dziki_zachód

Krzyki Nocy

Prolog

Alaska, 18 grudnia 2015, godzina 01.34

- Co za cholerna pogoda! - wycharczał podstarzały strażnik, po czym pochylił się nad pustą już paczką papierosów z nadzieją na ujrzenie chodź jednego. Trzecia z rzędu próba nie powiodła się.
Pokryta zmarszczkami twarz starca wykrzywiła się w paskudnym grymasie niedowierzania. Po paru chwilach na miejsce niedowierzania wkradła się złość. Złość na żonę, złość na dzieci, złość na beznadziejną pracę... Brak jego ulubionych papierosów tylko wydobył z niego wszystkie negatywne uczucia. Pusta paczka poleciała w kąt i wylądowała na kupie rozmaitych śmieci. Jakby w odpowiedzi na ten czyn, śnieżyca na zewnątrz uderzyła pełną mocą w drewnianą budkę, a zimno przeniknęło między licznymi szparami wstrząsając Joshem. Coś cichutko zatrzeszczało, a lampa zwisająca nad jego głową zadrgała.
- Brrr, to chyba najgorsza zima od dobrego ćwierćwiecza - wyszeptał strażnik i mocniej wcisnął się z krzesłem w róg budki. Kombinezon mający chronić go przed chłodem zatrzymywał go jedynie w niewielkim stopniu. Do zaskrzypienia jego starymi kości wystarczył niewielki mróz jesienną porą w Detroit, a co dopiero środek zimy na Alasce.
Okno wstawione dość niedawno na tym posterunku było już całe zmarznięte. Lada moment, a gotowe było zatrzeszczeć i połamać się na drobne kawałki lodu. To miejsce nie było przystosowane do tak potężnych zamieci, więc co w tej sytuacji mógł zrobić jakiś starzec? Pozostawało mu czekać na jakiekolwiek wieści z bazy głównej. Problem w tym, że jego warta powinna była się już skończyć trzy godziny temu, a nikt go nie zmienił. Mógł oczywiście podreptać pieszo w stronę bazy, ale nie czuł się na siłach by brnąć pięć mil w zaspach sięgających mu do pasa. W tej sytuacji postanowił więc poczekać do rana, a jeśli do tego czasu nikt się nie zjawi, udać się na południe w kierunku bramy wjazdowej. Droga była o wiele krótsza, ale nie mógł mieć pewności że zastanie tam kogokolwiek. Większa część personelu już wczoraj wyjechała do domu na święta.
Baza ta była położona na zupełnym odludziu. Od najbliższej wioski dzieliło ją około trzydziestu mil. Większość personelu dojeżdżała stamtąd na skuterach śnieżnych, jednak osoby takie jak Josh, które mieszkały niemalże na drugiej stronie stanu, często spędzały tu na miejscu kilka tygodni, albo miesięcy. Specjalnie do tego przystosowany blok C był najbliższym, ale i najtrudniejszym do dotarcia obszarem bazy. Problem nie tkwił w odległości, bo ta była niewielka. Niewielu jednak odważyłoby się przejść na skróty w miejscu, gdzie na tabliczkach wyraźnie ostrzegano o położonym tam polu minowym. Josh będąc w domu z rodziną zawsze powtarzał oficjalną wersję, że pracuje w placówce naukowej. Tyle że ile jest placówek naukowych z polami minowymi i stałą obecnością wojska? Prawdopodobnie niewiele. Nie mniej jednak po osiemnastu latach pracy w tym miejscu, Josh nie dostrzegł do tej pory nic szczególnego. Strażnikom takim jak on wolno było się poruszać tylko w określonym wcześniej dystrykcie, a wejście na jeden z pozostałych groziło śmiercią.
Starzec pociągnął głośno nosem i po czym wyjął zza pazuchy podniszczone już zdjęcie przedstawiające jego żonę, troje wnuków i syna debila. Zawsze spędzał z nimi święta, a wszystko wskazywało na to że tym razem to mu się nie uda. Chociaż sam nie chciał się do tego przyznać, to jeszcze nigdy tak za nimi nie tęsknił. Nawet za swoim synem, który zrobił panience dziecko w wieku szesnastu lat i który wykonywał podczas swojego dość krótkiego życia ponad pięćdziesiąt różnych zawodów od śmieciarza i tirowca na ochroniarzu kończąc. Zresztą, kto by to zliczył... Ważne że zapewnił byt swojej ciągle powiększającej się rodzinie. Josh też się chwytał różnych zajęć w jego wieku i wiedział też jak trudnym jest rodzicielstwo. Mimo to krytykował swojego syna przy każdej możliwej okazji i liczył na to, że ten kiedyś mu jeszcze za to podziękuje.
Nagle z zamyślenia wyrwał go brzęk nad uchem, a był to dźwięk tak zaskakujący, że strażnik aby się nie przewrócić razem z krzesłem musiał zahaczyć nogą o róg stolika i ciężko podnieść się na zmarzniętych kończynach. Brzęk powtórzył się. Po chwili Josh wyrwał się z zadumy i chwycił za słuchawkę telefonu. Nie był to zwyczajny telefon, tylko telefon alarmowy. Wykorzystywano go tylko w nadzwyczajnych przypadkach, a podczas jego pracy w tej bazie taka sytuacja miała miejsce jedynie dwa razy.
- Halo? - burknął w słuchawkę, samemu nie wiedząc czy to dobrze, czy może źle że wreszcie ktoś nawiązał z nim jakiś kontakt.
Do jego uszu dobiegł jedynie jakiś niezrozumiały szum i parę trzasków.
- Halo? - powtórzył - Kto mówi?
Sygnał w słuchawce poinformował go o przerwaniu połączenia.
Josh nie tracąc głowy, obrócił się twarzą do przeciwległej ściany gdzie do zardzewiałych już belek przyczepiano różnego rodzaju zdjęcia, dokumenty i kody dostępów. Jego wzrok szybko wyłowił małą karteczkę z paroma numerami. Starzec wybrał ten ostatni, który jak przypuszczał był numerem do kompleksu numer C. Zdjął jednopalcowe grube rękawiczki i pokrytą licznymi odmrożeniami ręką wykręcił dziewięć liczb.
- Tak, słucham? - Josh usłyszał po drugiej stronie zaspany głos swojego kolegi.
- Mark, posłuchaj uważnie. Tu Josh, strażnica numer 37. Przed chwilą odebrałem dziwny telefon w... - nie zdążył dokończyć, bo Mark prawie natychmiast przerwał.
- Ja też go dostałem. Wysłałem już chłopaków do B15, mają zobaczyć co się dzieje. To pewnie ta wichura, sytuacja jest cały czas pod kontrolą. Nie dostałem żadnych niepokojących sygnałów. Zaraz... czy nie powinieneś już kończyć warty?
- Dobre trzy godziny temu, tyle że nikt się nie zjawił.
- Wiesz jaki syf mają w centrali, pewnie ktoś się nawalił i zasnął w kotłowni.
- Taaak... Lepiej żeby tak było... Informuj mnie w razie czego.
- Poinformuję, trzymaj się.
Josh po odłożeniu słuchawki natychmiast przycisnął dłonie do ust, obawiając się że przez to szczękanie z zimna wypadnie mu sztuczna szczęka. Plakat przedstawiający młodą paniusie w samej bieliźnie już niemal całkowicie oderwał się od ściany i łopotał przy każdym podmuchu wdzierającym się przez szczeliny. Staruszek uśmiechnął się do swoich wspomnień i zapadł w sen.


