przebudzenie_cienie

Deny Dolqus

Witam! Niedawno znowu wróciłem do pisania pod wpływem nagłego natchnienia.
Nie zrażając się niektórymi starymi waszymi opiniami zacząłem pisać pierwszy rozdział nowej książki. Gdy napisałem kilka zeszytowych stron, już chciałem wyrwać kartki i znowu dać sobie spokój z pisaniem, jednak następnego dnia dokończyłem pierwszy rozdział i skończyłem drugi. Od tego czasu zacząłem pisać jak szalony...
Tom 1 skończyłem dzisiaj około dziesiątej Tom 2 jest już rozpoczęty.

Jeśli chodzi o sam pierwszy rozdział. Tutaj fabuła się dopiero zaczyna. Rozwija się dopiero w drugim rozdziale.

Teraz jeśli chodzi o zamieszczanie. Następny rozdział pojawi się, gdy go przepiszę go z zeszytu na komputer.

Wyrażajcie swoje opinie. Jak czegoś nie rozumiecie, lub po prostu chcecie się o coś zapytać - pytajcie. Jeśli oczywiście pytanie nie będzie dotyczyło czegoś, co na przykład wyjaśni się w następnych rozdziałach.

Tak więc oto pierwszy rozdział z pierwszego tomu!


Tom 1

Rozdział 1
Kamień Tragedii

- Deny, chyba nie wierzysz, że ci ca na to pozwolę?! – powiedział Van, mój przyjaciel należący do szlachty.
- Ależ ja się ciebie nie pytam nie pozwolenie! Chcecie ponownie połączyć Kamień Runiczny, by zrównać pozostałe państwa z ziemią! Myślisz, że ja na to pozwolę?! – powiedziałem.
- Deny, niestety, nie masz tu nic do gadania! Mając czternaście lat nic nie zdołasz zrobić. Jesteś za młody, by wyruszyć w tak niebezpieczną podróż. Wiadome jest, że Warmodnar starannie ukrył części Kamienia i to w różnych państwach! Nie pozwolę ci na wyjazd, zwłaszcza, że nasz nowy król Karraner wypowiedział wojnę innym państwom.
- Van… wiem, że się mną opiekujesz, bo jesteś starszy… ale tylko ja mogę powstrzymać Karranera przed totalnym zniszczeniem pozostałych państw.

***

By zrozumieć tę rozmowę, należy posłuchać opowieści o wydarzeniach z 1720 roku…

***

- Mistrzu, moje teoria pasuje! Faktycznie będę w stanie stworzyć Kamień Runiczny!
- Co takiego, Masley? Coś ty znowu wymyślił?
- Nasza magia, jak Mistrz wie, polega na narysowaniu na przedmiocie kręgu ze wzorami i za pomocą dłoni uwolnieniu energii. Wtedy z danym przedmiotem dzieje się to, co chcemy. W 1523 roku jeden z magów wyrył kręgi ze wzorami na własnych dłoniach. Wtedy energie kumulowała się w jego rękach i mógł zrobić wszystko z czymś, co było w jego otoczeniu. Jednak na takie poświęcenie stać niewielu magów. Ostatnio wpadłem na świetny pomysł. Gdyby na płaskim kamieniu narysować krąg ze wzorami oraz symbol mocy, mag za pomocą takiego kamienia mógłby wyzwolić naprawdę potężną moc.
- Starczy, Masley. Świetnie. Widzę, że głowę masz nie od parady. Wierzę, że uda ci się stworzyć taki Kamień… jak tylko będzie gotowy, przenieś go do mnie!
- Dobrze, Mistrzu!
Masley oddalił się od wodza i powoli zaczął iść do swojego domu. „Zaraz… symbol mocy niewiele tutaj da… ale, gdyby namalować go krwią? Symbolem układu krążenia? Krążenia energii…? Tak, to powinno się udać!” – pomyślał. Wszedł do domu i zaczął tworzyć Kamień. Wziął płaski kamyk, namalował krąg…
- A gdyby… albo nie… niech będzie jak jest.
Teraz symbol mocy. Wziął nóż, przeciął sobie jeden z palców i namalował symbol. Kamień był prawie gotowy! Teraz już tylko wystarczy nadać mu potrzebną energię… Masley namalował duży krąg na podłodze, a w jego środku położył Kamień. Złączył ręce i uwolnił energię…
- Zaraz, coś jest nie tak…!
Nagle dusza Masley’a wpadła do Kamienia, a jego ciało runęło na ziemię…

