dziki_zachód

Moja twórczość (wiersze, opowiadania itp.)

Witam. Chciałbym udostępnić Wam moją twórczość. Są tu wiersze i nawet opowiadanie się znalazło. Zapraszam do czytania. Wszystko było pisane chronologicznie. Pierwsze wiersze nie są dobre, ale to dlatego, że przy nich zaczęła się moja zabawa ze słowem. Według mnie: Im dalej tym lepiej. UWAGA Zawiera neologizmy. Proszę się nie przestraszyć. Pierwsze wiersze mogą odstraszać, ale napisałem to dawno. Obecnie mam 16 lat. Pierwsze napisałem jak miałem 14-15. Można to ujrzeć również na innych forach.


Co ten świat...

Dokąd goni?
Nie zawahał, użył broni.
Bóg to miejsce już opuścił,
A ten diabeł psy swe spuścił
Co zżerają resztki ludzi,
Zamieniając ich w podludzi.

Ci nadludźmi nazywani,
Co z głów chcą być wymazani,
Oni tępią takich jak ty,
Zawierając z diabłem pakty.

Ni to ludzie, pod i nad,
Bo wyżarło ich coś z wad.
Niech rozłożą się z tych mat,
Co za forsą gonią świat.
Taki to jest boski świat,
Gdzie to brata, brat do krat.

Jam poeta

Jam poeta, na co czekasz?
Piszę o tym z czym ty zwlekasz.
Myślisz samo, ja to piszę,
By przełamać wieczną ciszę.

Jak się żyję? To jest Polska,
Co druga uliczka wąska.
Nieopatrzność - książka ludzka,
Tu się leje tylko wódka.

Lecz są tacy, co są inni.
Robią to co móc powinni.
Pomagają jak to mogą,
Nie wjeżdżają samą nogą.

Obrać cel w podróży trzeba,
By po drodze nabrać chleba
I u szczytu pomóc tym,
Co dla ciebie bratem swym.

Ruszaj w drogę, podróż - życie,
Życzę Ci by w dobrobycie.

Nie ty jeden, pomoc wołasz.
Wkrótce sam się to przekonasz.
Jeśli w drodze swej raz skonasz,
Zgubisz drogę, nie pokonasz.

Jeden błąd to starta ścieżka,
Nie zaglądaj do doń mieszka,
Bo nie znajdziesz wybawienia,
Ze swojego potępienia.

Zapamiętaj słowa moje;
Czytasz to więc jest nas dwoje.
Dwa nie jeden, trzy nie cztery,
Uciszając wszystkie szmery.

Zbieraj pędzle i kolory
I przemaluj swe walory.
Rysuj ścieżkę co zbłądziła,
By dla Ciebie była miła.

Pamiętaj

Nie zapomnij kto ci bratem.
Nie zapomnij kto ci katem.
Kto ci pomógł kto zaszkodził,
Kto ci pod nogami brodził.

Zapamiętaj krzywdy, rany
I te chwile gdyś lubiany.

Pamiętając jedno, drugie,
Nie zabłądzisz w tej chałupie.
Ta chałupa to jest świat,
Dobrych ludzi - za pan brat.

Wartości

Mieć wartości to nie dobro.
Mieć wartości to nie godło.
Mieć wartości to jest czyn,
Bądź dla kraju bratem swym.

Gdy się chwalisz, że to prawisz,
A w skrytości prawdę dławisz
Spójrz na siebie... tyś patriota?
A gdy krajem szatan miota,
Ty nie walczysz! Tyś jest tchórz,
Zamieniając kraj swój w kurz.

Ty żeś kłamał, prawił, dławił,
I tą prawdę w sercach zabił.
Łamiąc jedno, łamiesz drugie.
Łamiesz jeden, łamiąc wszystkie...

Dobro i Zło

Dostał człowiek rękę wolną,
Do wszystkiego nader zdolną.
Jeden gest, jedno życzenie,
By pomogło nad marzenie.

Chciał on tylko skromną prośbę,
By usunąć wieczną groźbę.
Zechciał by to zło hen znikło,
I tak owszem wnet zamilkło.

Lecz nie wiedział chłop ten jeno,
Że to robiąc stał się hieno.
Zło i dobro to jest jedność,
Zabił znamię, dobra piętn ość.

Bo to dobro ze zła wstało,
Usuwa wszy dobroć gnało.
Zło wnet jeno musi być,
By móc dobra tkać tą nić.

Im nieprawość większa będzie,
Tym ta nić urośnie prędzej.

Wojna

Mówią ino: ,,Wojna blisko",
I zamienią kraj ten w zglisko.
Lecz tu każdy ma swą dolę,
Nie pozwoli na ich wolę.

