posiadlosc

Na razie bez tytułu...

Dobra, ze względu na nudę panującą w pewnym miejscu (o szkole rzecz jasna mówię ) na kilku lekcjach zacząłem pisać coś, co wykreowało się w mojej głowie. Cóż, luźne zapiski szybko uformowało się opowiadanie. Tak, dobrze myślicie. Nie miałem co z tym zrobić (no, czytać kolegom jakoś mi się nie uśmiechało) więc postanowiłem wrzucać to tu. Jeśli kogoś obraziłem - przepraszam z góry. Nowe kawałki(tak, będzie więcej) będę wrzucał i do nowego posta i do pierwszego.

Cytat

Rozdział I: Poznanie

Wzięła go w ramiona i powiedziała:
- Oddaj mi kalosze, bo bez nich żyć nie znoszę.

Ups... nie ta strona.

Nieznajomy wszedł do karczmy. Gospodarz nie widział jego twarzy, gdyż ta była zakryta kapturem. Osobnik podszedł do karczmarza, zamówił piwo, poczym podszedł do stolika, i zdjął płaszcz. Karczmarz, zaciekawiony jego niecodziennym wyglądem przyjrzał mu się: Nieznajomy miał bladą twarz i białe włosy. Nosił też niebieską koszulkę oraz miecz. przewieszony przez plecy. Zebrani w karczmie bandyci, dotychczas wciśnięci w kąt, zlustrowali oczyma broń nieznajomego. Prawdopodobny przywódca bandziorów podszedł do białowłosego:
- Czego? - zapytał go blady
- Wypieprzaj stąd.
- Dlaczego?
- Bo nie podoba mi się twój krzywy ryj, Głuchy jesteś?
- Wyjdę stąd pod jednym warunkiem...
- Jeszcze czegoś chcesz?
- Pocałuj mnie w dupę.
- Zaproś mnie na swój pogrzeb - powiedział prowodyr bandziorów wyjmując miecz.
Bladolicy w odpowiedzi wyciągnął z sykiem miecz, tnąc automatycznie przeciwnika w skroń. Podwładni agresora złapali za wszystko, co mieli pod ręką - jeden nawet chwycił za krzesło. Białowłosy poczekał aż pierwszy z nich podejdzie na tyle, by mógł dosięgnąć go mieczem, zakręcił młyńca i ciął go w szyję. Zza padającego przeciwnika wyłonił się następny przeciwnik. Białowłosy zrobił nad nim salto i zastosował sztych w brzuch, rozwalając bandycie kręgosłup. Zabójca odwrócił się, i wyciągnął rękę w znaku "stop". Szarżujący bandzior nie zatrzymał się. Nie pobiegł też dalej - po prostu poleciał do tyłu. Wojownik spokojnie podszedł do niego, zrobił młyńca mieczem i dobił wroga.
Karczmarz niczego więcej nie widział - ukrył się za ladą. Po ukryciu się gospodarza miecz nieznajomego wiele razy błyskał. Na nieszczęście dla bandytów, po błysku następowała śmierć.

***

Blady zamknął drzwi karczmy. Dotychczas ukryty w cieniu nieznajomy osobnik podszedł do wojownika:
- Witaj.
Zabójca bandytów szybko obrócił się w kierunku rozmówcy, po czym niby mimochodem podrapał się po karku, trącając dłonią rękojeść miecza.
- Znam tę sztuczkę. Jednak przybywam w zamiarach pokojowych.
- Carylith Fei'mashesh. Fanudhil. Elf pół... Elf.
- Aeliyn Dran'amarth. Półelf.
- Szukałem cię.
- Możliwe. Ale po tej rozróbie, którą zrobiłeś w karczmie porzucę zamiar zabicia cię. Chciałbym się do ciebie przyłączyć.
- Jakiej broni używasz?
- Sejmitar i łuk.
Ostatni jeszcze żywy bandzior zamierzył się od tylu mieczem na Carylitha. Aeliyn wywrócił Fei'mashesha, wyskoczył w powietrze, wyciągając niewiadomo skąd jednosieczny miecz, poczym obkręcił się w powietrzu rozwalając bandytę od ramienia po biodro.
- Zabierasz się ze mną - Carylith po obejrzeniu dzieła Dran'amartha był pod wrażeniem. - tylko naucz mnie tego triku.
- Wyskakujesz w powietrze, przekręcając tułów do pół poziomu. Gdy to zrobisz przekręcasz tułów wokół jego osi - reszta ciała pójdzie w jego ślady. Zwiększy to siłę ciosu. Tniesz od ramienia po biodro, dociągając miecz do swojego biodra. Potrenuj, a wypracujesz cios, który sparuje tylko naprawdę dobry miecznik.
- Dobra, wybieram się do Achven. Jedziesz ze mną?