*

Minęło dziesięć dni od ostatniej rozmowy Mistrza z twórcą Kamienia Runicznego. Zaczął się on niecierpliwić. Poszedł do jego domu. Zapukał. Nikt nie odpowiedział. Uchylił drzwi. Zobaczył martwego Masley’a na ziemi. Podbiegł do niego.
- Co ci się stało?! Ej! Masley! – krzyknął.
Nagle zauważył leżący Kamień. Wziął do ręki.
- A więc udało się! Ale co ci się mogło stać?
Wstał i szybko z domu wraz z Kamieniem. Chciwość była za silna. Pomyślał, że mógł go ktoś widzieć wchodzącego do budynku.
- Heh! Załóżmy, że zginąłeś podczas wybuchu!
Użył przedmiotu. Nagle dom maga i kilka sąsiednich rozpadły się na setki kawałków w wyniku wybuchu.
- Miałeś rację! Ten Kamień potrafi wyzwolić potężną moc! – zakrzyknął szalony Mistrz.
Teraz miał już tylko jeden cel: zniszczyć zamek i zostać królem państwa!
Król, wtedy to był Warmodnar, usłyszał o tym wydarzeniu i mocno się zdenerwował.
- Królu, pozwól, że pójdę do Mistrza i pozbawię go Kamienia! – powiedział rycerz.
- Nie, Mirg. Sam to zrobię.
*

Mistrz siedział w swoim domu i tworzył plan zniszczenia zamku, gdy nagle w wejściu pojawił się sam Król.
- Usłyszałem, co zrobiłeś, Darlanie! Nie myśl, że będę mówił do takiego przestępcy Mistrz! Zginiesz za to, co zrobiłeś! – krzyknął Warmodnar i rzucił się w kierunku Mistrza.
- Ale…
Ułamek sekundy, Darlan był martwy. Król rzucił kilka razy kamieniem o ziemię. Był dość kruchy… roztrzaskał się na trzy kawałki.
- Ukryję te kawałki w różnych miejscach na planecie, by nikt nie skorzystał z tego narzędzia zła!
Tak też się stało. Jednak w Sentecie, jednym z państw leżących blisko Lanered, czyli państwa, w którym rozgrywa się cała akcja, król na skutek epidemii zmarł. Wielu rycerzy, sądząc, że tam jest jeden z fragmentów, chciało tam wyruszyć, gdyż mieli zamiar połączyć kamień i bronić z jego pomocą granic. Jednak władze Sentecy nie pozwoliły na przekroczenie granicy. Po wielu latach nowy król Lanered, Karraner, wypowiedział wojnę kilku państwom i rozkazał stu rycerzom szukać fragmentów Kamienia po całej planecie. Zamierzał za jego pomocą zrównać Sentecy i pozostałe państwa z ziemią. W takim momencie młody mag Deny Dolqus chciał rozpocząć poszukiwania fragmentów…

***

- Deny… ale Karraner nie chce przecież zniszczyć naszego państwa. Czemu chcesz go powstrzymać? – spytał Van.
- Dobrze wiesz, że to, co on chce zrobić, jest złe. Zginie nie tylko ich armia, ale także wszyscy niewinni mieszkańcy!
Westchnąłem i usiadłem na krześle.
- Deny… tak funkcjonuje świat.
- Nie! Tak funkcjonują szaleńcy! – krzyknąłem.
Van usiadł obok mnie. Zaczął się nad czymś zastanawiać. W końcu rzekł:
- Nie pozwolę ci pojechać… ja za to…
- Mnie nie obchodzi co ty! – przerwałem mu – Jestem magiem i potrafię korzystać z czarów. Kto mi może zagrozić?
- Wszyscy! Żeby uwolnić energię musisz najpierw namalować krąg ze wzorami, więc w razie niebezpieczeństwa nic nie zdziałasz.
Otworzyłem szeroko oczy. Faktycznie, to był mocny argument… nie potrafiłbym się obronić. Gdyby tak był inny sposób uwolnienia energii…
- Co tak ucichłeś – zapytał Van – wreszcie pojąłeś, że czternastoletni dzieciak niewiele zdziała?
- Moc… muszę się zastanowić, jak inaczej ją uwolnić! No bo masz teraz kompletną rację – jak najpierw muszę narysować na czymś krąg, to nie zdołam się obronić…
Mój przyjaciel się roześmiał.
- Hahaha… za młody jesteś! Mówiłem, dzieciak niewiele ma do gadania…
Heh, takie argumenty, że jestem młody to na mnie nie działają… problem tylko, jak uwolnić tą energię… ale zaraz, gdyby Van…
- Wiesz co? – uśmiechnąłem się – a co, gdybyś ty wyruszył?
- Ja?
- Tak! Ty! Ale nie sam… wyruszyłbym z tobą.
- Osobista ochrona?- zdziwił się – To nie jest plan bez wad… należę do szlachty, co znaczy, że podlegam bezpośrednio królowi. Nie pozwoli mi na taką podróż. Wysłał już stu rycerzy. Mnie nie puści, zwłaszcza, że chcę go powstrzymać.
- Chcesz go powstrzymać?
- W głębi, tam w środku? Tak. Nie podoba mi się to, co on robi. Chyba nie pomyślałeś o jednym…
- Tak?
- On musi mieć w tym jakiś cel.
- Przecież ma!
- Nie przerywaj mi! Chce on za pomocą Kamienia zniszczyć pozostałe państwa… wypowiedział wojnę… nie wydaje ci się to dziwne? On musi mieć w tym jakiś swój ukryty cel!
No cóż, faktycznie o tym nie pomyślałem. Karraner… Co on tak naprawdę chce zrobić?
- Chcesz coś do picia? – zmieniłem temat.
- Ech, nie, dzięki. Zaraz wychodzę…
Znów westchnąłem.
- Hej, skąd mamy pewność, że Kamień Runiczny nie jest tylko bajką dla dzieci? – zadałem pytanie.
- No bo jest opowie… - nagle urwał.
- Widzisz! Skąd wiemy, że ona nie jest wymyślona? Ta historia? Nie mamy pewności, że ktoś taki jak Warmodnar naprawdę istniał!
- Ych… skoro król wysłał stu rycerzy, to znaczy, że faktycznie on istnieje…
- A może to tylko oficjalna wersja… - zastanowiłem się – może tak naprawdę wysłał ich całkiem po coś innego…
- No cóż. Ta sprawa śmierdzi mi na kilometr. No nic, ja idę do zamku. Jutro też do ciebie przyjdę. Trzymaj się!
- Cześć!
Wyszedł. Wszystko to jest dziwne… jeśliby król robił coś podejrzanego to szlachta podlegająca właśnie bezpośrednio Karranerowi musiałaby coś wiedzieć… Mam wrażenie, że Van też wszystkiego mi nie mówi…
No cóż, już się zrobiło całkiem ciemno. Trzeba iść spać. Jutro też będzie dzień…

