Dabu - początek - Odpowiedź

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!

Podgląd ostatnich postów

Ven'Diego,
Z twojej prawej i lewej strony podeszli mężczyźni, przyodziani w maskującą zieleń. Na ich głowach były kaptury, zaś na twarzach mieli czarne chusty. Jeden z nich wyszarpał ci topór z ręki, drugi związał ci z ręce z tyłu.
Odezwał się głos za tobą:
- Wolisz żebyśmy cię ogłuszyli, czy mamy ci zawiązać oczy?
Dabu,
"Tak, to była pułapka..." - pomyślałem. Stałem sztywno i czekałem na pierwszy ruch mojego przeciwnika. Popatrzyłem na Sottiego i w duszy przepraszałem go za mylne osądy.
Ven'Diego,
- Niech cię... szlag - wykrztusił jednooki, po czym westchnął i wyzionął ducha. Następnie, poczułeś coś ostrego kłującego cię w tył szyi.
- Żadnego ruchu - usłyszałeś za sobą.
Dabu,
Przestraszyłem się tak bardzo, że aż spadłem z muła. Szybko jednak wstałem, otrzepałem się i podszedłem do Sottiego. Sprawdziłem puls chcąc dowiedzieć się czy jednooki jeszcze żyje.
- Ee... Ekhm... - nie mogłem nic z siebie wydusić. - Nic ci nie jest? - mądrzejsza rzecz nie przyszła mi do głowy.
Ven'Diego,
Jednooki odwrócił się do ciebie, po czym roześmiał.
- Tutaj rozstają się nasze drogi mości krasnoludzie - Ledwo skończył mówić, w jego plecach pojawiła się strzała. Jegomość zrobił wielkie oczy, po czym runął na na ziemię. Z jego pleców sterczała szara lotka strzały.
Dabu,
"Wiedziałem!" - pomyślałem. Mimo tego, iż miałem pewność co do jakiejś zasadzki, stałem w miejscu. Nie ruszałem się, tylko zwyczajnie czekałem na rozwój sytuacji. Rozglądałem się powoli na wszystkie strony.
Ven'Diego,
Kiedy byliście gdzieś w połowie kanionu, do waszych uszu dotarł śpiew jakiegoś ptaka. Jednooki jakby na ten dźwięk zesztywniał, po czym zaczął cichutko gwizdać w podobnej tonacji.
Dabu,
[Wybacz, jakoś zapomniałem... ; ( A z tym postaraniem - chodzi po prostu o to, że nie mam za dużo do napisanie. W mniej ważnych sprawach, po prostu kontroluj moją postać. Wiadome jest, że idziemy dalej.]

Coś wydawało mi się podejrzane.

Zsiadłem z wierzchowca, popatrzyłem na Sottiego, a następnie rozejrzałem się dookoła. Zacząłem chodzić w kółko i zaglądać pod każdy krzaczek, kamyczek oraz inne mniej ważne elementy.

W końcu jednak dałem sobie spokój i wróciłem na muła. Ruszyliśmy dalej. Nadal jednak byłem zdziwiony, że wszystko jest w porządku.
Ven'Diego,
[Nie dość że odpowiadasz po takiej przerwie, to jeszcze tak krótko. Byś się bardziej postarał]

Posuwaliście się powoli przed siebie, las powoli zaczął gęstnieć, a docierające do was światło słabnąć. Po jakimś czasie zbliżyliście się do niewysokiego kanionu, porośniętym karłowatymi drzewami.
Jednooki zaczął się dyskretnie rozglądać po bokach.
Dabu,
Wyciągnąłem topór i bacznie oglądałem okolicę. Nakazałem wierzchowcowi iść wolno przed siebie.
Ven'Diego,
Tym samym, niezmiennym tempem dotarliście na skraj lasu. Dało się słyszeć śpiew leśnych ptaków. Do waszych nozdrzy wdarł się zapach próchna, liści.
Drzewa były na ogół liściaste, lecz gdzieniegdzie rosły także świerki i sosny. Dzięki drzewom, słońce nie docierało tutaj w całości, las pokryty był półcieniem.
- Nareszcie las - Szepnął jednooki.
Dabu,
Nakazałem wierzchowcowi ruszać przez las. W pełni przygotowany trzymałem rękę na mym toporze.
Ven'Diego,
Jednooki poklepał się po pochwie oraz znajdującej się w niej mieczem.
- Jestem przygotowany. Być przygotowanym to moje drugie imię. - Zaśmiał się jegomość - Nie spodziewałbym się w tych lasach jakichkolwiek oprychów. - Dodał
Dabu,
Zatrzymałem wierzchowca i powiedziałem do Sottiego:
- Las... To wygląda niebezpiecznie. Na wszelki wypadek mam topór, ale nie wiem jak ty. Wolałbym być jak najszybciej w Velof.
Ven'Diego,
- No to ruszamy - Powiedział jednooki, po czym popędził konia.
Droga przez trakt była dosyć nużąca. Cały czas w około były same łąki. Co jakiś czas mijaliście wóz z sianem, beczkami czy też innymi rzeczami. Po kilkugodzinnej jeździe, na horyzoncie pojawił się las.
Dabu,
- Niestety, nie posiadam żadnego wierzchowca - odrzekłem. - Mogę jednak jechać na Uim, tylko załaduję na niego mój bagaż.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Położyłem ekwipunek na mule i dosiadłem go.
- Prowadź! - dodałem.
Ven'Diego,
Jednooki czekał na ciebie. Już z daleka wypatrywał cię swym okiem. Siedział na czarnym koniu, a obok stał szary osioł, z ładunkiem na grzbiecie.
- Jest pan mości krasnoludzie. Ma pan jakiegoś konia? muła? - Spojrzał na ciebie bacznie po czym dodał - Ostatecznie może pan jechać na Uim.
Mężczyzna wskazał na muła.
Dabu,
Potwierdziłem, że będę i wróciłem do domu. Otworzyłem drzwi, wziąłem bagaż, a następnie udałem się na wschodni gościniec. Byłem gotowy do drogi.
Ven'Diego,
- Tak, dosyć czasu straciłem na czekanie na ciebie - Jednooki wstał po czym dodał - Spotkamy się na wschodnim gościńcu, tuż za wjazdem do wioski. Nie spóźnij się! Spakuj wszystko i heja.
Dabu,
- Oczywiście, wszystko spakowane. Muszę tylko zajrzeć do domu, by wziąć cały bagaż. Wyruszamy od razu?
Wczytywanie...