Podmrok w oczach moich :P

To co ja sypie kawałkami Dobra to juz całkiem inny klimat.. :>



W KORYTARZACH PODMROKU
WSTĘP
Podmrok. Kraina bezkresnej ciemności. Ojczyzna drowów. Mrocznych elfów nie posiadających sumienia. Ich serca są przepełnione złem w całości. Paradoksem ich świata jest chęć wspinaczki na szczeblach drabiny hierarchii. W tym świecie bez promieni słońca codziennością są walki domów. Króluje tam Lloth. Pajęcza królowa. Jej kapłanki są na szczycie drabiny . Do końca nie wiadomo czy to Lloth nakazuje drowom szerzyć pustkę i zło, czy może oni nadają swojej nienawiści kształty tej bogini. W dusznych korytarzach istoty z powierzchni mogą niemal odczuć osuwającą się po twarzy chęć zniszczenia. Rządze krwi. Jedynym sposobem na przetrwanie jest śmierć. Śmierć zadawana z naszych rąk.

ROZDZIAŁ I
- Zabij go na co czekasz! – po korytarzach rozległ się odbijany wielokrotnie głos zdenerwowanego nauczyciela Akademii mającej szkolić drowów wojowników.
- Ale… ale to mój brat… - wybełkotał przestraszony swoim dziełem młody mroczny elf. Koło jego stóp leżało Zakrwawione, pocięte, lecz jeszcze oddychając ciało.
- To nawet lepiej… Pomyśl jakie będziesz miał z tego korzyści – zachichotał nauczyciel. Maron zamknął oczy i wbił miecz w okolice gardła. Dało się słyszeć odgłos wbijającego się w ciało miecza, a później brzdęk metalu uderzającego o kamienną podłogę jaskini. Ten dźwięk odbijał się złowieszczo jeszcze wiele razy echem po ciemnościach Podmroku. Odbijał się także w głowie młodego wojownika, po raz pierwszy splamiony bliźniaczą krwią swojej rasy. Bezlitosnej rasy.
- Dobrze… - wymamrotał nauczyciel – bardzo dobrze – dodał do siebie półgłosem.
Nie było dobrze. Kolejna dusza została splątana w sidła. Została zamknięta na środku błędnego koła. Maron zacisnął pięści i począł się oddalać.
- Był słaby, za słaby dla takiego świata… Tylko by przeszkadzał… - mówił Nauczyciel. A Maron w to wszystko ślepo wierzył, wierzył że zrobił dobrze, a tym samym stał się najstarszym synem domu. Jedynym męskim dzieckiem. Od dzisiaj.
- Lloth będzie zadowolona – powiedział trzeźwo, bardziej do siebie niż do mistrza.
- Tak myślę… - oboje zaczęli oddalać się z tego miejsca w kierunku miasta. Ciało Carla pozostawili dla padlinożerców, których nie brakowało w tym ohydnym miejscu.
***
- Jesteś pewien, że chcesz tam zejść Shon? – zapytała niepewnym głosem kobieta. Na powierzchni jasno świeciło słońcem ptaki wesoło śpiewały opowiadając niebu nie znane nikomu historie.
- Spokojnie – elfi mężczyzna, którego reszta nazywała imieniem Shon starał się wyglądać na opanowanego.
- To podmrok. Ojczyzna drowów. – naciskała elfka
- Wiem gdzie i po co idę, proroctwa nie kłamią
- Idź więc… Będę się za ciebie modlić. – Na te słowa mężczyzna uśmiechnął się blado i podążył w głąb ciemnej jaskini. Stojący przy nim przez cały czas krasnolud szedł u jego boku, cały czas przeklinając pod nosem swój los i swojego przyjaciela.
- Dobrze wiesz, że to głupia wyprawa – zatrzymał się nagle.
- Dobrze wiesz, że się mylisz – wycedził kwaśno elf. Na twarzy krasnoluda pojawił się grymas, ale nie mógł zaprzeczyć że gdzieś w głębi wierzy w słowa Shona.

Szli równym krokiem coraz bardziej zagłębiając się w ciemności tego okrutnego miejsca. Samir (ten krasnolud yo) targał ciężki plecak przepełniony wieloma niezbędnymi rzeczami. Wśród nich cisnął się mały pakunek. Owinięte starannie płótnem pamiątki. Małe błyskotki, wisiorki, kamyki, bardziej wspomnienia niż kosztowności. Rzucała się w oczy ramka ze zdjęciem pewnej elfki. Shon pytał o tę kobietę wielokrotnie lecz przyjaciel jedynie czerwienił się po uszy i nic nie mówił. Łowca domyślał się o uczuciu krasnoluda, nie wiedział jednak czy było odwzajemnione i kim dokładnie jest ta wybranka.
- Miejmy nadzieje, że twoja bogini nie kłamie… - parsknął nagle Samir. Nie usłyszał jednak odpowiedzi, bo temat ten był wiele razy wałkowany przed wyruszeniem i jedynie wzbudzał irytacje w Shonie. Krasnal splunął na jakąś skałkę wystającą z ziemi i przyśpieszył kroku.
- Chce mieć to wreszcie za sobą! ..
***
Maron wszedł do wielkiej kamiennej komnaty, bogato przyozdabianej w rzeźby i mniejsze doskonale wykonane detale. Przed nim szła reszta jego rodziny. Cztery wyższe kapłanki. Drow podniósł wzrok i ujrzał siedzącą dumnie na tronie kobietę o mahoniowej cerze z długimi białymi włosami. Wszyscy uklękli z twarzą niemal przy podłodze.
- Witajcie… - powiedziała spokojnie matka opiekunka domu de’Moshie. – Zapewne nie znacie celu naszego spotkania – uśmiechnęła się obrzydliwie, przerwała i przełknęła ślinę.

Nikt się nie odezwał, wiedzieli że lepiej nie denerwować swoim zachowaniem Matki Opiekunki. Nawet wysoki kapłanki postanowiły lepiej się nie odzywać…
- Na początku chciałabym pogratulować Maronowi… Stałeś się jedynym męskim dzieckiem mój synu… - zaczęła
- Tak… - dodał nieśmiało, prawie niesłyszalnie Maron.
- Nie pozwoliłam ci się odezwać synu!!! – wrzasnęła Opiekunka Trash, a jej bat powędrował w stronę Marona i zatrzymał się na jego czarnym policzku. Jedyny syn jedynie cicho stęknął i szybko powrócił do swojej poprzedniej klęczącej pozycji. Wysokie kapłanki zarechotały pod nosem, a na ich twarzach pojawiły się równie obrzydliwe uśmieszki jak u ich matki.
- Jednak jak powszechnie wiadomo mężczyźni są słabsi i gorsi! – krzyknęła i uniosła ręce do góry, chwaląc w myślach boginię Lloth. – chcę, abyś poszedł razem z jednym z patrolów na powierzchnie… ZABIJ NASZYCH KUZYNÓW!!! ZABIJ ELFY Z POWIERZCHNI!!! – krzyknęła – Na chwałę bogini Lloth!!!
***
Shon i Samir, już ledwo co widzieli drogę, szli już przecież parę godzin, nieustannie zbliżając się do podziemi, a zarazem do ojczyzny wszelkiego plugastwa.
- Elfie! – zaczął Samir. Nie usłyszał odpowiedzi.
- Elfie!! – powiedział głośniej.
- Czego chcesz? – zapytał szeptem Shon, domyślając się, że jego przyjaciel nie jest zadowolony z dotychczasowej podróży.
- Światło elfie, światło – powiedział grubym głosem.
- Zapal, przynajmniej na razie. – krasnolud na te słowa wyjął z plecaka pochodnie, wymamrotał jakieś zaklęcie, a na kiju pojawił się ogień. Zakuł z początku źrenice dwójki, bo ich oczy, przez dłuższy już czas nie przydawały się do niczego. Po chwili jednak zrobiło się troszkę milej, nie licząc oglądanych szczurów. Światło nie rozświetlało jednak nic więcej ponad ścisłego terenu bardzo niedaleko idących przyjaciół. Krasnolud zaklął znów swój los, wielokrotny raz po tym jak weszli do jaskini.