***

Saa królewska. Karraner jeszcze siedział znużony na tronie. Nagle podszedł do niego jeden z ochroniarzy.
- Królu, Van chce się z tobą widzieć!
- Ten szlachcic? Niech wejdzie… - odpowiedział.
Po chwili stał przed nim przyjaciel młodego maga.
- Witam. Jak zdrowie króla?
- Ech. Dobrze. Przejdźmy do rzeczy…
- Byłem, tak jak nakazałeś, u małego Dolqusa. Rozmawiałem z nim chwilę.
- I co?
- Deny chce wyruszyć w podróż, by wysłani przez ciebie rycerze nie znaleźli żadnego fragmentu Kamienia.
- Cholera! – zaklął – I co zamierzasz z tym zrobić?
- No to tak. Deny chce, żebym z nim wyruszył…
- Świetnie! Wyruszysz z nim i załatwisz go na jakimś odludziu. Żaden dzieciak nie będzie mi krzyżował moich planów!
- Jest jeszcze coś – zaczął Van.
- Co?
- Deny szuka sposobu, jak łatwiej uwolnić energię bo wie, że rysowanie wszędzie tego kręgu ze wzorami nie pozwoli mu się obronić.
- Czyli nie wie o tym sposobie wymyślonym w 1523? Nie wie, że kręgi można wyrysować na własnych dłoniach?
- Jeszcze nie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby na to niedługo wpadł.
- No cóż… - ziewnął król – ufam, że nic mu o tym nie powiesz. Wyruszyć możecie kiedy chcecie. Dokąd chce on iść tak w ogóle?
- Nie mam pojęcia!
- Dobrze. Idź już.
Van wyszedł zadowolony z komnaty.



Rozdział 2
Więzienie

Obudziłem się o ósmej rano. Dzień był chłodny. Zjadłem skromne śniadanie, znowu położyłem się na łóżku i ktoś zapukał do drzwi.
- Czy da mi on choć raz spokój? - mruknąłem do siebie.
Otworzyłem drzwi i krzyknąłem ze strachu. Przede mną stał nieznany mi rycerz w lśniącej, srebrnego koloru zbroi trzymający w rękach dwa długie miecze.
- Cicho, nie chciałbym, by ktoś wiedział o naszym spotkaniu - szepnął.
- Kim ty jesteś? - spytałem.
- Mogę wejść?
- To nie jest twoje imię...
W tej chwili pomyślałem, że za takie hasło mogłem stracić głowę. Rycerz nie odpowiedział. Wszedł do mojego domu i zamknął drzwi.
- Jestem Redrig don Marlech. Przyszedłem cię ostrzec.
- Mnie? - zdziwiłem się - przed czym?
- Przed Vanem - szepnął - To nie jest twój przyjaciel. Po każdej waszej rozmowie składa szczegółowe raporty samemu Karranerowi!
Nagle usłyszałem dźwięk zbijanej szyby. Redrig padł na ziemię. Zobaczyłem utkwioną w nim strzałę. Wychyliłem się. Ulicą uciekał jakiś lucznik. To pewnie on strzelił. Dopiero teraz wystraszyłem się. Jeśli to prawda, co mówił Marlech, to byłem w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Bałem się. Pierwszy raz od miesięcy naprawdę się bałem. Szybko namalowałem krąg ze wzorami na podłodze przed drzwiami.Teraz jakoś dam radę sie obronić. No cóż, grunt to zachować zimną krew. Redrig już nie żył, strzała była zbyt celna.
- Zaraz - szepnąłem do siebie - jeśli teraz ktoś wejdzie do domu to oskarży mnie o morderstwo!
Jak widać, w podróż wyruszę dużo szybciej niż planowałem. Przebrałem się w długie czarne spodnie, białą koszulę i czarny płaszcz. Już miałem wychodzić gdy w drzwiach pojawił się jakiś szlachcic.
- Widziałem, jak wchodził tu Redrig - powiedział i urwał nagle widząc leżące ciało na ziemi - To ty go zabiłeś?! Sam teraz wymierzę sprawiedliwość!
Wyjął miecz, a ja szybko wykorzystałem przed chwilą narysowany krąg. Wojownik przewrócił się, a ja wybiegłem z domu w głąb miasta. Tamten szybko wstał i zaczął mnie gonić. Na szczęcie Lanered City jest duże, więc szybko zgubiłem goniącego mnie mężczyznę. Teraz trzeba było o wszystkim pomyśleć. Niedługo zapewne wystawią listy gończe , więc muszę stąd jak najszybciej uciec. Tylko pytanie, gdzie... zaraz, trzeba pomyśleć, gdzie mieszkał ten Darlan. Ach, w Melder, w tamtych czasach to tam była stolica. no to trzeba iść na południe. A niech to, czeka mnie długa podróż. Nagle ktoś mnie uderzył. Przewróciłem się i uderzając głową o ziemię straciłem przytomność.