***


Huk otwierających się do środka drzwi obudził starca. Czując że jest całkowicie sztywny, podjął próbę wstania z krzesła. Niestety, ale nie podniósł się nawet na milimetr. Po paru sekundach spróbował ponownie, tym razem przewracając się na pierś i przy okazji boleśnie przygniatając ciałem prawą rękę. Dosięgnął drzwi i zatrzasnął je, lecz wiele śniegu zdążyło napadać do budki, nie mówiąc już o chłodzie wdzierającym się pod trzy warstwy ubrań.
Staruszek zrobił to, na co starczyło mu jeszcze sił czyli jęknął z bólu i przewrócił się na plecy. Nie tak wyobrażał sobie ostatni dzień w pracy przed świętami. Sądząc po wskazówkach na jego zegarku dochodziła trzecia w nocy. To co zdołał ujrzeć przez okno było jedynie zaspą dosięgającą już połowy wysokości jego budki i ciemną nocą, której mroku nie rozjaśniała nawet lampa wystawiona na zewnątrz. Dopiero teraz Josh ujrzał, że już tylko ledwie mrugała, a po paru minutach zgasła i nawet dostrzeżenie śniegu oddalonego o dwa metry stało się niemożliwe.
Oddychał. Nadal unosił pierś i w ten właśnie sposób wydobywał z siebie resztki sił. Teraz, leżąc na plecach mógł dopiero zdać sobie sprawę jak bolesnym był upadek na połamane dawniej żebra, oraz jak tragicznym w skutkach było zaśnięcie na posterunku. Czuł ją. Czuł zbliżającą się wielkimi krokami śmierć. Cichy głosik w jego głowie mówił mu jednak, że nie zabije go ból, ani mróz. Nie miała go zabić coraz mniejsza możliwość oddychania, albo zesztywniałe ciało z nogami nadającymi się jedynie do amputacji. Po chwili wiedział już, że wyrok śmierci został na niego wydany o wiele wcześniej, a teraz przed jego budką stała kostucha ze swoją jaśniejącą nawet w tej ciemności kosą. Drzwi uchyliły się lekko. Josh ujrzał jak śmierć w czarnym płaszczu z kapturem pochyla się nad nim i wysysa z niego resztki życia. Zdołał jeszcze ujrzeć jak słuchawka od telefonu zwisa na kablu, a z niej wydobywa się głos Marka.
- Josh! Josh! Oni tu są! Wchodzą tu! Zabili naszych, a teraz próbują wejść do nas! Uciekaj stamtąd, uciekaj z tej bazy! Ja... - sygnał został przerwany.
Kostucha nabierająca powoli cielesną formę chwyciła swoją zdobycz i zatopiła zęby w szyi niewinnej osoby. Zdjęcie jego żony, wnuków i syna upadło pod stolik. To właśnie spod niego żona Josha spoglądała z nieświadomym niczego uśmiechem na tryskające krwią ciało jej męża.

