droga_szamana_zamek_widmo

NAJNOWSZA niekończąca się opowieść

- ... Czyli mówisz, że te garnki są jakieś specjalne? – spytał półelf, nie kryjąc lekkiego zainteresowania.
- Oczywiście panie, nie widzicie? Ten na przykład – chwycił jeden do ręki i podniósł – jest w osiemdziesięciu pięciu procentach z cyny oraz odrobiną węgla. Ten – podniósł drugi – to glazura. Wiecie panie, co to jest? Bierzemy glinę, formujemy, wypiekamy i pokrywamy warstwą szkła. Wiecie panie, co to jest szkło?
- Coś o tym słyszałem...
- No więc, to jest bardzo odporne na wodę, zwłaszcza tą świecącą. – uśmiechnął się i podniósł następny - A ten, z takim pięknym, złotem kolorem, jest pokryty azotkiem tytanu, dlatego...
- Skąd wy znacie takie nazwy, toście alchemik? – półelf rzekł szybko, zdziwiony wiedzą sprzedawcy.
- Jam ze zwykłego cechu, ale trzeba znać się na robocie. Robimy też rzeczy metalowe. Jak już mówiłem, to jest azotek tytanu, dlatego ten garnek jest taki twardy. Świetnie nadaje się, by nim kogoś w łeb pieprznąć, za przeproszeniem pańskim.
Półelf uśmiechnął się szeroko, nie robił tego często. Rozmowa była wyjątkowo ciekawa.
- A zauważył pan, że każdy z tych garnków ma inną grubość denka? To także bardzo ważne. Od tego zależy później, co będzie można w nim robić. Ten na przykład... – sięgał po kolejny kociołek, odkładając ten złotawy, gdy nagle z tłumu wybiegł jakiś młodzik, chwycił któryś z garnków leżących na stole i chciał uciec, ale nie zdążył. Zanim zdążył chwycić kociołek, który okazało się był z ołowiu, i odbiec, dostał przez łeb kociołkiem pokrytym azotkiem tytanu. Młodzik legł jak długi.
- Mówiłem, że się nadaje. Daję dziesięcioletnią gwarancję.
- Dziękuję, miło się z panem rozmawiało, ale muszę iść.
Półelf przez cały czas rozmowy spoglądał na grupkę osób: drowy, dziwnego człowieka, maga i jego goblina. Nadal o czymś rozmawiali.
- No szkoda, na pewno nic pan nie kupi? Kociołek zawsze się przyda...
- Naprawdę, dziękuję bardzo. W każdym razie może jeszcze kiedyś pogadamy o denkach kociołków.
- No trudno. Do widzenia, miłego dnia życzę. O! Nowy klient. Dzień, dobry pani! Mam wspaniały wybór kociołków! Ten na przykład...
Furishnal już odszedł w tłum i nie słyszał dalszej części rozmowy. Patrzył teraz uważnie na wyróżniającą się z tłumu grupkę, która jako jedyna stała, nic nie kupowała. Znowu podszedł do innego straganu, by móc ich podglądać. „Ale się pajace dobrali” pomyślał i zapłacił za gruszkę, którą wciskała mu sprzedawczyni. Ugryzł ją i począł iść niespiesznym krokiem w ich stronę.

------------------------------------------------------------------------------------------