Rozdział 2: Wilk(ołak)

- Nie było innych questów? – Aeliyn po raz kolejny wpadł do pełnej błocka dziury.
- Cicho.
Carylith usłyszawszy odgłos wydawany przez biegnącego wilkołaka obejrzał się i zobaczył Lykosa, jak ten powala Dran’amartha. Carylith szybko się pozbierał, i rzucił się do walki z Lykantropem. Cięcie od lewej niestety tylko lekka zraniło wilkołaka.
- Szlag! – Cięcie Fei’mashesha winno z łatwością rozciąć bestię, a tylko spowodowało lekką rankę. Elf, więc bez zastanowienia walnął go Deonem. Wilkołak odleciał pół metra do tyłu, przewracając się. Czar zadziałał. Fei’mashesh dobił Lykana.
- Wszystko w porządku? – Carylith mówiąc otarł ramieniem krew wilkołaka z twarzy.
- Ugryzł – Aeliyn podniósł się, po czym obnażył przedramię. Wokół głębokiej rany zaczęła porastać sierść. Tak, jak przy każdej ranie spowodowanej ugryzieniem wilkołaka. Tak, jak przy każdej ranie, po której ugryzieni stawali się bestiami.

***

- Znam dwóch ludzi, którzy leczą ugryzienia wilkołaka. Pierwszy wyjechał na 176 miesiąc miodowy, a drugi to największy popierdol, jakiego znam.
- Gdzie go znajdę? – Carylith z nadzieją głosie spytał się jakiegoś urzędnika o człowieka leczącego rany po ugryzieniu Lykosa.
- Tam siedzi – odpowiedział człowiek.
Carylith z Aeliynem podeszli do siedzącego na ławce mężczyzny.
- Witaj.
Siedzący zlustrował wzrokiem Fanudhila i Łucznika, a jego wzrok spoczął na przedramieniu Aeliyna. Lewym. Tam, gdzie było ugryzienie.
- Nie uzdrowię go.
- Dlaczego?
- Bo gracze nie mają questów. Ja naprawię teleporty, bo teleportacja jest bardzo zła i niedobra. Ja wyprowadzę GM’ów na ulice, by GM'i pilnowali całego naszego porządku, bo od tego są Admini i GM’i. Od tego oni są, od tego są oni.
- A jak się nazywasz? Czy mam cię nazywać wielkim popierdolem?
- Nazywam się Krzysztof „vol. RPG” Kononowicz.
- Psiamać.
- No dobra, uzdrowię go, jak załatwicie dla mnie takiego łatwego do pokonania potworka i przyniesiecie mi…

***

- O kurwa. – powiedział Carylith widząc smoka.
- No baa… - Aeliyn wyciągnął z sykiem sejmitar, po czym rzucił się na „jaszczurkę”. Ta zionęła parą. Chyba jakąś magiczną. Aeliyn poleciał, jakby ktoś w niego walnął Deonem. Trzymany w jego dłoni miecz rozprysnął się. Jakiś mały kawałek metalu, wbił się mu w lewe przedramię, tam gdzie miał ranę. Po zobaczeniu resztek swojej broni, Aeliyn wpadł w szał. Carylith nie dziwił mu się.
- … a z ogona ugotuję zupę – wrzasnął Dran’amarth
- No nie wiem skąd znasz hasło, ale muszę wam udostępnić mój skarbiec – powiedział smok, poczym zniknął. Po prostu rozpłynął się.
Carylith popatrzył w miejsce, przed którym stał smok. Zatkało go. Góra złota. Poprawka: Góra złota i innych gratów. Jeszcze raz poprawka: Góra złota i innych przedmiotów.
Fei’mashesh na drżących nogach podszedł do skarbca. Jego uwagę przykuła wystająca ze złotego pagórka rękojeść. Carylith chwycił za nią, po czym zdziwiony odkrył, że nie trzyma resztek sejmitara Aeliyna, tylko miecz. Elf przyjrzał mu się. Średniej długości ciemno czerwona rękojeść sugerowała na miecz półtoraręczny. Takimi posługiwali się Fanudhilowie.
Carylith dotknął klingi. W odpowiedzi runy wykute na niej zabłysły, a ostrze nabrało błękitnej barwy. Fei’mashesh na próbę zamłynkował mieczem. Idealny dźwięk. Elf wyjął swój stary miecz, wbił go w miejsce gdzie wcześniej był nowo odkryty miecz, po czym zawiesił na plecach swą klingę. Obejrzał się w poszukiwaniu jakiś innych przedmiotów, lecz niczego nie zobaczył. Po drugiej stronie Aeliyn znalazł łuk. Magiczny łuk. Bez wachania zawiesił go na miejscu starego, dębowego, po czym podszedł do Carylitha, i wskazał coś podbródkiem:
- To jest chyba to smocze łajno, o którym mówił Konon vol. RPG – powiedział.
- Strasznie capi. Jak… smocze gówno. – odpowiedział mu Carylith.
- Bawisz się w Krzysztofa Kolumba?
- Że co?
- No wiesz: odkryłeś Amerykę…

***

- Aeliyn? – Carylith spojrzał na Dran’amartha. Ten, padł jak martwy, po czym zaczął porastać sierścią.
- Fuck’n’shit! – Fei’mashesh krzyknął w stronę wilkołaka. Ten jak na komendę spojrzał w oczy elfowi. Stali tak przez chwilę, patrząc sobie w oczy – elf i półelf. Fanudhil i Wilkołak. Lecz tylko przez chwilę – Lykan uciekł.

