
FURIA


Wrzawa setek podniesionych w bitewnym szale głosów zmieniła się w przytłumione, odległe echo, gdy Belharza wskoczył potężnym susem prosto w gęstą, wzbijającą się wciąż wyżej i wyżej, siekaną strugami deszczu chmurę białej mgły.
Okute stalą kopyta miażdżyły skruszoną skałę rozbitych w gruz murów, gięły miękkie jak glina, stopione żelazo wrót. Unoszące się w powietrzu, ostre jak stal odłamki drapały szeroko rozchylone nozdrza. Płonący topór zdawał się lekki jak trzcinowa witka. W uszach wciąż dzwonił ryk dział solarnych rozdzierających kamień, stal, ciało i przestrzeń.
Jego dwaj czarodzieje, z rękami przyciśniętymi do boków i lekko odchylonymi dłońmi, nogami złączonymi i wyprostowanymi stopami, zamiast skokami wdrapywać się na chybotliwe rumowisko lewitowali dookoła Belharzy, otoczeni wirującymi symbolami i wiązkami mocy.
Moritaur bardziej czuł niż słyszał podążających za nim wojowników.
Ziemia zadrżała a przez gęstą chmurę pyłu przebił się huk, gdy działa solarne po raz kolejny wypluły z siebie wiązki energii.
Nawet wysokie, przeplecione klątwami mury Weyliichit nie mogły oprzeć się potędze zrodzonej w magicznych kuźniach Króla Głodnego Płomienia, najstraszliwszego z ayleidzkich władców Ery Przed Wiekami Człowieka, tego, który swoje domostwo ozdabiał żyjącymi piecami i rzeźbami z poskręcanego mięsa, kości i wiecznie krzyczących bezgłośnie ust.
Nagle moritaur przestał się wspinać. Rumowisko sięgnęło szczytu.
Pokryty potem Belharza ujął oręż w obie dłonie, kucnął lekko, westchnął głęboko, po czym wybił się i skoczył wysoko, unosząc ręce nad lśniące od deszczu rogi.
Dziesiątki strzał rozprysły się w drzazgi w zderzeniu z potężnymi czarami obronnymi otaczającymi Belharzę ciasnym, niewidocznym kokonem.
Świat przesuwał się przed opadającym moritaurem zbyt szybko by ten zdążył dobrze ocenić sytuację, obrócił się więc wyćwiczonym ruchem w powietrzu i zakręcił toporem. Otoczyła go spirala ognia. Belharza ryknął z bezrozumną wściekłością i zamachał rękami, uginając jednocześnie kolana i z trzaskiem lądując na ziemi. Dopiero wtedy rozejrzał się, omiatając otoczenie zamglonym wzrokiem.
Był otoczony. Wyłamane, strzaskane wrota leżały na ziemi, miażdżąc kilku stojących najbliżej Ayleidów i druzgocząc witające przybyszów w czasach pokoju posągi dumnych orłów. Wszędzie dookoła, w ciasnym szeregu włóczni i długich mieczy wystających zza owalnych pawęży, stali Ayleidzi, wciąż jeszcze niepewni co właśnie się wydarzyło. Na twarzach niektórych odmalowane było przerażenie zmieszane ze zdumieniem – oto bowiem plotki okazały się prawdą, pół człowiek pół byk kroczył pośród nich. Łucznicy, stojący na balkonach przyulicznych kamienic, szyli bez przerwy strzałami w niego i w opadającą już za nim chmurę pyłu. Moritaur instynktownie spojrzał w dół, czując drapanie nad lewym kopytem.
Wylądował na ayleidzkim łuczniku. Zmiażdżone ramię i pierś wciąż jeszcze buchały krwią spod bogato zdobionej, złoto-czerwonej zbroi i szat. Elf patrzył niewidzącym wzrokiem w poranione błyskawicami, czarne chmury. Nawet jego młode oblicze pokryte było czerwienią.
Czerwienią krwi. Krwi.
Belharzie zrobiło się ciemno przed oczami. Jego mokrym ciałem wstrząsnął dreszcz, wszystkie mięśnie napięły się i rozluźniły, po czym znowu, i jeszcze raz. Paznokcie wbiły się bezwiednie w skórzaną rękojeść topora, a Belharza poczuł uwieranie między nogami, bolesną wręcz sztywność męskości, szalejące podniecenie.
Moritaur, dysząc coraz ciężej i zatracając się w furii, rozłożył ręce szeroko i ryknął nieludzko, unosząc łeb ku grzmiącemu niebu.
Ruszył przed siebie jak huragan, wyszarpując pokryte wnętrznościami kopyto ze zmiażdżonych zwłok.
Stojący naprzeciwko Ayleidzi rzucili się do ucieczki, łamiąc szyk i ściągając na siebie nerwowe okrzyki stojących za nimi dowódców.
Belharza wpadł w tłum, tuż za sobą mając wciąż jeszcze unoszących się w powietrzu czarowników, jeszcze dalej zaś pierwszych, wyłaniających się z chmury pyłu żołnierzy.
Machnięciem rozłupał jednego z wojowników od barku aż po pas. Nawet nie patrząc w stronę buchających posoką zwłok wyrwał z nich bez wysiłku topór, po czym zamachnął się nim szeroko, przecinając na pół odwróconego do niego plecami, próbującego uciekać włócznika. Chwycił włócznię razem z korpusem elfa, po czym dźgnął nią starającego się zadać cios z boku żołnierza prosto w twarz, która rozpękła się jak zgniecione jajko. Belharza nie zastanawiał się nad tym co dzieje się za nim czy po jego lewej stronie, tylko kątem oka dostrzegając wielobarwne rozbłyski czarów bitewnych rzucanych przez wspomagających go zaklinaczy. Walczył wraz ze swoimi czarodziejami jak jeden organizm, dostosowując swoje ruchy do ich ruchów, wedle starożytnej sztuki ayleidzkich mistrzów wojny, ginninganu, której uczyli go ayleidzcy poddani pani matki. Sztuki, którą teraz królestwo ludzi obróciło przeciwko dawnym panom Ayleidoonu.
Świat wirował przed pogrążonymi w szale oczami Belharzy. Grzmoty, coraz intensywniej, przetaczały się nad polem bitwy, gdy w uciekających panicznie Ayleidów uderzyła pierwsza fala ludzkich wojowników. Wpatrzeni w górującego nad wszystkimi dookoła Belharzę, następcę tronu ich pani i wyzwolicielki, walczyli bez wytchnienia, wymachując mieczami z brązu i obsydianu, czarnego żelaza i kości, szkła i malachitu, wzywając Shezarra, Akatuusha, Shora, Morihausa, Dagona, Bojohię, Z’ena, Tsuna i tysiąc tysięcy innych bogów setki plemion zjednoczonych pod dumnym sztandarem czerwonego amuletu królów chwały.
Zabijali z boskim zapałem, swoją masą przytłaczając próbujących bronić się Ayleidów.
- CYROD! – ryknął Belharza dudniącym głosem, odparowując potężnym toporem nadchodzące cięcie, po czym rękojeścią uderzając znienacka i gruchocząc czaszkę nacierającego Ayleida. Elf nie zdążył krzyknąć z bólu i przerażenia, zanim moritaur kopnięciem nie zgruchotał mu kolana i nie posłał go na ziemię.
Gorejąca furia w jego sercu pochodziła z czasów przed Stworzeniem, a każda kolejna kropla rozlanej krwi tylko ją podsycała, jak drwa dorzucane do pnącego się w górę ognia.
Szeroka ulica przechodziła w plac rozłożony na planie ośmioboku, na którego środku wznosiła się potężna fontanna przedstawiająca Panią Światła w koronie z gwiazd, z łagodnym uśmiechem na obcej, elfickiej twarzy wylewającą z obłego dzbana wodę mądrości, spływającą kaskadą i wodospadami ku rzeźbionym, pogrążonym w oddaniu Ayleidom strojnym w pióra i atłasy.
Belharza zorientował się w ostatniej chwili, że tuż zza ramienia uśmiechniętej Pani wyłonił się i mknie ku niemu wielki pocisk wystrzelony z ukrytej po drugiej stronie placu balisty.
Moritaur rzucił się w bok, padając na ziemię i przetaczając się, po czym kucając za wysoką donicą.
Pocisk z piskiem przebił się przez tarczę jednego z jego czarowników i przybił go do kamiennych płyt ulicy. Drugi, z rękami wciąż wzniesionymi w górze, nawet nie zwrócił na to uwagi.
Belharza zarżał cicho, otarł pianę cieknącą z pyska, po czym podniósł się i skoczył w stronę formujących szyk Ayleidów. Potężnym kopnięciem strzaskał tarczę zdumionego elfa, po czym wyrwał mu ją z ręki i zdjął mu głowę z karku machnięciem ostrej pawęży. Odparował toporem uderzenia przerażonych kompanów elfa, po czym zadał kilka uderzeń, gruchocząc włócznie przeciwników i zmuszając ich do cofnięcia się. Szybko uniósł dłoń i pomyślał klątwę ochronną, a w chwili, gdy uderzyła w niego kula ognia jego naramiennik rozbłysnął niebieskim światłem i wchłonął jej moc. Belharza zrobił krok jedną nogą do tyłu, wykręcił się o pół obrotu w drugą stronę, po czym machnięciem wystrzelił z rozświetlonego naramiennika pochłoniętą kulą ognia w szereg Ayleidów, spopielając kilkunastu w mniej niż uderzenie serca.
Metaliczne rzężenie wiązki wystrzelonej z działa solarnego zagłuszyło bijące wszędzie dookoła grzmoty, gdy oślepiające światło wgryzło się w wysoką wieżycę wznoszącą się ponad walczącymi. Kamień i stal eksplodowały, po czym zdruzgotany budynek runął na skłębionych w coraz bardziej wyrównanej walce żołnierzy, grzebiąc dziesiątki.
Wymachujący toporem nad głową Belharza był już w tym czasie otoczony ciasno przed próbującymi dostać go Ayleidami. Ich początkowy strach minął, walczyli teraz jak ich wyuczono, zadając szybkie, celne pchnięcia przystosowanymi do takiego stylu pojedynkowania się mieczami o opływowych kształtach. Nie mogli jednak przebić barier ochronnych Belharzy, który krok za krokiem zadawał uderzenia, rąbał, rozrywał i miażdżył, coraz szybciej i mocniej. Raz po raz skierowane w jego stronę strzały zmieniały się w smugi drzewnego pyłu i opiłki.