- Eee... taak... to co tu robi taka dziwna grupka: dwoje drowów i mężczyzna z zimnym spojrzeniem? – powiedział to, jeszcze raz patrząc na oczy nieznajomego.
- A co robi tutaj mag wraz ze swoim przydupasem? – odparowała Ivaisis.
- Ja zapytałem pierwszy. – oparł się na kosturze. Goblin natomiast burknął coś z pod kaptura.
- A przechadzamy się, piękny dzień targowy, w sam raz na spacer. I to świeże powietrze... – Volriker odparł, ale nie zrobił wdechu, bo nie chciał się udusić. – I chyba naprawdę ma pan problemy ze wzrokiem...
- Nie, skądże, jestem magiem, muszę mieć sokoli wzrok. – spojrzał na dekolt drowki, zjechał pomiędzy dwie, piękne półkule napinające bluzkę i zaczął rozwiązywać sznureczki. Dreszcz w dole pleców był trudny do określenia.
- Może jakieś eliksiry pomogą... – już nawet Samael zauważył wzrok Walhella błądzący tu i ówdzie, ześlizgujący się po pochyłościach i wspinający na wzgórza.
- Pan naprawdę nie potrzebuje żadnych eliksirów, ma świetny wzrok... – powiedział goblin, ale w słowach można było wyczuć lekką ironię.
- Zamknij się, Aţârachćrűs. Nikt cię nie pytał o zdanie w tej sprawie.
Ivaisis lubiła swoje wdzięki, ale takie uporczywe gapienie się w jej dekolt było irytujące. Nie można przesadzać.
- Jest pan magiem, nie może sobie pan wyczarować jakiegoś... „przyjaciela”. Nie musiałby pan potem gapić się na kobiety tak usilnie. – uśmiechnęła szelmowsko i mrugnęła do Volrikera. Rozmowa ta go bawiła, ale mag był irytujący. „Jak można się tak gapić...”, musnął wzrokiem Ivaisis, ale wrócił do maga.
- No to co pan tu porabia? Piękna pogoda na przechadzkę ze swoim goblinem, nieprawdaż? Pozwalam panu się przechadzać dalej. Ale radziłbym mniej z tymi czarami się afiszować.
- Radę przyjąłem, dziękuję. – odparł z niechęcią Walhell.
Gdzieś niedaleko zaczął dzwonić dzwon. Miał czysty, donośny dźwięk, rozchodzący się po całym mieście. Musiał znajdować się w jakiejś dzwonnicy lub świątyni stojącej niedaleko rynku, gdyż było go słychać wyraźnie. Ding, dong, ding, dong…
- O, już południe! Może zajmiemy się czymś pożyteczniejszym? – wykrzyknęła z entuzjazmem Ivaisis. Szarpnęła Samaela za rękaw, ale ten ani drgnął. Szarpneła więc Volrikera, ale ten patrzył jeszcze, marszcząc brwi na maga i jego chowańca. W tym samym momencie zauważyła na jednym ze stoisk kawałek dalej coś ładnego i błyszczącego.
- O! Jaki ładny wisiorek! Poczekajcie tu na mnie zaraz wrócę. – powiedziała to i pobiegła w stronę straganu pewnej elfki sprzedającej biżuterię.

------------------------------------------------------------------------------------------

Furishnal już wcześniej zauważył, że jest jakieś podekscytowanie na placu. W dalszym krańcu ludzie rozchodzili się na boki, by zrobić przejście. Tylko komu? Długo nie musiał czekać na odpowiedź. Po jakimś czasie tłumek zaczął się rozstępować już niedaleko i widać było kto idzie... Kilku ludzi, ubranych całkiem porządnie w lekkie zbroje, miecze przy pasach i z kilkoma ozdobami. A wraz z nimi...

------------------------------------------------------------------------------------------

Samael lekko wciągnął powietrze.
„Smród! Czuję smród palonego ciała! Jest tutaj!” – wiadomość ta dotarła do jego umysłu niczym grom, odbiła się kilka razy po głowie i utkwiła na dobre. Wewnątrz instynkt wyszczerzył zęby w pragnieniu krwi. „Demon!”

------------------------------------------------------------------------------------------

„To on! Ten blondyn! I ma kolczyk w uchu! Już cię mam!” – krzyknął w myślach Furishnal.
„Nie wiem, co o tobie mówią, ale nie masz szans!”

------------------------------------------------------------------------------------------

Tymczasem reszta grupki zobaczyła, co się dzieje. W krąg ich widzenia wszedł nieznajomy wraz z grupką swoich najemników, może ochroniarzy. Przechodził właśnie koło straganu, przy którym Ivaisis akurat stała. Kupiła naszyjnik, który jej się wyjątkowo podobał i odeszła od stoiska patrząc się na właśnie zakupiony przedmiot. Wpadła na blondyna.
- O! A co my tu mamy? – uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach błysnęło małe, czerwone światełko. – Jesteś całkiem ładna. – spojrzał na nią, od stóp do głów, zatrzymał się na piersiach, które już poczuł na sobie, gdy się z nim zderzyła. – Chciała byś pójść ze mną? Mogę ci dużo zapłacić. Pewnie jesteś droga, ale mam dużo pieniędzy. Idziemy? – zakończył to zdanie pytaniem, ale można było łatwo zgadnąć, że wcale się nie pytał.
- Zabieraj ręce, pacanie. – Odrzekła Ivaisis i oparła się rękoma o jego pierś, gdyś już ją chciał przyciągnąć ku sobie.
Volriker, gdy tylko zauważył co się dzieje, ruszył w stronę nieznajomego.
Ash nazg durbatulűk, ash nazg gimbatul, ash nazg thrakatulűk agh burzum-ishi krimpatul.