Każdy broni kraju ino,
Stań do walki ty dziewczyno.
Różnie każdy broni kraju,
Jeden walczy by tu w raju,
A ten drugi chwyta broń,
Gdy w niebiosach dzwoni dzwon.

Lecz nie każdy nader zdolny,
By do walki nabrać formy.
Broni kraju oryginalnie,
Przelewając się mentalnie.

Broń to mowa, słowo - nabój,
Chroń ojczyznę swą na zabój.

Miłość

Miłość dziś niewiele znaczy,
Ktoś przełamać lód ten raczy?
Każdy patrzy na wyglądy,
Zabijając te poglądy.

Bo nie wygląd lecz mentalność,
Opuściła swoją wartość.
Teraz piękno ino znaczy,
Niż co w sercu ludzi haczy.

Czy się zmieni, nikt doń nie wie,
Każdy dziś obrasta w gniewie.

Spoglądając na te twarze,
Ja o jednym tylko marze;
By to każdy w sercu swym,
Wybudował szczęścia młyn.

Kiedy miłość prawdą będzie.
Nawet szkarad pięknem będzie.

Huslurska Masakra

Spływa krew po kamiennych stopniach.
Wiatr łbami ludzi miota.
Ścieżka działa w jedną stronę,
Nikt nie wraca - to trafione.
Mordy, krzyki obłąkane,
Rozpaczliwość w domostw bramę.
Śmierć codzienna oddawana,
Każdy pada na kolana.
Trwoga, bez rad taki grad.
Jednak nagle światłość wstaje.
Nadziejami ludu daje:
Cztery klingi, dwa topory,
Jakby kto był oszroniony.
Jednak siła to przewaga,
Sprawa wielka, ciężka waga.
Dziś przewaga zapewniona,
To wiktoria - myśl trafiona.
Czas się spełniać, ruszać w drogę,
By przełamać wieczną trwogę.
Przez tą mgłę skalaną cieniem,
Przedrzeć dalej i być w niebie.
Tak ów nie jest - to jest pewne,
Gdyż te cienie nie są prężne.
Bez rad, smutek nawet dłonie,
Każdy stoi na po stronie.
Gdyż, kto ujrzał mrok jaskini,
Gdzie to niby są goblini.
Weszli jeno no we troje
I wołają resztą boję.
Gdy już wszyscy się znaleźli,
To ujrzeli widok z rzeźni.
Swych kompanów zaginionych,
Na wpół żywych od ich broni.
Ich to się znaleźli zaraz
I zrobili duży hałas.
Od jaskini wejścia wlazło
I swój oręż w pręż wyrazło.
Duża morda jak u dzika
I te rogi jak u byka.
Wielkie skrzydła jak kotary,
Dwie złączone, zniebieściały.
Krwi to żąda - hen dostaje.
Dobrowolnie? Ależ skąd,
Gdyż tych wojów przeszedł prąd.
Jeden zastał, drugi samo,
A ten trzeci - już za bramą.
To spojrzało, ręką machło
I do siebie go przywachło.
Chwyta gardziel, szczerzy zęby
I już łeb jego urżnięty.
Jeden dycha,
Bestii mało,
Więc do siebie hen go wbrało.
Ten to jednak nie normalny.
Zręczność jakby miał pod narty.
Pod nogami bestii skoczył
I z jaskini się wydroczył.
Nogi już tu nie na miejscu,
Bo za pasem się udręczą.
Biegnie wojo przez bezdroże,
Aby znaleźć swoje łoże.
Tak to zbiega tym schodami,
Że aż spada, łamie ramię.
Mimo tego dalej dąży
I do domu dziurę drąży.
Wbiega jeno do sypialni
I się kładzie w sen zaranny

Jesień

Wiatr zaszumiał w koronach drzew,
Zerwał im królewską cnotę,
Mieszając te liście z błotem.
Potem deszcz, niemiły zadrwił
I prastarych przodków zmartwił.
Teraz obnażone płaczą,
Że gałązką chmury haczą.
Lecz te chmury już zmartwione
I nie chodzi o koronę.
Chodzi o grymas jesieni
W której nie ma zbyt zieleni.
One smutne, płaczą z trwogą,
Pomagają jak to mogą.
Wiedzą jednak, że to na nic,
Gdy już zima u ich granic.
Z czego płaczą nie wiadomo,
Wiadom jednak... nad koroną.