Belharza uniknął wymierzonego w jego bark pchnięcia włócznią, skoczył do przodu. Samą masą przełamał linię wrogów, toporem ściął jednego z nich, a drugiego złapał potężną dłonią za twarz, strącając wysoki hełm z głowy. Potężnym uściskiem, któremu towarzyszył ogłuszający, przeraźliwy, krótki wrzask, zmiażdżył czaszkę i twarz Ayleida, rycząc z furią uniósł jego zwłoki jedną ręką nad głowę, po czym rzucił nimi w stronę przerażonych, wycofujących się elfów.
Wiązka światła z działa solarnego przemknęła nad głową Belharzy, zmieniając piękny posąg Pani Światła w gruzy. Jej dzban, wraz z fragmentem dłoni, przeleciał pomiędzy walczącymi, odbił się o kopyto Belharzy i zwalił uderzeniem z nóg jednego z umykających Ayleidów. Moritaur doskoczył do niego, zaostrzonym trzonkiem topora przyszpilając kwilącego elfa do ziemi.
Wszystko zmieniało się przed jego oczami w wir smug czerni, czerwieni i złota, i tylko kolejnych przeciwników widział coraz wyraźniej, niemal obdzierając ich wzrokiem ze skóry, śledząc ich arterie i tętnice, widząc bijące szybko serca, pracujące płuca. Wszystko, co mógł zmiażdżyć i rozerwać na strzępy. Rwać. Niszczyć.
- Bestia.
Ból w lewej łopatce i w zakamarkach umysłu, jasny i czysty, tnący jak stal, przecinający szał i sprowadzający rozumny gniew.
Belharza obrócił się gwałtownie, wywinął toporem. Coś uderzyło go w ramię, cofnął się.
Głowa jego drugiego czarownika upadła na ziemię.
Tuż za nim stał wysoki elf w szarej, lekkiej zbroi przypominającej szatę utkaną z tysiąca kruczych i czaplich piór. Nie miał na głowie hełmu, a długie, lśniące, czarne włosy upiął w wysoki kok, udekorowany uwiędłymi kwiatami. Pociągłą, szlachetną twarz o złotej, ayleidzkiej skórze pokrywały gęste, głębokie blizny.
Podobni mu spływali jak cienie z balkonów pobliskich kamienic, wtapiając się w napierających ludzi i w rozbłyskach purpurowej magii siejąc zamęt.
- Wezmę twoje serce, dengeggu – powiedział elf. Słowa wypowiedział głosem niemającym wieku. – Po czym ofiaruję je Pani Światła, choć na to nie zasługujesz.
Belharza nic nie odpowiedział, pochylił się tylko i ryknął wyzywająco, po czym skoczył szybciej niż wzrok mógłby go wyśledzić.
Ayleid nie uskoczył ani nawet nie starał się uniknąć ciosu. Po prostu pojawił się w mgnieniu oka w innym miejscu, ze smukłym berdyszem w dłoni.
Moritaur, nie zastanawiając się, machnął toporem w stronę elfa. Tamten, jakby płynąc w powietrzu, odparował cios, jednocześnie przesuwając się szybko za Belharzę. Pchnął w chwili, gdy błyskawica rozświetliła niebo, moritaur jednak sparował uderzenie, wymierzając cios pięścią, który trafił w pustkę. Ayleid próbował uderzać z różnych stron, zawsze jednak Belharza, obeznany ze stylem walki elfickich mistrzów stali, dawał mu odpór, samemu do razu kontratakując. Czarne, płonące ostrze zderzało się raz po raz z dźwięczącą stalą, gdy wojownicy przesuwali się spod kamienicy w stronę placu, podążając za walczącymi i ciągle napływającą falą ludzkich żołnierzy.
Deszcz nasilał się z każdą wymianą ciosów.
Wysoka, przypominająca zrywającego się do lotu orła forteca króla-czarownika Nevenoego usadowiona na szczycie stromego, wapiennego wzgórza biła coraz jaśniejszym, błękitnym światłem, odbijającym się od murów miasta i spowijającym je w upiornym blasku.
Belharza uskoczył, gdy mistrz stali, markując cięcie w kolano, rzucił się z berdyszem celując w pierś moritaura. Ten, unikając uderzenia, chwycił przebiegającego obok elfa i rzucił krzyczącym łucznikiem w stronę przeciwnika. Elf ze świstem zniknął, rzucony łucznik przeleciał wymachując rękami i nogami w powietrzu dokładnie w miejscu, gdzie Ayleid stał przed chwilą, a po chwili mistrz stali pojawił się z powrotem obok, już w półobrocie tnąc śpiewającą bronią. Jego płaszcz zafalował w powietrzu na podobieństwo ptasich skrzydeł.
Moritaur przyjął uderzenie, unosząc naramiennik. Odwrócił łeb, gdy berdysz rozbił magiczną stal zmieniając ją w strzelające na wszystkie strony odłamki. Siła pchnięcia obróciła Belharzę i zmusiła go do klęknięcia, jednocześnie jednak moritaur rzucił płonącym toporem wykorzystując obrót by zamachnąć się potężnie.
Ayleid odskoczył, unikając wirującego płomienia i czarnej stali, uskoczył, by znaleźć się prosto w uścisku Belharzy, który nagle skoczył ku niemu. Pojedynkujący zderzyli się ze stęknięciem.
- Co… - wycharczał elficki mistrz stali.
Belharza warknął, po czym, trzymając go nadal mocno jedną ręką i zataczając się z nim niczym w pijackim widzie, skręcił mu kark jednym, mocnym szarpnięciem wolnej dłoni.
Elf zadrżał, po czym zwiotczał.
Belharza nie zastanawiając się odrzucił zwłoki przeciwnika, po czym podszedł do swojego topora i podniósł go, podrzucając by poczuć wyważenie na nowo.
- Bardzo ładnie się uścisnęliście!
Caranuach, z nową, szeroką raną na policzku, zbliżył się niepostrzeżenie do ciężko dyszącego Belharzy, który, słysząc jego głos, szarpnął się i uniósł topór. Widząc Albalika na koniu, a tuż za nim zbliżający się oddział przybocznej gwardii, również jeźdźców, nieco się rozluźnił, rozejrzał. Liczne sztandary Cyrodu bardzo powoli zaczynały przeważać na wciąż rozświetlanym rozbłyskami magii, pogrążonym w gwarze i szale bitwy placu.
- Tak – w gardle rzęziło Belharzie jak po wielokilometrowym biegu. – Prawdziwe braterstwo merów i ludzi.
Albalik pokiwał głową z zadumą.
- Ludzi i… czym tam jesteś… jesteście, panie – dodał po chwili z poważną miną.
Belharza warknął na niego tylko, otrząsając się i pokrytą krwią dłonią przeczesując mokrą grzywę.
- Co się dzieje? – zapytał po chwili, wskakując na jedną z wysokich donic. Drzewo, które niegdyś w niej rosło, leżało wyrwane nieco dalej.
- Nie mamy żadnej łączności – wyjaśnił Caranuach, zbliżając nerwowego wierzchowca do Belharzy. – Ayleidzi przecięli całą łączność telepatyczną. Moi zwiadowcy mówią, że kontrolujemy port, ale wasz brat, panie, ma problemy ze szturmem na cytadelę.
- Uhrizen?
- Nie zaatakował.
- Niedobrze.
- Owszem.
Moritaur westchnął ciężko.
- Straciłem osłonę.
- Zauważyłem, panie. Elfowie nie odpuszczają. Postaram się to jakoś naprawić, możliwie szybko. Mamy rezerwy.
- Przejmiemy plac, po czym skierujemy się w stronę fortecy.
Ogłuszający grzmot wstrząsnął światem, gdy jasna błyskawica uderzyła w iglicę zamku Nevenoego.
- Wasza wola, panie – Caranuach poprawił rozwichrzoną brodę, po czym odchrząknął. – Belharza! – krzyknął wymachując mieczem nad głową i puszczając się galopem w stronę jednej z bocznych uliczek, by wraz z resztą oddziału konnicy okrążyć plac i zaatakować z boku.
Za jego wysokim sztandarem jaskrawoczerwonego lisa podążyła też część piechoty.
- Mój panie.
Belharza obrócił się. Na czele zbliżającego się w równym jak wykreślony przez geometrę szyku maszerowała zakuta od stóp do głów w stal Kinevre. Jej zielonkawa skóra, mokra od deszczu, lśniła błękitnymi tatuażami pokrywającymi łysą czaszkę i twarz o ostrych, młodych rysach. W zielonych oczach nie czaiła się żadna emocja. Kinevre przekroczyła zgruchotane zwłoki ayleidzkiego mistrza stali, po czym stanęła obok Belharzy.
Moritaur zeskoczył z donicy.
- Poprowadzę posiłki – oznajmił.
Jedna z nielicznych pozostałych przy życiu Getu skinęła głową.
- Oczywiście mój panie. Mamy informacje, że w porcie Hjalarmurf i Nordowie niemalże kontrolują sytuację. Trwają zacięte walki o Katedrę Światła…
- Lalaioral? – przerwał kobiecie Belharza, patrząc na toczącą się na placu walkę. Starał się wypłoszyć z głowy furię na dłuższą chwilę, by zebrać myśli i móc znów ruszyć do walki nieco… spokojniejszym.
- Z tego co wiem, dowodził siłami wysłanymi by przechwycić węzeł w katedrze, gdy…
Kinevre wzdrygnęła się, na chwilę tracąc spokój, gdy ujrzała wpatrzone w siebie nieludzkie, czarne oczy moritaura, który schwycił jej ramię w żelaznym uścisku w mniej niż uderzenie serca. Był szybszy niż jakikolwiek człowiek, pomimo rozmiarów.
- Poślij rezerwowych zaklinaczy wraz z resztą sił do portu by wspomogli naszych biorących katedrę.
- Mój panie…
Getu syknęła, gdy dłoń Belharzy zacisnęła się z siłą imadła, wyginając stal jej naramiennika i kalecząc skórę.
- To jest moja wola, kobieto. Nie zobaczysz jutrzejszych gwiazd, jeśli się jej sprzeciwisz.
Kinevre obrzuciła moritaura krótkim spojrzeniem, po czym skinęła głową.
- Poprowadzę wsparcie osobiście – oznajmiła sucho, po czym wywinęła się ze słabnącego uścisku, cofnęła i oddaliła, machnięciami wydając rozkazy części oczekujących na rozkazy ludzi.
Belharza długo odprowadzał ją wzrokiem, oddychając przez drżące nozdrza i zaciskając dłoń nerwowo na toporze. Odetchnął, gdy stracił Kinevre z oczu, po czym zwrócił spojrzenie na oczekujących, zniecierpliwionych wojowników.
- Za mną! Za Alessię! ZA CYROD! – huknął wznosząc topór, po czym rzucił się w stronę placu.
- BELHARZA! – podnieśli okrzyk ludzie, ruszając za swoim wodzem.