ROZDZIAŁ II
- Na co czekacie pomioty?! – wrzasnął dowodzący oddziałem. – ustawić się w szeregu!!!
Maron zacisnął zęby i doszedł na swoje miejsce.
- Jeszcze kiedyś cię zabije… psie… - przyrzekł sobie półgłosem.
- Słyszałem!!! – dowodzący wpadł w furie – Możesz spróbować dzieciaku! Dalej!
- Prze… przepraszam – wysyczał Maron przez zaciśnięte zęby.
- U drowów nie ma takiego słowa – wrzasnął – trzeba ponosić konsekwencje! – wrzasnął
Uderzył chłopaka w twarz, tak że ten spadł na plecy. Z nosa pociekła mu czerwona strużka, doskonale widoczna dla widzących ciepło oczu drowów.
- A teraz się ustaw, jeżeli nie chcesz przeżyć – krzyknął – pomiocie -dodał z sarkastycznym uśmiechem
Mroczny elf ospałym krokiem poszedł we wskazane miejsce. Splunął pogardliwie.
- Niech cię, przyrzekam że za to zapłacisz – powiedział Maron, lecz ciszej niż wcześniejszą obelgę. Stojący obok niego członek patrolu zachichotał.
***
Shon zerwał się spocony. Rozejrzał się dookoła. Ujrzał jedynie ciemność i małe przygasające ognisko.
- Samirze! – potrząsnął śpiącym krasnoludem. Ten tylko zaczął kląć, między innymi dlatego, że już nawet wyspać się nie można.
- Samirze!!! – wydał z siebie zduszony krzyk.
Krasnolud widząc, że elf jest czymś przejęty przestał na chwile.
- No czego chcesz? – zapytał udając zirytowanego. W głębi serca przejmował się swoim przyjacielem.
- Proroctwo! Miałem sen! – przełknął ślinę – Robimy dobrze, teraz jestem tego pewien…
- Czyli nie byłeś? – wykrzywił się krasnolud.
Shon spojrzał się na niego pogardliwym wzrokiem, który zresztą i tak był ledwo zauważalny w tym nikłym światełku ogniska.
- Przestań już narzekać, zostaniemy wynagrodzeni w przyszłości…
- Jeśli przeżyjemy – skończył za niego krasnolud – a na to nie liczę…
- Więc przeżywaj ostatnie chwile swojego życia jak najlepiej – uśmiechnął się blado elf.
- Czarny humor ci dopisuje elfie? – splunął Samir i wrócił do swojego ostatnio ulubionego zajęcia.
- Chodźmy dalej, dość spania…
- Szlak!!!! – krzyknął krasnal – Niech to szlak!!! Nawet nie wiemy gdzie iść!!!
- To zostaw mi. – elf wyciągnął starą, pogniecioną mapę pobliskich okolic. Skinął na Samira, a po chwili nad kartką pojawiła się zapalona świeczka. Shon wskazał palcem na mapie jakąś większą jaskinie.
- Tutaj, widziałem to w moim śnie – na ten znak krasnalowi odechciało się nawet przeklinać swój los. Elf wskazał jaskinie hakowych poczwar.
Shon wstał i zgasił ognisko. Podniósł dwa długie miecze leżące przy ścianie i włożył je do pochew. Leżący niedaleko łuk zawiesił sobie na ramieniu i poszedł w ciemność. Samir bojąc się, że mogą się nawzajem zgubić złapał mapę i podbiegł do przyjaciela. Elf uśmiechnął się widząc człapiącego obok krasnala.
- I tak nic gorszego już mi się nie stanie… - odrzekł sucho Samir widząc minę elfa.

***
- Ruszać się! Ruszać się! – popędzał oddział dowódca.
Czarnoskórzy młodzieńcy i dwie kapłanki gramolili się leniwie w wąskich tunelach. Musieli się już coraz bardziej schylać, żeby nie zostawić głowy na jakimś stalagmicie. To był raczej jedyny problem, bo wszystkie rasy podziemne przyzwyczajone były do duszności powietrza i ogólnie panującej ciemności.
- No już!!! – po twarzy dowódcy spłynęła kropla potu.
- Nie pouchwalaj się tak Andenie. – rzekła w końcu jedna z kapłanek – będziemy iść w tempie jaki odpowiada mi – wyższej od ciebie rangą.
Prowadzący oddział zacisnął zęby i zamilkł. Kapłanka osiągnąwszy sukces zwolniła trochę kroku. Nie dlatego iż była zmęczona , lecz po prostu dla przekory.
- Może odpoczniemy – wyszczerzyła zęby. – Chicag może nie… może później… - dodała leniwie. Słowa nasączone były dużą dawką sarkazmu. Drowia natura.
***
Na tronie w głównej Sali domu de’Moshie siedziała zgarbiona kobieta. Brwi miała zmarszczone, co nadawało jej zamyślony wyraz twarzy. Oparła głowę na dłoni.
Wrota komnaty otwarły się głośno skrzecząc.
- Lya – Matka Opiekunka przywitała wchodzącą najstarszą córkę domu.
Drowia Kobieta pochyliła głowę.
- Matko Opiekunko – rzekła.
Trash wyprostowała się nadając sojej postaci wyniosłe kształty. Zmarszczyła brwi.
- Masz jakieś wiadomości o koloni. – powiedziała matka starając się ukryć swoje szczere zaciekawienie.
- Wysłaliśmy szpiega, chcę aby Maron był pod kontrolą – zachichotała – to w końcu tylko mężczyzna…
- Nienawidzę ich męskiej bezradności – odpowiedziała Trash
- Chociaż niektórzy potrafią być ciekawi… - obie kobiety pozwoliły sobie na cichy rechot.
***
Piąty dzień prawie bezustannego marszu. Na wszystkich prawie stopach zaczeły się robić odciski. Niektóre buty były minimalnie przetarte, przynajmniej jak na drowów. Nikt jednak nie śmiał narzekać – jedzenia starczało jak na razie dla wszystkich, a i co chwile można było zjeść jakiegoś szczura. No i jeszcze nikogo nie spotkali na swojej drodze….