Miałem sen

Miałem sen, piękny sen, gdzie słońce świeci.
Błękitne niebo, uśmiech u dzieci.
Brak problemów ze strony ludzi i obłudy
I to wcale nie był sposób na zabicie nudy.
Czy to tylko wizja czy może proroczy sen?
Nie znam odpowiedzi na to... po dziś dzień.
Piszę te wersy, serce me pracuje,
Tak bardzo mocno - niemal wykorkuje.
Ja wiem co piszę, bo piszę to co czuję,
Nawet jeśli nikt mi za to nie podziękuje.
Nie poprzestanę na tych wersach,
Choć reszta już rozmyta.
Przez tuziny łez przelanych na stron-nicach.
Ja wiem, że to pomaga, bo ja sam mam tak jak wy.
Nigdy nie zabawiaj się ze złym szatanem w karty.
Bo omota szyję, jak szkarłatny wąż,
I poplącze nogi, a ty mu powiesz: ,,plącz"
Po co to piszę? A jak myślisz człowieku?
By znaleźć lekarstwo spośród miliardów leków.
Całe szczęście trzymam w garści, znalazłem orędzie
Tym orędziem moje wersy, moje wiersze.
Pisanie ich pomaga mi życiu.
Boże dopomóż mi bym nie wylądował w kiciu.
Będę omijał to zło, co zżera dobrych ludzi.
Nie jeden z tego świata chciałby się obudzić.
Wydmuchuję syf który gnieździ się po kątach
I mam na nadzieję, że któryś z was go zań posprząta.
Ja pomogę również, robię to nawet teraz.
Bo te wiersze, ta poezja - to karuzela.
Nie potrzeba nam kurzu, który się powiela.
Chwyć za tą szczotkę - szczotką tą są czyny.
Omijaj szerokim łukiem tych, co chcą w maliny
Życie twe sprowadzić, bo tacy nieprawdziwi.
Nie jeden z tych fałszywych może cie zadziwić.
Bo na starcie przyjaźń, a u mety aktor,
Który grał w filmie z twym udziałem zwanym "Życie"
A ty go uszczytniłeś, jak promień w Zenicie.
Napawał jasnością, aż w końcu promień wygasł,
I się okazało, że to był tylko przypas.
Takich ludzi jak on trzeba uswawolić.
Choć nie zrobim wiele, to pomożemy sobie.
Wiara fundamentem, modlić się o zdrowie.
Ja zawsze będę pomagał... tak jak mogę.
Spójrzcie na podłogę, za mało? - tyle mogę.
Bo czymże jest ta pomoc? Pomoc - przyjacielem.
Tak, jak obnażony sypia nad włochatym cielem.
Oto koniec wizji, a może tylko marzeń?
Jeden bóg wie czy dojdzie do tych zdarzeń...

Świata lata później

Pytasz jak widzę świat w rychłej przyszłości?
Ludzie obrastają w gniewie już w tej rzeczywistości.
Wojna jedna była po niej była druga.
Wie to każdy, pozostała po niej smuga
Czyżby będzie trzecia? Tego nie wiem.
Modlę się by ten świat został nazwany niebem.
Dla niektórych już jest - zależy z której strony.
Nie jeden dobry człowiek zmuszony do obrony.
Własnego siebie lub swojej rodziny.
Ludzie marionetką diabła - takich nie chwalimy.
Kordony bomb przeszywają moje uszy.
Pocałunek śmierci tylko je zagłuszy.
Tako widzę wojnę, pieszych nie potrzeba,
Bo wszelkie czeluści zła nadejdą z nieba.
Och jaki paradoks, gdzie dobro ziarno sieje,
Tak stamtąd nadejdzie szelest, który to nasiono zwieje.
Roz-zniszczy odmęty prawilności, światło zgaśnie.
Może krwi zaleje niebo, że zaświeci jaśniej.
Wtedy niebo spadnie i obudzi ziemię,
Skąd Belzebub czerpnie dla ludzi nasienie
I zasieje drzewo - krwistym nazywanym,
Zerwą jabłko ci co z pryzmatem zamazanym,
Przed oczema kroczą, pośród cieni droczą.
Czy z ciemności tej prędko się wydroczą?
Wizerunkiem przyszłość - niegdyś zwana damą
I wnet się okaże, że ona była tamą,
Która chroniła przed rzeką krwi na nas zesłaną.

Czas jak koło...

Czas jak koło młyńskie -
Głaszcze rzekę swym celami.
Lazurytowym strumykiem płyniem przez świat,
By odnaleźć spokój gwiazd.
Ale czy pisane nam to jest? -
Dopłynięcie do rzek kresu.
Spójrzmy do doń marginesu.
Albo może lepiej nie,
Bo gdy wiemy choć ciut mniej, to możemy zrobić więcej.