***

- Że co? - Konon vol. RPG dowiedział się o przemianie Aeliyna. – Został zraniony w miejsce gdzie miał ranę? Jeśli tak, to chyba dlatego tak szybko się przemienił. To poważnie skomplikuje sytuację… musisz rozbić buteleczkę z eliksirem ze smoczego gówna blisko wilkołaka…
- … to już wiem, po co ci to łajno było. – przerwał mu Carylith.
- Poczekaj tu chwilę a ja uwarzę ten eliksir.
Carylith zatkał uszy, gdy Kononowicz wchodząc do swojego domu puścił piosenkę „Moje miasto to Whitestok” na cały regulator.

***

Moje miasto to Whitestok,
A moje życie to Whitestok

***
- Duży. Nawet bardzo. – Konon popatrzył na Aeliyna, który biegał za swoim ogonem przed miastem. Wyglądało to bardzo śmiesznie, szczególnie, gdy go dorwał. – Nie poradzisz sobie z nim sam. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w mieście jest Mag. Demonolog.
- Jeszcze mi tu kurwa brakuje bandy demonów.
- Ale on nie przyzywa demonów.
- Że co?
- Włada ich magią.
- Ano chyba, że tak. Idę do niego.

***

- Eee… tak? – spytał zaskoczony Mag
- No widzisz mój towarzysz został ugryziony przez wilkołaka…
- I się przemienił?
- Skąd wiesz?
- Bo widzisz, gdy wszyscy używają tylko 10% mózgu, ja korzystam z 30.
- Pomożesz mi z nim?
- Jasne. Daj mi tylko butelkę z eliksirem.
- Skąd wiesz… Ehh… nie ważne. Czas pokazać, co to znaczy ostrze w rękach Fanudhila.

***

- Otwórzcie tą bramę.- wrzasnął Carylith do Strażników.
Fei’mashesh popatrzył w stronę Aeliyna. Potem wyciągnął miecz. A następnie już się siłował z leżącym na nim Lykosem.
- Szlag, ale ciężki – powiedział Elf, próbując przerzucić go nad głową. Nie udało się. Lykantrop odchylił głowę kierując swą szczękę w stronę ramienia. Carylith wiedział, że zaraz go ugryzie. I wiedział też, że to jego jedyna szansa. Wykorzystał ją. Mocny cios pięścią, o mało co nie zrzucił z niego wilkołaka. Carylitha to nie dziwiło – dobrze wiedział, ze przed momentem ugryzienia 3/4 ciężaru ciała niewiadomym sposobem przechodzi na głowę Lykana. Fei’mashesh korzystając z momentu zebrał się szybko w duchu i resztką sił zrzucił z siebie wilkołaka. Odturlał się od niego, podniósł się, i rozejrzał się za mieczem, który wypadł mu, gdy Aeliyn się na niego rzucił. Dostrzegł go w niedostępnym miejscu – ostrze było wbite kilkanaście centymetrów od Lykosa. Tymczasem Mag zamachnął się, i rzucił buteleczkę z eliksirem prosto pod nogi przemienionego Dran’amartha. Po uderzeniu w ziemię buteleczka stłukła się, zapachniało łajnem a z chmury czerwonego dymu wyłonił się Aeliyn. Już w swej prawdziwej formie. Formie półelfa. Carylith natomiast, gdy usłyszał brzęk tłuczącej się buteleczki z eliksirem poczuł się bardzo dziwnie. Czuł się podobnie za każdym razem, gdy rzucał zaklęcie. Jednak teraz, przepływająca przez niego moc była o wiele, wiele potężniejsza. Fei’mashesh nagle poczuł jak nogi odrywają mu się od ziemi. Nagle, zgrupowana w nim moc znalazła ujście. Uciekająca z Carylitha moc w jednym momencie przewróciła i Demonologa i Łucznika. Fei’mashesh łagodnie wylądował przed swoimi towarzyszami, natomiast ci się podnieśli: Aeliyn był spokojny. Natomiast Mag nie. Podnosząc się miał już na ręku Fireballa.
- Co się stało się?
- Spokojnie. Kiedyś ci to wyjaśnię.
- Hmm… po tym, co tu zobaczyłem postanowiłem zabrać się z wami. – powiedział Demonolog
- No dobra. Ja idę do Tarem. A wy?
- Pytasz się jeszcze? – odpowiedział pytaniem na pytanie Aeliyn
- Tylko po co do Tarem? – powiedział Mag.
- Muszę udać się do kowala, żeby obejrzał mój miecz – dopiero teraz Carylith wyciągnął swoje ostrze i zawiesił je na plecach.
- No to w drogę. I jeszcze jedna sprawa – macie sprawę do jakiegoś urzędasa.
- Że co? – spytali się Aeliyn i Carylith
- No wiecie – za tego wilkołaka…

