Sesja joha - Odpowiedź

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!

Podgląd ostatnich postów

Wiktul,
[ Rzut na st 9 na Okultyzm + Percepcja... = Lasombra ]
joh,
[z kim mam do czynienia?]
Wiktul,
Z miejsca, w którym zaglądałeś przez szparę, nie dostrzegałeś trumny, jednak widziałeś wcześniej, że ludzie zabierali ją ze sobą. Wniosek z tego prosty, że musi znajdować się gdzieś bliżej ściany pomieszczenia, czego nie mogłeś po prostu zobaczyć zza piwnicznych drzwi.
Naprężyłeś się jak struna, podobnie jak uzbrojeni po zęby mężczyźni przed tobą, uzbrojone w zęby wilki za tobą i cała atmosfera wokół ciebie. Niczym struna o mało co nie zerwałeś się, gdy jeden z ludzi oparł się barkiem o drzwi tuż obok szpary, przez którą wyglądałeś, dzięki czemu wyraźnie czułeś jego zapach i przyspieszone bicie serca. W tym momencie zamarłeś jednak, bo otworzyły się drzwi.. wejściowe.
Wiatr zaświszczał przeraźliwie, wtórując metalicznemu szczękowi unoszonych do oczu pistoletów i karabinów, jak na komendę wycelowanych w stojącą w wejściu postać, za którą dostrzegałeś niewyraźnie trzy kolejne. Przybysze mieli na sobie ubrania, które zdecydowanie nie przystawały do panujących w okolicy warunków ani pory roku. Nie bardzo miałeś czas ani pozycję przyjrzeć się dokładniej, ale chyba nie przystawały nawet do tego wieku. Ani nawet poprzedniego. Cholera, coś ci chyba świta, kto przejawia dziwne zamiłowanie do debilnych przebieranek bez względu na okoliczności...
- Zamknijcie te pieprzone drzwi, piździ tu jak w psiarni! - krzyknął zamiast powitania samiec przewodzący stadu najemników, jak roboczo ich nazwałeś. Mężczyzna na wejściu, którego twarzy nie dostrzegałeś dokładnie poza tym, że miał krótkie, raczej ciemne włosy, spojrzał niespiesznie na niego, następnie za siebie przez ramię, jakby z pewnym znudzeniem i jakby miał zobaczyć tam coś, czego nie widział wcześniej, potem znów na celującego w niego mężczyznę. Wzruszył ramionami.
- Doprawdy? Nie wiedziałem. - rozbrzmiała pretensjonalnie przeciągnięta, zapewne arystokratyczna nuta. Równie niespiesznym krokiem wszedł do izby, w ślad za nim podążyli jego kompani, ostatni z nich zamknął drzwi. Upłynęło dwadzieścia pięć tonów serca mężczyzny stojącego tuż przy zejściu do "twojej" piwnicy.
- Będziecie tak stać, celując w nas z karabinów?
- To zależy od tego, czy macie to, na co się umawialiśmy. - dowódca nie spuszczał oka z celownika i celu, jakim był jego znudzony rozmówca.
- To również zależy od tego, czy macie to, na co się umawialiśmy. - padła niezachwianie monotonna odpowiedź. Najemnik skinął głową na stojących naprzeciw kolegów, dwóch z nich ostrożnie cofnęło się, znikając ci z linii wzroku. Usłyszałeś odgłos towarzyszący zdejmowaniu jakiejś płachty, następnie szybkie, krótkie, ciężkie kroki świadczące o niesieniu czegoś ciężkiego, co za moment zadudniło głucho na podłodze nieopodal. Nie widziałeś trumny, ale musieli właśnie położyć ją tuż obok. Znudzony jegomość spojrzał w tamtą stronę z nieco żywszym zainteresowaniem, nie poruszył się jednak z miejsca.

W odróżnieniu, od jego cienia, który absolutnie wbrew zasadom optyki, bardzo marnemu światłu panującemu wewnątrz chaty oraz jakiejkolwiek logice wydłużył się i, jakby to powiedzieć, popełzł po podłodze w tamtym kierunku. Oprócz ciebie nikt chyba tego nie zauważył, ale tobie wystarczyło to aż nadto do identyfikacji osobnika. Chwilę potem cień powrócił na miejsce i zniknął, poddając się panującemu wokół naturalnemu półmrokowi.
- Zgadza się. - zawyrokował flegmatycznie.
joh,
[Staram się dokładnie rozejrzeć po pomieszczeniu - na tyle ile to jest możliwe.
Czy trumna jest w środku?]