[Dodano po 19 godzinach]

Alaska, 18 grudnia 2015, godzina 12.45

- A ty co o tym sądzisz, Matt?
Mężczyzna nazwany Mattem podniósł głowę i zwrócił się w stronę swojego kolegi. Ostatnie pół godziny spędził w zupełnie innym świecie, w świecie gdzie cały wolny czas spędza w swoim domu w Karolinie Północnej, a nie na misjach o których nie może nawet powiedzieć narzeczonej. Zawsze źle się czuł zostawiając ją samą i jednocześnie nie mówiąc jej dokąd wyjeżdża. Mimo to zawsze nadchodzi pora na powrót do rzeczywistości, chociażby taka jak teraz.
- Nie wiem co mam sądzić, Lee. Nie wiedziałem że 160. batalion lotniczy używa boeingów MH-47E. Prawdę mówiąc, to nie sądzę żeby używali ich na co dzień poza tą jedyną misją. Jeśli by tak było, to pewnie usłyszałbym o tym nie raz i nie dwa. Nie mówiąc już o tym, że braliśmy udział w dziesiątkach misji gdzie transport załatwiali właśnie ci z 160., a jak dotąd nie byłem jeszcze w tego typie śmigłowca.
- To ma swoje uzasadnienie - wtrącił dowódca grupy, Tin - Chociaż wszystkie nasze akcje są ściśle tajne, to ta wydaje się być najtajniejszą z nich wszystkich. Nie tylko wy myśleliście, że czeka was zasłużony urlop. Ja też wolałbym spędzić ten tydzień w Charlotte, ale jeśli wezwali nas tak nagle, to musi tu chodzić o coś nie cierpiącego zwłoki.
- Czterdziestu czterech D-Boys to nie przelewki. Może chodzi o odbicie zakładników? - wtrącił ponownie Lee.
- Na Alasce? Nie sądzę.
Matt nie odezwał się już więcej. Nie dlatego że nie miał zdania na ten temat, ale dlatego że zawsze wykonywał rozkazy dowództwa bez dyskusji. Nie pytał się o szczegóły, bo dobrze wiedział że skoro im ich nie zdradzono to i tak ich nie poznają. Nie dyskutował i nie polemizował z nimi. Robił to, co powinien robić każdy dobry żołnierz.
- Zbliżamy się do celu - usłyszał zwielokrotniony głos pilota.
W tym momencie nastąpiło poruszenie. Dotychczas senni i znudzeni żołnierze zaczęli wkładać kominiarki i hełmy, a trzymana luźno broń była starannie obejmowana. Matt chwycił mocniej swój karabinek SCAR i czekał na sygnał. Sygnałem tym okazało się lekkie tupnięcie, kiedy na ziemie opuszczono trzy samochody terenowe Humvee. Wszyscy zerwali się ze swoich miejsc i ustawili jeden za drugim. Chwilę później do ich uszu dobiegło drugie tupnięcie sygnalizujące bezproblemowe lądowanie śmigłowca.
- Ruchy, ruchy!
Matt westchnął cicho i widząc tylko plecy Lee podążył na tyły. Prawie natychmiast przywitał ich nie padający już tak mocno śnieg, ale wichura, która uniemożliwiała stanie prosto na nogach. Grupa A natychmiast podążyła w stronę samochodów z wmontowanymi nowymi karabinkami typu CROWS, którymi można było sterować od wewnątrz pojazdu co utrudniało jak dotąd proste zadanie, polegające na zestrzeleniu odsłoniętego strzelca.
- Wrócić do formacji!
Żołnierze natychmiast ukucnęli formując spory półokrąg. Śmigłowiec poderwał się z ziemi, a trzy Humvee chyboczące się na pokrytej kamieniami ścieżce zniknęły w oddalonym na północ od nich lesie iglastym.
- Grupa B podąża ścieżką na północny zachód! Macie trzy godzinny na dotarcie do punktu zbiórki! Teren jest niebezpieczny, więc będą was osłaniać z powietrza! - wykrzyczał Tin.
Piętnastu komandosów zerwało się z miejsc i zaczęło schodzić gęsiego z niskiego pagórka na którym wylądowali. Powoli dzięki śnieżnobiałym kombinezonem znikali im z oczu, aż w końcu przestali się różnić czymkolwiek od otaczającej ich wkoło bieli.
Matt poczuł że kręci mu się w głowie. Nie jadł nic od poprzedniego wieczoru, a podróż pełna ciągłych turbulencji nie zadziałała pozytywnie na jego żołądek. Chwycił wygodniej swój karabinek i podszedł do dowódcy.
- Na co czekamy?
Tin wypuścił z ust kłąb dymu i rzucił skręta na śnieg.
- Czekamy na chłopaków z Grupy A, dadzą nam znać czy droga jest czyta. Jeśli tak, to podążymy tamtą właśnie ścieżką przez las. Według planu mamy być na miejscu chwilę po Grupie B, ale nie sądzę żeby wszystko poszło tak gładko. Nie bez potrzeby dali nam taką grupę ludzi i ten nowy sprzęt.
