przebudzenie_cienie

Flamaster.

Dobrze więc. Wrzucam tutaj oto swoje na dobrą sprawę najmłodsze dzieło, które zrodziło się... Nie wiem czemu.

0. A tak. Krótkie.

1. Wybaczcie za wszystkie błędy. Pisane godzinami raczej późnymi, a mam strasznego lenia jeśli chodzi o ich poprawianie. Znaczy, głównie może być niedoskonała interpunkcja.

2. Nie do końca pełne, wcięło mi jakimś sposobem część w środku no i jest to część pewnej większej całości. Choć raczej nie będę wrzucać więcej.

3. Za uwagi będę bardzo wdzięczny.

4. Chyba tyle.






Słońce leniwie wstało znad horyzontu, oblewając swymi promieniami ziemię. Oczywiście wiadome jest dla wszystkich, jak fałszywe jest to zdanie biorąc pod uwagę naszą wiedzę na temat otaczającego nas świata. Jednak niewiele osób wiedziało, że równie nieprawdziwe było stwierdzenie, iż tego dnia Flamaster wstał z łóżka. Może i nie dlatego, że flamastry zwyczajowo jako przedmioty nieożywione nie sypiają w łóżkach, a raczej z powodu tego, że Flamaster był człowiekiem i wyjątkowo nie miał ochoty zwlekać się ze swego posłania. Niewiadome było pochodzenie tego przezwiska, bowiem ani Flamaster specjalnie nie miał dobrej pamięci do takich rzeczy, a i też dlatego, że większość ludzi zakładając zrazu iż pochodzi owa nazwa od jakiegoś incydentu całkiem niegodnego i poniżającego i nie drążywszy tego tematu, przyczyniała się do całkowitego wyparcia tego zdarzenia ze zbiorowej świadomości. Tak czy inaczej, Flamaster leżał wciąż na swoim wystrzałowym materacu, który pewnego dnia nie wiedzieć czemu znalazł się w jego kuchni i został natychmiast obwołany godnym następcą swego poprzednika, który jednak z powodów wysoce technicznych musiał na swoim starym miejscu zostać. Tak więc, Flamaster leżał na swoich obydwu materacach. Swym nieco otępiałym spojrzeniem zlustrował ten kawałek świata, który był mu zapewniony przez jego pozycję. W centrum jego uwagi znalazła się natychmiast puszka jakiegoś napoju gazowanego, całkiem świeża, rzec by można nawet – dziewicza. Wydawszy z siebie parę bliżej nieokreślonych dźwięków wyciągnął powoli rękę ku przestrzeni otaczającej upatrzoną zdobycz, jednak prędko okazało się, że ta zagospodarowała sobie takie miejsce, w które ręka Flamastra nie sięgała. Zmarszczył posępnie czoło w akcie buntu przeciwko zastanej rzeczywistości, po czym zaczął rozmyślać nad całą sytuacją na tyle głęboko, jak tylko zdołał. W niedługim czasie przeszedł on od owego problemu więc do samych podstaw, jeśli chodzi o dochodzenie sensu w otaczającym go świecie, po czym zrezygnowawszy ze znalezienia nieuchwytnej odpowiedzi - postanowił działać. Zaczął przesuwać się powoli ku skrajowi materaca, starając się przy tym odpowiednio rozplanowywać swoje ruchy tak, by kołdra nie zsunęła się zeń niepostrzeżenie. W myślach już sięgał po puszkę i pozbawiał jej wszelkiej godności zarezerwowanej dla produktu nienaruszonego i już odstawiał ją napoczętą, acz niedokończoną, by za swoje rebelianckie poczynania przeciwko niemu doznała najgorszych z możliwych mąk w miejscu, gdzie zapewne jej istnienie zostanie wkrótce zapomniane. Jednak zanim udało mu się jego marzenie urzeczywistnić, w jego akcję wcięła się nagle brutalnie grawitacja, która postanowiła pokazać mu, że jego miejsce nie jest przynależne do owego obszaru powietrznego zaraz za skrajem materaca. Jakież jednak jego zdziwienie było, gdy już pogodziwszy się z werdyktem praw fizyki, wcale nie znalazł się na poziomie podłogi. Porzucił on pomysł podźwignięcia się i zorientowania w swojej sytuacji, nie miał także zamiaru zbytnio okręcać głowy, żeby wybadać ów materię dziwną pod sobą, która co dziwne okazała się całkiem komfortowa. A ponieważ zdarzyło się tak, że razem z nim na ów poziom pośredni pomiędzy łóżkiem i podłogą zeszła również kołdra, uznał on w końcu, że nie ma sensu marnowanie energii na całkowicie niepotrzebne przecież inwigilacje, skoro można spać dalej. Ułożył więc się wygodniej i ziewnąwszy przeciągle, postanowił, że wróci do spania. Spędził w tym stanie jakąś godzinę, zanim rzeczywiście nie usnął. Gdy obudził się, był już na podłodze, gdzieś pomiędzy swoim łóżkiem a ścianą, a po wygodnej materii śladu nie było. Uznał to za ostateczny znak, który miał zwiastować, iż pora wreszcie, aby wstać. Zrzucił z siebie kołdrę ostentacyjnie, a przynajmniej na tyle, ile tylko zdołał, więc ta klapnęła niemrawo o ścianę, by po chwili opaść z powrotem na Flamastra. Nieusatysfakcjonowany rezultatem odwiódł się od pomysłu dalszej walki z kołdrą, więc zwyczajnie przeszedł niejako do pewnego pionu. Miał na sobie ubranie, lecz nie można było stwierdzić czy wczorajsze, bo Flamaster niespecjalnie orientował się w tym, jaki dzień go dzisiaj zastał, ani nawet, jak długo trwał w swym poprzednim stanie. Z pewnością nie był zbyt świeży.