Jego myśli koncentrowały się tylko na jednym pytaniu - kto się zbliżał? Czy to zmiennokształtni? Rozważał w głowie przebieg ewentualnej walki, niepewność powodowała jedynie myśl o przybyszach o których nic nie wiedział, a którzy napewno wmieszją się do walki.
Z drugiej strony w tej chwili była to być może jedyna szansa na odzyskanie przyjaciela, która potem już może się nie pojawić. Taak, jeśli Szkot był w tym pomieszczeniu musiał zaryzykować.

[Jeśli trumna znajduje się w środku, wyważam drzwi z buta i wpuszczam przodem watahę razem z Wodzem - dzięki zaskoczeniu powinni dotrzeć do ludzi zanim tamci otworzą do nich ogień. Sam wyję z całych sił dając znak do ataku wilkom znajdującym się na zewnątrz - spalam krew i podnoszę na maksa atrybuty fizyczne oraz korzystając z transformacji wyciągam szpony - wpadam do pomieszczenia, starając się dotrzeć do najbliższego przeciwnika.]

[Jeśli trumny nie ma w środku - czekam na rozwój sytuacji.]
Wiktul,
...gdzie przez szparę w drzwiach do piwnicy zobaczyłeś trzech mężczyzn ładujących i odbezpieczających broń, a także dwóch kolejnych, wyglądających przez okna i drzwi wejściowe. W powietrzu czuć było zapach potu i adrenaliny, zmieszany z mechanicznym cykaniem magazynków oraz bezpieczników. Przebijające przez szybę ostatnie, krwawe promienie słońca wbiły się gdzieś w majaczące w oddali korony drzew.
- Widzę kogoś. To chyba oni... - rzucił przez ramię nerwowym szeptem do pozostałych ten, który wyglądał przez drzwi.
- A gdzie się podziały te cholerne wilki?
- Nie wiem, może to oni je przepędzili.
- Albo to oni je przysłali...
- Mordy w kubeł! Broń w pogotowiu i czekać!
joh,
Patrzył zahipnotyzowany na pulsującą tętnicę na szyji człowieka. Długo nie potrafił się opierać, zresztą zdawał sobie sprawę że potrzebuje się pożywić przed czekającą go walką.
Wbił kły w szyję ofiary i zaczął łapczywie pić. Nie przestawał dopóki nie osuszył ofiary do końca. W ten czy inny sposób i tak musiał zabić tego człowieka. Odrzucił ciało w kąt, po czym po cichu zmierzał w kierunku schodów prowadzących do wyjścia z piwnicy. Spojrzeniem dał znak Wodzowi aby trzymał się za nim kontrolując jednocześnie całą watahę wilków.
Czuł podenerwowanie słowami człowieka, kto miał odebrać trumnę?? Wiedział, że musi się śpieszyć - chociaż zdawał sobie sprawę, że nikt z jego rodzaju jeszcze nie mógł przybyć, jeszcze chwilę temu na niebie świeciło słońce.

Dotarł do schodów, po czym skradając się zaczął wchodzic powoli na górę...
Wiktul,
Chwyciłeś zaskoczonego człowieka i uniosłeś go bez żadnego problemu. Od razu zobaczyłeś, że twoje niespodziewane pojawienie się, w zestawieniu z wątpliwą w tym momencie aparycją oraz całą sforą za twoimi plecami wywarły na człowieku duże wrażenie.
- Cz... Cz... cz...
Może nawet aż za duże.
- Czczeka... czeka-my...
Odrobinę rozluźniłeś chwyt.
- Czekamy na.. waaas... - wychrypiał mężczyzna, bezskutecznie trzymając cię za nadgarstek i wodząc przerażonym wzrokiem od ciebie do wilków za tobą.
- M-m-mmacie odebrać przesyłkę... p-podobno.. ja-ja-jakiś stary wa-wa-wa... WwwwWwaa.. Jedden z waas.
Czułeś jego strach. Czułeś jego puls, szamocący się jak chwycona ryba pod twoimi palcami na jego szyi. Czułeś, jak krew przepływa w jego żyłach, słyszałeś echo bijącego na alarm serca.
Cholera, te dzienno-wieczorne zabawy naprawdę dawały w kość. A krew zasilana adrenaliną stanowiła całkiem ciekawą perspektywę...
joh,
[Spalam krew aby podnieść swoje atrybuty fizyczne]

Poczuł jak krew wzmacnia wszystkie tkanki jego ciała, jak dociera w każdy zakamarek jego umarłego ciała. Nie było już odwrotu.
Spojrzał na swoją wilczą kompanie, aż zaśmiał się do siebie, bardziej groteskowej sytuacji sobie nie przypominał - oto on "Wilczy Król". - pomyślał ironicznie
Schował broń. Czekał aż drzwi się otworzą - w tym momencie pochwycił postać znajdującą się w progu za szyję podnosząc ją do góry, mocno ściskając gardło człowieka tak aby ten nie był w stanie krzyczeć. Przybliżył przerażoną twarz Siwego do swojej eksponując kły, uśmiechnął się szyderczo.
- Teraz Siwy pogadamy, tylko postaraj się nie zezłościć moich przyjaciół... Odsłaniam mu widok wygłodniałej wilczej watahy znajdującej się za mną.
- Kto wreszcie przyszedł??? Na kogo czekacie??? Czyje ciało jest w trumnie???