Odpowiedz
Volriker już wiedział co uczyni. Obetnie mu łapska aż po same ramiona. W pełni sobie na to zasłużył swoim bezczelnym zachowaniem. Nauczy typa, gdzie trzymać łapska. Samael w tym czasie również ruszył w stronę blondyna. Poczuł, że kły już poczęły się wydłużać. Ciało przyjmowało postawę bojową. Furishnal dobierał swojej broni. Chciał to zrobić szybko i sprawnie. Blondyn natomiast uniósł głowę wbijając spojrzenie w tłum. Do jego nozdrzy dotarł specyficzny zapach.
- Zgnilizna... - wyszeptał pod nosem co usłyszała Ivaisis i puścił ją. Jego wzrok zatrzymał się na bladym mężczyźnie. Drowka dostrzegła, że oczy blondyna zajarzyły się niczym rozpalone bryły węgla - Zabić go! Zabić obydwóch! - wskazał palcem Samaela jak i idącego przed nim Volrikera. Gwardia przyboczna licząca 7 wojowników wyciągnęła bronie i 4 ruszyło w stronę dwóch mężczyzn. Trzech zostało jako ochrona dla przywódcy. Tłum począł uciekać. Ivaisis stojąca najbliżej dostrzegła, że. podobnie jak ich przywódca, mają żarzące się oczy. Samael oraz Volriker wyciągnęli swoje bronie. Skrytobójca natomiast spokojnie czekał z tyłu, aż skupią się na walce a wtedy zrobi co do niego należy. Szybko i sprawnie.
- Co robimy, panie? - zapytał goblin maga. Ten popatrzył na swojego chowańca z szatańskim uśmieszkiem.
- Gdzie dwóch się bije... - spojrzał na wojowników i odsunął się trochę - Będzie ciekawe widowisko - rzekł i odsunął się trochę aby czymś przypadkiem nie oberwać. Goblin zachichotał zgadzając się z panem.
Pierwszy szczęk broni wzniósł się w powietrze. To oręż Drowa skrzyżował się z ostrzem miecza sługi blondyna i to sprytnie wykorzystał Samael. Gdy ich broń była złączona Kruczowłosy doskoczył niezwykle szybko do Drowa i wbił ostrze w bok przeciwnika, który broń krzyżował w tym czasie z Volrikerem. Broń weszła w ciało wojownika niczym w masło. Szybko wyjął broń i drugim ostrzem zablokował cios innego przeciwnika. Byli silni. Byli demonami.
- Uuu...szybko go sprzątnęli... - komentował Walhell a goblin przytakiwał.
Drowka natomiast odsunęła się trochę od blondyna lecz złapał ją jej z gwardzistów. Uderzyła go laską w stopę a ten podskoczył trzymając się za stopę. Kolejne uderzenie laską w krocze i wróg wylądował u jej stóp. Odskoczyła do tyłu i rozpoczęła przywoływanie. W tym samym czasie skrytobójca również postanowił zadziałać. Podkradł się do drugiego gwardzisty bezszelestnie. Będąc za nim przeciwnik nagle się odwrócił spojrzał na Furishnala żażacymi się oczyma. Jednak wprawa i doświadczenie zabójcy nie pozowało dać się zaskoczyć. Poderżnął on mu gardło jednym, doskonałym cięciem. Jednakże nie uszło to uwadze 3-ciemu z gwardzistów. Ruszył on gotowy do walki.
Blondyn natomiast spokojnie wszystko obserwował. Wyjął jedynie broń. Sporych rozmiarów sejmitar o złotej rękojeści i ostrzem białym pokrytym czerwonymi, skrzącymi się runami.
- O, nowy gracz - wskazał laską na faceta, który poderżnął gardło gwardziście blondyna - Robi się na prawdę ciekawie... - chowaniec już bez chichotu przytaknął mistrzowi.
Drow zwalił na ziem przebitego przez ostrze Samaela, przeciwnika i skupił się na drugim wojowniku. Ten akurat wykonywał pchnięcie i tyle refleks pozwoliły uniknąć ciosu. Chociaż nie do końca. Poczuł piekący ból w okolicy piersi. Broń go lekko musnęła. I chociaż była to praktycznie nic nie znacząca rana dawała o sobie znać. Volriker wykonał obrót ostrzami celując w gardło ale przeciwnik nie był głupi i schylił się w czas. Ciął w nogi Drowa lecz ten wykonał podskok. W tym podskoku wycelował ostrzami i uderzył z góry w przeciwnika. Ten jednak jedną dłonią sparował dwa ostrza swoim mieczem ale drugą podtrzymywał się ziemi. Ciemnoskóry wziął jedną z szabli aby wykonać pchnięcie, podczas gdy drugą przytrzymywał ostrze wroga. Przeciwnik jednak wykazał się finezją. Kopnął w nadgarstek Drowa gdy uścisk osłabł i odsłonił go tym samym. Wykonał łukowate cięcie celując końcówką ostrza w gardło Volrikera. Drow poczuł niemal zapach ostrza pod nosem i delikatnie muśnięcie w okolicy gardła ale było ono praktycznie niewidoczne. Gdyby miecz przeciwnika był choćby o centymetr dłuższy mogłoby się to gorzej skończyć. Szczęśliwy traf dał mu szansę nie do odrzucenia. Drugim ostrzem wykonał natychmiast pchnięcie w rozczarowanego przeciwnika. Ostrze wbiło się idealnie w czaszkę.