Maron gwałtownie odwrócił się w tył. Nic nie ujrzał. Uspokoił się trochę i począł iść za resztą. Paru wojowników popatrzało na niego przez chwilę.
- Co się stało? Dlaczego odwróciłeś się? – zapytał jeden żołnierz o długiej, białej czuprynie sięgającej niemal do ramion.
De’Moshie zignorował go. Długowłosy młodzieniec tylko prychnął i przyspieszył kroku.
Złe przeczucia nie opuściły Marona. Znowu nerwowo odwrócił głowę. Usłyszał nad głową czyjś oddech. Spojrzał na strop. Niczego nie zobaczył. Po czole spłynęła mu mała stróżka potu, wywołana najzwyklejszym strachem, który zresztą mieścił się również i w nieustannie plądrującym jaskinie wzroku drowa.
- Oszalałeś? – zapytał ironicznie inny członek wyprawy stojący niedaleko Marona.
Zirytowany tą odzywką młodzieniec dość gwałtownie zatrzymał swą pięść na twarzy ironicznego wojownika. Ten rzucił się na niego tworząc ogólny chaos w oddziale.
- Co się dzieje!!! – zagrzmiał dowódca raczej nie w pytaniu.
Oboje uspokoili się trochę. Wstali.
- Chodźmy!!! – krzyknął tęgi mężczyzna prowadzący odział - Nie mam zamiaru opóźniać wyprawy tylko dla tego że mam samych głupców w oddziale! – dodał po chwili.
Następna godzina nieustannego marszu minęła dość spokojnie nie licząc nieustannego szydzenia z Marona, który został uznany za szaleńca.
Nagle główny bohater wszelkich rozmów przez ostatnią godzinę padł na kolana wydając przy tym głośny krzyk przepełniony bólem i goryczą.
Złapał się za głowę z całej siły starając się zagłuszyć pulsujący pisk rozdzierający jego umysł.
Podbiegły do niego dwie kapłanki na próżno starając podnieść go z ziemi. Maron wijąc się na ziemi nie mogąc wytrzymać mentalnego bólu wykrzykiwał niezrozumiałe wrzaski. Na czole tańczyły mu wystające żyły.
- To ty! – dał się zrozumieć cichy bełkot w jego głowie. – To ty!!! – mentalny pisk począł układać się w oskarżenia.
Naraz wszystko ucichło. Ostatni głuchy grzmot. Ciemność. Drow stracił przytomność.
***
- Nie mam zamiaru tolerować czegoś takiego! – krzyknął dowódca, stojąc nad nieprzytomnym Maronem.
Obydwie kapłanki zamyśliły się. Po reszcie jaskini przeszedł cichy szmer. Niektórzy młodzieńcy wymieniali się przestraszonymi spojrzeniami, co chwila przypominając sobie wyraz twarzy de’Moshiego. Inni chichotali cicho ze skrzyżowanymi na piersi rękami, na znak swej wyższości nad słabym kolegą.
- Chcesz go tu zostawić? – zapytała wreszcie jedna z kapłanek, przerywając hałasy.
- Przecież nie będziemy tu czekać na jednego, nic niewartego drowa. – zauważył trzeźwo dowódca.
- Jego rodzina jest szanowana w mieście, to w końcu piąty dom… - zmarszczyła brwi druga kapłanka. – rozbijmy tu obóz – przyda się to nam – jeżeli drow nie obudzi się do czasu odejścia, nie weźmiemy go.
- To rozsądne podejście, nie mam zamiaru sprowadzić na siebie gniewu piątego domu, w dodatku obdarzonego przychylnością pajęczej królowej.
- Podejdźmy za ten zakręt, jest tam większa jaskinia w dodatku płynie tam strumień wody pitnej- możliwe że mimo wszystko zatrzymalibyśmy się tam na trochę czasu.
Dowódca, Anden rozkazał nieść jednemu z żołnierzy ciało nieprzytomnego Marona do czasu dojścia do jaskini. Na miejscu rozpalono ognisko w celu przygotowania pożywienia i narobiono zapasów wody, której bądź co bądź było już coraz mniej. Jak zresztą reszty rzeczy potrzebnej do przetrwania w wydawałoby się bezkresnej plątaninie korytarzy dzikiego Podmroku. Anden, usiadł niedaleko dwóch kapłanek, które w tej wyprawie były jego najlepszymi doradcami. Większego wyboru nie miał, zresztą nie chciał mieć doradców – nawet wysokich kapłanek – uważając to za hańbę dla jego statusu w hierarchii. Dowódca złapał najbliższy odłamany kamień i zaczął kreślić na piaszczystej nieco ziemi korytarze znajdujące się najbliżej ich obecnego położenia.
- Najbliższym wyjściem na powierzchnie jest ta jaskinia – wskazał na jedną z licznych kresek przy jego nogach – lecz, aby do niej dojść trzeba przejść przez jaskinię zamieszkaną przez hakowe poczwary…
***
- Pośpiesz się Samirze – odrzekł spokojnie Shon – Pośpiesz się…
- Nie każdy jest elfem – warknął krótkonogi krasnolud.
Codzienną, prawie już rytualną rozmowę o słuszności wyprawy przewał piskliwy krzyk. Gardłowy wrzask jakiejś wielkiej istoty. Elf szybkim ruchem ręki zatrzymał Samira, drugą ujął mocno rękojeść jednego z długich mieczy, wiszących u pasa. Krasnolud zacisnął zęby i chwycił ogromny, w stosunku do nosiciela, topór. Samir ścisnął go obiema tęgimi rękami.
- Wreszcie coś ciekawszego niż sama wędrówka – splunął.
Elf natychmiast go uciszył, nie będąc takim pewnym, czy to starcie będzie miało jedynie rozrywkowy charakter. Przykucnął za samym zakrętem przysłuchując się wyciu. Wychylił niepewnie głowę. W nikłym świetle jasno świecącego wisiorka – jednej ze sztuczek zdolnego krasnala – ujrzał hakową poczwarę wyjącą w bojowym szyku.
- Cholera – zaklął cicho.
- Chcesz z nim walczyć czy przeczekasz? – spytał szeptem dzierżyciel topora.
Elf popatrzał na przyjaciela spokojnym wzrokiem, w nikłym światełku wisiorka dało się dostrzec brudną, zmęczoną twarz Shona. W jego zmęczonych ciągłą ciemnością źrenicach odbijała się długa, szara broda towarzysza. Samir miał głębsze rysy twarz od swojego przyjaciela. Duży nos wychodził zza naciągniętego prawie na oczy, metalowego hełmu.
- Co chcesz zrobić – wyszeptał ostro krasnolud.
- Zobaczymy co się stanie… Chodźmy do niego – zachichotał elf.
W mgnieniu oka wyjął z pochew obydwa miecze. Te, posłusznie układały się w zręcznych dłoniach. Potężny topór Samira, z mniejszą gracją przybrał bojową pozę.
- Naiwny jesteś elfie – wtrącił krasnolud – czego spodziewasz się po hakowej poczwarze!
Oboje, jak najciszej tylko mogli pokonali zakręt i weszli do pomieszczenia w którym czekał na nich jedyny, jak dotąd napotkany, większy wróg. Jednak słowo „bezszelestnie” drużyna rozumiała trochę inaczej, czego efektem było głośne szuranie krasnoludzkich butów, które było jeszcze głośniejsze powtarzane echem w ciemnych korytarzach.
Opancerzona istota zaskrzeczała donośnie i obróciła się do wchodzącej dwójki. Widząc nieproszonych gości poczwara poczęła uderzać swoimi wielkimi pazurami o tors. Trzymetrowe stworzenie stanęło tuż nad towarzyszami.
- Cholera… - wybełkotał Samir patrząc trzy metry w górę na wielką głowę hakostwora.
Ramiona wroga podniosły się w górę i zamachnęły w stronę dwójki. Elf zgrabnie podskoczył, tym samym unikając śmierci od wielkich pazurów. W powietrzu wbił miecz na oślep, trafiając w mocny pancerz istoty. Hakowa poczwara, nie poczuwszy bólu kontynuowała próby ataku, które często kończyły się zablokowaniem, lub chybieniem.
- Cholera powiedziałem!!! – krzyknął Samir odwracając uwagę.
Shon od razu wykorzystał nadarzającą się sytuację i skoczył na masywne cielsko potwora. Obydwa miecze powędrowały w szparę, pomiędzy płatami pancerza na karku. Stworzenie zaskrzeczało i runęło na ziemię z trzaskiem. Krasnolud w ostatniej chwili rzucił się w bok, unikając zmiażdżenia pod kilkuset kilogramowym ciężarem spadającego wroga.
Shon zgrabnie opadł na ziemie mocno sapiąc. Schował broń. Na policzku widoczna była głęboka szrama. Oboje zdali sobie sprawę, że ich największą słabością jest ciemność. Wszystkie istoty przebywające Podmroku doskonale widziały w podczerwieni – oprócz dwójki towarzyszy starających się wypełnić proroctwo…
***
Dowódca otworzył leniwie oczy i rozejrzał się dookoła. Jaskinie… Dalej… Odgarnął włosy z czoła, przeciągnął się i wstał. Kapłanki już na niego czekały.
- Nie odzyskał przytomności… Dalej… - mruknęła jedna z nich.
- Więc pójdziemy bez niego – powiedział półprzytomnie Anden. – W razie czego możemy się trzymać innej wersji – niezgodnej z rzeczywistością …
Kobiety uśmiechnęły się.
- Niech będzie, że poległ w walce na powierzchni… - zaśmiała się donośnie kapłanka, budząc przy tym paru żołnierzy.
- A wy!!! Spróbujcie tylko powiedzieć prawdę!!! – Dowódca krzyknął, pokazując przy tym ręką na budzący się oddział…
Podszedł do Marona i kopnął go w bok. Wyjął z pod paska sztylet i spojrzał się w tył na swoich „doradców”.
- Może lepiej go zabić? Gdyby wrócił do miasta… - przełknął ślinę.
- Nie mamy na to czasu głupcze, zresztą nawet jeżeli się obudzi, to albo się zgubi albo coś – lub ktoś – go zabije w drodze powrotnej. – ponagliła go kapłanka.
Anden schwał pięknie ozdobiony nóż i począł ustawiać oddział. Po niedługiej chwili wszyscy odeszli, pozostawiając za sobą jedynie chmurę kurzu i Marona.
***
Chłopak obudził się. Trzeźwym wzrokiem rozejrzał się po najbliższym otoczeniu. Nie było nikogo widać. Maron znajdował się sam jeden w opuszczonym, przez jego rasę obozie. Zerwał się momentalnie na równe nogi.
- Cholera – zaklął pod nosem.
Pobiegł w jeden z korytarzy, nie dbając o zostawiony ekwipunek. Po paru minutach, przy pierwszym skrzyżowaniu zwątpił.
- Nie ma sensu…
Istotnie, samotne przemierzanie niezliczonych korytarzy, rojących się od wrogów nie miało najmniejszego sensu. Młodzieniec oparł się o ścianę z ślepo wbitym w jeden punkt wzrokiem.
Otarł z czoła pot i zawrócił. Najmądrzej było w takiej sytuacji wrócić do miejsca w którym miał przynajmniej wodę. Po pewnym czasie maszerowania w ciszy dotarł do owej nieszczęśliwej jaskini. Podszedł do zimnego, rześko płynącego strumyka, który przecinał panującą dookoła ciszę. Oprócz cichego pochlipywania wody nie słychać było nic. No może oprócz niespokojnego oddechu samotnego drowa.
ROZDZIAŁ II
Maron chodził dookoła pomieszczenie, niespokojnym krokiem mijając wgłębienia w kamieniu. Usłyszał szelest przesypywanego piasku. Ukucnął, zobaczył małą mapkę, narysowaną wcześniej przez dowódcę w celu zaplanowania drogi. Przyjrzał się jej dokładnie, z niedowierzaniem myśląc o swoim szczęściu. Podbiegł do swojego plecaka i wyjął z niego pergamin oraz rysik. Przerysował mniej więcej plan najbliższych korytarzy. Z tego co było zaznaczone kreskami najbliższym wyjściem na powierzchnie była droga, przez siedlisko hakowych poczwar. Jednak tego, Maron nie wiedział, zapewne zostałby, gdyby zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, oraz że jego oddział, nie poszedł tą drogą…
Maron napełnił wielki dzban wodą, zakręcił go i schował do plecaka. Z mapą w ręku zagłębił się w jeden z korytarzy. Teraz, gdy szedł w samotności naszły go pytania. Co stało się z nim wtedy? Dlaczego stracił przytomność? Co oznaczały głosy w jego głowie? Nie miał żadnych radykalnych odpowiedzi, a pytania jedynie się mnożyły. Maron starał się przestać o tym myśleć, więc skupił się na mapie….
***
- Jesteśmy już blisko, możliwe że to było coś w rodzaju patrolu czy coś… - odezwał się Samir. – z jednym trudno było sobie poradzić, a będzie ich o wiele więcej.
- Nie mam zamiaru z nimi walczyć, one nie mają na tyle dobrego słuchu, żeby nas usłyszeć, skradających się…
- One widzą w podczerwieni elfie, a my ledwo co możemy dojrzeć własną rękę w świetle pochodni.
- No to może przebiegniemy, bądź co bądź one mają po trzy metry wzrostu – nie zmieszczą się w każdy tunel – odpowiedział pośpiesznie elf starając się nie wywrócić na nierównej powierzchni.
- Pomyśl racjonalnie Shon… Ich tam jest kilkadziesiąt… Jak nie więcej – odrzekł Samir – tylko dwoje głupców mogłoby tam wejść…
- Albo dwoje przyjaciół, z poparciem bogini… - uśmiechnął się elf, trzymający pochodnie.
- Co Ty w ogóle masz zrobić? Jestem głupi… Poszedłem ze świrem do Podmroku, a nawet nie wiem po co… - przełknął ślinę – i tak długo już żyjemy…
- Jeszcze wyjdziemy na powierzchnie i będziemy niańczyć nasze dzieci – mrugnął elf.
- Szkoda gadać… Chodź już… - Samir pociągnął wojownika za rękaw i ruszyli powrotem, w niebezpieczną podróż.
Gdy tylko podnieść rękę, można było dotknąć nisko wiszącego nad głowami stropu. Czasami po drodze można było minąć jakiś leniwie wijący się strumyczek, między innymi dzięki odgłosom wody można było poznać że jeszcze się coś słyszy. Towarzysze nie rozmawiali już ze sobą dużo… Oczywiście było też wiele nieprzyjemnych widoków. Swąd powszechnie rozkładających się ciał był czuć wszędzie. Co chwile przybywało nowych trupów, dzięki drapieżnikom, co chwile jednak ich ubywało, dzięki padlinożercom…