Krwistym morzem oddzieleni

Wszyscy my na jednym świecie
Krwistym morzem oddzieleni.
Bo te morze, ten ocean odpycha nas od zieleni.
Zieleń była, była niegdyś
Lecz zamilkła wieko-pomnie,
Ktoś w rzece krwi tej utonie.
Łap się brzytwy póki tonie
Bo gdy zniknie, to utoniesz.
Miej nadzieję, że ją złapiesz
I na złotą dłoń załapiesz.
Przekłuj brzytwą, serce spaczu
I uratuj tych, co w płaczu.
Otrzyj szkliste, słone łzy
I ogarnij sercem swym.
Ostrze twoje nie stępiało
Wyrżnij nim takich, co mało
Czemu mało? Dobrze wiesz,
Bo wiedziałeś z czym się jesz.
Sznury wiszą nad dłoniami,
Nad sznurami diabeł kłamie.
Wbij mu w serce ostrze jadu
I wygnaj go z tego światu.

Na łące

Dotykam twej ręki pewnym uchwytem,
Kiedy to słońce zwiastuje zenitem.
Spoglądasz na mnie - tak zatroskana,
Kiedy to morze niebios pada na kolana.

Wylegujemy się na morzu łąk,
A dookoła kwiatów strąk.
Czujemy tę miękkość, gdyż razem leżymy
I oczętami się wzajem mylimy.

Rozluźniasz uchwyt, ręka twa pada...
Patrzę do góry - gwiazd jest parada.
Krople nieba uciszają,
Kiedy łzy Cię okalają.

Ja podchodzę, ręka szorstka.
Twe oczęta - woda morska.
Siwe włosy mnie chłostają,
Kiedy drzewa dęba stają.

Znowu chwytam dłoń twą lekką,
Już nie gładszą, lecz już miękką.
Lata nasze przeminęły,
A te trawy nie zginęły.

Spacer po lesie

Wędrował jeden po lesie
I czekał co mu przyniesie.
Las ten przyniósł zabaw formę,
Dalszą ino życia normę.
Przywiał wiatrem chłopaczynę
Pod stojącą tu dębinę.
Dwie ta ścieżki ukazała,
A ten chłop padł na kolana.
Chwyta za łeb, trzeszczy oczy
Czy pomysł mu jakiś wskoczy?
Ścieżki leśne kręte bywają.
Nieostrożnych wędrowców zbywają.
Skręcisz w łatwiejszą - będzie dobrze.
Lecz nie wiesz, że ufasz kobrze.
Ta kobra zdradliwa bywa
Brudy świata Ci podmywa.
Pod nurt rzeki więc wędrujesz,
Drzewa sercem swym miłujesz.
Drzewa jednak ożywają
W obecności mrok zbywają.
Coraz bardziej się pogrążasz,
Ścieżką jednak wciąż podążasz.
Nie ma ucieczki do dróg powrotu.
Wpadłeś pod wir kołowrotu,
Który rozkołysał życie,
Zamieniając je w przeżycie.
Łatwa ścieżka to nie zawsze
Przyszłość ukazuje jaśniej.

Ludzie jak zboże

Ludzie jak to zboże -
Dorasta cierpliwie pośród innych zbóż.
Nie siła jakości owocu,
Lecz w glebie co nań spoczywa,
Bo gdy gleba zła, roślina
Liście swe ku ziemi ugina.
Lecz nie wszystkie zboża słabe,
By móc opaść pęd na trawę.

Lecz co z tego, że ktoś krzepki
Kiedy płyniemy wzdłuż jednej rzeczki.
Pogodzić się z wolą trzeba,
Że nie wszyscy trafimy do nieba.
Jednak my wszyscy pod tą samą broń,
Jaką jest Żniwiarz - od tego nas chroń.