***


Z każdym kolejnym grzmotem zachmurzone niebo przecinały splątane błyskawice, spływając niczym strumienie z gór w kierunku morza w stronę iglicy wieńczącej wysoką fortecę króla-czarownika, Nevenoego, Króla Pośród Mgieł, ostatniego potężnego, niezależnego władcy Ayleidoonu na ziemiach ludzkiego Cyrodu.
- TERAZ!
Okrzyk Ajötiego wzniósł się ponad powiewającymi dziko sztandarami i miarowymi zawołaniami bitewnymi tysięcy zmęczonych, zakrwawionych ludzi.
Zaryczały działa solarne, rozstawione na najwyższych piętrach jeszcze stojących wież.
Światło popłynęło w stronę dumnej cytadeli, wysoko w górę ponad wapiennym klifem po którym powoli wspinały się, zdzierając ze skały zwały gruzu, atronachy oblężnicze, przypominające skrzyżowanie skorpionów z ciężarnymi pajęczycami, taszczące na plecach długie drabiny i kosze pełne bomb alchemicznych.
Fala uderzeniowa zwaliła z nóg kilka pierwszych szeregów stojących u stóp wijącego się podejścia do głównych wrót zamku żołnierzy, wstrząsnęła kilkoma stojącymi między nimi golemami oblężniczymi, a blask eksplozji na chwilę rozświetlił mroczną noc światłem dnia.
Gdy dym opadł, mleczne fortyfikacje stały nienaruszone.
- To nic nie da.
Belharza stał obok brata na wysokim podwyższeniu na placu rozciągającym się pod cytadelą.
Walki toczące się w porcie trwały nadal, podobnie wschodnia i najdalej wysunięta na północ część miasta były areną ciągłych, krwawych starć. W tym momencie jednak tylko cud mógłby uratować Ayleidów od zagłady. Cud, bądź cokolwiek przygotowywał w swoim smaganym błyskawicami siedlisku Nevenoe. Za zwycięstwo synowie Alessii przewodzący oblężeniu musieli zapłacić morzem ludzkiej krwi.
- Zauważyłem – powiedział Ajötia, pokryty posoką od stóp do rogów, a stojący obok niego zaklinacz cały czas podtrzymywał czar wspomagający zgruchotaną nogę moritaura. – Skurwysyn – dodał mruknięciem.
- Weźmiemy szturmem główne wrota – zasugerował Belharza, wskazując zbitą ciżbę wojowników powoli sunącą w górę podejścia do cytadeli.
Wszędzie dookoła wciąż rozbłyskały magiczne bariery chroniące szturmujących przed nieustanną nawałą strzał.
- Nie mamy ludzi.
- Oni też nie mają… elfów – Belharza uśmiechnął się sam do siebie.
- Jesteś bardzo zabawny, bracie. Za dużo czasu spędzasz z Albalikiem.
- Czy to zazdrość?
Ajötia parsknął, po czym kilka razy otworzył i zamknął pysk, zastanawiając się.
- Nie – odparł po prostu po chwili, odwracając od starszego brata wzrok i ponownie wbijając go w cytadelę. Warknął, po czym szturchnął Belharzę, wskazując łbem jeden z licznych balkonów. – Spójrz.
Następca tronu Cyrodu zmrużył oczy. Nigdy nie miał tak dobrego wzroku jak Ajötia, który odziedziczył poza zdecydowanie bardziej… zwierzęcym wyglądem również o wiele większą sprawność.
Na wzmagającym się od kilkudziesięciu minut wietrze, pośród grzmotów i piorunów, powiewały kremowe i beżowe szaty niedużej, prawie niewidocznej z placu postaci. Miała na skroni wysoką, smukłą koronę z białego złota, dłonie zaciskała na balustradzie.
- Skurwysyn – mruknął Belharza, patrząc na Nevenoego.
- Przeraża mnie, że nie wiem, co on tam szykuje.
- Nie powinniśmy czekać i się zastanawiać, tylko uderzyć.
- To może… być jedyne wyjście – Ajötia pokiwał łbem.
Belharza podrzucił topór w dłoni, pozwalając znów rozgorzeć magicznym płomieniom.
- Miej na oku golemy oblężnicze, postaraj się otworzyć te portale. Ja zajmę się główną bramą.
- Ostatnio dobrze ci poszło – powiedział z przekąsem młodszy z moritaurów, odprowadzając powoli schodzącego z podwyższenia brata wzrokiem. – Bel…
- Będę – Belharza spojrzał tylko na Ajötiego, który zdenerwowany warknął i odwrócił się od następcy tronu.
Belharza zatrzymał się, zastanowił.
- Bracie, poprowadź szturm na wejście do cytadeli – powiedział, zwracając się do Ajötiego.
Ten, zaskoczony, spojrzał znów na starszego brata.
- Ja?
- Tak, ty – Belharza uśmiechnął się krótko, po czym dodał ostro – Natychmiast.
Ajötia, wyraźnie rozemocjonowany, niemalże jednym susem zeskoczył z podestu, ignorując biegnącego za nim ze swoimi czarami zaklinacza. Minął bez słowa brata i ruszył przed siebie, dłonią dając znak chorążym, bo poprowadzili swoje sztandary za nim. Grzmot przetoczył się nad upiorną cytadelą. Jej białe jak mleko strzeliste wieżyce, wysokie katedry i dumne posągi, rzeźbione w gwiazdy, ptasie pióra i dumne oblicza, wszystkie pokryte były krwią. Jeśli nie leżały w gruzach. Ulice zasłane trupami ludzi i elfów pogrążone były w ciszy, jeśli nie liczyć gromów i odległych odgłosów walk.
Niewiele dzieliło królestwo Alessii od pochwycenia ostatniego klejnotu starego Ayleidoonu, tak, by narodziny ludzkiego Cyrodu w końcu się dokonały.
- Chwała Akatuush, chwała Shezarr, chwała Iiulladannas… - mamrotał kapłan, wymachując kadzidłem pośród pokrzykujących i modlących się wojowników.
Belharza zbliżył się do oczekujących oddziałów. Sunąc między rozstępującymi się przed nim z trwożnym szacunkiem żołnierzami podszedł do jednego z golemów oblężniczych. Atronach, wielki jak dom, wyrzeźbiony dłońmi ayleidzkich rzemieślników w postać ciężkiej bestii, niósł na plecach wzmocniony magią lewitacji bunkier, oraz wielki kosz pełen bomb alchemicznych.
Zawsze chciałem to zrobić, pomyślał z radością Belharza, po czym po wyrzeźbionych w boku golema schodkach wdrapał się do bunkra. W środku, w milczeniu, oczekiwali go ayleidzcy łucznicy ze zhołdowanych państw-miast. Wszyscy skrzyżowali dłonie na piersi w geście szacunku gdy Belharza, drapiąc rogami sufit pomieszczenia, zbliżył się do długiego, niskiego okna.
- Ruszamy – mruknął, nie powstrzymując uśmiechu na pysku.
Jeden z elfów natychmiast zbliżył się do żelaznej drabinki, pstryknięciem otworzył właz w suficie, po czym wychylił się pokonując kilka szczebli i zadął w róg przy pasie. Natychmiast odpowiedziało mu kilka innych rogów, a żołnierze na placu dobyli oręża i zakrzyknęli dziko, domagając się walki.
W tej samej chwili z nóg atronachów oblężniczych które pięły się już po klifie i murach cytadeli spadły w dół dziesiątki drabinek, na które natychmiast zaczęli wspinać się stojący najbliżej wojownicy. Nad całą armią uniosły się dziesiątki lewitujących magów, miotając rytuałami w stronę murów cytadeli oraz osłaniając ruszających w górę ludzi.
Golem, na którego grzbiecie znajdował się Belharza, ruszył powoli przed siebie, drąc kamienne płyty placu szponami ze wzmocnionej klątwami stali. Ze szponów wystawały kolce z czarnego żelaza tak twardego, że wgryzało się w skałę niczym w masło.
Belharza, przepychając się między przygotowującymi swoje łuki i czary merami, zbliżył się do włazu i nawet nie wchodząc zbyt wysoko na drabinkę wychylił się, wystawiając ponownie na zacinający deszcz i potężniejącą wichurę. Uśmiechnął się i ryknął dziko, wznosząc topór, gdy ujrzał szereg gigantycznych golemów zbliżających się do podnóża klifu, unoszących wielkie, pokryte zadziorami łapy i wbijając je z hukiem w wapno. Belharza złapał się mocno włazu, gdy golem kilkoma zamaszystymi ruchami zmienił pozycję i zaczął wspinać się w górę stromej ściany, z każdym kolejnym szarpnięciem wydzierając z niej strzaskane głazy i wzbijając chmurę pyłu. Wojownicy o twarzach posmarowanych krwią i pokrytych farbami wojennymi unosili zaciśnięte pięści i wymachiwali nimi w stronę uniesionego topora Belharzy, wspinając się jednocześnie szybko w górę na drabinkach przyczepionych do zmierzających wciąż ku szczytowi atronachów.
Wtem nad miastem przetoczył się głuchy grzmot któremu nie towarzyszyła żadna błyskawica, a tuż za nim łomot i huk.
Belharza szybko spojrzał w górę.
Druga eksplozja karmazynowego światła rozerwała w strzępy kolejne odnóże jednego z golemów znajdujących się tuż przy samym krańcu murów cytadeli. W przerażającej ciszy i zacinającym deszczu, a po chwili w akompaniamencie dziwnego, bezosobowego stęku, atronach oderwał się od skały i, mknąc szybko pośród przerażonych krzyków, spadł w dół mijając Belharzę, by zwalić się z potężnym trzaskiem na ziemi. Moritaur przełknął ślinę patrząc na dziesiątki zmiażdżonych pod gruzami wojowników, po czym spojrzał w górę.
Odległa sylwetka Nevenoego zniknęła w rozświetlonej niebiańskim błękitem cytadeli.
Syn Morihausa zazgrzytał zębami, trzymając mocno drabinkę wsunął się do bunkra, wyrwał róg ze zmartwiałych dłoni jednego z elfów, po czym zadął w niego potężnie.
Pełen gniewu dźwięk rogu w towarzystwie grzmotów przetoczył się nad Weyliichit.
„Reach Heaven through violence.” - Vivec
Odpowiedz
Hmm, mam mieszane uczucia. Z jednej strony, warsztatowo jest ciekawie. Widać, że masz polot do tworzenia plastycznych, rozbudowanych opisów - postaci, rzeczy, wydarzeń. Choć czasem jednak trochę przesadzasz z długością zdań, jak w tym przypadku:

Cytat

Większość zgasła niemal od razu smagana strugami deszczu, reszta rozpadła się w pył w zderzeniu z magiczną barierą otaczającą kłębiących się w luźnych formacjach wojowników pod dumnymi, karmazynowymi sztandarami.

Z drugiej... Jednak znajomość gier jest przydatna. Postaci, wydarzenia są bardzo ogólnikowo zarysowane, a historia sama w sobie nie porywa - to nawet nie tyle historia, co opis zdobywania miasta. Wstęp o pszczółkach jest ciekawy, ale nie bardzo współgra z dalszą częścią, nijak nie widać wpływu "pszczółkowego" dzieciństwa na dorosłego bohatera. Czy to jest całość? Bo jeśli nie, to możliwe, że na późniejszym etapie jest to lepiej ukazane.
Widzisz, to jest trochę problem z pisaniem tekstów fanfikowych - chodzi nie tylko o kwestię znajomości uniwersum, ale o pewien "bagaż emocjonalny", który wnoszą ze sobą fani kanonu. Fan Elder Scrollsów może być zaciekawiony "jak wyglądała ta ważna bitwa, kiedy Belhaza rozgromił elfów i położył podwaliny pod Cyrod", ale dla niefana, to jest po prostu jakaś randomowa bitwa, przyznaję - bardzo ciekawie i fajnie opisana - ale jako niefan nie mam do niej jakiegoś stosunku emocjonalnego "na starcie".

Dlatego mam problemy z oceną tego tekstu. Możliwe, że fana zachwyci. Ja doceniam warsztat (i przyznaję, że pisanie idzie Ci lepiej, niż np mnie), ale jednoczesnie opowiedziana historia kompletnie mnie nie ruszyła. Dlatego chętnie przeczytałbym jakiś Twój tekst "niefanfikowy" i zobaczył, jak to wpłynie na odbiór.

Co do technikaliów: kwestia zapisu dialogów.

Cytat

Nie bądź tego taki pewny – Belharza, jak od dłuższego czasu, wbijał wzrok w rozświetloną wieżę, raz po raz przyjmującą na siebie uderzenia błyskawic.


Cytat

- Zajmij pozycję i czekaj na sygnał – Belharza skinął łbem.

Moim zdaniem, w takich sytuacjach, wypowiedź powinna być zakończona kropką. Nie jest tak, że nie stawia się kropki zawsze, gdy po wypowiedzi następuje jakiś opis jakiejkolwiek czynności mówiącego, tylko konkretnie opis "czynności mówienia". Czyli np. "- Jest zimno - powiedział/stwierdził/oznajmił X", ale "- Jest zimno. - X otrząsnął się/zacisnął szalik".
http://www.jezykowedy...tyczne-porady/

Możliwe, że to wiesz, tylko Ci umknęło. Prawdę mówiąc, mi takie kwestie wiszą i powiewają, ale wiem, że niektórzy przywiązują do tego bardzo dużą wagę.
Odpowiedz
Hej, wielkie dzięki za opinię, przeczytałem z uwagą i na pewno postaram się wyciągnąć wnioski na przyszłość .