***

- Jest! udało się! - powiedział jakiś szlachcic podskakując z radości - Już cię zanoszę do więzienia, mały!
W tej chwili ktoś stanął za jego plecami.
- Hej, co ty tu...
- Cicho, nikt nie powinien nas widzieć! - szepnął szlachcic.
- Zaraz, czy to nie Deny?!
- Tak, to on - odpowiedział nechętnie - Dobra, ja idę.
- Van, co ty znowu wymyślasz?! W jednym dniu udajesz przyjaciela, a w drugim zanosisz go do więzienia?!
- Dirlen, plan wymyślony w nocy przez Karranera okazał się świetny. Dolqus nie może pokrzyżować planów króla.
Rycerz zdenerwował się.
- Van, zastosowaliście podstęp, chcecie oskarżyć Denego o zabójstwo, chcecie, by zginął, tak? i ty śmiesz się nazywać jego przyjacielem?! - krzyknął wyjmując długi jednoręczny miecz - wyobraź sobie, że nie pozwolę, by taki zdolny chłopak zginął będąc niewinnym!
Szlachcic też wyjął swój długi miecz. Rozpoczęła się walka. Atak z lewej ze strony Dirlena. Van świetnie sparował cios i szybko wyprowadził swój. Rycerz zdołał zablokować uderzenie i natchmiast kopnął Vana w brzuch, który zamarł na sekundę. Wojownik odciął przyjacielowi Denego dłoń, w której trzymał miecz. Broń spadła na ziemię, gdy tamten padł na kolana.
- Heh, teraz zmów ostatnią modlitwę! - rzekł Dirlen.
- Wiesz co? Mam wrażenie, że niestety ty musisz zmówić ostatnią modlitwę - powiedział Van podnosząc miecz dłonią, której jeszcze przed kilkoma sekundami nie miał.
- Co?! - zdziwił się obrońca Dolqusa.
Szlachcic uderzył pięścią Dirlena w twarz i śmiejąc się zadał ostateczny cios.
- Szlachetny był twój zamiar, ale i tak nie zdołałbyś mnie powstrzymać!
Zwycięzca wziął chłopaka na ramię i powędrował w stronę więzienia.