Frostend
Smocze sztandary powiewają na wietrze, chłostają morze wiatru, błękitnym, osnutym smoczym wizerunkiem szalem. Ptaszyska oszronione śnieżnym puszkiem, osiadają przekwitające wiśnie. Srebrzyste góry tulą się do puszystych - często rozgniewanych - obłoków. Tam gdzie skała spotyka niebo, a ziemie głaszczą urodzajnym plonem. To właśnie to "cudowne" miejsce, prowincję dobrobytu i imaginację piękności postanowił odwiedzić młody Red. O ile kwestię postanowień można przypisać do wersów spisanych w Demencium - Księdze Przeznaczenia. Prawda jest taka że, wszystko co robimy to nie kwestia naszego wyboru, lecz założeń spisanych przez Żniwiarza - tkacza nici naszego życia. I choćbyśmy chcieli, to nie oszukamy przeznaczenia... a może... zrobiliśmy to już niejednokrotnie?
*
Mawiają, że przybył on do północnych prowincji, przez wielu nieznanych. Nie jeden wybitny i iście zapalony obieżyświat powstydził by się zaszczytu, jakim został obdarowany młody podróżnik. Przebywając na Frostendzie trudno było o rozmowę, a co dopiero o spotkanie z nim, zważając na fakt iż niewielu znało jego godność. Jego bladawe stopy pierwszy raz doświadczyły chłodów Frostendzkich gleb. Nigdy dotąd nie dane mu było odwiedzić iście mroźnej krainy. Respektował góry, albowiem wiedział, że nawet niepozorne rzeczy tego świata potrafią zaskoczyć i zamącić w głowie nawet skuteczniej, niż coś oczywistego. Kim był? Czego szukał? Imię posiadał i to nie jedno. Środowiska z którymi przyszło się mu mierzyć urozmaiciły jego rodzime znamię, wysławiając go na całym świecie. Nie koronował się z powodu sławy, nie interesowały go dobra materialne. Był skromny, a zarazem tajemniczy. Jego grymas twarzy nie mówił zbyt wiele. Wręcz przeciwnie. Wpatrując się w jego bladą twarz, o wilczych oczętach można było zatracić się przez moment i osłupieć z wraźenia. Zawżdy człowiek ten miał w sobie to "coś", co przyciągało uwagę. Na południu znany był jako Kurnhal, na zachodzie zaś języki elfów snuły nań Weitvholf. Najgorsze szumowiny i łotry zwracali się do niego "psie", co nie było do końca bezpodstawne. Słowo "pies" jest usłowieniem jego cielesności, którą jest jego własne alter-ego. Albowiem drzemie w nim bestia, która wyczuwawszy zagrożenie ujawnia się, wyrządzając ogromne szkody. Każdy, kto starł się z jej szponami ginął, wsiąkając w glębę niczym kropla deszczu. Jednak w rzeczywistości był dobry, mimo że drzemiała w nim bestia.
*
Wraz ze swym dumnym wierzchowcem twardo wędrował przez zdradliwe niczym niekochający się małżonkowie bezdroża i bacznie obserwował pobocza. Latał wzrokiem, niczym wilk za owieczką, a jego zmysły nieustannie pracowały. Monotonną melodię leśnego wichru zagłuszał brzdęk stali, który tańcował na plecach jako niby-kołczan w rytm chodu klacz, miecz - Hemstrong, po ludzkiemu "Wydzieracz Duszy", który mógłby pochwalić się swą zajadłością na mentalność istot. Nie był najemnikiem, handlarzem czy myśliwym. Był wojownikiem, honorowym i zasadniczym. Był samotny, pełnił rolę pustelnika. Ni orszaku, ni karawanu, tylko on i jego dumna klacz przemierzający nieznane, zanikają w srebrzystym mroku ogarniającym okolicę.
*
Góry otaczające pobocza ścieżki kładły się do snu, a donośny huk łomotania skał budził złe istoty, które wypełzały o zmierzchu, czyhając w ukryciu na życie nieostrożnych wędrowców. Prychanie i warczenie w mroku obijało się o uszy bohatera, bacznie wsłuchiwał się w każdy, nawet najcichszy brzdęk. Splunięcia i parskanie, chłostające brzytwy, dźwięk ocierania futra o pomarszczone drzewa. Te zjawiska były już co najmniej nienaturalne. Stalowa twarz podróżnego rozbłysła żarem skołotania, a ciężką atmosferę przełamał zgrzyt zębami. Klacz zatrzymała się na rozkaz Kurnhala. Wojownik zszedł z wierzchowca ostrożnie, trzymając klacz za uzdę. Przystał przy niej i pogłaskał ją po grzbiecie, szepcząc przy tym: ,,Nie bój się" Jego oczy były zakryte lnianym, jedlitowym kapturem. Dostrzec można było tylko jego szorstką gębę, która już dawno nie zaznała smaku brzytwy. Odwrócił się i przemaszerował kilka kroków przed siebie. Spuścił łeb, bacznie obserwując otoczenie. Przemierzał okolice oczami, udając, że stoi w bezruchu. "Jego rozeznanie w terenie" przerwał chrobot krzaczorów. Ten zerwał się z miejsca i odskoczył, wyprężając przy tym swój oręż. Objął rękojeść klingi z siłą, lekko. Stał z nią dumnie, już z uniesionym łbem. Jego oczy odbijały blask, który emanował na powłoce ostrza. Nastała sekunda grozy. Wiatr okalał jego twarz chłodnym pocałunkiem i zerwał mu kaptur. Nie przejął się tym. Stał uważnie niczym po spojrzeniu bazyliszka, nie spuszczając wzroku z gęstwiny. Zza obrzękłych, brązowych liści wyłonił się łeb cienistego wilka. Jego futro stroszyło się, a z jego pyska ciekła ślina. Nie trzeba było się zastanawiać - jego czerwone ślepia przemawiały za wszystko - żądał krwi. Kurnhal to czuł, albowiem wiele się nie różnili. Potwór niestety nie był sam. Mrożący krew w żyłach skowyt przeszył niebiosa, a zza krzewów wyłoniła się wataha wilków. Niewiele różnili się od pierwszego śmiałka. Cień spływał po ich ciele niczym wodospad po strzelistych górach. Był niemal wychwytywalny... czysty