Przejdź do cytowanego postu Użytkownik Adeptus Gedeon dnia niedziela, 28 maja 2017, 22:02 napisał

Choć czasem jednak trochę przesadzasz z długością zdań, jak w tym przypadku:

Tak, to jedna z moich bolączek, staram się z nią walczyć, dzięki za wskazanie problemowego fragmentu. Postaram się nad nim popracować.

Przejdź do cytowanego postu Użytkownik Adeptus Gedeon dnia niedziela, 28 maja 2017, 22:02 napisał

Z drugiej... Jednak znajomość gier jest przydatna. Postaci, wydarzenia są bardzo ogólnikowo zarysowane, a historia sama w sobie nie porywa - to nawet nie tyle historia, co opis zdobywania miasta. Wstęp o pszczółkach jest ciekawy, ale nie bardzo współgra z dalszą częścią, nijak nie widać wpływu "pszczółkowego" dzieciństwa na dorosłego bohatera. Czy to jest całość? Bo jeśli nie, to możliwe, że na późniejszym etapie jest to lepiej ukazane.
Widzisz, to jest trochę problem z pisaniem tekstów fanfikowych - chodzi nie tylko o kwestię znajomości uniwersum, ale o pewien "bagaż emocjonalny", który wnoszą ze sobą fani kanonu. Fan Elder Scrollsów może być zaciekawiony "jak wyglądała ta ważna bitwa, kiedy Belhaza rozgromił elfów i położył podwaliny pod Cyrod", ale dla niefana, to jest po prostu jakaś randomowa bitwa, przyznaję - bardzo ciekawie i fajnie opisana - ale jako niefan nie mam do niej jakiegoś stosunku emocjonalnego "na starcie".

Masz pełną rację. Teksty fanfikowe mają tę słabość, parę innych zresztą też, ciężko zaciekawić zupełnie kogoś kto nie jest obeznany z uniwersum choć trochę. Jednocześnie poczytuję to mimo wszystko jako swoją porażkę, że osoby niezaznajomionej nie jestem w stanie jakoś zainteresować historią. Z drugiej strony to był też mój błąd, bo obciąłem tekst (to co widać to nie jest bynajmniej wszystko - może jakaś 1/4; trochę mi z tego wyszła taka mininowela w sumie) przed punktem, który mógłby Cię teoretycznie zainteresować. Stąd mimo wszystko jednak zachęcam do lektury przynajmniej tego rozdziału, który zamieszczę poniżej, a nuż jakoś Cię wciągnie .

Przejdź do cytowanego postu Użytkownik Adeptus Gedeon dnia niedziela, 28 maja 2017, 22:02 napisał

Moim zdaniem, w takich sytuacjach, wypowiedź powinna być zakończona kropką. Nie jest tak, że nie stawia się kropki zawsze, gdy po wypowiedzi następuje jakiś opis jakiejkolwiek czynności mówiącego, tylko konkretnie opis "czynności mówienia". Czyli np. "- Jest zimno - powiedział/stwierdził/oznajmił X", ale "- Jest zimno. - X otrząsnął się/zacisnął szalik".

Hm, to racja. Szczerze powiedziawszy jestem nieco na bakier z takimi sprawami, choć się staram nie być, będę mieć to na pewno na uwadze .

Jak pisałem wcześniej, jestem bardzo chętny by poczytać jakieś komentarze czy krytykę, staram się ogarniać swoje pisanie jak najlepiej i z czasem poprawiać.