Samael parował cios demona jednym ostrzem a po chwili także drugim drugiego przeciwnika. Napór był niesamowity. Zaciskał mocno zęby ujawniając kły a mięśnie napinały się bardzo mocno. W dodatku był w pozycji przykucniętej. Jednym kolanem wbijał się w ziem. Musiał się z niej wydostać i wstać na nogi. Przyglądnął się pod jakim kątem padają ostrza przeciwników. To było to. Wykorzystał siłę nacisku czynioną przez przeciwników.Ostrza, które miał ustawione w pozycji poziomej skierował niespodziewanie do góry. Miecze przeciwników zaczęły się ześlizgiwać po ostrzu broni Samaela w dół gdy, opór zniknął. Czarnooki rozchylił ręce zmieniając tor ześlizgiwania się ostrzy, które przeleciał tuż obok głowy Długowłosego. Ostrza Samaela z kolei powędrowały pod pachy co oczywiście wykorzystał. Potężnie powstał i wykonał cios ostrzami do góry sprawiając odpadnięcie górnych kończyn przeciwników. Opadli na ziem zaszokowani tym zaskakującą zmianą sytuacji. Przed chwilą mieli go w szachu a teraz nie mieli rąk. Samael odwrócił się i sprawnymi cięciami pozbawił ich głów.
Ivaisis przywołała swojego golema. Mniej więcej w tym czasie pozbierał się do kupy przeciwnik.
- Poznaj mojego kolegę - uśmiechnęła się ironicznie - Bierz go! - rozkazała i golem ruszył na gwardzistę. Przeciwnik bynajmniej nie stał i nie czekał, aż do niego dojdzie. Sam na niego ruszył. Wziął zamach i uderzył z wyskoku w golema. Na torsie golema powstała długa pionowa linia. Golem znieruchomiał. Demon uśmiechnął się pod nosem. jego uśmiech jednak zniknął szybciej niż zorientował się, że dostał z plaskacza. Tylko, że ten plaskacz był na tyle silny, że mężczyzna poszybował w bok na kilka ładnym metrów. Wstał z ziemi lecz golem już był za nim. W desperackiej obronie rzucił się na golema lecz ten złapał go w powietrzu. Następnie wykręcił nim niczym lalką i wyrzucił powykręcanego.
Skrytobójca mierzył wzrokiem przeciwnika. Postanowił szybko skończyć sprawę. Cisnął niespodziewanie ostrzem w twarz napastnika. Jakież było zdziwienie, gdy ostrze odbiło się o klingi miecza. To było szybkie zagranie. Przeciwnik uśmiechnął się do siebie pewne. Furishnal nie wyrażał żadnych uczuć ale w oczach było małe zdziwienie. Doszło to bezpośredniego starcia. Ciosy przeciwnika były szybkie ale zwinność zabójcy sprawiała, że jedyne co ciął to powietrze. Uniki to jedyna rzecz jaką mógł robić w obronie. Parowanie ciosów nie wchodziło w rachubę. Był na to za słaby. Mógł tylko czekać na odpowiedni moment aby zadać bolesny cios. Jednakże, jak na złość, wojownik miał na uwadze, że tylko na to czeka, więc robił wszystko aby nie dać takiej sposobności. Jednak prędzej czy później ktoś musi popełnić błąd. Popełnił go przeciwnik Furishnala. Atak mający pozbawić głowy Furishnala wbiło się w drewniany blat wystawiony na straganie gdy zabójca uchylił się. To był ten moment. Szybko skierował ostrze w gardło przeciwnika lecz ten przewidział taką możliwość i gdy Furishnal już miał je wbijać chwycił za nadgarstek. Począł go gnieść.
- I co teraz, cwaniaku? - na to pytanie szybko znalazła się odpowiedź. Wyciągnął drugą dłonią inne jeszcze ostrze i dokończył dzieła.
- To, dupku - odpowiedział gdy przeciwnik konał. Oczyścił ostrze o ubranie przeciwnika.
Tym o to sposobem został już tylko blondyn.
- Poszło im za łatwo - stwierdził smutno mag. Chowaniec tym razem westchnął przyznając panu rację. Jak zwykle.
- No ładnie - stwierdził spokojnie blondyn - Teraz moja kolej się zabawić - i jak powiedział tak zrobił. Wykonał potężny skok w stronę golema Ivaisis i wbił ostrze w jego głowę. Ostrze sejmitara weszło gładko. Golem zrobił się czerwony i..się stopił. Dosłownie. Furishnal rzucił ostrzem w stronę odwróconego blondyna. Ten jednaj odwrócił się niewiarygodnie szybko, uchwycił ostrze i odrzucił...Tylko, że dwa razy szybciej i zabójca ledwo zdążył zareagować. Dzięki temu jednak ostrze nie trafiło w serce tylko w ramie i przebiło go na wylot. Co jak co ale tego się nie spodziewał.
- Teraz to możemy wkroczyć - rzekł mag i wstał z miejsca. Nie pośpiesznie skierował się do walczących omijając staranie ciała zabitych wojowników.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Odpowiedz
Furishnal szybko wyszarpnął sztylet z ramienia. Wiedział, że będzie krwawić, ale perspektywa zapaskudzenia sobie rany czymś z ostrza była mniej ciekawa. Rana zaczęła intensywnie krwawić, więc szybko oderwał kawałek odzienia i obwinął ją. Oczywiście w międzyczasie rejestrował, co działo się na placu. Miał chwilę spokoju, gdyż blondyn był zajęty walką z drowem i człowiekiem.
Volriker zauważył, że coś śmignęło w powietrzu, dojrzał sztylet w ręku demona, który natychmiast go odrzucił. Jego zręczność była niewiarygodna.
- To demon?! Ciężko nam będzie! – krzyknął i ruszył z mieczami na blondyna.
- Demon! Zniszczyć!- Samael rzucił się również.