Rozdział 3: W drodze do kowala run

- Hmm… a tak w ogóle, to jak się nazywasz?
- Ano tak, zapomniałem się przedstawić. Jestem Kerel In’iomar, wychowanek szkoły w Andral.
- Nie jesteś Demonologiem?
- Zawsze chędoż to, co mówią ci wieśniacy. Widziałeś kiedyś do jasnej cholery Demonologa, który wali z Fireballi?
- No nie. Idę na patrol.
Carylith kończąc zbieranie patyków dorzucił kilka do ogniska. Trzasnęło, poleciały iskry. Kerel złapał kilka na dłoń, po czym zamienił w płomień. Fei’mashesh popatrzył na niebo. Szybko ciemniało.
- Kim jesteś Carylith? Nigdy nie widziałem wojownika, który powaliłby mnie czarem. A Magiem też nie jesteś, bo żaden Mag nie umie walczyć mieczem tak jak ty.
- Słyszałeś coś kiedyś o Fanudhilach?
Kerel usłyszał krzyk. Przypomniał mu się fragment jego dzieciństwa. Spalenie jego domu przez Wojowników. Czarem. Wybicie jego rodziny, i przyjęcie go do szkoły w Andral. Wojownicy zabili jego rodzinę dlatego, że miała konszachty z jakimiś istotami. Z istotami, na które wojownicy polowali. Te istoty nazywały się Modranie i Demony. Zaś wojownicy kazali nazywać siebie Zgubami Demonów. Fanudhilami.
- Nie.
Carylith wstał i odwrócił się plecami do Kelera, po czym popatrzył w księżyc:
- Fanudhilowie to kasta wojowników o magicznych zdolnościach. Coś w rodzaju Wiedźminów. Pierwszy Fanudhil o jakim słyszała historia żył jakieś 500 lat temu. Nikt nie wie kim był. Fanudhilowie, jak zapewne się domyśliłeś z początku walczyli z Demonami. Jednak, z czasem Demony odchodziły a my wykwalifikowaliśmy się w walce z innymi potworami. Fanudhil po elficku znaczy Zguba Demonów, zaś po krasnoludku Zabójca. Zawsze wolałem się odnosić do nazwy elfickiej.
- Gdy pierwszy raz się spotkaliśmy, mówiłeś coś, o elfie pół. – powiedział Aeliyn wyłaniając się z lasu. Czując na sobie wzrok Kerela powiedział szybko: „Czysto”.
- Nie dokończyłem. Jestem Elfem Półmroku. Synem Drowa i Elfki. Nie którzy z nas dziedziczą czarną skórę. Inni zaś, tak jak ja białe włosy.
- Opowiedz jeszcze o Fanudhilskiej magii.
- Fanudhilowie zaadaptowali od magów kilka zaklęć. Nie wykmagają one teraz formuł. Wystarczy odpowiedni gest. Istnieją cztery zaklęcia: Deon, Zion, Iamrion i Fiur. Powalenie, Telekineza, Błyskawica i Kula Ognia. Fanudhilowie podzielili je na trzy sfery. To co widzieliście, to było zjawisko, osiągnięcia przeze mnie trzeciej sfery Deonu. Teraz gdy używam Deonu powalam wszystkich przeciwników naokoło mnie. Hmm… Kerel nauczysz mnie Telekinezy?
- Jutro, Zmęczony jestem.

***

Tarem. Nareszcie. Ja idę do kowala, wy róbta co chceta. Tylko nie zaczynajcie burdy beze mnie.
- Jaaaasne. – powiedzieli ociągale Kerel i Aeliyn

***

- Witaj w kuźni pod tępym mieczem.
- Joł. Mógłobyś obejrzeć mój miecz? Tylko go nie ostrz, dobra?
- Klinga ze srebra, meteorytowej stali – krasnolud przyłożył ucho do miecza, po czym zastukał w niego lekko.- i jakiś nieznany mi metal. Runy na klindze znaczą… Nie może być!
- Hmm?
- To Eiruel, miecz pierwszego Fanudhila. Zaginął wieki temu wraz ze swym pierwszym posiadaczem. Magiczne runy sprawiają, że chroni swego posiadacza prezd magicznymi atakami. Na twoim miejscu, oddałbym go Fanudhilom. Taki miecz, w ręku jednego z nich będzie potężną bronią.
Carylith po usłyszeniu tych słów wyszedł

***

- Eee… Aeliyn co ty robisz? – spytał Kerel.
- No dobra, masz tu kilo Astalarki – powiedział spokojnie Dran’amarth do spotkanego po drodze oprycha.
- Czy ty wiesz, że Astalarka to bardzo silny narkotyk? Za handel nią można dostac 10 lat. Wiem, bo oglądałem sędzię Marię Annę Smutowską. – powiedział In’iomar po odejściu oprycha.
- Wiem.
- To dlaczego nią handlujesz?
- Ale to nie jest Astalarka.
- W takim razie co?
- Bazylia.

***

- Elo, elo, trzy pięć zero.- Krzyknął Kerel w stronę idącego w ich stronę Carylitha.
- Ano siema.
- Hej, wy mam dla was questa. Albo raczej questa dla Fanudhila – powiedział jakiś typek w czarnym płytowym pancerzu, z dwuręcznym mieczem na plecach. W Carylithu zbudził on wątpliwości. Gdzieś widział już takich jak on.
- Nie biorę dzisiaj żadnych questów.
- Dam ci miętuska.
- Ano, chyba że tak. Co mam zrobić?
- Musisz odbić pewną twierdzę…


Komentarze mile widziane Jak ktoś ma pomysł na nazwę opowiadania - niech przedstawi tu swą propozycję. Ja na nic nie wpadłem
Odpowiedz
Dla mnie to opowiadanie jest niezbyt oryginalne i dość krótkie. Bardzo ale to bardzo przypomina wiedźmina (chyba nawet pierwszy rozdział). Za to spodobała mi się ciekawie opowiedziany przebieg walki

Co do tytułu, to może coś w stylu Wiedźmin Reaktywacja ???