mrok. Niewątpliwością jest, że istoty te zostały powołane do życia przy użyciu potężnego źródła magii. Ale któż byłby na tyle potężny, aby tworzyć kreatury z czystego zła? Właśnie w tej chwili, w tym momencie olśniło Kurnhala, który przejął się zajadliwie. Zdał sobie sprawę z tego, że nad Frostendem wisi o wiele gorsze zagrożenie niż mogło się wydawać na początku. ,,Albowiem wszystkie cienie wypełzły i wypełzają do dziś z najchłodszych odmętów dróg piekielnych, gdzie ogień diabelski nie dociera, gdzie ogień diabelski się wypalił" - wyrecytował pod nosem. Jeden z wilczurów prychnął złośliwie i przymrużył zaszklone krwią oczęta. Podszedł bliżej, powoli, próbując podkraść się do podróżnego. W świetle księżyca, przy którym stał Redoriańczyk, potwory wydawały się paskudniejsze i spojrzał na niego z pogardą, plując przy tym z obrzydzenia. Potwór wcale się nie przejął i skrytym, niemal nie zauważalnym kiwnięciem łba zawołał resztę stada. Było ich z pół tuzina, lecz cienie otaczające las sprawiały wrażenie obecności więcej liczby stworzeń. Próbując uniknąć walki, młody Red wymachiwał na wszystkie strony klingą, aby odgonić niechciane towarzystwo, jednakże bez skutków. Nastała cisza, czerwone promyki pośród cieni skierowane były w stronę Kurnhala. Na jego twarzy zagościł niepokój, bestie to spostrzegły i nie omieszkały się wykorzystać szansy niebaczności. Runęły na niego z szarżą, równie gwałtownie, jak się pojawiły. Serce Reda przyspieszyło tempa, a ostrze zatańczyło w powietrzu, świszcząc przy tym niemiłosiernie. Jeden z wilczurów rychle, warcząc uderzył w nogi wojownika. Potwór zwalił go z nóg. Podniósł się szybko, z gracją i przyjął postawę bojową. Wilk zataczał koło, nie spuszczając wzroku z Kurnhala. Wydawał się być głową stada. Był większy i potężniejszy od reszty, budził respekt u swych braci. Chcieli dołączyć, pchali się na polanę, przy której stał Redoriańczyk. Jednak wódz im nie pozwalał. Chciał pokazać, że jest najsilniejszy i pokona nieostrożnego wędrowca w pojedynkę.
*
Krążyli po polanie, myląc się wzajemnie wzrokiem. Gdy w końcu uznali, że takie "krążenie" jest bezsensowne i do niczego nie doprowadzi zatrzymali się. Kurnhal wziął głęboki oddech do swych piersi i odetchnął, nieustannie trzymając w swych dłoniach masywny miecz. Samiec alfa wydął wargi, chwaląc się swymi zbluzganymi krwią kłami, po czym przyjął postawę sugerującą gotowość do zadania pierwszego ciosu. Kurnhal nie zwlekał, miał utrudnione zadanie, albowiem czuł na swych plecach oddech stada, które czaiło się w pobliskich krzaczorach. Musiał być czujny podwójnie. Mogli zaatakować w każdej chwili. Odwrócił się jeszcze za siebie - niestety to był błąd. Sterczący nieopodal, niecierpliwi łowca ruszył na niego z berserkerskim szałem. Gdy już o jego uszy otarł się dźwięk narastającego warczenia było za późno. Ztaranował go swym masywnym ciałem i wyrwał mu kłami oręż z dłoni po czym werżnął klingę głęboko w ziemię. Kurnhal oszołomiony wstał z ziemi i kołysząc się, po omacku wypatrywał przeciwnika. Czujny wilczur czyhał na poboczu i gdy tylko ofiara się odwróciła zaatakował bez ostrzeżenia. Tym razem Kurnhal był przygotowany. W odpowiednim momencie odskoczył z finezją, prześlizgując się po grząskiej glebie. Zawiesił wzrok na umorsanej w błocie kałuży i monologował pod nosem: ,,A więc tak chcesz się bawić" - podniósł łeb i spojrzał w stronę cienistego pieśca. Poszerzył usta, kopiąc dołki na policzkach, jego spojrzenie było pełne pewności siebie. Szedł powoli, twardo, kręcąc szyją na rozciągnięcie i pstrykając kościami palców. Zacisnął pięści i przyjął gardę. No chodź plugawco! - wykrzyknął, próbując sprowokować przeciwnika. Potwór jakby uśmiechnął się i przyrył łapą o ziemię, z nozdrzy uleciał mu siarkowaty dym. Nagle zerwał się i podreptał w stronę Kurnhala. Sunął po ziemi niczym gwiazda po niebie pozostawiając po sobie cienistą grzywę. Biegnął coraz szybciej, był coraz bliżej, widać go było coraz wyraźniej. To jednak nie spłoszyło wędrowca, który bez miecza sterczał pośród gęstej jak mleko mgły. Czekał na odpowiednią chwilę, na ten odpowiedni moment. Bestia wyskoczyła z mgły i z wysuniętymi zębami rzuciła się na gardło Reda. Ten z nadprzyrodzonym refleksem chwycił wilczura za ogon i niczym jadowitego gada zmieszał z błotem. Mimo poważnego ciosu potwór wstał. Jakby nie zaznał żadnych obrażeń. Niczym słup soli moknący na deszczu, sterczał wilk cienisty szyderczo wyprężając swój uśmieszek, który odbijał blask pełni. Wydawało się, że mówił, choć chłodny wiatr nie zaznał ciepłoty z jego pyska. Być może to był tylko zwierzęcy instynkt. Wilk czuł w Kurnhalu krewniaka. Nieustannie poszerzał nozdrza, wychwytując zapach wilkołaczego futra. Nastała cisza. Zaszumiały wierzby, a wiatr zadzwonił w uszach. Mordującemu spojrzeniu towarzyszyły pioruny strzeliste sunące po wstędze zenitu. Zapatrzyli się w siebie. Żaden nie wydusił z siebie słowa, lecz mimo tego postrzegali się jako potencjalnych przeciwników, którzy właśnie rzucili sobie wyzwanie. Kurnhal odgarnął czarne jak noc włosy i przetarł zmokłe oczęta. Wilczur zaś oblizał swoje niby-wąsy, czując smaczek krwi w ustach. Ciąg dalszy nastąpi...