***

Przytomność odzyskałem w małej celi bez żadnego okienka czy nawet łóżka. A więc mnie dopadli. No nic, trzeba szybko pomyśleć, jak stąd uciec. Najłatwiejszy sposób to chyba zniszczyć drzwi magią, ale nie znam układu korytarzy w budynku. Sięgnąłem do kieszeni płaszcza i teraz stwierdziłem, że w pośpiechy nie wziąłem żadnego przyrządu do rysowania. By to szlag... Co teraz? A niech to, wszystko poszło nie po mojej myśli. Wszystko to jest dziwne. Cała ta sprawa z Redrigiem wyglądała tak, jakby była zaplanowana. ale czy wtedy poświęciliby rycerza? Chyba komuś mocno zależy na tym, bym nie żył. Dobra, nie ma się co zastanawiać. I tak kara za morderstwo to śmierć, więc trzeba stąd jakoś uciec, ale pytanie, jak?
Nagle wpadłem na świetny pomysł. Paznokciem przebiłem skórę u wskazującego palca. Zaczęła pomału lecieć krew.
Bolało, ale spróbowałem jeszcze trochę rozszerzyć ranę. Zaczął lecieć malutki strumyczek krwi. Szybko namalowałem tą krwią krąg na drzwiach i zniszczyłem je magią. Droga wolna, tylko którędy uciec? W lewą czy w prawą stronę korytarza? Pobiegłem w lewo. Minąłem strażnika, który zaczął mnie gonić i przebiegłem przez napotkane drzwi. Na moje szczęście znalazłem się w przedsionku więzienia. Wybiegłem z budynku i zaczęło mnie gonić następnych dwóch strażnikow. Patrząc na położenie Słońca zacząłem biec ile sił w nogach w stronę południowej częsci miasta. Goniących mnie rycerzy zgubiłem między domami. Zatrzymałem się w końcu w jakiejś ruinie i odpocząłem chwilę. Już zbliżała się noc. Po kilku minutach znowu zacząłem biec. Mieszkańcy patrzyli się na mnie trochę dziwnie ale nie przejmowałem się tym. Ważniejsze było moje bezpieczeństwo, którego teraz nie miałem zapewnionego. Krótko po zachodzie słońca znalazłem się na obrzeżach miasta. Teraz trzeba było się wyspać, ale bardzo się tego bałem. Usiadłem na ziemi. Byłem wolny, ale w każdej chwili mógł mnie schwytać rycerz i bez wahania zabić. Podczas podróży do Melder na pewno napotkam wiele niebezpieczeństw. Jak sobie z nimi poradzę? Jak się będę bronił? Nie mam przy sobie miecza ani żadnej innej broni, jedyną pewnie będzie kij znaleziony w lesie.
Z zamyślenia wyrwał mnie krzyk jakiegoś przechodzącego obok rycerza: "Uwaga! Wszyscy do domów! Jutro każdy mieszkaniec musi odebrać w zamku broń. Wojska Masseny, państwa na wschód od naszego, wtargnęły już do Terry! Za dwie doby mogą być już tutaj. Powtarzam...", i tak w kółko. A więc rozpoczęła się wojna, a król nie ma Kamienia. Więc może ta podróż jest bezsensowna? Może ktoś zdoła zabić Karranera? Nagle ktoś stanął obok mnie.
- Witaj, Deny - rzekł Van - sporo się o tobie mówi w zamku.
- Van, o co tu chodzi? - spytyałem przerażony.
- Wojna? To nie jest prawda. Nikt nie wtargnął do Terry. Chcą tu wprowadzić zamęt.
- Po co?
- Mieszkańcy mogą mieć pewne ciekawe informacje - uśmiechnął się.
- Jakie? Co Karraner planuje?
- Nie wiem. Swoją drogą jak mogłeś zabić Redriga?
Właśnie. Przypomniało mi się, co powiedział: "Po każdej waszej rozmowie składa on z nich szczegółowe raporty samemu Karranerowi". Czy to prawda, czy nie - muszę teraz uważać, co mówię.
- Ja go nie zabiłem! - powiedziałem.
- No cóż. Powiedz to pozostałym rycerzom! Podobno nawiałeś z więzienia. Jesteś poszukiwanym przestępcą!
- Zabijasz mnie? - zapytałem z przestrachem.
- Ja? Czemu? Przecież jesteśmy przyjaciółmi... Co zamierzasz teraz robić?
"...składa on szczegółowe raporty samemu Karranerowi". Ych...
- No cóż - udałem, że się zastanawiam - jeszcze nie wiem do końca.
- Zastanów się.
- Chyba do Slenn - skłamałem - Tam może znajdę schronienie. Tam zastanowię się, co dalej.
- Tak? No to będę ci towarzyszył - rzekł Van - przyda ci się ochrona.
"To nie jest twój przyjaciel"... Czy on naprawdę chce, bym zginął, czy to Marlech gadał głupoty? Była już noc zupełna. Westchnąłem.
- Ty musisz służyć królowi. Sam mówiłeś, ze ci nie pozwoli na podróż.
- Ale on nie musi o niej wiedzieć!
- Ta, jasne, wcale nie zauważy, że cię nie ma - zakpiłem - przecież za zdradę jest kara śmierci, sam mi kiedyś o tym mówiłeś. Nie pozwolę, byś zginął.
- I Nawzajem! Myślisz, że jaka kara jest za morderstwo i ucieczkę z więzienia? Jak ktoś cię dopadnie to będzie cienko!
- Na razie chronię się tutaj. Ty idź do zamku - rzekłem.
- Nie! Mówiłem, że będę twoim ochroniarzem!
Mam nadzieję, ze mówi prawdę...
- To nic, dobranoc - ziewnąłem.
Położyłem się na ziemi. Po dniu takich wrażeń zasnąłem natychmiast.