Odpowiedz
Na me oko to przetłumaczona na polski albańska wersja Wiedźmina.

Takie tam cuda na Kiyuku. ;p
Czy 643 artykuły na GE nie mówią same za siebie?


Najładniejsza laurka, jaką kiedykolwiek dostałem. Dzięki. (;

Odpowiedz
Następne rozdziały będą dłuższe . Wiem, że przypomina wiedźmina. Wzorowałem się trochę na pierwszym opowiadaniu. Co do przebiegu walki - starałem się. Fajnie że się podoba.

Co do tytułu - raczej nie. Myślałem nad kilkoma, ale może kiedyś jakaś szara komórka znowu podsunie mi pomysł

A co, czytałeś Tamc.?
Odpowiedz
Co do tytułu, to koniecznie jakiś inny, bo pisze się "na razie" a nie "narazie"
It can’t be outmatched
Odpowiedz
Jeżeli masz zamiar pisać to opowiadanie dalej, to postaraj się odejść od wiedźmina, bo ta historia będzie mało wartym plagiatem, ale jeżeli teraz postarasz się coś w nim zmienić (w drugim, lub choćby nawet w pierwszym rozdziale) to będzie znacznie lepiej

Moim zdaniem powinieneś przede wszystkim zmienić kolor włosów głównego bohatera...

Odpowiedz
Drugi rozdział się pisze. A koloru włosów głównego bohatera, nie zmienię. Mimo że ten sam kolor, ale bądź co bądź jest różnica. Geralt miał białe włosy przez mutację, zaś Carylith ma takie od urodzenia. Drugi rozdział bardzo odejdzie od "matrycy" wiedźmina. I mam nadzieję że wywoła uśmiech na waszych twarzach

[Dodano po 3 godzinach]

Drugi rozdział się napisał. Myślałem, ze skończę jutro, ale dziś się wyrobiłem. Niżej macie rozdział 2.
Dodany on został również do posta pierwszego.

Cytat

Rozdział 2: Wilk(ołak)

- Nie było innych questów? – Aeliyn po raz kolejny wpadł do pełnej błocka dziury.
- Cicho.
Carylith usłyszawszy odgłos wydawany przez biegnącego wilkołaka obejrzał się i zobaczył Lykosa, jak ten powala Dran’amartha. Carylith szybko się pozbierał, i rzucił się do walki z Lykantropem. Cięcie od lewej niestety tylko lekko zraniło wilkołaka.
- Szlag! – Cięcie Fei’mashesha winno z łatwością rozciąć bestię, a tylko spowodowało lekką rankę. Elf, więc bez zastanowienia walnął go Deonem. Wilkołak odleciał pół metra do tyłu, przewracając się. Czar zadziałał. Fei’mashesh dobił Lykana.
- Wszystko w porządku? – Carylith mówiąc otarł ramieniem krew wilkołaka z twarzy.
- Ugryzł – Aeliyn podniósł się, po czym obnażył przedramię. Wokół głębokiej rany zaczęła porastać sierść. Tak, jak przy każdej ranie spowodowanej ugryzieniem wilkołaka. Tak, jak przy każdej ranie, po której ugryzieni stawali się bestiami.

***

- Znam dwóch ludzi, którzy leczą ugryzienia wilkołaka. Pierwszy wyjechał na 176 miesiąc miodowy, a drugi to największy popierdol, jakiego znam.
- Gdzie go znajdę? – Carylith z nadzieją głosie spytał się jakiegoś urzędnika o człowieka leczącego rany po ugryzieniu Lykosa.
- Tam siedzi – odpowiedział człowiek.
Carylith z Aeliynem podeszli do siedzącego na ławce mężczyzny.
- Witaj.
Siedzący zlustrował wzrokiem Fanudhila i Łucznika, a jego wzrok spoczął na przedramieniu Aeliyna. Lewym. Tam, gdzie było ugryzienie.
- Nie uzdrowię go.
- Dlaczego?
- Bo gracze nie mają questów. Ja naprawię teleporty, bo teleportacja jest bardzo zła i niedobra. Ja wyprowadzę GM’ów na ulice, by GM'i pilnowali całego naszego porządku, bo od tego są Admini i GM’i. Od tego oni są, od tego są oni.
- A jak się nazywasz? Czy mam cię nazywać wielkim popierdolem?
- Nazywam się Krzysztof „vol. RPG” Kononowicz.
- Psiamać.
- No dobra, uzdrowię go, jak załatwicie dla mnie takiego łatwego do pokonania potworka i przyniesiecie mi…