ROZDZIAŁ III
Maron chodził dookoła pomieszczenie, niespokojnym krokiem mijając wgłębienia w kamieniu. Usłyszał szelest przesypywanego piasku. Ukucnął, zobaczył małą mapkę, narysowaną wcześniej przez dowódcę w celu zaplanowania drogi. Przyjrzał się jej dokładnie, z niedowierzaniem myśląc o swoim szczęściu. Podbiegł do swojego plecaka i wyjął z niego pergamin oraz rysik. Przerysował mniej więcej plan najbliższych korytarzy. Z tego co było zaznaczone kreskami najbliższym wyjściem na powierzchnie była droga, przez siedlisko hakowych poczwar. Jednak tego, Maron nie wiedział, zapewne zostałby, gdyby zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, oraz że jego oddział, nie poszedł tą drogą…
Maron napełnił wielki dzban wodą, zakręcił go i schował do plecaka. Z mapą w ręku zagłębił się w jeden z korytarzy. Teraz, gdy szedł w samotności naszły go pytania. Co stało się z nim wtedy? Dlaczego stracił przytomność? Co oznaczały głosy w jego głowie? Nie miał żadnych radykalnych odpowiedzi, a pytania jedynie się mnożyły. Maron starał się przestać o tym myśleć, więc skupił się na mapie….
***
- Jesteśmy już blisko, możliwe że to było coś w rodzaju patrolu czy coś… - odezwał się Samir. – z jednym trudno było sobie poradzić, a będzie ich o wiele więcej.
- Nie mam zamiaru z nimi walczyć, one nie mają na tyle dobrego słuchu, żeby nas usłyszeć, skradających się…
- One widzą w podczerwieni elfie, a my ledwo co możemy dojrzeć własną rękę w świetle pochodni.
- No to może przebiegniemy, bądź co bądź one mają po trzy metry wzrostu – nie zmieszczą się w każdy tunel – odpowiedział pośpiesznie elf starając się nie wywrócić na nierównej powierzchni.
- Pomyśl racjonalnie Shon… Ich tam jest kilkadziesiąt… Jak nie więcej – odrzekł Samir – tylko dwoje głupców mogłoby tam wejść…
- Albo dwoje przyjaciół, z poparciem bogini… - uśmiechnął się elf, trzymający pochodnie.
- Co Ty w ogóle masz zrobić? Jestem głupi… Poszedłem ze świrem do Podmroku, a nawet nie wiem po co… - przełknął ślinę – i tak długo już żyjemy…
- Jeszcze wyjdziemy na powierzchnie i będziemy niańczyć nasze dzieci – mrugnął elf.
- Szkoda gadać… Chodź już… - Samir pociągnął wojownika za rękaw i ruszyli powrotem, w niebezpieczną podróż.
Gdy tylko podnieść rękę, można było dotknąć nisko wiszącego nad głowami stropu. Czasami po drodze można było minąć jakiś leniwie wijący się strumyczek, między innymi dzięki odgłosom wody można było poznać że jeszcze się coś słyszy. Towarzysze nie rozmawiali już ze sobą dużo… Oczywiście było też wiele nieprzyjemnych widoków. Swąd powszechnie rozkładających się ciał był czuć wszędzie. Co chwile przybywało nowych trupów, dzięki drapieżnikom, co chwile jednak ich ubywało, dzięki padlinożercom…