***

Cofnijmy się teraz do momentu, w którym Deny plnował ucieczkę z więzienia...
Sala królewska. Przed Karranerem stoi Van.
- Królu, Dolqus siedzi już w celi. Jest nadal nieprzytomny.
- Czyli nasz plan się powiódł? Więzień Redrig zagrał swą rolę? Tanel strzelił z łuku? Arnel zwabił Danego w miejsce, niedaleko którego ty się znajdowałeś? - spytał władca.
- Nie do końca - odpowiedział - gdy uderzyłem młodego maga zjawił się Dirlen. Chciał obronić Dolqusa i zaczął ze mną walczyć. Podstępnie odciął mi dłoń. Widział, jak mi momentalnie odrosnęła. Nie mogłem go pozostawić przy życiu.
- Wierzę, że wiesz, co robisz - rzekł Karraner - szkoda człowieka, mógł się jeszcze przydać.
- Co z poszukiwaniem Kamienia? - zapytał szlachcic.
- A dupa - odparł zdenerwowany - nie znaleźliśmy żadnego fragmentu, ani nawet wskazówki co do ukrycia choć jednego.
Van zastanowił się chwilę.
- Hmmmm... a może któryś mieszkaniec naszego miasta wie coś o nim?
- Może i jakiś wie, ale jak się tego dowiemy?
Obydwoje zaczęli się zastanawić. Pierwszy odezwał się Van.
- Mam - ucieszył się - puścimy plotkę, że wojska Masseny wtargnęły do naszego państwa. A na przykład, konkretniej, do Terry.
- No i co z tego - zdziwił się król.
- A to, że rozkażemy, by jutro każdy mieszkaniec przyszedł do zamku po broń, by mogli się bronić. Damy im jakieś barachła leżące u nas podziemiach, a i tak mamy ich bardzo dużo to niewiele stracimy. A przy okazji trochę się popytamy...
- Brawo! chyba mianuję cię na jakiegoś swojego adiutanta. No nic, zaraz wydam rycerzom odpowiednie rozkazy. Teraz za to mamy coś ważniejszego do roboty. Chcę pogadać z Denym. W której jest celi? Prowadź.
Wyszli z sali i przeszli do więzienia. Szli korytarzem gdy nagle szlachcic krzyknął:
- Cholera!
- Co jest? - zapytał król.
- Dolqus! Zniszczył drzwi i uciekł!
- Jak to?! - zdenerwował się Karraner.
- Zniszczył drzwi magią. Tylko czym narysował znak? Przeszukiwałem go, ale nie miał żadnego narzędzia do rysowania.
- Patrz, krew - zauważył władca.
- Faktycznie... a niech to! Deny musiał sobie coś celowo zrobić, by leciała mu krew. Namalował nią znak,
wykorzystał go i uciekł. Sprytny dzieciak...
- Kurde! Tyle się męczyliśmy, by uciekł. Trudno. Idź i go znajdź, nie mógł uciec daleko! Porozmawiaj z nim, wyciągnij wszystkie informacje, możesz mu towarzyszyć przez chwilę. W końcu go zabij, przyjdź do mnie i opowiedz o wszystkim, czego się dowiedziałeś. Liczę na ciebie! - uśmiechnął się Karraner.
- Dobrze, królu! - rzekł Van - dzieciak nie pokrzyżuje naszych planów.
- Idź już - rzekł król i wrócił do sali.
Szlachcic poszedł szukać Denego...
Po kilku minutach wyszedł z ukrycia jeden ze szlachty, Zorix.
- Dobrze, że podsłuchiwałem - szepnął do siebie - muszę jak najszybciej znaleźć i ostrzec młodego maga!
Wybiegł z więzienia i też poszedł szukać Dolqusa.
[font="Courier"]"In noreni per ipe,
in noreni cora;
tira mine per ito,
ne domina.
In romine tirmeno,
ne romine to fa,
imaginas per meno per imentira."[/font]

[font="Courier"]"Nie bój się cieni, one świadczą o tym, że gdzieś znajduje się światło"[/font]
[font="Courier"]"Nigdy nie znajdziesz prawdziwego przyjaciela, jeśli sam nie umiesz nim być..."[/font]
[font="Courier"]Hej, Ty lepiej czytaj moje posty, a nie sygnaturę.[/font]
Odpowiedz
Full Metal Alchemist w innym garniturku. Poza tym, nie lubię, gdy bohaterem czegokolwiek jest dzieciak. Kolejna silna woń od anime.

Z językowego punktu widzenia, to jest to coś, co mógłby napisać uczeń podstawówki. Powiedziałbym, że nadużywasz kropki, a za mocno unikasz przecinków i innych łączników. Jeżeli nawet król wypowiada się zdaniami pojedynczymi, to coś z tamtym państwem jest wybitnie nie tak.

Dodatkowo, nie widzę powodu, dla którego król nie mógłby po prostu wcisnąć młokosa do lochu, pod zarzutem zdrady państwa, a potem publicznie stracić. Patrząc na sytuację z wewnątrz kraju, miał na to wszelkie prawo, a jest to sposób dalece pewniejszy od "załatw go, jak nikt nie będzie patrzył, chociaż jesteście przyjaciółmi i to bezbronne dziecko ufa ci jak nikomu".