Bliżej był drow. Biegł na blondyna, robiąc młynki obydwoma mieczami. Miała to być jednak tylko zmyłka. Demon czekał z wyprostowanym mieczem, robiąc ostrzem malutkie kółeczka w powietrzu. Volriker dobiegł, dwa szybkie cięcia, w szyję z lewej i udo z prawej, ciosy praktycznie nie do sparowania. Przeciwnik odwinął się piruetem, broniąc szyi. Kolejne cięcia, tors, szyja, podudzie, blondyn wywija się, parując. Dwa naraz w barki, z odbiciem idącym w dół, brzdęk, zmiana uchwytu, cięcie w krocze, brzdęk, młyniec w dłoni, przerzucenie na drugą stronę, cięcie w szyję i rękę, brzdęk, brzdęk. Odskok.
„Cholera, dobry jest” pomyślał sobie, łapiąc oddech. W tym samym momencie dopadł blondyna Samael.
- Zabić Demona!
- Zabić Wampira!
Ryk z gardeł, a potem brzdęk sparowanego ciosu Samaela. Nastąpił kontratak blondyna, wykonał kilka szybkich cięć w różne części ciała, część została sparowana, część po prostu uniknięta. Cięcie wampira w tors, odbicie od parady i atak w podudzie. Brzdęk. Obydwaj wykonują piruety, mijając się o kilka centymetrów, ostrza błyskają i dźwięczą donośnie.
Doskakuje Volriker od drugiej strony, tnąc znowu w szyję i udo. Demon wiedząc, że nie sparuje, odskoczył, wykonał piruet, wbiegł pomiędzy nich i sam zadał ciosy. W jego oczach widać było rozpalony żar, który zdawało by się, zaczął wychodzić na zewnątrz. Jego ruchy poczęły się rozmazywać od szybkości. Parował ciosy, wyprowadzał własne, wydawał się być niestrudzony.
Ivaisis widziała co się dzieje i nie do końca wiedziała, co robić. Przyzwany golem teraz by tylko przeszkadzał. Nagle wpadła na ciekawy pomysł. Uniosła ręce, zrobiła kilka zawiłych gestów, zamamrotała i wycelowała w nogi blondyna. Pojawiła się tam mała kałuża melasy, w której ugrzązł demon. „Zawsze lubiłam słodycze” uśmiechnęła się do siebie. Lecz mina jej zrzedła, gdy po sekundzie, melasa zagotowała się i wyparowała, a on ponownie był wolny.
- Co Pan zamierza zrobić? Lubię patrzeć, jak Pan przyzywa arcydemony.
- Tak, tak, Aţârachćrűs, ale nie dzisiaj. Muszę zrobić coś naprawdę wielkiego. – skromność była jego cnotą. Uniósł kostur, wysilił się, naokoło niego zaczęła gromadzić się energia. Tęczowe barwy zebrały się na końcach laski i zaczęły tworzyć kule. Ostatecznie machnął kijem w stronę blondyna, który właśnie musiał toczyć walkę z dwoma przeciwnikami naraz. Demon... znieruchomiał.
Samael wydał ryk triumfu i zadał cios w szyję przeciwnika. Jakież było jego zdziwienie, gdy cios odbił się od czegoś niewidzialnego. Aż zabolała go ręka.
- Co jest do cholery? Czemu go tknąć nie mogę? – krzyknął rozwścieczony wampir.
- Uwięziłem go, nie może nic zrobić, ale jest także nietykalny. Mogę zdjąć barierę, jeśli chcesz. – Walhell roześmiał się i zwrócił koniec kostura w stronę blondyna.
Samael nie zdążył nawet odpowiedzieć, gdy demon rozjarzył się światłem i zaczął zapadać w sobie. Zanim zniknął, zdążył krzyknąć:
- Jeszcze was dopadnę, nie bójcie się. Tę dziwkę też. – spojrzał na Ivaisis i zniknął.
Nastąpiła chwila ciszy, po czym przerwał ją krzyk:
- Co ty zrobiłeś?! Dlaczego go uwolniłeś?! Ty...!
- To nie ja! To nie moja wina! Ktoś musiał mu pomóc i go zabrać stąd. Ja nic nie zrobiłem! – odkrzyknął Walhell osłaniając się kosturem przed Samaelem.
- Tak, Pan nic nie zrobił, zresztą jak zawsze.
- Zamknij się, Aţârachćrűs!
- No to kto mu pomógł? Demonolog?- spytał Volriker i schował miecze do pochew. Miał niewielką ranę na dłoni, ale już ją osłonił.
- Nie wiem, może demonolog, a może jakiś potężniejszy demon. W każdym razie ktoś o wielkich mocach.
- Trzeba będzie dorwać, tego... – Ivaisis szukała chwilę słowa, ale widocznie nie znalazła, gdyż powiedziała: - No, w każdym razie dopadniemy go, nie zniosę takich wyzwisk. Co on tutaj robił? Widzieliście, chyba jest znany w tym mieście, ludzie rozstępowali się, gdy szedł z tymi gwardzistami. – wskazała na ciała żołnierzy leżące na ziemi.
- Trzeba będzie się stąd zmywać. Dziwne, że jeszcze nie ma tutaj straży miejskiej. – powiedział Samael i spojrzał w tłum.
- Widzieliście może tego, kto rzucił sztyletem? – rozglądał się po ludziach, ale nikogo nie mógł dojrzeć.
Furishnal po obandażowaniu ręki, widział, że nie może teraz zaatakować, bo blondyn walczy z innymi i dojrzeli by go z pewnością. Poza tym miał dziwne uczucie, że miałby naprawdę duże problemy z zabiciem typa. „No to już rozumiem, na czym polega trudność zadania”, pomyślał sobie i poszedł w inne miejsce placu, by móc wszystko widzieć i mieć możliwość ataku. Widział przebieg walki, i że tamtym też nie idzie najlepiej. A po pewnym czasie demon znieruchomiał, a potem znikł. „No to cudownie, trzeba będzie go teraz szukać”.
Ash nazg durbatulűk, ash nazg gimbatul, ash nazg thrakatulűk agh burzum-ishi krimpatul.