Orzeł Czerwik

Szybuje nasz orzeł dumny Bielik,
Nad skąpaną w krwi szkarłatną Polską.
Źrenica mu błyszczy, jak złota skowyt,
Nie trudno ją nazwać niebiosa wiązką.

I skrzydła go niosą po niebios morzu,
Tańcując na wietrze, jak dwoje w zbożu.
A dziób jego dumnie w błękity pieje,
Kiedy to oddech natchnieniem wieje.

I dziś nie jest biały,
Lecz czarno-czerwony,
Sunie po niebie bez głowy korony.
Lecz choć pozbawiony to nie ordzewiony,
Dumnie zlatuje nad niebios kordony.

Krew go skalała od wrogich cieni,
I zbladł jego biały piórek odcieni.
Dalej wędruje, skrzydła się palą,
Niżej na ziemi mosty się walą.

I dalej szybuje choć świat mu się wali,
Na powiek smak ognia i dźwięki od stali
I znika za rzeką zenitem zalaną,
Dociera na bitwę... w krwi zbluzganą.
Wzlatuje nad śrutem co w niebo krzyczy
I ratuje dziecko, co w cieniu ryczy.

List pożegnalny

I zwilżyła kropla czarna
Papier smętny... tak bladawy,
Rozdrapując stare rany,
Przypominając stare sprawy.

Głosy milkną wśród morszczynu,
Okalanym tanzanitem,
Słońce wisi nad zenitem.
Tańczą fale i żegnają odpływających rybaków.

I odpłyną... kiedy wrócą?
Tylko morze wiadom, świadom.
I przybrnieje rybek kilka,
Przytoczą wnet ino chwilka.

Pamiętają poławiacze,
Jacy byli z nich kołacze.
Warto wracać pęd na morze
By dopomógł nam w tym Boże,
Bo gdy starych zapomnimy
To się w życiu pomylimy.

Uleciały Bociany

Przytulił szron bocianie skrzydła,
Zastawiając na nich sidła.
Kłapią teraz czerwone dzioby,
Że doczekały sędziwej doby.

Ogień odszedł, pocałowała zima
Nic ich już tutaj na puszku trzyma.
Wzlatują nad szafir niebios ostoje
Kłapiąc piórkami jakoby boje.

I kula zżółknięta śle do nich fale,
Co ogarniają ich jak morskie pale.
Zalewają czerwienią, strumykiem rzeczką
Do przebycia drogę im stawia ciężką.

Szybują w stadzie, lecz starych już nie ma.
Zostali na ziemi, w śniady podziemia.
Jakby uciekają, lecz muszą bo trzeba
Jeśli po niebie chcą jako do nieba.

I choć się wydaję, że zginęły na wieki
To zawsze wracają... otwórz powieki.

Drzewo nie lustro każde

Oj wiele jest drzew, lecz każde jest inne.
Jedne są więcej, a drugie mniej winne.
I choć może wiadom, że z kory tej samej.
To szczegółów szukaj, nie błądź w głowie mej.