***

- O kurwa. – powiedział Carylith widząc smoka.
- No baa… - Aeliyn wyciągnął z sykiem sejmitar, po czym rzucił się na „jaszczurkę”. Ta zionęła parą. Chyba jakąś magiczną. Aeliyn poleciał, jakby ktoś w niego walnął Deonem. Trzymany w jego dłoni miecz rozprysnął się. Jakiś mały kawałek metalu, wbił się mu w lewe przedramię, tam gdzie miał ranę. Po zobaczeniu resztek swojej broni, Aeliyn wpadł w szał. Carylith nie dziwił mu się.
- … a z ogona ugotuję zupę – wrzasnął Dran’amarth
- No nie wiem skąd znasz hasło, ale muszę wam udostępnić mój skarbiec – powiedział smok, poczym zniknął. Po prostu rozpłynął się.
Carylith popatrzył w miejsce, przed którym stał smok. Zatkało go. Góra złota. Poprawka: Góra złota i innych gratów. Jeszcze raz poprawka: Góra złota i innych przedmiotów.
Fei’mashesh na drżących nogach podszedł do skarbca. Jego uwagę przykuła wystająca ze złotego pagórka rękojeść. Carylith chwycił za nią, po czym zdziwiony odkrył, że nie trzyma resztek sejmitara Aeliyna, tylko miecz. Elf przyjrzał mu się. Średniej długości ciemno czerwona rękojeść sugerowała na miecz półtoraręczny. Takimi posługiwali się Fanudhilowie.
Carylith dotknął klingi. W odpowiedzi runy wykute na niej zabłysły, a ostrze nabrało błękitnej barwy. Fei’mashesh na próbę zamłynkował mieczem. Idealny dźwięk. Elf wyjął swój stary miecz, wbił go w miejsce gdzie wcześniej był nowo odkryty miecz, po czym zawiesił na plecach swą klingę. Obejrzał się w poszukiwaniu jakiś innych przedmiotów, lecz niczego nie zobaczył. Po drugiej stronie Aeliyn znalazł łuk. Magiczny łuk. Bez wachania zawiesił go na miejscu starego, dębowego, po czym podszedł do Carylitha, i wskazał coś podbródkiem:
- To jest chyba to smocze łajno, o którym mówił Konon vol. RPG – powiedział.
- Strasznie capi. Jak… smocze gówno. – odpowiedział mu Carylith.
- Bawisz się w Krzysztofa Kolumba?
- Że co?
- No wiesz: odkryłeś Amerykę…

***

- Aeliyn? – Carylith spojrzał na Dran’amartha. Ten, padł jak martwy, po czym zaczął porastać sierścią.
- Fuck’n’shit! – Fei’mashesh krzyknął w stronę wilkołaka. Ten jak na komendę spojrzał w oczy elfowi. Stali tak przez chwilę, patrząc sobie w oczy – elf i półelf. Fanudhil i Wilkołak. Lecz tylko przez chwilę – Lykan uciekł.

***

- Że co? - Konon vol. RPG dowiedział się o przemianie Aeliyna. – Został zraniony w miejsce gdzie miał ranę? Jeśli tak, to chyba dlatego tak szybko się przemienił. To poważnie skomplikuje sytuację… musisz rozbić buteleczkę z eliksirem ze smoczego gówna blisko wilkołaka…
- … to już wiem, po co ci to łajno było. – przerwał mu Carylith.
- Poczekaj tu chwilę a ja uwarzę ten eliksir.
Carylith zatkał uszy, gdy Kononowicz wchodząc do swojego domu puścił piosenkę „Moje miasto to Whitestok” na cały regulator.

***

Moje miasto to Whitestok,
A moje życie to Whitestok

***
- Duży. Nawet bardzo. – Konon popatrzył na Aeliyna, który biegał za swoim ogonem przed miastem. Wyglądało to bardzo śmiesznie, szczególnie, gdy go dorwał. – Nie poradzisz sobie z nim sam. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w mieście jest Mag. Demonolog.
- Jeszcze mi tu kurwa brakuje bandy demonów.
- Ale on nie przyzywa demonów.
- Że co?
- Włada ich magią.
- Ano chyba, że tak. Idę do niego.

***

- Eee… tak? – spytał zaskoczony Mag
- No widzisz mój towarzysz został ugryziony przez wilkołaka…
- I się przemienił?
- Skąd wiesz?
- Bo widzisz, gdy wszyscy używają tylko 10% mózgu, ja korzystam z 30.
- Pomożesz mi z nim?
- Jasne. Daj mi tylko butelkę z eliksirem.
- Skąd wiesz… Ehh… nie ważne. Czas pokazać, co to znaczy ostrze w rękach Fanudhila.