Odpowiedz
- On jest nieważny - rzekł Volriker do reszty, która zebrała się w okręg. Tylko Samael nie ruszył się z miejsca. Wszyscy spoglądnęli na niego badawczo. Jego wzrok skupił się na Ivaisis "Wieczorem. Pod karczmą" usłyszała kobieta, w głowie głos Samaela. Zdziwienie zawitało na jej twarzy. Wampir cofnął się o kilka kroków i pośpiesznie skierował się na pod mur. Wyskoczył na niego i popatrzywszy do tyłu na grupkę zeskoczył - A on gdzie?! - zapytał zdziwiony drow.
- Zrobił mądrą czynność - odpowiedział mag - Kwestią minut jest przybycie straży, więc się "ulotnił" i polecam zrobić to samo - dokończył i mamrocząc coś pod nosem skierował laskę do góry. W tym momencie on, i jego chowaniec zniknęli - Niewidzialność - rzekło "powietrze".
- A co z nami? - zapytał ciemnoskóry kobietę.
- Uciekamy! Spotkamy się wieczorem pod karczmą, gdzie byliśmy z rana - odpowiedziała i poczęła biec w dół drogi. Volriker niewidząc innego wyjścia ruszył za nią. Skręcili w najbliższą boczną uliczkę. Oni musieli uważać najbardziej. Byli bardzo łatwi do zapamiętania, co pogarszało ich sytuację. Biegli gdzieś przed siebie. Po czasie, gdy się już oddalili, przestali biec i zaczęli normalnie iść.