No i na samo zakończenie: ktoś wpadł na pomysł, żeby wyryć sobie kręgi na dłoniach, zamiast np. je wytatuować? Albo od razu sięgnąć po coś takiego, jak ten kamień, lub zwijana mata z wyrysowanym kręgiem?
Dzisiaj podzielę się z wami opowieścią o hipokryzji, kłamstwach i małych dzieciach.

Jak wszyscy dobrze wiedzą, nam Szajt został wykopsany z gry. I pewnego pięknego dnia, dostałem na forum taką oto wiadomość:

Cytat

Po namyśle uznałem, że dobrze zrobiłeś usuwając mnie. I to dla mnie samego. Chociaż szkoda mi konta, które tak długo pielęgnowałem, to przynajmniej już nie ryzykuję uzależnienia od zabawy oraz kontaktu z niektórymi idiotami. A więc dzięki, Rang.

Pozdrawiam.


Szajt! Z twoich ciągłych powrotów wnioskuję, że jednak skasowałem cię zbyt późno i uzależnienie jednak się rozwinęło. Zatem nie dziękuj mi, bo zawiodłem... Ale postaram się jak mogę, byś pozostał na odwyku, chociaż tak mogę ci jeszcze pomóc...
Odpowiedz
W opowiadaniu jest wiele nieścisłości np. dlaczego ten król w ogóle miałby się tym dzieciakiem przejmować, co jest w nim takiego, że posunął się nawet do podesłania mu agenta udającego jego przyjaciela? Brak sensu, a jeżeli ten dzieciak rzeczywiście jest takim zagrożeniem to raczej jak już Rang zauważył skończyłby w lochu albo na stryczku z pierwszego wymyślonego powodu. Na sam koniec dodam, że styl opowiadania nie wciąga, mało opisów kto, jak wygląda, gdzie jest?
Jeśli problem nie ma rozwiązania, to nie ma problemu.
Odpowiedz
Jeśli chodzi o styl, spróbuję się niecko ograniczyć z tymi kropkami

A jeśli chodzi o nieścisłości - właśnie większość odpowiedzi na twoje pytania znajduje się w następnych rozdziałach.

PS:

Przejdź do cytowanego postu Użytkownik Rangramil dnia piątek, 5 lutego 2010, 21:35 napisał

Dodatkowo, nie widzę powodu, dla którego król nie mógłby po prostu wcisnąć młokosa do lochu, pod zarzutem zdrady państwa, a potem publicznie stracić. Patrząc na sytuację z wewnątrz kraju, miał na to wszelkie prawo, a jest to sposób dalece pewniejszy od "załatw go, jak nikt nie będzie patrzył, chociaż jesteście przyjaciółmi i to bezbronne dziecko ufa ci jak nikomu".


No cóż w sumie powiedziałeś sam sobie, co się dzieje w drugim rozdziale Tylko nie wrzuca "po prostu", znowu stosuje podstęp.
Dobra, dawać kolejny rozdział?
[font="Courier"]"In noreni per ipe,
in noreni cora;
tira mine per ito,
ne domina.
In romine tirmeno,
ne romine to fa,
imaginas per meno per imentira."[/font]

[font="Courier"]"Nie bój się cieni, one świadczą o tym, że gdzieś znajduje się światło"[/font]
[font="Courier"]"Nigdy nie znajdziesz prawdziwego przyjaciela, jeśli sam nie umiesz nim być..."[/font]
[font="Courier"]Hej, Ty lepiej czytaj moje posty, a nie sygnaturę.[/font]
Odpowiedz
Osobiście nie jestem przekonany. Król >> jakiś dzieciak. Przy takiej dysproporcji i posiadanym elemencie zaskoczenia, nie trzeba bawić się w podstępy. Wysyła się uzbrojony patrol, a on kończy sprawę, skoro dzieciak nie może użyć magii ad hoc. Jest taka zasada, zwana brzytwą ockhama, w myśl której nie tworzy się zbędnych pojęć, ew. stosuje zawsze najprostsze rozwiązanie, bo jest najlepsze. W momencie, gdy zaczyna się kombinować nad rzeczami prostymi, pojawiają się nowe miejsca, gdzie plan może się gibnąć, co pewnie chcesz wykorzystać.

Ale król, który odwala takie podstawowe błędy, nie przejąłby tronu, a na pewno by go nie utrzymał, bo jest najzwyczajniej głupi.

I jak powiedział Aramil, brakuje mi opisów. Nie wiem nawet, jak wygląda główny bohater, gdzie przebywa podczas rozmowy. On po protu otwiera gębę, gdy scenariusz to przewiduje, ale nie posiada nawet zarysu ciała. To opowiadanie wygląda prawie jak zapis z chata, czy coś w ten deseń.

Jeżeli drugi rozdział jest pozbawiony tych wad, to go wrzuć.
Dzisiaj podzielę się z wami opowieścią o hipokryzji, kłamstwach i małych dzieciach.