- Nowy sprzęt?
- Taaa... Jakiś pierdolnik przypominający GPS. Nie wiem dokładnie jak się tego używa, ale ma to nam pomóc w odnalezieniu celu po dotarciu na teren placówki.
- Co jest celem? Albo raczej: kto nim jest?
- Tego też nie wiem.
Matt nie usłyszał kiedy Lee podszedł do nich i przysiadł za jego plecami.
- A co wiemy?
- Wiem że wokół tej bazy zawsze krążyły dziwne historie. Jak na placówkę naukową to za bardzo dbali tam o swoje bezpieczeństwo, jednocześnie rezygnując z nowocześniejszych technologii jeśli chodzi o transport i komunikacje. Zresztą cała sytuacja tylko to pokazuje... Myślicie że oni wezwali posiłki? Nie, problem tkwi w tym że w ogóle się nie odzywają - Tin zmrużył oczy, wstał i zaczął się rozglądać wokół. Tak na prawdę nie było na co patrzeć: ot, śnieg i lasy.
Matt sam nie wiedział już co o tym myśleć. Placówka naukowa w której cały czas przesiadywali wojskowi? Nowoczesne systemy zabezpieczeń, ale jednocześnie trudności z komunikacją? To wszystko nie trzymało się kupy.
Po dwudziestu minutach ujrzeli w końcu Grupę A. Samochody jeden za drugim wynurzały się powoli z lasu, po czym zaczęły jeszcze cięższą jazdę na pagórek.
- Widać od razu, że nie wielu korzysta z tej ścieżki na co dzień. Tyle że dlaczego nie wylądowaliśmy bliżej tej bazy? - spytał Lee, który jak zwykle nie mogąc usiedzieć w miejscu chodził w tę i z powrotem.
- Może nie ma gdzie?
- Jest gdzie - warknął dowódca. Dopiero teraz Matt zobaczył, że miał przy sobie satelitarne zdjęcie okolicy - Jest gdzie, ale nie można. Nie wiadomo z czym mamy do czynienia, a wszystko wskazuje na to że z czymś sporym. W tej sytuacji obowiązują ścisłe przepisy i nie mogliśmy wylądować bliżej celu.
Trzy Humvee zatrzymały się przed nimi, ale komandosi zostali wewnątrz pojazdów. Karabinki były skierowane w stronę lasu skąd właśnie przyjechali. Dowódca grupy zwany przez nich Cooper wywlókł się na zewnątrz i odszedł kawałek dalej machając ręką w stronę Tina. Ten jedynie zrobił dziwną minę i podążył za nim. Przez chwilę obaj cicho rozmawiali pochylając ku sobie głowy, jednak od razu po powrocie zaczęli wszystkich ustawiać po bokach wozów.
- Mamy ponad dwie godziny, ale mimo to musimy się pośpieszyć! Kowalski, a ty co robisz? Nie, kurwa! Wracaj do formacji, wytrzymasz. Co? Ja wytrzymałem jadąc przez trzy kontynenty, więc ty też możesz! - zagrzmiał dowódca w stronę niskiego komandosa i wymachując pistoletem, dał znak chłopakom z A.
Silniki samochodów zamruczały lekko, kiedy dodano gazu. Komandosi truchtem asystowali im jednocześnie osłaniając flanki. Droga nie była wąska, ale bardzo kamienista. Co rusz ktoś potykał się, ale kilka wyzwisk Tina każdego podrywało na nogi. Rozglądali się uważnie po bokach, ale niczego nie dostrzegali. Ten las był bardzo gęsty, a jedynym co od czasu do czasu urozmaicało zielono-biały krajobraz były wysokie skały wznoszące się po obu stronach ścieżki.
Matt po pół godzinie przestał zwracać na cokolwiek uwagę. Lewa, prawa, lewa, prawa... Jedynym co go zajmowało było przestawianie nóg z jednoczesnym utrzymywaniem stałego tempa. Jego myśli krążyły znowu wokół narzeczonej i rodzimego miasta. Kiedy zaczynał służyć w 82. dywizji powietrzno-desantowej nie myślał jeszcze o takich rzeczach, ale teraz zaczęło to stanowić priorytet. Wtedy gdzieś w oddali usłyszał dwa pojedyncze strzały, na co większość zareagowała bojowymi okrzykami i podnoszeniem broni. Samochody zatrzymały się.
- M21 - mruknął Lee. Nikt inny nie poznał po odgłosie z jakiego rodzaju broni oddano strzały, ale wierzyli koledze na słowo. On nigdy się nie mylił.
- Snajper?
- Drużyna B ma dwóch - mruknął stojący przed nim komandos, którego imienia Matt nie kojarzył.
Tin nie wydawał się być tym zaskoczony. Rozejrzał się tylko kilka razy, przeliczył ich ponownie i dał znak Cooperowi. Wszyscy ruszyli jakby nigdy nic się nie stało, ale stało się. Dało radę wyczuć swego rodzaju napięcie i oczekiwanie.