------------------------------------------------------------------------------------------------------

Mag, pod osłoną zaklęcia szedł tyłami do góry ulicy. Dopiero gdy odeszli na wystarczającą odległość i znaleźli odosobnione miejsce, zdjęli, z siebie czar. Wyszli z powrotem na ulicę. Nie była ona już tak ruchliwa. Teraz musieli gdzieś w spokoju przeczekać do wieczora. Wszakże nie mieli nic ciekawszego do roboty, a mogą się przydać w złapaniu demona. Wiedział już jedno na pewno - nie używać na nim bariery.

------------------------------------------------------------------------------------------------------

Samael po przeskoczeniu muru padł na kolana, a po chwili legł na ziemi. Wpatrywał się w niemiłosierne słońce. Poczuł, że zaczyna go piec w różnych częściach. Pozbierał się i pośpiesznie doczłapał po dach jakiegoś domu. Byle by być w cieniu. Po całej tej walce był wycieńczony. Użył sporo krwi, a wszystko poszło na marne. A wszystkiego przez durnego maga! Najchętniej wbiłby mu kły w tętnicę, gdyby nie to, że przygotował laskę. Było to niczym napięta cięciwa łuku. Co gorsze, demon go wydał....Reszta ekipy wiedziała kim jest. O ile w to uwierzą. Liczył, że uznają demona za bajkopisarza. Wampir w niemal środku dnia? Śmiechu warte...Nie tu jest teraz jednak największy problem. Problem polegał na braku krwi i wycieńczeniu a straż mogła pojawić się lada chwila. Wzrok zaczął się mu mącić. Czuł krew na kilometr. Szum w głowie stawał się coraz bardziej uciążliwy. Myśli wampira krążyć poczęły wokół jednego - krwi. Czuł też, głęboko w swoim martwym sercu, że coś pragnie się wydostać. To była Bestia. Czuj jak dobija się, chcąc przejąć jego ciało aby udać się na żer. Z każdą chwilą przejęcie było bliższe. Wampir wstał z ziemi podpierając się o ścianę. Podszedł do drzwi. Uderzył raz mocno w nie. Echo odbiło się w środku.
- Kto tam? - odarł wyraźnie poirytowany męski głos. Kły wampira już się wydłużyły. Drzwi stanęły otworem - Kim ty... - nie dokończył. Samael rzucił się na faceta jak wygłodniała bestia powalając go na ziem. Nawet nie zdążył krzyknąć. Wydał z siebie ledwo słyszalny pisk. Krwiopijca zatopił kły głęboko w tętnice i ssał. Ssał tak mocno i łapczywie, że ledwo mieścił w ustach. Najgłośniejszy był odgłos przełykania. W powietrzu dało się już wyczuć metaliczny zapach. Nie trwało długo nim począł opróżniać z człowieka tylko powietrze. Powrócił do pełni zmysłów. Mógł zacząć logicznie myśleć. I przede wszystkim miał tu trupa przed sobą. A raczej pod sobą. Oczy pełne strachu i niezrozumienia w ostatnich chwilach życia. Niemówiąca twarz wymowna niczym tysiąc słów. Były plamy krwi na podłodze. Wziął człowieka na ramie. Zamknął drzwi. Na jego szczęście nikt nie przechodził obok drzwi frontowych.
- Lucian, to ty? - pytający kobiecy głos rozległ się z góry. Kolejny błąd wampira. Powinien to
zrobić ciszej. W tym wypadku musiał zrobić coś jeszcze...Otworzył drzwi do piwnicy. Zrzucił ciało ze schodów. Odgłos łamanych kości.
- Lucian? - głos będący bliżej. Przynęta zadziałała. wampir podkradł się do schodów. Przykleił się plecami do nich i przykucnął oczekując swojej ofiary.
- Lucian, czy coś się stało? - pytała schodząc ze schodów pośpiesznie. Pierwszy wykonany krok po zejściu- Co?... - zdziwienie i wampir przycisnął kobietę do ściany zatykając jej usta dłonią. Nie miał wielkiego wyboru. Rozpoczął degustację ludzkiego wina. Mógł co prawda szybko skręcić kobiecie kark, ale wampiry to dusigrosze...a może raczej "dusikrwiosze". Żal im każdej kropli. Efekt ostatecznie tam sam. Śmierć. Tym razem jednak wampir nie śpieszył się tak jak poprzednio. Delektował się smakiem. Jego zmysły nie rejestrowały obecności innych osób, dlatego też pozwolił sobie na chwilę zwłoki. Po dłuższej chwili ciało żony dołączyło do ciała męża.
- I śmierć was nie rozłączy - szepnął z cynicznym uśmiechem zamykając drzwi do piwnicy. Użył zmysłów, aby wyczuć, czy ktoś jest na zewnątrz. Ktoś to by mógł zobaczyć jego wyjście. Miał nadzieję, że szczęście go nie opuściło przy wchodzeniu i wtedy nikt go nie dostrzegł. Wyszedł z domu nie wyczuwając krwi w pobliżu. Skierował swoje kroki sobie tylko znanemu miejscu. Znał tylko przeznaczenie miejsca - przeczekanie.