Jak wszyscy dobrze wiedzą, nam Szajt został wykopsany z gry. I pewnego pięknego dnia, dostałem na forum taką oto wiadomość:

Cytat

Po namyśle uznałem, że dobrze zrobiłeś usuwając mnie. I to dla mnie samego. Chociaż szkoda mi konta, które tak długo pielęgnowałem, to przynajmniej już nie ryzykuję uzależnienia od zabawy oraz kontaktu z niektórymi idiotami. A więc dzięki, Rang.

Pozdrawiam.


Szajt! Z twoich ciągłych powrotów wnioskuję, że jednak skasowałem cię zbyt późno i uzależnienie jednak się rozwinęło. Zatem nie dziękuj mi, bo zawiodłem... Ale postaram się jak mogę, byś pozostał na odwyku, chociaż tak mogę ci jeszcze pomóc...
Odpowiedz
Dobra. Przepisałem drugi rozdział. Został tutaj skopiowany z notatnika, więc za jakieś ewentualne przerwy w tekście przepraszam (ale nie powinny się pojawiać, bo poprawiłem je w okienku edycji, chyba, że jakąś przeoczyłem).
Dodałem go do pierwszego postu. Miłego czytania
[font="Courier"]"In noreni per ipe,
in noreni cora;
tira mine per ito,
ne domina.
In romine tirmeno,
ne romine to fa,
imaginas per meno per imentira."[/font]

[font="Courier"]"Nie bój się cieni, one świadczą o tym, że gdzieś znajduje się światło"[/font]
[font="Courier"]"Nigdy nie znajdziesz prawdziwego przyjaciela, jeśli sam nie umiesz nim być..."[/font]
[font="Courier"]Hej, Ty lepiej czytaj moje posty, a nie sygnaturę.[/font]
Odpowiedz
Hej. Przecież to są same dialogi. Bez obrazy, ale tego nawet opowiadaniem nie można nazwać.
Odpowiedz
Ten chłopak by umarł. jakoś tak dziewięć razy. Tyle możliwości zabicia go znalazłem, a nie szukałem ich jakoś mocno.
Odpowiedz
Chciałem to przeczytać, ale po prostu nie mogłem. Już przy pierwszym dialogu, po 3 wypowiedziach zgubiłem kto co mówi. A w momencie walki to już od samego początku nie wiedziałem, co się dzieje. Jeden szlachcic walczy z drugim, a obu na imię szlachcic.

BTW, wchodzę do czyjegoś domu i widzę typka ze strzałą wystającą z pleców.
1. Sądząc z pozycji upadku, widzę, że gość musiał stać plecami do strzelca.
2. Rozbita szyba, jej kawałki wskazują na to, że coś wleciało do pomieszczenia.
3. Rycerz w lśniącej zbroi. Nawet jeżeli strzała wpadła między płyty, musiała jeszcze przebić się przez kolczugę. Do tego potrzeba łuku o sporym naciągu, więc tan wątły czternastolatek zostaje wykluczony z roli potencjalnego strzelca.
4. No i na sam koniec: Z PLECÓW TRUPA WYSTAJE STRZAŁA, KTO DO CIĘŻKIEJ CHOLERY STRZELAŁBY NA DYSTANSIE POKOJU? I jak wyciągnąłby łuk, żeby rycerz się nie połapał?

Dobra, przeczytałem to. I nie podoba mi się. Ten cały tak zwany podstęp jest uszyty takimi grubymi nićmi, że można by nimi statek zacumować. Nie wiem, po co ta cała szopka. Ja bym kazał tajemniczemu zamachowcowi zabić chłopaka, zamiast rycerza, wziął rycerza na świadka, że to on był celem, ale zabójca chybił (oczywiście, skoro mamy wojnę, dodałbym, że napastnik jest z obcego kraju). Do tego Van tak bez trudu znajduje Deny'ego, podczas gdy nie dał rady tego zrobić żaden strażnik/rycerz? I jeżeli mi powiesz, że wszystko wyjaśni się w rozdziale trzecim, to przysięgam, że go nie przeczytam.

No i wypytywanie miasta... Litości. Po prostu litości.
Dzisiaj podzielę się z wami opowieścią o hipokryzji, kłamstwach i małych dzieciach.

Jak wszyscy dobrze wiedzą, nam Szajt został wykopsany z gry. I pewnego pięknego dnia, dostałem na forum taką oto wiadomość:

Cytat

Po namyśle uznałem, że dobrze zrobiłeś usuwając mnie. I to dla mnie samego. Chociaż szkoda mi konta, które tak długo pielęgnowałem, to przynajmniej już nie ryzykuję uzależnienia od zabawy oraz kontaktu z niektórymi idiotami. A więc dzięki, Rang.

Pozdrawiam.


Szajt! Z twoich ciągłych powrotów wnioskuję, że jednak skasowałem cię zbyt późno i uzależnienie jednak się rozwinęło. Zatem nie dziękuj mi, bo zawiodłem... Ale postaram się jak mogę, byś pozostał na odwyku, chociaż tak mogę ci jeszcze pomóc...
Odpowiedz
← Fan Works

Deny Dolqus - Odpowiedź

Wczytywanie...