ROZDZIAŁ II
Maron chodził dookoła pomieszczenie, niespokojnym krokiem mijając wgłębienia w kamieniu. Usłyszał szelest przesypywanego piasku. Ukucnął, zobaczył małą mapkę, narysowaną wcześniej przez dowódcę w celu zaplanowania drogi. Przyjrzał się jej dokładnie, z niedowierzaniem myśląc o swoim szczęściu. Podbiegł do swojego plecaka i wyjął z niego pergamin oraz rysik. Przerysował mniej więcej plan najbliższych korytarzy. Z tego co było zaznaczone kreskami najbliższym wyjściem na powierzchnie była droga, przez siedlisko hakowych poczwar. Jednak tego, Maron nie wiedział, zapewne zostałby, gdyby zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, oraz że jego oddział, nie poszedł tą drogą…
Maron napełnił wielki dzban wodą, zakręcił go i schował do plecaka. Z mapą w ręku zagłębił się w jeden z korytarzy. Teraz, gdy szedł w samotności naszły go pytania. Co stało się z nim wtedy? Dlaczego stracił przytomność? Co oznaczały głosy w jego głowie? Nie miał żadnych radykalnych odpowiedzi, a pytania jedynie się mnożyły. Maron starał się przestać o tym myśleć, więc skupił się na mapie….
***
- Jesteśmy już blisko, możliwe że to było coś w rodzaju patrolu czy coś… - odezwał się Samir. – z jednym trudno było sobie poradzić, a będzie ich o wiele więcej.
- Nie mam zamiaru z nimi walczyć, one nie mają na tyle dobrego słuchu, żeby nas usłyszeć, skradających się…
- One widzą w podczerwieni elfie, a my ledwo co możemy dojrzeć własną rękę w świetle pochodni.
- No to może przebiegniemy, bądź co bądź one mają po trzy metry wzrostu – nie zmieszczą się w każdy tunel – odpowiedział pośpiesznie elf starając się nie wywrócić na nierównej powierzchni.
- Pomyśl racjonalnie Shon… Ich tam jest kilkadziesiąt… Jak nie więcej – odrzekł Samir – tylko dwoje głupców mogłoby tam wejść…
- Albo dwoje przyjaciół, z poparciem bogini… - uśmiechnął się elf, trzymający pochodnie.
- Co Ty w ogóle masz zrobić? Jestem głupi… Poszedłem ze świrem do Podmroku, a nawet nie wiem po co… - przełknął ślinę – i tak długo już żyjemy…
- Jeszcze wyjdziemy na powierzchnie i będziemy niańczyć nasze dzieci – mrugnął elf.
- Szkoda gadać… Chodź już… - Samir pociągnął wojownika za rękaw i ruszyli powrotem, w niebezpieczną podróż.
Gdy tylko podnieść rękę, można było dotknąć nisko wiszącego nad głowami stropu. Czasami po drodze można było minąć jakiś leniwie wijący się strumyczek, między innymi dzięki odgłosom wody można było poznać że jeszcze się coś słyszy. Towarzysze nie rozmawiali już ze sobą dużo… Oczywiście było też wiele nieprzyjemnych widoków. Swąd powszechnie rozkładających się ciał był czuć wszędzie. Co chwile przybywało nowych trupów, dzięki drapieżnikom, co chwile jednak ich ubywało, dzięki padlinożercom…