ROZDZIAŁ 3
DZIEDZICTWO


Belharza był pierwszym, który zeskoczył z potężnego odnóża swojego golema oblężniczego i znalazł się na murach, chwiejących się i drżących od ciężaru wspinających się na cytadelę atronachów. Jakby od niechcenia trzasnął stojącego nieopodal Ayleida, czym posłał go, krzyczącego, w dół, na znajdujący się wiele metrów niżej plac.
Moritaur zorientował się z niejakim zawodem, że większa część fortyfikacji została już zdobyta. W jednym miejscu golem oblężniczy strzaskał mury, wpadając przez rumowisko do osłanianego przez nie wyższego miasta.
To było pełne wysokich, strzelistych budynków, omszałych kamienic, posągów i świątyń. Pomiędzy ściśniętymi ciasno zabudowaniami biegali żołnierze, ludzie i elfowie… oczom Belharzy ukazała się jednak na przelotną chwilę inna postać, większa, smuklejsza, obca.
Auroranie, pomyślał moritaur i natychmiast puścił się potężnymi susami w prawo. Dalej, nad innymi budynkami, na wschód, jakby wzniesiona na powitanie wschodzącego nad rozłożystymi dżunglami Nibenay, pyszniła się katedra o wielu iglicach. Raz po raz rozświetlały ją błyskawice, a z wysokich okien będących witrażami bił niezdrowy, upiorny blask.
- Za mną! – krzyknął Belharza do żołnierzy, po czym przystanął, cofnął się do blanki, po czym potężnym skokiem, machając rękami i wywijając toporem, wskoczył na dach kamienicy oddzielonej od murów wąską ulicą.
Zarył kopytami w białych dachówkach, po czym, nie czekając aż zdumieni wojownicy dojdą do siebie i zmieniając dach kamienicy w pył przy akompaniamencie trzasku niszczonej cegły, zsunął się po pochyłej powierzchni na dół. Gdy dach się skończył, Belharza podskoczył lekko, spadł jedno piętro w dół, uczepił się na chwilę balustrady balkonu, która jęknęła, wygięła się i umożliwiła moritaurowi wyhamowanie lotu dostateczne, by kolejne trzy piętra spaść bez szwanku. Belharza stęknął i ugiął kolana lądując na chodniku w ciemnej alei, kucnął lekko by zamortyzować upadek, po czym niemal natychmiast poderwał się i zaczął biec w stronę skrzyżowania.
Zza węgła wysunęła się bezszelestnie, przemieszczając urywanymi tąpnięciami w powietrzu, potężna postać o skórze barwy topionego złota. Poskręcane zwoje ciała trzymał w jednej formie pancerz przypominający klatkę z pozłacanych obręczy. W dłoni monstrum dzierżyło szeroki miecz bardziej przypominający tasak.
Oczy z litego kruszcu wyzierały z beznamiętnej, otoczonej żelazną aureolą z kolców twarzy bez ust. Belharza wiedział, że skóra aurorana jest w dotyku gorąca jak rozgrzany do białości metal. Nieraz widział, jak ayleidzcy niewygaśli tylko masując przeciwników oddzielali mięso od ich kości i doprowadzali krew do wrzenia. Ponoć elficcy czarownicy oddawali dzieci Pani Światła, by ich dusze przekuła w gwiezdnym żarze na obraz i podobieństwo najdroższej dla Ayleidów wartości – zemsty.
Belharza nie czekał. Przywołał wszystkie klątwy ochronne jakie skrywał w pamięci, kilkoma wyćwiczonymi gestami spowijając swoje ciało splątanymi, tańczącymi węzłami symboli i run. Krzycząc dziko skoczył, odbijając się kopytem od ściany kamienicy i wybijając wyżej w powietrze, uniósł topór i spadł jak błyskawica na aurorana.
Tamtej, jakby pozbywając się natrętnej muchy, odtrącił opadające ku sobie, płonące ostrze i ciął z prędkością przemykającego dźwięku.
Runy ochronne rozbłysły pomarańczowym światłem, gdy przesycony daedryczną magią tasak aurorana odbił się od spowijającego moritaura pancerza z zaklęć.
Belharza wiedział co się wydarzy, natychmiast więc wezwał szybką myślą kolejne klątwy. Zaklęcia stężały wokół jego lewej pięści niczym karmazynowe płyty, zasyczały i jęknęły w powietrzu gdy nacierający moritaur wymierzył dłonią zakutą w magiczną rękawicę cios prosto w twarz niewygasłego. Złoto zdobiące nieludzkie oblicze pękło z trzaskiem, uwalniając wypełniające aurorana gwiezdne światło. Belharza poprawił uderzenie potężnym machnięciem topora, zwalając oszołomioną daedrę na ziemię.
- CYROD! – ryknął i nie dając przeciwnikowi cienia szansy uderzył, miażdżąc głowę aurorana. Spowijające moritaura klątwy ochronne pochłonęły płomienie z eksplozji energii, która rozerwała ciało daedry.
Belharza odetchnął ciężko. Uniósł spojrzenie.
Znajdował się na krańcu przylegającej do głównej ulicy wyższego miasta alei. Ruszył przed siebie, po dłuższej chwili słysząc za plecami biegnących żołnierzy. Musieli użyć haków, lin, a potem schodów, by podążyć za swoim dowódcą.
Belharza wypadł z uliczki na szeroki dziedziniec ozdobiony z obu stron drzewami i posągami przedstawiającymi zrywające się do lotu ptaki. Po prawej stronie dostrzegł sunących w jego kierunku auroranów. Z dachów kamienic sypnęły się strzały, raz tylko, bowiem pole siłowe chroniące Belharzę łatwo radziło sobie nawet z umagicznionymi pociskami. Niewygasłych było przynajmniej tuzin.
Moritaur westchnął ciężko, wyszedł na środek ulicy, poprawił uścisk obu dłoni na skórzanej rękojeści płonącego topora. Nie miał przewagi zaskoczenia. W walce z więcej niż jednym auroranem będzie mu bardzo trudno.
W tej chwili za nim dało się słyszeć potężny huk. Wielkie wrota cytadeli trzasnęły i padły na ziemię. Przez chmurę ceglanego pyłu i kurzu przeskoczył wywijający młotem Ajötia.
- Nareszcie – mruknął do samego siebie Belharza.
Oddział szturmowy na czele z jego bratem wpadł przez bramę. Nordowie i elficcy łucznicy sprzymierzeni z Cyrodem ruszyli za dającym potężne susy moritaurem, który już niedługo potem stanął u boku brata. Czarne, gęste futro oblepiała krew, pył zaś ze zniszczonych fortyfikacji przyprószył je niczym wiosenny śnieg w południowym Skyrim.
Aurorany sunęły beznamiętnie w stronę moritaurów, za których plecami gromadzili się żołnierze. Przed braćmi, na wzniesieniu, już bardzo niedaleko, pyszniły się ozdobione ośmioma mozaikami i freskami wrota katedry. Uderzył piorun, grzmot zaś przemknął nad cytadelą. Z tak bliska był niemal ogłuszający.
- Dla nas dwóch to nie będzie zbyt wielkie wyzwanie – odezwał się Ajötia.
- Może dla mnie – odparł z rozbawieniem Belharza. – Ty będziesz tylko przeszkadzać.
- Uhri wyostrzył ci język, bracie – warknął Ajötia, po chwili jednak odetchnął. – Oni tylko nas spowalniają.
Belharza skinął głową myśląc dokładnie to samo i wpatrując w rozświetlona okna katedry Nevenoego, gdzie król-czarownik Weyliichit ściągał od długich godzin pioruny i gromadził moc grzmotu.
- Musimy zrobić to szybko – powiedział następca tronu.
Sięgnął do pasa, odpiął od niego chudą sakiewkę, po czym wyjął z niej dwie, gorące kulki żelaza. Zamaszystym gestem posłał je w zachmurzone niebo i deszcz, po czym pstryknięciem złamał niewolące mieszkańców kulek klątwy.
Na ziemię spadły, skwiercząc w deszczu, dwa atronachy ognia. Smukłe, rozedrgane postacie z węgla i płomieni syczały wściekle, próbując zerwać pętające ich płynne ciała obręcze z żelaza.
- Zabijcie niewygasłych – rozkazał Belharza, swoje słowa przepełniając mocą geasu. – Wspomóżcie nas w zamian za wolność powrotu do czarnych wód Otchłani.
Atronachy obróciły się na pokrytych sadzą i popiołem płytach ulicy, zasyczały z podnieceniem i runęły w powietrzu w stronę auroranów, przepełnione radością, że mogą wziąć udział w rzezi innych daedr. Dla demonów z Otchłani nie było prawdziwych lojalności, zwłaszcza wobec pobratymców.
Belharza i Ajötia wymienili się spojrzeniami, po czym w jednej chwili obaj puścili się w szaleńczy bieg za przyzwanymi golemami ognia. Tamte rozsnuły już w powietrzu łańcuchy z żyjących, wijących się płomieni, chłoszcząc auroranów biczami żaru i ciskając w nich chmury pyłu.
Ajötia miał dłuższe niż brat nogi, szybciej więc dopadł pola walki. Nie skacząc na wrogów przyzwał zaklęcia ochronne, po czym przebiegł po prostu przez jednego z atronachów ognia i wpadł na aurorana, taranując go i zwalając na ziemię. Natychmiast otoczony przez dwóch innych, zaczął wymieniać szybkie ciosy z przeciwnikami. Jego czarne, bycze oczy były w pełni skupione.
Belharza uniósł topór nad głowę.
- CYROD! – ryknął by zachęcić wciąż niepewnych żołnierzy. Ci jak na rozkaz ruszyli za swoim dowódcą.
Następca tronu wpadł na próbującego złapać wijącego się atronacha aurorana, wymierzył mu potężny cios otoczoną zaklęciami pięścią. Niewygasły zbił uderzenie tasakiem, samemu próbując zdjąć łeb z karku moritaura ostrymi jak miecze szponami drugiej dłoni. Belharza uchylił się, zaatakował, wściekle wymachując toporem. Jego ruchy były szybkie i pewne, jednak auroran był szybszy i pewniejszy. Przyzwana z Kolorowych Pokojów daedra nie ustępowała moritaurowi posturą ani biegłością, nie znała też zmęczenia, które promieniowało z niemal każdego mięśnia Belharzy. Szybko na jego czole pojawił się pot. Krzyknął, gdy gorący jak piec hutniczy tasak aurorana ciął go w prawe ramię, spomiędzy brązowego futra popłynęła krew. Belharza zachwiał się, drugie cięcie, trzecie, rana w boku piekła żywym ogniem. Widząc własną posokę moritaur poczuł wrzenie gniewu z tyłu czaszki, czerwienią przeszedł cały skąpany w deszczu świat, wszystko zamgliło się, a z każdym kolejnym uderzeniem topora, coraz szybszym i szybszym, Belharza słyszał coraz lepiej narastające mruczenie gdzieś poza światem. Odgłosy niebios zachęcających go by niszczył, rwał, szarpał i gniótł. By zmiażdżył i zgładził swoich wrogów.
Tak też uczynił.
Wyjąc nieludzko, Belharza rzucił się do przodu, przyjmując precyzyjne cięcie w udo. Złapał otoczoną wiązkami run ochronnych dłonią ostrze tasaka. Auroran zawahał się, a wtedy Belharza potężnym machnięciem zdjął mu głowę w żelazno-złotej koronie z barków. Eksplozja ognia spowiła moritaura, którego otoczona zaklęciami skóra płonęła wciąż, gdy Belharza rzucił się na kolejnego aurorana. Zobaczył, jak dwaj z niewygasłych pochwycili w końcu obręcze pętające atronacha, po czym przełamali je, rozrywając przyzwanego demona z dwóch stron. Eksplozja daedry spopieliła pół setki mężczyzn starających się zadać niewygasłym jakiekolwiek straty. Belharza runął pomiędzy opadającymi wciąż na ziemię prochami swoich ludzi, wpadając pomiędzy auroranów i zadając szybkie ciosy. Jego ruchy były coraz szybciej, a z jego ran płynęło coraz mniej krwi. W żyłach Belharzy płynęła krew bogów, a jego ciało regenerowało się szybciej niż ciało ludzi czy merów.
Moritaur atakował zbyt szybko, nacierał zbyt wściekle, auroran nie był w stanie nadążyć. Pierwsze uderzenie odrąbało mu ramię, w którym dzierżył tasak, drugie zwaliło go z nóg. Czując celne ciosy padające na plecy i rozogniające kolejne rany, Belharza, rycząc w zachmurzone, bijące piorunami niebo, rzucił topór na ziemię, złapał bijącego gwiezdnym światłem z urąbanych kończyn aurorana, po czym rzucił nim w drugiego. Daedry zderzyły się i wybuchły płomieniem.
Belharza odwrócił się w stronę katedry. Szepty z niebios kazały mu jak najszybciej się na niej skupić.
Piorun za piorunem trzaskał w smukłe iglice cytadeli. Powietrze ciężkie było od magii, nabrzmiałe mocą.
- Za mną! – rozkazał zmienionym przez aedryczną furię głosem Belharza, puszczając się długimi susami w stronę wysokich, wielokolorowych wrót katedry. Przebiegając obok wciąż pojedynkującego się z ostatnim auroranem Ajötiego zdjął niewygasłemu głowę z ramion machnięciem płonącego topora. – ZA MNĄ! – powtórzył wzmacniając zaklęciem głos, pokonując jednocześnie skokami wysokie stopnie prowadzące do katedry.