------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dwa drowy szły przez jakiś czas w kompletnej ciszy. Rozglądali się tylko oczyma na boki.
- Będą przeczesywać knajpy - odezwał się wreszcie drow płci męskiej.
- Najprawdopodobniej... - odparła beznamiętnie kobieta. Nad czymś poważnie myślała.
- Coś Cię gryzie? - zapytał, a raczej stwierdził, Volriker.
- Prawie, że dosłownie... - odparła nadal chłodnym tonem Ivaisis. Chwila ciszy
- Chodzi o...
- Tak - przerwała drowowi, wiedząc o co, a raczej kogo, zapyta. Ponownie głęboko cisza, zakłócana przez szmery ludzi.
- To raczej...niemożliwe - podjął się kontynuacji wątku mężczyzna. Oboje nie patrzyli na siebie lecz przed siebie. Znaleźli wolną ławkę. Usiedli na niej. Ku ich podświadomemu zadowoleniu była ona w cieniu. Kobieta usiadła bez słowa, a Volriker obok niej.
- A jednak... - westchnęła ciężko i pierwszy raz od ucieczki spojrzała w oczy towarzyszowi. Na twarzy drowa malowało się niedowierzenie.
- Czyli co...Myślisz, że on jest...
- Nie wiem - ponownie wyczytała pytanie kompana - Załóżmy jednak, że jest. To by tłumaczyło całkiem wiele.
- Co masz na myśli?
- Widziałeś jego oczy...Czułeś jego chłód? W taki upał? A widziałeś jak się ubiera? Żaden normalny człowiek by nie wytrzymał chodząc w czerni.
- Może jest w jakiś sposób uodporniony na ciepło. Różne moce ludzie posiadają.
- A dostrzegłeś jak spożywa jedzenie? Praktycznie nic nie zjadł dziś. Nie widziałam też, aby miał jakieś zapasy. Utrzymanie takiej sylwetki, włosów bądź co bądź wymaga spożywania jedzenia w znacznie większych ilościach niż on to robi.
- Może po prostu nie potrzebuje wiele jeść...
- Sam nie wierzysz w to co mówisz - stwierdziła bez namysłu Ivaisis. Drow tylko przytaknął.
- Zatem musimy przyjąć założenie, że jest...
- ...Wampirem - dokończyła i oderwała wzrok od mężczyzny i skierowała go przed siebie. Założyła nogę na nogę i oparła łokieć na kolanie przytrzymując podbródek. Na twarzy pojawił się delikatny uśmieszek.
- Co cię tak bawi? - zapytał ciekawy.
- Nic, to dosyć...ciekawe było być u boku wampira.
- Te istoty są gorsze od nas. Nie cenią żadnych wartości, nie przestrzegają żadnych praw. Są po prostu cholernie niebezpieczni. Nie można im ufać...j e m u nie można ufać - poprawił wypowiedź podkreślając słowo "jemu".
- Zapewne masz rację... - przyznała rację lekko rozmarzonym głosem i nieznikającym uśmieszkiem - ...jednakże nie skreślałabym go - dokończyła i podrapała się delikatnie po kolanie.
- To znaczy? - obserwował jej ruch drow.
- Ano to, że lepiej go mieć po swojej stronie barykady, niż by był po drugiej - wyjaśniła i spojrzała na Volrikera - Nie sądzisz? - Drow przytaknął.
- Niestety...a może raczej "stety" masz rację. Lepiej nie ryzykować z nim konfrontacji...Przynajmniej do czasu pozbycia się tego demona - rzekł z nieukrywaną niechęcią w głosie.
- Uznaj starą zasadę - wróg mojego wroga jest moim przyjacielem - poradziła Ivaisis z uśmiechem.
- Żebyś wiedziała, że tak zrobię, żebyś wiedziała... - odparł i westchnął.
Jestem Wampirem.
Jestem jedynym istniejącym Bogiem.
Jestem dumny z tego, iż żeruję na ludziach i oddaję honor moim zwierzęcym instynktom.
Odpowiedz
← Fan Works

NAJNOWSZA niekończąca się opowieść - Odpowiedź

Wczytywanie...