***
- Jesteśmy już blisko, możliwe że to było coś w rodzaju patrolu czy coś… - odezwał się Samir. – z jednym trudno było sobie poradzić, a będzie ich o wiele więcej.
- Nie mam zamiaru z nimi walczyć, one nie mają na tyle dobrego słuchu, żeby nas usłyszeć, skradających się…
- One widzą w podczerwieni elfie, a my ledwo co możemy dojrzeć własną rękę w świetle pochodni.
- No to może przebiegniemy, bądź co bądź one mają po trzy metry wzrostu – nie zmieszczą się w każdy tunel – odpowiedział pośpiesznie elf starając się nie wywrócić na nierównej powierzchni.
- Pomyśl racjonalnie Shon… Ich tam jest kilkadziesiąt… Jak nie więcej – odrzekł Samir – tylko dwoje głupców mogłoby tam wejść…
- Albo dwoje przyjaciół, z poparciem bogini… - uśmiechnął się elf, trzymający pochodnie.
- Co Ty w ogóle masz zrobić? Jestem głupi… Poszedłem ze świrem do Podmroku, a nawet nie wiem po co… - przełknął ślinę – i tak długo już żyjemy…
- Jeszcze wyjdziemy na powierzchnie i będziemy niańczyć nasze dzieci – mrugnął elf.
- Szkoda gadać… Chodź już… - Samir pociągnął wojownika za rękaw i ruszyli powrotem, w niebezpieczną podróż.
Gdy tylko podnieść rękę, można było dotknąć nisko wiszącego nad głowami stropu. Czasami po drodze można było minąć jakiś leniwie wijący się strumyczek, między innymi dzięki odgłosom wody można było poznać że jeszcze się coś słyszy. Towarzysze nie rozmawiali już ze sobą dużo… Oczywiście było też wiele nieprzyjemnych widoków. Swąd powszechnie rozkładających się ciał był czuć wszędzie. Co chwile przybywało nowych trupów, dzięki drapieżnikom, co chwile jednak ich ubywało, dzięki padlinożercom…
***
Maron stanął przed skrzyżowaniem. Po raz kolejny… Sięgnął do plecaka, po przerysowaną mapkę i ustalił swój punkt. Po chwili skręcił w prawo i zaczął iść prosto. Po paru godzinach wędrówki mroczny elf przykucnął i oparł się o ścianę. Jego ręka powędrowała do torby, i pojawiła się z naczyniem z wodom. Maron zmoczył ręce, i umył zasuszoną twarz. Odgarnął spadające na twarz włosy. Pierwszy raz, od śmierci swojego brata, zaczął się zastanawiać nad słusznością postępowania jego rasy… Jak by nie patrzeć, jakby nie starać się zakamuflować zła drowów, Maron był teraz pozostawiony sam jeden w dzikim Podmroku. Przecież tylko by zawadzał… Jeżeli nawet znalazłby oddział maszerujący na powierzchnie, to nie wiadomo czy by go przyjęli. Okazał się słabszy, nie ma wystarczająco umiejętności i silnej woli, aby przeżyć.
- Czy na powierzchni jest inaczej? – wyszeptał Maron, po raz pierwszy w życiu naszyły go takie myśli.
- Nie! Na pewno nie! – powiedział głośno i wyraźnie do siebie, jakby starając to sobie wmówić.
Po tych słowach naszedł go znowu, ten samem pulsujący ból głowy. Stawał się coraz silniejszy… Tak rozpierający, że Maron myślał – jeżeli mogole mógł myśleć w tej chwili – ze jego głowa wybuchnie.
- Maron! – elf znowu usłyszał chór krzyczących głosów.
- Cholera! Czego chcecie? – wrzasnął, miażdżąc sobie prawie głowę w uścisku.
- To ty! To musisz byś ty! – krzyknęły głosy w jednym momencie.
- Stójcie!!! Wytłumaczcie!!!!! – upierał się Maron mimo bólu.
Za późno… Wszystko odeszło. Drow rozluźnił się i położył na plecach. Sam nie wiedział ile czasu leżał w ciemności, przemyślając wszystkie słowa… Od początku, do końca i znowu. Przestał się bać kolejnych „ataków”, chciał się dowiedzieć więcej. Miał nadzieję, że nie stanie się to podczas walki.
***
- Jak to zostawili go?! – wrzasnęła Trash prawie spadając z tronu.
Szpieg ubrany w czarny, długi do ziemi płaszcz zdjął kapelusz.
- Chłopak zasłabł podczas drogi… to go zostawili… - zaczął spokojnie łotr, jako jeden z nielicznych w ogóle nie obawiając się gniewu opiekunki domu.
- Zasłabł?! – wrzasnęła kobieta siedząca na tronie, prawie się krztusząc.
- Wyglądało to trochę dziwnie… Oddział szedł normalnie przez jeden z wąskich korytarzy, nagle Maron padł na kolana i zaczął krzyczeć. Już wcześniej był dziwnie niespokojny. Wracając do tematu… chłopak trzymał się kurczowo za spoconą głowę… Wydawałoby się że czuje ogromny ból. Po chwili młody padł na twarz z głuchym hukiem. Reszta zaczęła szeptać po cichu, ustalili że poczekają jeden dzień, jak nie oprzytomnieje to go zostawią. No i zostawili.
- A ty poszedłeś? – wrzasnęła czerwona, jak na drowy Trash – Zostawiłeś go?!
- Kazałaś mi wrócić jak stanie się coś ciekawego – potrząsnął głową najemnik.
- Cholera… Dom bez ani jednego mężczyzny w rodzinie? – zastanawiała się na głos, pogardliwym głosem opiekunka.
Szpieg nałożył nisko na czoło czarny kapelusz i zdecydowanym krokiem wyszedł z komnaty. Kierował się do wyjścia, z chytrym uśmieszkiem spoglądając raz po raz na wypełnioną złotem sakiewkę.
Jego długie nogi zaprowadziły go na dziedziniec, później prosto przez miasto na pchli targ. Drow wydał większą część dorobku na nowy sprzęt. Parę podręcznych, kwasowych pułapek, nowe narzędzia do otwierania zamków i dwa lśniące sztylety.