- ZA CYROD! – do głosu starszego z moritaurów dołączył tubalny okrzyk Ajötiego. – ZA BELHARZĘ!
Belharza, słysząc za sobą krzyki i tupot dziesiątek stóp, dopadł wrót. Potężnym, aczkolwiek niezbyt ostrożnym pchnięciem naparł na wrota, miażdżąc potężnymi pięściami drewniane płaskorzeźby.
Wrota nieoczekiwanie ustąpiły lekko, niesione zaklęciem rozwarły się, ukazując przestronny przedsionek. Do bogato rzeźbionej komnaty wpadła wichura. Grzmot przetoczył się pod wysokim stropem.
Po drugiej stronie sali, naprzeciwko wejścia, pyszniła się wysoka, dumna fontanna. Z pysków delfinów i wielorybów tryskały strumienie wody. Tafla sadzawki zadrżała, gdy zmieszały się z nią niesione wiatrem krople deszczu. Piękne, wielobarwne arrasy powiewały dziko. Nikogo nie było ani w przedsionku, ani w licznych odchodzących od niego korytarzach.
Belharza wpadł do środka, gruchocząc ciężkimi kopytami delikatne, misternie rzeźbione szkiełka pokrywających posadzkę mozaik.
Z korytarzy prowadzących w stronę krętych schodów biło upiorne światło.
Belharza odetchnął, uspokoiwszy się nieco. Rozejrzał się.
- Za mną – powtórzył znów, tym razem powoli i spokojnie, starając się opanować wzburzoną krew i szumy w głowie.
Synowie Alessii i ich żołnierze ruszyli, stąpając po świętych płytach katedry Nevenoego.
Kręte schody prowadziły z przedsionka w górę, po obu stronach fontanny. Były przestronne, stopnie zaś wykuto bardzo wysokie, zdecydowanie zbyt wysokie by były praktyczne nawet dla potężnego elfa. Dla Belharzy jednak były w sam raz. Prowadziły do podobnie wysokiego i szerokiego korytarza. Na jego ścianach ciągnęły się płaskorzeźby, wyglądające niczym miękko wytopione z kredy piękną pieśnią-zaklęciem. Przedstawiały sceny z leśnego życia, przede wszystkim zaś ptaki, najróżniejsze, małe i duże, wróble i pawie. Wszystkie cieszyły się i tańczyły. Gdzieniegdzie Belharza wypatrzył postać węża, któremu orzeł odgryzał głowę.
Korytarz zaprowadził bardzo powoli i ostrożnie zmierzających nimi Cyrodczyków na przestronny balkon usadowiony mniej więcej w połowie wysokości południowej ściany olbrzymiej, długiej komnaty.
Na jej przeciwległym krańcu, kilka metrów od balustrady ze srebra i stali, widniały gigantyczne, przeźroczyste cylindry. Podłączone do tajemniczej, szumiącej maszynerii dwemerowymi rurami ze szkła i kryształu, świeciły niebiańskim światłem, zaczerpniętym być może z bijących wciąż w iglice cytadeli piorunów. W cylindrach zaś obracały się wielkie kryształy. Miały kształt wydłużonych rombów obramowanych szerokimi pierścieniami z czegoś co wyglądało jak pokryte srebrem żelazo. Materiał z którego zrobiono kryształy przypominał pokryty żyłkami, oczyszczony kwarc. Belharza poznał kamienie natychmiast. Kryształy varla były wykorzystywane przez Ayleidów do gromadzenia czystej many zbieranej nocą z rozproszonego światła gwiazd niczym deszczówka do wiader. Te jednak były największe jakie moritaur kiedykolwiek widział. Musiały mieć przynajmniej cztery metry wysokości.
- Spójrz.
Belharza usłyszał szept Ajötiego tuż za plecami, obrócił się lekko, po czym zwrócił wzrok w stronę, którą brat wskazał mu gestem.
Na środku sali zebrało się kilkaset osób. Kobiety, dzieci, starcy, nieliczni mężczyźni odziani w zbroje i szaty magów czy też kapłanów. Zgromadzeni w ciasnej zbitce, żaden nie przekraczał wyrysowanego na pokrytych wielokolorowymi mozaikami posadzce linii. Tuż za tłumem wysokie schody prowadziły do prostego tronu z beżowego marmuru. Nikt jednak na nim nie zasiadał. Belharza wypatrzył w środku zgromadzonych postać w kremowych szatach i z jaśniejącą w blasku rzucanym przez maszynerię koroną na skroni. Długie, proste włosy opadały kaskadami na kark Nevenoego, króla-czarownika Weyliichit.
Łukowe sklepienie podpierały dwa rzędy kolumn pozbawionych żadnych zdobień. Pod nimi stali w bezruchu i oczekiwaniu elficcy mistrzowie stali, odziani w płaszcze przypominające ptasie skrzydła.
Belharza, schodząc na przedzie oddziału schodami z balkonu na ziemię, zdał sobie sprawę, że Nevenoe coś mówi. Schwycił mocniej rękojeść topora, jego dłonie zelżały jednak, gdy ze zdumieniem zrozumiał, że zna słowa wypowiadane przez Ayleida. Słowa starej baśni.
- Na ośmiu wyspach, pośrodku wielkiego jeziora, mieszkały ptaki – głos króla-czarownika przypominał muzykę.
Nevenoe przechadzał się pośród poddanych, obracając tak, że Belharza zobaczył, że trzyma w ramionach dziecko. Kołysał je z wprawą. Jego piękne jak jutrzenka oblicze nie miało wieku. Belharza sprowadził swoich żołnierzy na ziemię i bardzo powoli zaczął zbliżać się do gromadki Ayleidów na środku sali tronowej. Grzmot przetoczył się na światem.
- Z białego wzgórza na środku największej z wysp wypływało osiem strumieni, które wpadały do ośmiu zatok, po jednej dla każdej z ośmiu stron świata. Ptaki śpiewały ptasimi głosami w dzień i w nocy, ciesząc się i weseląc sobą i towarzystwem jasnych gwiazd wysoko na niebie. Jednak w czarnym, gorącym lesie, w gęstej puszczy która porastała rozległe lądy dookoła jeziora, żyły węże i ci, którzy potrafili rozmawiać z wężami, i oni i ich węże wyprawiali się na osiem wysp osiem razy, i osiem razy spustoszyli ptasie gniazda i odebrali wolnym ptakom ich spokój i szczęście. Osiem razy ptaki wołały ptasim śpiewem, śpiewem który nie zna słów, pomocy jasnych gwiazd wysoko na niebie, a o poranku następnego dnia po ósmym wołaniu ptaki ujrzały wysokie żagle na horyzoncie.
- Torval! Torval! – rozległo się powtórzone kilkoma dziecięcymi głosami wołanie, większość jednak słuchaczy nadal słuchała w ciszy i skupieniu.
Nevenoe uśmiechnął się, odgarnął włosy z czoła i zabujał sennie przymykającym oczy niemowlęciem w ramionach.
- Tak, Torval. Torval Pilot, który nauczył ptaki pięknych słów i pieśni, po czym razem z nimi odegnał węże i tych, którzy rozmawiali z wężami. Potem razem z ptakami poszybował wysoko aż ku słońcu, tak wysoko, aż cień ptasich skrzydeł padł w końcu na osiem krańców błogosławionego Ayleidoonu. To jednak opowieść na inny czas.
Dzieci, inaczej zupełnie niż zachowałyby się w tej chwili ludzkie, tylko skinęły posłusznie główkami, po czym rozeszły się, siadając bądź przytulając do przerażonych matek. Nevenoe, nie tracąc spokoju, oddał delikatnym gestem trzymane w ramionach niemowlę. Starzec, który wyjął je z rąk króla, skłonił się w geście pełnym szacunku przed władcą, po czym zagłębił w tłumie.
Przez chwilę jeszcze Nevenoe stał, obdarzając kilkaset osób łagodnym uśmiechem, po czym odwrócił się, przekroczył z wyraźnym wyrazem smutku na pięknym obliczu wyrysowany na posadzce próg, po czym zaczął zbliżać się w stronę Belharzy.
Po schodach prowadzących do sali tronowej zeszło już wielu spośród członków straży przybocznej moritaura, tuż za nim stał Ajötia, gdzieś dalej kilku Nordów, pośród nich Hjalarmurf. Wszyscy, z wyjątkiem synów Alessii, wpatrywali się z przejęciem i strachem w rzucającą blade światło maszynerię. Kryształy varla obracały się bez choćby szmeru coraz szybciej, wychwycić to jednak mogło tylko elfickie oko – bądź oko Belharzy.
- Nevenoe – powiedział moritaur. Dając znak swoim ludziom wysunął się nieco do przodu, jakby zmierzając na spotkanie z władcą Weyliichit. Tamten skinął głową. Jego szaty z bliska okazały się być misternie przeplecione srebrnymi włóknami, szyte by przypominać czaple pióra o beżowej i kremowej barwie. Skryta pod nimi postać nosiła smukłą, wysoką koronę zwieńczoną klejnotem o kształcie długiej łzy i barwie czystej wody.
- Witaj Belharzo w moim domu – Nevenoe odezwał się w czystym cyrodzkim.
- Poddaj się, odłóż koronę i zegnij kark przed klejnotem królów chwały, a zachowasz swoje życie – przemówił Belharza wykorzystując wyuczoną formułkę, którą w myślach wielokrotnie ćwiczył właśnie na tę okazję. Na próżno, jak się zorientował. Spodziewał się króla-czarownika jak z opowieści matki o dawnych władcach środkowego Cyrodu, potężnego w strasznym majestacie ognia i błyskawic, mówiącego językami z płomieni i spopielającego całe armie myślą bądź kaprysem. Nevenoe w zamian za to wydawał się… mały.
- Jestem jednym z ośmiu i ośmiu królów Ayleidoonu – w głowie Nevenoego nie było ani dumy, ani gniewu, ani żalu. W istocie nie było w nim niczego. Wydawało się jakby niemalże odgrywał wcześniej pomyślaną rolę, przedstawienie nie dla Belharzy nawet. Może dla swoich poddanych? – Moja korona jest moim dziedzictwem, wydartym z głębin morza nocy przez mojego ojca, Nonotonialla.
Belharza zesztywniał. Nie spodziewał się rzecz jasna, że Nevenoe ugnie się, nawet gdy już pokonany. Moritaur obrzucił nerwowym spojrzeniem komnatę. Uderzył grzmot, a sala tronowa zapełniła się światłem ściągniętej przez wysokie iglice błyskawicy. Nie, Nevenoe nie mógł poddać się gdy wciąż miał coś w zanadrzu. Co szykujesz?, pomyślał Belharza patrząc na obracające się kamienie varla. Trzeba to szybko zakończyć.
Ayleidzki król-czarownik pochwycił jego spojrzenie, uśmiechnął się. Jego uśmiech był ciepły i kojący, oczy jednak zimne i puste jak czerń między gwiazdami.
- Poddaj się – Belharza starał się zabrzmieć jak najbardziej stanowczo. Czuł na sobie spojrzenia, setki spojrzeń, przede wszystkim elfów zebranych ciasno na środku komnaty. – Zachowasz życie. Obiecuję ci to po raz ostatni.
- To wielka łaska, Człowieku-Byku – w głosie elfa nie było żadnych emocji. – Co jednak z moim ludem?
- Otrzymają podobny wybór.
- Dlaczego jednak mają wybierać? – zapytał Nevenoe, zakładając ręce za plecami. – Ta ziemia jest ich dziedzictwem. Moją własną wolą było sprzeciwić się wam, Belharzo, czemu oni mają cierpieć z tego powodu bardziej niż już cierpieli?
Belharza zawahał się.
- Cyrod jest domeną amuletu królów chwały, sztandaru ludzkości. Ta ziemia już nie należy do nich. Ani do ciebie. Boskie przymierze sprawiło, że stała się dziedzictwem boskiej Al-Esh – Belharza rzekł elficki tytuł swojej matki, Pierwsza, od której pochodziło imię, którego używała w kontaktach z innymi. Prawdziwego imienia matki nie śmiał wymawiać.
- Moim dziedzictwem – dodał moritaur po dłuższej chwili.
- Czy krew jest twoim dziedzictwem, Belharzo? – zapytał Nevenoe z błyskiem w oku. Głos elfa otulał moritaura niczym miękki i ciepły w dotyku aksamit. – Śmierć, zguba i rzeź? – coś zmieniło się na chwilę na obliczu Ayleida, jakby smutek i współczucie. - Twoje dziedzictwo jest pełne żmij – dodał zagadkowo.
- Moim dziedzictwem jest tron Cyrodu – Belharza niemal zazgrzytał zębami. Wypowiadane przez niego słowa skrzypiały teraz w jego uszach niczym pocierane o siebie, chropowate odłamki obsydianu. W porównaniu do nich spływające z ust Nevenoego zdania zdawały się muzyką. Moritaur odchrząknął. – Tron ludzkości, którą merowie niewolili od niepamiętnych czasów i przez niezliczone pokolenia.
- Tron Strzaskanych Królestw – powiedział ayleidzki król-czarownik z wyraźnym smutkiem, przywołując sakralną nazwę. – Tron z połamanych kości, tron ze zgiętych karków i martwych ciał…