Przy stole siedziała Śmierć. Pewnego dnia po prostu była już w domu Flamastra i oznajmiła, że jest jego współlokatorką. Zasadniczo wyglądała na całkiem solidną dziewczynę, jednak nieprzystępną i z tych egzotycznych subkultur, które tylko Flamaster niekiedy na ulicy widywał, więc gdy tylko rzuciła na stół zapłatę na dwa miesięce z góry, nie próbował nawet oponować. Nawet niespecjalnie wierzył, żeby była śmiercią. Zawsze wyobrażał sobie coś innego, bardziej kościstego i... męskiego w swej kościstości. No i nie mówiła wielkimi literami, więc uznał to za swojego rodzaju wybryk intelektualny Śmierci-Samanty, bo rzekomo tak na imię miała. Naprzeciwko z kolei rezydował Pułkownik. Na początku Flamaster był nieco zawiedziony faktem, że nie jest on prawdziwym wojskowym, jednak potem uznał i tak, że w końcu lepiej wyjdzie, jeśli dom jego będzie wolny od wszelkich patologii, które by mógł przywieźć z ogarniętych wojną krajów, o których biedny Flamaster nawet w życiu nie słyszał, a przecież mogły być z pewnością okropne. I jak za każdym razem, gdy dwójka ta siedziała przy stole, a czyniła to często przy bardzo nieokreślonych porach, Śmierć-Samanta uśmiechała się lekko przy toście nieco posępnie, wprowadzając w pokoju atmosferę lekkiej niepewności, podczas gdy Pułkownik, żuł jak zwykle kawałek jakiegoś mięsa. Jak tylko widział Flamastra wchodzącego do środka, opowiadał jakąś anegdotę, której ten za żadne skarby nie potrafił zrozumieć, podczas gdy Śmierć-Samanta reagowała na nią nienawistnym spojrzeniem w kierunku Pułkownika - tryumfującego niejako i biorącego kolejny kęs mięsa. Zasadniczo Flamaster tyle o nich wiedział, ile widział. Śmierć-Samanta bardzo stereotypowo wyglądała na swojego rodzaju Gotkę, czy też inną dziwną mieszankę czarnych ubrań, pudru i człowieka, z krótkimi ciemnymi włosami i nienaganną, nawet kuszącą sylwetką, podczas gdy Pułkownik – zwalisty, o twarzy jakby ciosanej z kamienia i z pozoru nie wyrażającej nawet krzty inteligencji, przewyższał o głowę każdego, kogo Flamaster znał, a nawet i wtedy chyba, gdy poznawał on kogoś jeszcze wyższego. Zresztą, nie wnikał zbytnio w sprawy, których zresztą za swoje nie uważał. Nie rozmyślał nawet nad tym, gdzie jego współlokatorzy rezydują, bowiem jeśli rzeczywiście utrzymywali, że w odpowiednich pokojach i na dodatek przesiadywali w jego kuchni i płacili czynsz, to przecież nie było powodu, żeby w jakikolwiek sposób zaprzeczać ich zdaniu. Skoro Flamaster niespecjalnie