***

- Otwórzcie tą bramę.- wrzasnął Carylith do Strażników.
Fei’mashesh popatrzył w stronę Aeliyna. Potem wyciągnął miecz. A następnie już się siłował z leżącym na nim Lykosem.
- Szlag, ale ciężki – powiedział Elf, próbując przerzucić go nad głową. Nie udało się. Lykantrop odchylił głowę kierując swą szczękę w stronę ramienia. Carylith wiedział, że zaraz go ugryzie. I wiedział też, że to jego jedyna szansa. Wykorzystał ją. Mocny cios pięścią, o mało co nie zrzucił z niego wilkołaka. Carylitha to nie dziwiło – dobrze wiedział, ze przed momentem ugryzienia 3/4 ciężaru ciała niewiadomym sposobem przechodzi na głowę Lykana. Fei’mashesh korzystając z momentu zebrał się szybko w duchu i resztką sił zrzucił z siebie wilkołaka. Odturlał się od niego, podniósł się, i rozejrzał się za mieczem, który wypadł mu, gdy Aeliyn się na niego rzucił. Dostrzegł go w niedostępnym miejscu – ostrze było wbite kilkanaście centymetrów od Lykosa. Tymczasem Mag zamachnął się, i rzucił buteleczkę z eliksirem prosto pod nogi przemienionego Dran’amartha. Po uderzeniu w ziemię buteleczka stłukła się, zapachniało łajnem a z chmury czerwonego dymu wyłonił się Aeliyn. Już w swej prawdziwej formie. Formie półelfa. Carylith natomiast, gdy usłyszał brzęk tłuczącej się buteleczki z eliksirem poczuł się bardzo dziwnie. Czuł się podobnie za każdym razem, gdy rzucał zaklęcie. Jednak teraz, przepływająca przez niego moc była o wiele, wiele potężniejsza. Fei’mashesh nagle poczuł jak nogi odrywają mu się od ziemi. Nagle, zgrupowana w nim moc znalazła ujście. Uciekająca z Carylitha moc w jednym momencie przewróciła i Demonologa i Łucznika. Fei’mashesh łagodnie wylądował przed swoimi towarzyszami, natomiast ci się podnieśli: Aeliyn był spokojny. Natomiast Mag nie. Podnosząc się miał już na ręku Fireballa.
- Co się stało się?
- Spokojnie. Kiedyś ci to wyjaśnię.
- Hmm… po tym, co tu zobaczyłem postanowiłem zabrać się z wami. – powiedział Demonolog
- No dobra. Ja idę do Tarem. A wy?
- Pytasz się jeszcze? – odpowiedział pytaniem na pytanie Aeliyn
- Tylko po co do Tarem? – powiedział Mag.
- Muszę udać się do kowala, żeby obejrzał mój miecz – dopiero teraz Carylith wyciągnął swoje ostrze i zawiesił je na plecach.
- No to w drogę. I jeszcze jedna sprawa – macie sprawę do jakiegoś urzędasa.
- Że co? – spytali się Aeliyn i Carylith
- No wiecie – za tego wilkołaka…
Odpowiedz
Jak to czytałem to w żadnym razie nie przypominało mi to wiedźmina... jest trochę gorzej bo zaczęło mi się kojarzyć z Tibią :o

Co do tytułu, to może: Jak wiedźmin stał się tibijczykiem ???

Odpowiedz
To bardzo źle ci się kojarzy Zastanawiam się, przez który element kojarzy ci się z tą grą.
Odpowiedz

Cytat

- Bo gracze nie mają questów. Ja naprawię teleporty, bo teleportacja jest bardzo zła i niedobra. Ja wyprowadzę GM’ów na ulice, bo od tego są Admini i GM’i. Od tego oni są, od tego są oni.


Cytat

- Nazywam się Krzysztof „vol. RPG” Kononowicz.
- Psiamać.
- No dobra, uzdrowię go, jak załatwicie dla mnie takiego łatwego do pokonania potworka i przyniesiecie mi…



Tak na przykład te powyższe urywki
Chyba, że mnie olśnisz, że jestem w poważnym błędzie, ale takie są moje pierwsze skojarzenia

Odpowiedz
Pierwszy może trochę jest podobny do Tibii. Jednak, gdyby to było opowiadanie "w Tibii" to bym napisał Nie Adminów i GM'ów tylko GM'ów i Tutorów
Drugi fragment jakoś do mnie nie "przemawia"

[Dodano po 21 dniach]

Dobra, napisałem 3 rozdział. Krótki dosyć, ale dostarcza dużo informacji.