- Tron, który jest darem niebios – przerwał elfowi Belharza, robiąc krok do przodu. W komnacie natychmiast zawrzało, gdy wojownicy po obu stronach chwycili za rękojeści, unieśli broń i dłonie wzywając rytuały.
Nevenoe uspokoił swoich żołnierzy lekkim skinieniem dłoni.
- Bogowie ukoronowali moją matkę klejnotem królów chwały – rzekł mocnym głosem moritaur. Niektórzy z ludzi stojących za jego plecami uczynili święte znaki czerwonego amuletu na czołach czy piersiach.
- Tak ci powiedziano – przez bladozłote oblicze Nevenoego przemknął cień uśmiechu.
- Moim ojcem jest Morihaus-Tchnienie-Kyne – Belharza czuł gotującą się w żyłach krew, ogień buchający od napiętych mięśni. – Moim wujem jest Pelinal Białoręki. Cyrod jest wolą bogów.
- Pelinal Białoręki pożerał twarze i serca moich krewnych, Belharza. Zarzynał kobiety i dzieci, i starców. Całe miasta. Z jego rozkazu spłonęły mające tysiąc lat biblioteki Nilichiit. Tam, gdzie padał cień skrzydeł Morihausa znajdowaliśmy kobiety o rozszarpanych łonach i…
- Ayleid ze wszystkich merów nie będzie pouczał dziedzica Cyrodu – Ajötia wysunął się przed szereg, cały drżał z wściekłości. Górował nad królem elfów jeszcze bardziej niż jego brat, rzucając potężny cień w skąpanej w mlecznym blasku komnacie. Z grupy zgromadzonej na jej środku dobiegły krzyki przerażenia. – Okrucieństwo twojej rasy nie zna końca, merze. Opłakujemy po dziś dzień ofiary waszego upodlenia, ludzi jak zabawki przekształconych ku uciesze czarowników w krzyczące bez ustanku rzeźby z ociekających krwią kości i mięsa. Lata udręki i pracy od świtu do zmierzchu. Ludzi i merów, niewolników, skrzyżowanych dla poklasku z psami i świniami.
- Nie brałem w tym udziału – szepnął Nevenoe patrząc gdzieś w dal niewidzącym wzrokiem.
Belharza, rzucając spojrzenie raz po raz na ayleidzkich mistrzów stali stojących za królem-czarownikiem, poczuł się nagle obserwowany. Spojrzał w zbitą dalej gromadkę kobiet i dzieci. Na przedzie stała dziewczynka. Jak każdy mały elf miała duże oczy, wąską twarzyczkę i wąskie usta, teraz zaciśnięte w gniewie. Belharza poczuł się dziwnie obco. Patrzył w okrągłe, szkliste oczy dziewczynki. Jego bystry wzrok uchwycił w nim postać. Jego odbicie.
- A jednak nie zgiąłeś karku – kontynuował młodszy z moritautów. Przerzucił młot z jednej do drugiej ręki, pryskając we wszystkie strony kroplami elfickiej krwi. – Inni, choć nieliczni, tak. Ty ukryłeś się tutaj. Jesteś tchórzem. Wierzyłeś, że inni, Hadhuul, Nilichi i inni, że oni zgładzą nas i pozbędą się problemu. Te bestie…
- A kim jesteś ty? – przerwał Ajötiemu Nevenoe.
Belharza wzdrygnął się, gdy zobaczył potężną, gigantyczną wręcz postać skąpaną w mglistym, upiornym blasku. To ja, pomyślał nagle. Na mocarnych, grubych udach i szerokich kopytach pokrytych krwią i potem zwisały strzępy jelit. Szerokie bary i potężne ramiona były niemal brunatne od posoki, gęste futro pozlepiało się i zmierzwiło dziko. Belharza zesztywniał, a bestia w oczach dziewczynki wyprostowała się, górując nad zgromadzonymi. Bestia?, uświadomił sobie swoje myśli moritaur. Potwór… Czy to naprawdę ja?, zapytał się w myślach dziedzic Alessii.
- Jestem Ajötia, drugi syn Morihausa-Tchnienia-Kyne i Alessii, królowej wszystkich rzek – brat Belharzy wypiął dumnie szeroką pierś.
- Czy słyszałeś co mówiłem o…
- Gdybym musiał zrobiłbym to sam! – ryknął Ajötia, przerywając Nevenoemu w pół słowa. Uderzył się pięścią w ramię. – Ja, ja sam, i każdy z moich ludzi! Poprzez śmierć, wolność. Nic z tego, co uczynił Pelinal nie jest mi wstrętnym. Zrobiłbym to wszystko ponownie choćby i po tysiąc razy by zetrzeć was wszystkich z oblicza Cyrodu!
Nie, pomyślał wtem Belharza i odwrócił łeb w stronę brata, wyrywając się sprzeciwem z dziwnego transu. W oczach Ajötiego rozpoznał gorejącą, aedryczną furię. Przelewała się przez brzegi jego rozumu jak grzane wino w zbyt małym pucharze…
- BELHARZA!
Wszystko wydarzyło się zbyt szybko, by wezwany krzykiem Hjalarmurfa moritaur zdążył zorientował się, co robi.
Zaśpiewała stal, zadudniły kroki.
Belharza poczuł na torsie dotknięcie, delikatne jak powiew wiatru.
Natychmiast, wyuczonym gestem, zamachnął się, odepchnął coś, wyciągnął sztylet z pochwy u pasa szybciej niż oko mogłoby go wyśledzić, po czym, wciąż kontynuując ten sam, płynny, automatyczny odruch, zagłębił go najpierw w lekkim materiale, a potem w miękkim jak glina ciele.
Dopiero wtedy Belharza spojrzał przed siebie.
Uderzył grzmot.
Całą cytadelą jakby rzuciło, gdy błyskawica miotnęła w jedną z wysokich iglic. Światło przepłynęło po przezroczystych, dwemerowych przekaźnikach, na mniej niż uderzenie serca rozświetliło ogromne słoje na ścianach. Gigantyczne kamienie varla, wciąż obracające się w ciszy, mignęły teraz jasno, po czym przyśpieszyły, wydając wysoki, piskliwy dźwięk przeszywający uszy i powietrze.
Nevenoe stał przed Belharzą, bezwładne ciało wspierając na wyciągniętym ramieniu moritaura. Z bliska wydawał się mały i kruchy, jak czysty duch zbyt długo przepalający cielesną powłokę. Nie miał w dłoni żadnej broni, ani nie przygotowywał żadnej klątwy. Był bezbronny.
W jego prawym boku tkwił sztylet wciąż jeszcze trzymany przez osłupiałego Belharzę.
- Ten świat jest błędem – usłyszał bardziej w głowie niż w uszach syn Alessii. Nevenoe rozciągnął usta w uśmiechu. Błękitny klejnot w jego koronie rozświetlił się magią dusz, gdy król-czarownik zamknął tysiącletnie oczy.
- Zatrzymajcie to! – jak przez mgłę usłyszał Belharza rozkaz brata. Omiótł zeszklonym spojrzeniem komnatę. Jakby w zwolnionym tempie ukazały mu się mistrzowie stali wymieniający ciosy ze strażą przyboczną, Nordami i Ajötią.
Ayleidzkie dzieci krzyczały z przerażeniem. Nie, pomyślał Belharza, przestańcie.
Kamienie varla rozbłysły.
Niebieskie linie many przecięły komnatę, odbijając się od wytworzonych w mrugnięcie oka, magicznych luster.
Cała komnata pokryła się wielkimi, naelektryzowanymi chmurami kolorów. Wszystkich kolorów tęczy, a nawet innych, których Belharza nigdy nie widział. Barwy mieszały się ze sobą, splatały i rozdzielały.
Kolory pachniały świeżo zakwitłymi akacjami, trawą i rzeką.
Chmura opadła na środek komnaty. Nagle Belharzę niemal zrzuciło z nóg, gdy potężne dmuchnięcie pełnego trzaskających iskier powietrza miotnęło ze środka obłoku na wszystkie strony.
Gdzieś daleko uderzył grzmot.
- To portal! – przez wrzawę przebił się rozpaczliwy głos zaklinacza. – Wzywają posiłki!
To nie posiłki, pomyślał niezwykle trzeźwo Belharza, jedną dłonią osłaniając oczy a drugą przyciągając do siebie lekkie zwłoki Nevenoego, niemal je przytulając.
Kolory skłębiły się w szalony wir, rozbłysły jasnym światłem które prześwietliło wysokie witraże cytadeli i rzuciło blask na kilkanaście kilometrów dookoła Weyliichit.
Nagle chmura zniknęła. Rozległ się ogłuszający huk. Kamienie varla eksplodowały.
Belharza rzucił się na ziemię, słysząc krzyki bólu ludzi, którzy zostali trafieni odłamkami. Padając na posadzkę moritaur ujrzał ludzkiego zaklinacza z rozerwanymi torsem, przybitego do ściany przez dymiący kryształ.
Zapadła cisza.
Moritaur zorientował się, po chwili która zdawała się trwać dzień i noc, że ciało króla-czarownika zmieniło się w pył. Bardzo powoli Belharza uniósł się, wsparłszy na ramionach. Rozdarta i splamiona na boku krwią, beżowa, biała i kremowa szata była pusta w środku, cała pokryta szarawym pyłem. Tylko smukła korona i przypominający długą, błękitną łzę kryształ pozostały po królu-czarowniku Nevenoem. Kamień wprawiony w koronę był zimny jak lód, a Belharzie zdawało się, że czuje w nim umykającą się i gasnącą obecność.
Obramowany wyrysowanym na posadzce kwadratem obszar na środku wielkiego holu był pusty. Dymiły intensywnie przecięte z chirurgiczną precyzją płyty, odsłaniając nadgryzione wapnem, kredowe wzgórze pod obszarem rytuału. Nie pozostał ani ślad po zgromadzonych tam mieszkańcach miasta. Kobiety, dzieci i nieliczni mężczyźni zniknęli. Wszędzie dookoła, na ziemi, w ścianach i w kolumnach tkwiły ostre jak żyletki odłamki strzaskanych kryształów varla. Cylindry, w których mieściły się jeszcze przed chwilą, trzaskały wyładowaniami many, wciąż spowijając komnatę w mlecznym świetle. Belharza uchwycił wzrokiem ostatni strzępek wielobarwnego kształtu, wirujący się i zapadający się w sobie pod sufitem, nim i on rozwiał w powietrzu.
Belharza wstał, z szacunkiem odkładając zaplątany w szaty sztylet i podnosząc koronę. Uniósł ją w grubych, pokrytych odciskami dłoniach. Zapatrzył się na piękne, mikroskopijne zdobienia złotych i platynowych łączeń, na rzeźbione pióra i gwiazdy.
Zadudniły w panującej wciąż ciszy uderzające o kamień kopyta.
- Co się stało?!
Syn Alessii odwrócił się i zobaczył, jak Ajötia unosi jedną dłonią pokiereszowanego mistrza stali. Wyjątkowo ostra chmura odłamków zmieniła kunsztowny płaszcz z piór w strzępy, rozryła twarz elfa i zmieniła jedno z oczu w smugę krwi i białka. Mimo to Ayleid uśmiechał się drżącymi ustami.
- Nigdy… nigdy ich nie znajdziesz – wycharczał mer, plując krwią. – Oni są już z naszą Panią.
- Co to znaczy?! – ryknął młodszy z moritaurów potężnie, wymierzając elfowi uderzenie pięścią.
Mistrz stali syknął, zgiął się w pół i puszczony przez Ajötiego spadł na ziemię jak wór ziemniaków. Dzwoneczki na krętych rogach zaśpiewały, gdy moritaur skłonił się, podniósł złamany w pół berdysz Ayleida, po czym zamachnął się i z krzykiem wycelował w zakrwawioną głowę kaszlącego, wijącego się elfa.
Ajötia sapnął z zaskoczeniem, gdy Belharza nagle wyrósł jak z pod ziemi tuż obok, złapał berdysz i stanowczym gestem odtrącił brata. Ten zrobił kilka kroków do tyłu, zarzucił łbem, warknął, odrzucił berdysz daleko w głąb komnaty.
- Dosyć tego – powiedział z nienaturalnym spokojem Belharza, patrząc prosto w pełne gniewu oczu Ajötiego. – Dosyć powiedziałem.
- Jak to dosyć?! – kłąb piany spadł na posadzkę, wytaczając się z pyska młodszego moritaura, gdy ten wskazał zamaszystym gestem leżącego elfa. – Ten skurwysyn wie gdzie oni są! Trzeba ich dostać, złapać, zabić. Wszystkich.
- Powiedziałem. Dosyć. Tego. – każde słowo Belharzy spadało na ziemię jak uderzenie kowalskiego młota.
Ajötia cały zadrżał, pokręcił łbem. Westchnął ciężko kilka razy, zbliżył się do brata. Był większy i cięższy, masa splątanych mięśni i czarnego futra. Ciemnobrązowa sierść Belharzy zjeżyła mu się na karku. Wtem ramiona Ajötiego opadły.
- Tak, bracie – odetchnął bardzo powoli, po czym obrócił się na okutym żelazem kopycie i odszedł w głąb sali, pomagając podnieść się Nordowi, którego ręka leżała kilka kroków od krwawiącego tułowia.
Dopiero wtedy Belharza zorientował się, że w odległości kilkunastu kroków żołnierze, magowie i inni zebrani patrzą się na niego bez słowa. Twarze wielu pobielały z przerażenia na widok konfrontacji między synami Morihausa.
- Opatrzeć rannych – wydał rozkaz zebranym Belharza. Natychmiast zmartwiali ludzie ruszyli z miejsca, biegnąc się we wszystkie strony. – Ocalałych Ayleidów skuć i zamknąć w klatkach – dodał dziedzic Alessii po chwili.
Belharza znów spojrzał na koronę Nevenoego. Teraz dopiero dostrzegł malutkie, rzeźbione figurki ludzi-ptaków tańczących na obręczy z promieniami słońca. Piękne, pomyślał.