pamiętał, żeby dom jego składał się z nadplanowej ilości pomieszczeń, to przecież wystarczyło założyć, że znów pamięć go zwyczajnie zawodziła, a jeśli były pieniądze, były też i pokoje. Proste. Zastanawiający był fakt, że ten sam zawsze tok myślowy w jego głowie przebiegał ilekroć ich tak widywał i za każdym razem dochodził do tej samej konkluzji, choć już przecież miał ją gotową od dawna. Na takim wniosku więc skończywszy ponownie, wkroczył głębiej w pomieszczenie. Na dobrą sprawę był całkiem dumny ze swojej kuchni, której metraż prezentował się jak najlepiej, a cała masa szafek wiszących na ścianie i spory okrągły stół idealnie wpasowywały się w tradycyjny jej wizerunek. Tak czy inaczej, szybko dotarł do swego celu, gdzie powolnym ruchem otworzył jedne z drzwiczek, by po paru minutach usilnego wpatrywania się w przestrzeń zawartą pomiędzy malowanymi na biało paździerzami, zamknąć je w końcu i wycofać się o parę kroków. Ręką przetarł swoje czoło, jak gdyby chcąc wzbudzić mózg, by ten wreszcie rozpoczął z nim współpracę i odpowiedział na jakże prozaiczne pytanie Flamastra – co on tutaj robi? Jako że jednak żadna myśl sensowna nie przyszła mu do głowy, a i też z powodu, że zwyczajnie głodny nie był, doszedł do jedynego możliwego wniosku. Nie miał on przecież żadnego interesu w przebywaniu w kuchni, a znalazł się w niej tylko dlatego, że w końcu tylko przez nią można było się tak dostać, jak i wydostać z jego pokoju. Odpowiedź ta działając orzeźwiająco i jakże przy okazji będąc satysfakcjonującą, popchnęła Flamastra do przedpokoju, gdzie nie myśląc zbyt wiele nad tym co robi, ubrał powoli swój płaszcz i buty. Westchnął ciężko z niewiadomej nawet i samemu sobie przyczyny, po czym będąc prowizorycznie przygotowanym do wkroczenia w świat zewnętrzny, otworzył zdecydowanym ruchem drzwi. Zamiast jednak brutalnego ataku światła zastał go na jego twarzy cień jakimś sposobem rzucony przez twarz zupełnie innego osobnika, który w tym momencie stał na zewnątrz i już szykował się do wciśnięcia dzwonka, gdy zaskoczyło go nagłe poruszenie się drzwi. Obaj osobnicy wymienili pomiędzy sobą znaczące spojrzenia, po czym ów z zewnątrz krokiem żwawym wkroczył do środka, zostawiając Flamastra na chwilę samego na zewnątrz. Słońce zachodziło już, oblewając czerwienią horyzont i kładąc wydłużone cienie, które wiły się i plotły pomiędzy sobą.
We geexe żodyn niy wi iże jeżech gorol.


ŻODYN.
Odpowiedz
← Fan Works

Flamaster. - Odpowiedź

Wczytywanie...