Cytat

Rozdział 3: W drodze do kowala run

- Hmm… a tak w ogóle, to jak się nazywasz?
- Ano tak, zapomniałem się przedstawić. Jestem Kerel In’iomar, wychowanek szkoły w Andral.
- Nie jesteś Demonologiem?
- Zawsze chędoż to, co mówią ci wieśniacy. Widziałeś kiedyś do jasnej cholery Demonologa, który wali z Fireballi?
- No nie. Idę na patrol.
Carylith kończąc zbieranie patyków dorzucił kilka do ogniska. Trzasnęło, poleciały iskry. Kerel złapał kilka na dłoń, po czym zamienił w płomień. Fei’mashesh popatrzył na niebo. Szybko ciemniało.
- Kim jesteś Carylith? Nigdy nie widziałem wojownika, który powaliłby mnie czarem. A Magiem też nie jesteś, bo żaden Mag nie umie walczyć mieczem tak jak ty.
- Słyszałeś coś kiedyś o Fanudhilach?
Kerel usłyszał krzyk. Przypomniał mu się fragment jego dzieciństwa. Spalenie jego domu przez Wojowników. Czarem. Wybicie jego rodziny, i przyjęcie go do szkoły w Andral. Wojownicy zabili jego rodzinę dlatego, że miała konszachty z jakimiś istotami. Z istotami, na które wojownicy polowali. Te istoty nazywały się Modranie i Demony. Zaś wojownicy kazali nazywać siebie Zgubami Demonów. Fanudhilami.
- Nie.
Carylith wstał i odwrócił się plecami do Kelera, po czym popatrzył w księżyc:
- Fanudhilowie to kasta wojowników o magicznych zdolnościach. Coś w rodzaju Wiedźminów. Pierwszy Fanudhil o jakim słyszała historia żył jakieś 500 lat temu. Nikt nie wie kim był. Fanudhilowie, jak zapewne się domyśliłeś z początku walczyli z Demonami. Jednak, z czasem Demony odchodziły a my wykwalifikowaliśmy się w walce z innymi potworami. Fanudhil po elficku znaczy Zguba Demonów, zaś po krasnoludku Zabójca. Zawsze wolałem się odnosić do nazwy elfickiej.
- Gdy pierwszy raz się spotkaliśmy, mówiłeś coś, o elfie pół. – powiedział Aeliyn wyłaniając się z lasu. Czując na sobie wzrok Kerela powiedział szybko: „Czysto”.
- Nie dokończyłem. Jestem Elfem Półmroku. Synem Drowa i Elfki. Nie którzy z nas dziedziczą czarną skórę. Inni zaś, tak jak ja białe włosy.
- Opowiedz jeszcze o Fanudhilskiej magii.
- Fanudhilowie zaadaptowali od magów kilka zaklęć. Nie wykmagają one teraz formuł. Wystarczy odpowiedni gest. Istnieją cztery zaklęcia: Deon, Zion, Iamrion i Fiur. Powalenie, Telekineza, Błyskawica i Kula Ognia. Fanudhilowie podzielili je na trzy sfery. To co widzieliście, to było zjawisko, osiągnięcia przeze mnie trzeciej sfery Deonu. Teraz gdy używam Deonu powalam wszystkich przeciwników naokoło mnie. Hmm… Kerel nauczysz mnie Telekinezy?
- Jutro, Zmęczony jestem.

***

Tarem. Nareszcie. Ja idę do kowala, wy róbta co chceta. Tylko nie zaczynajcie burdy beze mnie.
- Jaaaasne. – powiedzieli ociągale Kerel i Aeliyn

***

- Witaj w kuźni pod tępym mieczem.
- Joł. Mógłobyś obejrzeć mój miecz? Tylko go nie ostrz, dobra?
- Klinga ze srebra, meteorytowej stali – krasnolud przyłożył ucho do miecza, po czym zastukał w niego lekko.- i jakiś nieznany mi metal. Runy na klindze znaczą… Nie może być!
- Hmm?
- To Eiruel, miecz pierwszego Fanudhila. Zaginął wieki temu wraz ze swym pierwszym posiadaczem. Magiczne runy sprawiają, że chroni swego posiadacza prezd magicznymi atakami. Na twoim miejscu, oddałbym go Fanudhilom. Taki miecz, w ręku jednego z nich będzie potężną bronią.
Carylith po usłyszeniu tych słów wyszedł

***

- Eee… Aeliyn co ty robisz? – spytał Kerel.
- No dobra, masz tu kilo Astalarki – powiedział spokojnie Dran’amarth do spotkanego po drodze oprycha.
- Czy ty wiesz, że Astalarka to bardzo silny narkotyk? Za handel nią można dostac 10 lat. Wiem, bo oglądałem sędzię Marię Annę Smutowską. – powiedział In’iomar po odejściu oprycha.
- Wiem.
- To dlaczego nią handlujesz?
- Ale to nie jest Astalarka.
- W takim razie co?
- Bazylia.

***

- Elo, elo, trzy pięć zero.- Krzyknął Kerel w stronę idącego w ich stronę Carylitha.
- Ano siema.
- Hej, wy mam dla was questa. Albo raczej questa dla Fanudhila – powiedział jakiś typek w czarnym płytowym pancerzu, z dwuręcznym mieczem na plecach. W Carylithu zbudził on wątpliwości. Gdzieś widział już takich jak on.
- Nie biorę dzisiaj żadnych questów.
- Dam ci miętuska.
- Ano, chyba że tak. Co mam zrobić?
- Musisz odbić pewną twierdzę…
Odpowiedz
Tekst wydaje mi się coraz bardziej podobny do Wiedźmina i nic nie zmieni mojego zdania. Widzę, jednak, że próbujesz naśladować styl Sapkowskiego i to jest z pewnością na plus dla opowiadania.
Zdecydowanie za dużo dialogów a za mało treści, przez to opowiadanie wydaje się trochę niepełne.
Na początku wydawało mi się, że to, iż używasz typowo nieliterackich wyrażeń jest wadą tekstu. Ale pod koniec czytania stwierdziłem, że nawet to pasuje do opowiadania i sprawia, że tekst nie jest całkowicie oparty na Wiedźminie.

Cytat

- Elo, elo, trzy pięć zero.- Krzyknął Kerel w stronę idącego w ich stronę Carylitha.


To bym zmienił na pięć dwa zero, chyba bardziej się rymuje

Odpowiedz
Dzięki za pozytywne komenty 4 rozdział pojawi się już niedługo. W następnym rozdziale będzie bardzo dużo walki(no tak, atak na twierdzę ) i jeszcze kilka niezłych dowcipów. Mam już "coś" na tytuł opowiadania, ale narazie jeszcze nad tym pomyślę
Odpowiedz
← Fan Works

Na razie bez tytułu... - Odpowiedź

Wczytywanie...