***


Wysoki witraż przedstawiał potężną postać o łbie orła w rozłożystej koronie. W lewej dłoni ptasi król ściskał łuk, w prawej harfę, jego dłonie i twarz otoczone były aureolami z misternie skomponowanych rubinów. Ptasie stopy króla unosiły się lekko nad ziemią, a podmuchy powietrza z szafirów i pereł unosiły go w górę na szerokich skrzydłach. W górze niebo rozstępowało się, wpuszczając wstępującą w apoteozie figurę, pokrywając ją światłem z czerwonych, białych i żółtych szkiełek.
- Auriel, król bogów, powracający do Aetheriusa.
Belharza skinął głową. Caranuach podszedł do niego i oparł dłoń na rękojeści miecza. Zdążył się już oczyścić z krwi, zapewne z użyciem magii. Na zewnątrz cytadeli wciąż szalała wichura, zbliżała się już jednak do końca, wysokie zaś iglice Weyliichit, nienasycone już rytuałem Nevenoego, przestały ściągać w stronę zamku piorun po piorunie. Deszcz bębnił o arcymistrzowski witraż.
- Starzy elfowie wierzyli, że bogowie opuścili świat i wrócili do miejsca czystej magii, na łabędzich łodziach żeglując przez bramy słońca ku Aetheriusowi. Wciąż wyznają tę ortodoksję w Alinorze i pośród Dirennich, Ayleidzi zaś toczyli o to ze sobą wojny religijne w przeszłości, popadając w schizmę. Nie wiedziałem, że Nevenoe jest barseabikiem. Te wszystkie posągi Pani Światła…
- Wiem – mruknął Belharza, porzucając oficjalną liczbę mnogą. Ten świat jest błędem. – Widocznie pozwalał swoim poddanym czcić zarówno Aedry jak i Daedry.
Wysokie, zdobione okno uświetniało wschodnią ścianę komnaty, bardzo niedaleko znajdującego się na wysokim podwyższeniu tronu króla-czarownika.
- Co z Uhrizenem? Czy zwiadowcy coś odkryli? – zapytał po długiej chwili Belharza, utrzymując kontakt wzrokowy z przedstawioną na witrażu postacią.
Caranuach pokręcił głową, wzdychając.
- Niestety, wygląda na to, że wasz brat, panie, i wszyscy inni zniknęli. Znaleźliśmy obóz, niewygasłe jeszcze ogniska i wciąż trwające zaklęcia osłaniające armię przed deszczem. Poza tym ślady portali, oparte na liniach tellurycznych biegnących na zachód.
- Na zachód? – zdziwił się Belharza, odrywając oczy od okna i patrząc na Albalika. Tamten uśmiechnął się przepraszająco. – Może chcieli zaatakować miasto przez rzekę? Nie uzgadnialiśmy tego, ale Uhri zawsze miał jakieś swoje plany…
- Nie mam pojęcia. Niestety nasi magowie wciąż próbują sobie poradzić z siatką magiczną rozplecioną wokół cytadeli, większość rytuałów jest oparta na magotechnicznych urządzeniach zatopionych w murach. Będzie trudno. Będziemy w stanie wyśledzić dokładne przeznaczenie portali może za jakąś godzinę, albo dwie, łączność telepatyczna i możliwość otwierania własnych przejść powinna pojawić się jednak już wkrótce. Pracujemy możliwie jak najszybciej.
- Mam taką nadzieję. Chcę wiedzieć, co się stało z moim bratem. Oraz z armią, którą miał przy sobie.
Belharza nie chciał sugerować najgorszego. Razem z Uhrizenem ciągnęły na Weyliichit siły sprzymierzonych z Alessią ayleidzkich królów, tych nielicznych, którzy zdecydowali się poddać Tronowi Strzaskanych Królestw. Czy mogli wbić nam nóż w plecy?, przemknęło przez myśli Belharzy. Niemożliwe. Uhri jest zbyt czujny i podstępny, zwietrzyłby zdradę. Coś jeszcze uwierało jednak w tym wszystkim Belharzę, jakieś przeczucie z tyłu łba którego nie umiał nazwać.
- Panie.
Kinevre podeszła do rozmawiających i skłoniła się.
- Co z Lalaioralem? – bez ogródek przeszedł do rzeczy Belharza, starając się okazywać spokój i nie ujawniać głębokiego niepokoju.
Odwrócił się od witraża, po czym ruszył w stronę tronu. Caranuach i Kinevre ruszyli za nim. W całej komnacie uwijali się inżynierowie, magowie i żołnierze. Ktoś rzucił na szybko czar transmutacyjny na wielką dziurę w posadzce, pokrywając ją na szybko wytworzonymi, białymi płytami. Odstawały bardzo od misternych, wielokolorowych mozaik pokrywających resztę posadzki. Inżynierowie Kothri w specjalnych kombinezonach zbierali z wielką pieczołowitością odłamki zniszczonych kryształów varla.
- Jego stan jest stabilny, panie – połowa twarzy Kinevre była niemal zwęglona, kobieta pomagała jednak sobie czarami odnawiającymi, zostawiając upiększanie na później. Musiała oberwać mocno od atronacha ognia. – Dzięki przybyciu posiłków zdobyliśmy katedrę bez większych trudności.
- Doskonale – mruknął Belharza, kilkoma tylko susami pokonując wysokie schody. Usiadł na tronie, po czym przekręcił się kilka razy, starając wcisnąć w mniejsze niż do tego przywykł siedzisko. – Policzyć jeńców. Wszyscy mają być traktowani z szacunkiem. Przeznaczcie na ich tymczasowe miejsce pobytu podziemia katedry. Wedle naszej wiedzy znajdują się tam rozległe katakumby – Belharza na powrót przybrał formalny ton, niejako odruchowo.
- Oczywiście, panie – Kinevre skłoniła się po raz kolejny, po czym odmaszerowała. Caranuach podążył za nią.
Belharza wtedy dopiero pozwolił swoim zmęczonym ramionom opaść, a powiekom zamknąć się. Natychmiast usunął się w stan tylko na wpół świadomy. Zmęczenie przepełniało każde włókno jego potężnego ciała, które, choć wielokrotnie wytrzymalsze niż ciało przeciętnego człowieka, było tej nocy zdecydowanie zbyt aktywne.
Moritaur zobaczył przed zamkniętymi oczami czysty jak łza i mający jej kształt kryształ. Szeptał do niego w nieznanym języku, lśniąc i przybierając barwę błękitną niczym czyste niebo widoczne ze szczytu Wieży-z-Białego-Złota.
Dziedzic tronu wybudził się z letargu, potrząsnął łbem. Spojrzał na koronę Nevenoego, którą wcześniej położył na prostym oparciu tronu. Kamień zdobiący insygnium zdawał się martwy, matowy i pozbawiony wcześniejszego blasku.
- Ktoś otwiera portal!
Belharza nastroszył uszy i zesztywniał na tronie, słysząc pełen zaskoczenia głos któregoś z zaklinaczy. Tak szybko?, przeszło mu przez wzburzone myśli. To musiał być potężny rytuał.
Strażnicy, do tej pory przechadzający się po sali tronowej, ruszyli prędko w stronę jej środka, gdzie powietrze w charakterystyczny sposób zagięło się i zapadło do wewnątrz. Pojawiły się purpurowe symbole.
- To energie telluryczne ze stolicy – powiedział zdumiony Caranuach, instynktownie przygotowując inkantację.
Belharza poszukał wzrokiem brata i napotkał jego zaniepokojone spojrzenie w chwili, gdy portal otworzył się zupełnie i ze środka wypadł mały, zgarbiony człowieczek. Przejście zamknęło się niemal natychmiast.
Ajötia odszedł od kolumny, pod którą klęczał jeszcze przed chwilą czyszcząc kopyta, i zbliżył się powoli do tronu Nevenoego. Przybysz w tym czasie poderwał się, po czym puścił biegiem w stronę zasiadającego na wysokim siedzisku Belharzy.
Zakrwawiony mężczyzna, odziany w szaty w kolorach bieli i szarości, przebiegł prędko przez całą długość komnaty, rozsnuwając wokół siebie gryzący zapach pergaminu, krwi i rozgrzanego żelaza. Po chwiejnym kroku znać było, że ledwie trzyma się na nogach, pędził jednak jakby ścigało go stado daedr. W rozbieganym spojrzeniu krył się strach… i coś jeszcze, czego Belharza nie potrafił rozpoznać.
Wszyscy umilkli w jednej chwili, gdy mężczyzna dopadł stóp stopni prowadzących do tronu ayleidzkiego króla, odetchnął pełną piersią, po czym bez słowa padł na ziemię. Opierając ręce na zaciśniętych pięściach wcisnął twarz w zimne, wielobarwne płyty zdobiące podłogę w tym miejscu sali.
Absolutna cisza, w której deszcz bębniący wciąż o witraże zdawał się wręcz ogłuszający, nie trwała dłużej niż uderzenie serca.
Rozległo się jakby przeciągłe westchnienie, gdy wszyscy w całej komnacie, z wyjątkiem Ajötiego, żołnierze, magowie, inżynierowie i słudzy, ludzie i merowie, wszyscy padli na ziemię w poddańczej prostracji.
Belharza poczuł, jakby szara zasłona zsunęła mu się z oczu, świat przeszedł szkłem. Po pokrytych krótką szczeciną policzkach popłynęły łzy. Coś w środku pękło i zniknęło.
Potężne kolana Ajötiego trzasnęły niczym walące się do morza klify. Moritaur zwalił się bezsilnie na posadzkę, po czym uniósł wielkie jak bochny chleba dłonie. Z hukiem, który odbił się pośród wysokich, łukowych sufitów, złamał poskręcane, przeplecione dzwoneczkami rogi, rzucił je na ziemię, po czym powoli rozłożył mocarne ramiona, uniósł łeb i zawył.
Belharza nadal siedział w bezruchu. Krzyk jego brata przetoczył się nad zgiętymi w posłuszeństwie zebranymi. Dotykali pięściami i twarzami zimnego kamienia w geście, który przeznaczony był dla jednej tylko osoby.
Alessia, królowa wszystkich rzek całego Cyrod, nie żyła.
W zupełnej ciszy, która zapadła gdy rozbrzmiał już krzyk smutku i gniewu młodszego z moritaurów, Belharza wstał. Czuł, jak łzy schną na coraz gorętszej skórze. Niemal odczuwał żar bijący od szerokich barów i pleców, powoli ogarniający całe ciało a bardziej intensywny od ciepła hutniczych pieców. Zrozumienie rozświetlało wzburzone wody jego umysłu niczym słońce w zenicie.
- Gdzie jest Uhrizen i jego armia? – odległe, beznamiętne słowa nowego króla Cyrodu sprawiły, że Ajötia natychmiast zwrócił na niego wzrok pełen strachu i wściekłości, a niektórzy spośród doradców i generałów wymienili ukradkiem spojrzenia, tuląc się jednocześnie do ziemi. – Gdzie jest mój brat?
Twoje dziedzictwo jest pełne żmij, odezwał się w głowie Belharzy smutnym szeptem król-czarownik Nevenoe.
Nad upiorną cytadelą, ostatnim dogasającym płomieniem Ayleidoonu, przeszedł grzmot.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
„Reach Heaven through violence.” - Vivec
Odpowiedz

Cytat

Z drugiej strony to był też mój błąd, bo obciąłem tekst (to co widać to nie jest bynajmniej wszystko - może jakaś 1/4; trochę mi z tego wyszła taka mininowela w sumie) przed punktem, który mógłby Cię teoretycznie zainteresować. Stąd mimo wszystko jednak zachęcam do lektury przynajmniej tego rozdziału, który zamieszczę poniżej, a nuż jakoś Cię wciągnie

To nie tak, że mam coś przeciwko opisom bitew, po prostu dla niefana jest on taki troszkę... oderwany.
No cóż... Dalej pszczółki jakoś mi nie współgrają z resztą Ale jest już trochę więcej emocji, bardziej rozbudowałeś ten wątek opresji ludzi przez merów, fajnie. Co do strony technicznej, podobne wrażenia, jak wcześniej - generalnie fajnie, niezłe opisy akcji, zazdroszczę tej umiejętności.

Cytat

Tamtej, jakby pozbywając się natrętnej muchy, odtrącił opadające ku sobie, płonące ostrze i ciął z prędkością przemykającego dźwięku.

Chyba "Tamten".

Cytat

Czarne, gęste futro oblepiała krew, pył zaś ze zniszczonych fortyfikacji przyprószył je niczym wiosenny śnieg w południowym Skyrim.

Wydaje mi się, że lepiej byłoby "zaś pył ze zniszczonych".

Mam wrażenie, że w niektórych miejscach coś jest nie tak z przecinkami - ale sam miewam problemy z interpunkcją, więc nie będę tu arbitralnie pisał, jak powinno być Ale dobrze by było, gdybyś to dał do korekty komuś lepiej obeznanemu z tym tematem - zwłaszcza, że charakterystyczne dla Twojego stylu długie zdania generują wiele "pułapek".



SPOILER
Nie do końca łapię tej kwestii z teleportacją elfów. Rozumiem, że król opóźniał pochód Belharzy, żeby przygotować teleportację resztek mieszkańców miasta... Tylko po co? Mógł się poddać, jak inni królowie, udawać, że się ukorzył, a potem na spokojnie załadować urządzenie i uciec razem ze wszystkimi, bez ofiar z życia żołnierzy i siebie samego. Chyba, że czegoś nie łapię, albo jest to jakoś wyjaśnione dalej.
Odpowiedz
← Fan Works

[18+] Wszystko pod niebem - Odpowiedź

Wczytywanie...