ROZDZIAŁ IV

Shon ze swoim przyjacielem szli trzeźwo przez Podmrok. Mieli dużo sił, bo niedawno, co zwinęli obóz i uzupełnili zapasy. Jednak każdy z nich, był zmęczony psychicznie, świadomością, że za każdym zakrętem, w każdej dziurze i koło każdej ściany może czaić się wróg, a nawet śmierć. Wszystko było zupełnie inne niż na powierzchni… Nie było przyjaźni, każdy korzystał z okazji, aby wbić drugiemu sztylet w plecy. Żaden z towarzyszy nie znał szczegółów wojny, pomiędzy mrocznymi elfami, a tymi z powierzchni. Drowy wierzą, że zostali wypędzeni do podziemi i korzystają z każdej okazji, aby się zemścić. Shon nie wierzy jednak, aby to, co mówią kuzyni o ciemnych twarzach było prawdą. To nie w stylu elfów z powierzchni. Oni nie mogliby tak po prostu wypędzić… nikogo… Na tą myśl Shon gwałtownie przyspieszył kroku.
- Ja dalej nie wiem jak masz zamiar przejść jaskinię hakowych poczwar – odezwał się krasnal, spoglądając ślepo na Shona.
- Daj mi, chociaż raz spokój! – Warknął towarzysz.
Samir nie spodziewał się takiej reakcji… Nie podjął dalszej rozmowy, zrozumiał, że jego przyjaciel nie jest wszechwiedzący i że on też ma czasem wątpliwości, obawy i pustkę w głowie.
Elf zatrzymał się gwałtownie, świecąc swoim niebieskim wisiorkiem. Wyjął mapę i przyjrzał się dogłębnie nakreślonym liniom. Byli już niedaleko wyznaczonego celu – jaskini hakostworów.
- Czy hakowe poczwary śpią? – Zapytał nagle Shon.
Samir ze zdziwioną miną rozejrzał się dookoła.
- Ty się mnie pytasz? – Zdziwił się.
Elfi wojownik zrobił głupią minę.
- Pewnie jakoś śpią – odrzekł po chwili krasnal.
- To dobrze! – Ucieszył się Shon i oboje poszli dalej…
Po jakiejś godzinie marszu, wyrwany z zamyślenia Samir otworzył wreszcie usta.
- A po co ci to wiedzieć? – Zapytał gładząc zadbaną brodę.
- Hm? – Elf obrócił się prawie na ślepo przytrzymując się ściany.
- Chcesz przejść przez jaskinie podczas ich snu? – Zapytał ponownie krasnal, nie wierząc, że Shon nie wie, o co chodzi.
- Coś w tym rodzaju… - podrapał się po głowie.
Nosiciel wielkiego topora przytaknął nieznacznie.
***
Maron doszedł do wejścia wielkiej jaskini hakostworów. Wychylił głowę, trochę za skały, aby wyjrzeć na teren. Ku swojemu zdziwieniu, nie zobaczył czerwonych plam krwi, ani pobojowiska. Oddział nie szedł tędy…
***
Shon, ze swoim przyjacielem doszedł do wejścia jaskini hakostworów. Wychylił nieznacznie głowę zza skał. Potwory, wyraźnie nie spały.
- Trzeba poczekać chwilę – oznajmił.
Towarzysze usadowili się wygodnie. Samir zdjął buty, stwierdzając, że robią mu się odciski. Jeden z nich nie był pewny czy przejdą w całości przez pechowe pomieszczenie.
-, Czemu wybrałeś akurat to miejsce, tą drogę… - zapytał szeptem krasnal.
- Spokojnie… Miałem swoje powody, jednak wydaje mi się, że nie przejdziemy do końca tej jaskini – odwrócił zielone oczy w stronę przyjaciela.
- Jak to? – Zapytał gwałtownie krasnolud, przyduszonym krzykiem.
- Nasza misja jest w połowie… - zamyślił się elf.
- W połowie?
***
Mroczny elf bezszelestnie, prawie niewidocznie skradał się przez jeszcze ciemniejsze od reszty zaułki. Zgrabnymi ruchami ujmował wystające kamienie. Maron szedł prawie po ścianie, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Przeszedł całą jaskinię, dochodząc do wyjścia, przy którym stali Shon i Samir.
Elf z powierzchni widząc Maron, zobaczył w tym samym momencie tysiące swoich snów i wizji.
- Samotny drow! – Krzyknął mimowolnie, zwracając tym samym na siebie, uwagę hakostworów.
Maronowi, po czole spłynęła kropla potu… Rzucił się do biegu, uciekając jednocześnie przed Shonem, co i przed potworami.
Elf chwycił za rękaw Samira, mało go nie wywracając i począł biec, podobnie szybko i z podobną gracją, co drow.
Trójka zniknęła w ciemności. Ciężkie poczwary goniły ich chwile, jednak zwątpiły. Były dużo większe i nie mogły się zmieścić w niektóre tunele, zresztą były dużo wolniejsze.

ROZDZIAŁ III
Shon rzucił się na ziemię, łapiąc tym samym Marona za kostkę. Oboje wywrócili się na twarde skały z głuchym walnięciem. Drow wyjął broń i zaczął atakować elfa, ten odpowiedział defensywnym atakiem.
- Nie chcemy cię skrzywdzić – warknął elf, blokując następny atak. W tej chwili do walczący dobiegł krasnal.
- Mam gdzieś, co chcecie ze mną zrobić, ważne, co JA chce! – Krzyknął Maron rzucając się w szale na przeciwnika.
Samir nie czekając na rozwój sytuacji przystawił swój mały, podręczny sztylet do karku drowa. Po Maronie przeszedł zimny dreszcz.
- Shon, zwiąż go! – Zabronował krasnal.
Elf przytaknął, i wyjął mocną linę. Obwiązał drowa, zabrał mu broń, później wziął się za rozbijanie obozu.
Wszyscy odpoczywali, może z wyjątkiem wściekłego na siebie Marona.
- Jak się tu znalazłeś? – Spytał Shon.
Nie usłyszał odpowiedzi…
- Gdzie jest reszta drowów? – Zapytał ponownie elf.
Nie usłyszał odpowiedzi…
- Chcesz usłyszeć coś, dzięki czemu się odezwiesz – zapytał niezrażony wojownik.
Maron splunął w bok, nadal nie odzywając się.
- Miałeś wizje prawda? Słyszałeś głosy… krzyki…
Drow ruszył się gwałtownie.
- Skąd wiesz? Czy ty… ty jesteś ich sprawcą? Przeklęty elfie z powierzchni! To ty! Czarnoksiężniku! Zginiesz – mroczny elf szamotał się, lecz, dobrze zawiązane supły mocno trzymały. Przez ten cały czas Samir przyglądał się dziwnej rozmowie.
- Oczywiście, że to nie ja… nie trudnię się w magii… - zaczął powoli Shon – ty nie jesteś taki, jak twoja rasa… nie jesteś zły… do końca…

- Chcesz się przekonać? Zdejmij ze mnie te sznury, a poderżnę ci gardło! – wrzasnął drow, uznając wypowiedź za obrazę.
Shon uśmiechnął się i odszedł, starając się upolować coś na dzisiejszą kolację…
Po niedługiej chwili wrócił, niosąc jakieś zwierzęta.
- Znowu szczury – mruknął krasnolud widząc przyjaciela.
- Przynajmniej coś – odpowiedział pogodnie Shon.
***
Znowu… Znowu źle… Zresztą chyba jeszcze gorzej niż samotne błąkanie się po Podmroku. Nie mam już nawet ochoty uciekać… Jak wróciłbym do miasta – w co wątpię – to pewnie tylko by mnie wyśmiali, albo nawet stracili. Z drugiej strony czy mam ciągnąć się z elfem Z POWIERZCHNI? Nigdy! Mam honor! ……. Czy gdzieś istnieje inne życie? Bez wyborów i trudów? ….powierzchnia…. Nie! Nie! Zabije go! Jak nie ich dwóch to chociaż elf! Zabije! Jeszcze dzisiejszej nocy!