***

Chłopacy z Grupy B już na nich czekali. Kiedy tylko wyjechali na małą polanę, jeden z nich podniósł wysoko karabin i wyszedł zza małych drzewek. Reszta do tej pory leżąca niewidoczna, teraz zaczęła wstawać i otrzepywać się ze śniegu.
- Żadnych kłopotów?
- Nie - odpowiedział Tinowi jeden z nich, kiedy tylko podeszli.
- Słyszeliśmy dwa strzały.
- Z M21 - dodał Lee.
- To nie my.
Zapadła cisza. Wszyscy rzucali na siebie zdziwione spojrzenia.
- Jeśli nie wy, to kto?
- Najwyraźniej ktoś z bazy. Ostatecznie jesteśmy już blisko, to tuż za tymi drzewami - powiedział ten sam, który jako pierwszy do nich podszedł. Wszyscy spojrzeli na ścieżkę, którą do tej pory podążali i która znikała po drugiej stronie polany.
- Nie wlepiajcie gał, bo i tak niczego stąd nie dojrzycie. Wracać do szyku, odpalać samochody. Mam już dość tej misji i chciałbym ją zakończyć jeszcze dziś - warknął Tin.
Nikt nic nie odpowiedział, ale wielu przeczuwało już teraz że ta misja nie zakończy się tak szybko jak by tylko chcieli. Wręcz przeciwnie, jakaś obca i tajemnicza obecność w tym lesie kazała im myśleć, że to nie będzie szybka misja, a już na pewno nie łatwa. Ta obca obecność zdawała im się towarzyszyć do samego końca, aż wyszli spomiędzy drzew. Ich oczom ukazało się typowe ogrodzenie obwodowe z drutem kolczastym na szczycie. Wydawało się otaczać ogromne połacie terenu, bo tylko na lewo od nich dało radę zauważyć jak skręca i podążą prosto na północ. Na prawo od nich ogrodzenie biegło prosto na wschód i znikało w bieli. Chociaż byli umiejscowieni trochę wyżej niż baza, to mimo tego nie dostrzegali w oddali żadnych zabudowań.
- Ta baza ma około trzydziestu kilometrów kwadratowych - wyrwał ich z zamyślenia głos Tina, który zwijał właśnie mapę - musimy podążać na wschód aż do głównej bramy wjazdowej. Na co czekacie? Ruchy!
Odpowiedz
← Fan Works

Krzyki Nocy - Odpowiedź

Wczytywanie...