Gałązki ma każde - jedno ma więcej, a drugie mniej.
Więc nie puszczaj drwala, co nic nie pomoże
I o każdym z nich pomocne zdanie miej,
Bo każde z gałązek obwiędnąć może.

Najlepsze w gałązkach jest ino to,
Że gdy ich gdzieś brak to dorosnąć może,
Lecz warto pamiętać zdanie z pola to:
"Że trza je podlewać jak oliwin zboże"

Ryknęło o świcie

Gromy przed świtem, choć burzy niema,
Stalowe żółwie, co ryczą do nieba.
Żelazne ptaszyska piejące pokornie
Na dole żołnierze, co przeciwko wojnie.

Skrzą się pochodnie, cień tłoczę niebiosa
Na Mokotowie pali się wrzosa.
Dym czarny jak oddech siarczany smoka,
Co zalewa ludzi w szkarłatne obłoka.

Rozlega się płacz, to płacz nieboraka
Opodal stos ciał po żołnierzach AK. (czyt. "aka")
Choć pejzaż nie świty, to nie poprzestaną
Złapią za broń, do walki przystaną.

Chyba tylko Wisła świadom:
"Do Warszawy Niemcy jadom"
Jakby spali pośród cieni,
Lecz żyją jeszcze... nie polegli.

Nie zawsze deszcz szpeci

Ronieje łza czysta wśród wichrów fal,
A strumyk podmuchu prowadzi ją w dal
I spada na glebie, wsiąkając doszczętnie
Się może wydawać, że powoli mętnie.

Lecz na miejscu łezki, wyłania się osad
Jakoby zielony, nad wszema posad.
Wędruje hen w górę, do słońca go ciągnie,
Lecz wie, że słoneczko zasnęło potomnie.

Pół drogi już życia za sobą przeżył
Ze inną roślinką się równo zmierzył,
I byłby to koniec, lecz jeszcze nie pora
Dopóki smętnieje pobliska kora.

Się może wydawać, że w oczach marnieje,
Lecz tylko udaje, bo długo nie je.

Dąb stary

Gdzieś dawno przed światy,
Gdzie czerń liże kwiaty.
Stał dąb bardzo stary,
Niczym z nocnej chmary.

Kruczęta cieniste,
Gdy są tu dni mgliste
Siadają nad listek
I piszczą jak gwizdek.

I skrzypieją kory
Szubienic jak wory.
Chłostają na boki
Niebiosa obłoki.

Stoi, jak głaz,
Bo kto ruszy dęba,
Co na nosie pąki,
Skrzą się od zięba.

Widziałem bursztyn,
Co swoim blaskiem
Przemierzał fale pokryte piaskiem.
Żem myślał - przystanie, jak raczy wola.
Marna dostrzec szansa, gdy wokół pola
Tuzin takich samych, iście w morzu lśniących.

Lecz szary jam człowiek,
Do błędów potulny.
Sprawiło to rychle dylemat pospólny.

Burza rozpętała - to burza mózgowia,
Gdy ktoś bursztyn z piasku w kieszeni schował.

Lecz wiem ja na pewno,
Można dostrzec sedno.
U tego, co doznał któregoś stron piętno.

Pieśń Lodu

I zima odeszła... pognała w dal.
Gdzie słońce całuje ziemię.
Niebiosa zabrały szronu pal,
A skrzydła zawiały jesienią.

Ten oddech skrzeczący,
Mrozem wijący...
Zaginął wśród królewskich cnót ziem,
A płomyk niebieski zamilkł na wieki
Tam gdzie nie szronieją powieki.

I znów są tu nasze gorzkie łzy
Choć nie ma już mrozu od smoka.
Zginął Frostniihr,
Zginęła zima.
Wszystko zginęło w ognia obłokach...

Poezja Frostendzka

W Frostendzie, gdzie gniew jego objawił się.
U zboczu samotnej góry zaszlochał cień.
Zaskrzypiał śnieg, zadrżała ziemia,
Gdy ktoś niechybnie począł dla zim imienia.

Nazwali go serce, co poczęło z lodu.
Skrzeczący ongiś ogień zamilkł wśród chłodu.
Na skórze do dziś smętnie tuli się skrzek,
Co łzami wylewa żale rzek.

Powieka szkarłatna odbija ogień.
Widać w odbiciu, że wioska płonie.
Lecz próżno tu szukać łaski u potwora,
Co skrzydłem wznieca ogień i znika jak zmora.

[Dodano po 7 dniach]

Dodano wiersz "Poezja Frostendzka"
Odpowiedz
← Fan Works

Moja twórczość (wiersze, opowiadania itp.) - Odpowiedź

Wczytywanie...