Dookoła panowała zupełna ciemność… Ciche dźwięki chlapiącej wody dobiegały z oddali, cicho, rytmicznie kojąc nerwy i kołysząc do snu. Ale czy ktoś chciał spać? Mieszkańcy wielkich, podziemnych korytarzy zajmowali się czynieniem zamętu i zła. Wędrowcy – a właściwie ich rozkładające się ciała - od wieków starający się zmienić te przyzwyczajenia, byli rozszarpywani przez tutejszych padlinożerców. Wyjątkiem byli Samir i Shon. Elf drzemał oparty o kamienia, krasnal bacznie obserwował swoją nową zdobycz – Marona. Mroczny elf usilnie starał się
To pay the price of being hell bound...
Odpowiedz
Opowaidanie bardzo fajne, ale mam wątpliwość czy Pajęcza Królowa nie nazywała się Lolth. Bardzo podobał mi się wstęp. Moja ocena 9/10. PISZ DALEJ!


Tonari no Totoro!
Odpowiedz
Całkiem fajne Nawet bardzo fajne! Olciu, ya to opowiadanie dostajesz 8pkt. na swoje konto w gildii!

Medivh, tak. Ona nazywała się Lolth.
Odpowiedz
medivh krolowa pajakow nazywala sie Lloth wiec dobrze napisala a opowiadanko calkiem fajne
Dancing in the moonlight
Singing in the rain
Oh, it's good to be back home again
Laughing in the sunlight
Running down the lane
Oh, it's good to be back home again
Odpowiedz
dzieki for all :] ...

Atis a gdzie widac te cale punkty ?
To pay the price of being hell bound...
Odpowiedz
Jeszcze nigdzie, ja sobie to w głowie mam.
Odpowiedz

Cytat

Jeszcze nigdzie, ja sobie to w głowie mam.


To pay the price of being hell bound...
Odpowiedz
Oj Olciu, proszę mi tu takich postów nie sadzić! To wstrętne i parszywe OT!
Odpowiedz
dodalam nowy kawałek
To pay the price of being hell bound...
Odpowiedz
To jest coraz ciekawsze! Pisz dalej. Moja ocena now - 10/10!


Tonari no Totoro!
Odpowiedz
Ekstra opowiadania. Może na początku kilka błędów interpunkcyjnych, ale to nie jest ważne. (Nic nie jest ważne ) Wspaniałe opisy, świetne dialogi. Czego chcieć więcej ? Z niecierpliwością czekam na następne części.

Ps. Faerie to nie są przypadkiem skrzydlate elfy :? ?

I nadejdzie wkrótce ten dzień...

RTS
Odpowiedz

Cytat

Faerie to nie są przypadkiem skrzydlate elfy?


Mi się zdaje, że nie. Ja słyszałem, ze one nie są zbyt wysokiego wzrostu. Ale są skrzydlate.

ps.Przeczytaj kiedyś książkę "Królowa Pajęczch Otchłani". Jedną z bohaterek jest Escalla (Faerie), której dwa ulubione powiedzonka brzmią:
:arrow: "Hej zaufaj mi! Jestem Faerie" 8) i
:arrow: "Nikt nie rusza Faerie"


Tonari no Totoro!
Odpowiedz
Edytowanie posta, nie liczy się jako nowy post to tego nie widać... No to będe pisać..
NEW kawałek ziOmy :lol:

[ Dodano: 13-02-2005, 13:59 ]
i znowu nowy kawałek :]
To pay the price of being hell bound...
Odpowiedz
Co tu dużo mówić... Bardzo fajne opowiadanko, trzyma cały czas klimat. Pisz dalej. Mam juz podejrzenia co się stało z Maronem i chcę sprawdzić czy dobrze przypuszczam.


Tonari no Totoro!
Odpowiedz
Fearie sa ta typowe male wrozki, ale bardzo roznie przedstawiane. Np. Piotrusiowi Panowi towarzyszyla Faerie, ale nie pamietam jak sie nazywala. Wygladaja zazwyczaj tak samo, ale zalezy w czym maja rozne wielkiosci.
Odpowiedz
Olciu, masz talent! Pisz dalej.

Devilus, zasadziłeś tu OT, ze głowa boli. Nie usunę go bo to takie wyjaśnienie. A Faerie, które towarzyszyło Piotrusiowi Panowi nazywała się chyba Dzwoneczek.
Odpowiedz
No no . Widzę, że posłuchałaś troszkę tego co Ci mówiłem. Ten kawałek jest już naprawdę o wiele, wiele lepszy od poprzedniego. To jest włąśnie styl początku opowiadania. Bardzo mi się podoba, a wiesz, że wybredny jestem... No tak. Wybredny i upierdliwy, a więc 2 małe błędy.

Cytat

Na miejscu rozpalono ognisko w celu przygotowania pożywienia i narobiono zapasów wody, której bądź co bądź było już coraz mniej w zapasach.

Powtórzeniówka.

Cytat

Dowódca złapał najbliższy odłamany kamień i zaczął kreślić na piaszczystej trochę ziemi korytarze znajdujące się najbliżej ich obecnego położenia.

...trochę (nieco) piaszczystej ziemii... Tak chyba lepiej brzmi

I nadejdzie wkrótce ten dzień...

RTS
Odpowiedz
o jakich bledach mowisz rince?! :twisted: heh, poprawilam te dwa i ten wyzej z faerie. :mrgreen: Chociaz one mi sie i tak kojaza z elfami z powierzchni... :roll: :?
To pay the price of being hell bound...
Odpowiedz
Rince, nieco piaszczystej ziemi? Przestopniuj sobie.

Olcia, w tej kwestii nie słuchaj Rince'a. Bredzi. Przestopniuj sobie słowo piaszczysta.
Odpowiedz

Cytat

Rince, nieco piaszczystej ziemi? Przestopniuj sobie.

Olcia, w tej kwestii nie słuchaj Rince'a. Bredzi. Przestopniuj sobie słowo piaszczysta.

:? Chyba się nie zrozumieliśmy. Wytłumacz mi Atis o co Ci chodzi.

Ps. Faktycznie. Błędów nie ma. O co ja się czepiam ?

I nadejdzie wkrótce ten dzień...

RTS
Odpowiedz
← Fan Works

Podmrok w oczach moich :P - Odpowiedź

Wczytywanie...