[Jeśli Siwy jednak nie otworzył drzwi, tylko zawrócił - otwieram je szybko, wychodzę do piwnicy i staram sie pochwycić człowieka w podobny sposób jak to opisałem wyżej]
Wiktul,
Wedle "ustaleń" razem z tobą podążyła szara wataha. Wiedziałeś, że do zmierzchu pozostały dosłownie minuty, dlatego też nie spieszyłeś się z pokonaniem podziemnego tunelu. Z resztą, nawet gdybyś chciał się z tym pospieszyć, przeciskanie się przezeń w towarzystwie szesnastu wilków, przy jednoczesnym zachowaniu maksymalnej dyskrecji, nie mogłoby przebiegać nadzwyczajnie szybko. Gdy wreszcie przekradliście się przez tunel i stanąłeś pod ukrytymi drzwiami do piwnicy, stłumiony odgłos kroków zdradził czyjąś obecność w jej wnętrzu. Zamarłeś razem z resztą zwierzęcej kompanii, słysząc niewyraźne echa przytłumionych głosów z góry, gdy czyjaś ręka zaczęła powoli, jakby od niechcenia, otwierać lekko skrzypiące drzwi do tunelu, u którego wyjścia się znajdowałeś. Uniosłeś broń...
- Siwy! Wracaj tu na górę! Wreszcie przyszli!
joh,
Frontalny atak nie wchodził w grę. Bezsensowne straty, pozatym tamci tylko na to czekali. Na szczęście już niedlugo zmrok.

Powarkiwał na obydwu samców alfa przekazując im instrukcje. Jedna wataha miała tutaj zostać, i czekać na znak do ataku.
Z drugą udał się głębiej w las do wejścia do tunelu. W tunelu spowrotem powrócił do swojego ciała oddając Wodzowi jego postać.
Podchodzili w ciszy do końca tunelu, aż do samego wejścia do piwnicy. Tam przystanęli na chwilę.
Gangrel zaczął nasłuchiwać czy przypadkiem nie słyszy jakichś odgłosów świadczących o obecności kogoś za drzwiami. Wódz ma pilnować aby nasi wilczy towarzysze zachowywali się odpowiednio do sytuacji czyli nie narobili zbędnego hałasu.

[Ile zostało jeszcze do zmroku?]
Jeśli już zaczynało się ciemnić i nie było znaków niczyjej obecności w piwnicy otwieram drzwi i wchodzę do środka z moimi nowymi kompanami. Wyciągam broń, odbezpieczam i zaczynam się skradać w stronę schodów prowadzących na górę.
Wiktul,
Odbiegłeś co tchu głębiej w las, by znaleźć dogodne miejsce do nawoływań. Czułeś narastające zmęczenie, które wymagało od ciebie jeszcze więcej wysiłku w kierowaniu mocą krwi, a za jej pośrednictwem umysłem zwierzęcia. Wezwanie jego pobratymców, choć samo w sobie nie należało do łatwych, teraz stało się jeszcze trudniejsze. Może jednak właśnie dlatego tym silniej zabrzmiał twój zew i długo po tym jak zamknąłeś paszczę rozchodził się echem po leśnej przestrzeni.
Z początku nie słyszałeś nic, jedynie słabnący pogłos własnego wycia. Ale twoi bracia nie kazali ci czekać długo i wkrótce cały las rozbrzmiał dobiegającymi ze wszystkich stron wilczymi okrzykami.
Pierwsi pojawili się jeszcze zanim zmienił się wiatr. Stado liczące dwanaście smukłych, burych lub śnieżnych osobników, pod przywództwem starego, czarnego basiora. Znałeś go, a raczej znał go Wódz, więc i ty wiedziałeś, że od lat trzyma terytorium w tej okolicy, aż po najbliższe góry. Potem zaczęły pojawiać się też pojedyncze, samotne osobniki, a nieco później drugie stado, złożone z piętnastu młodych, niemal jednakowo umaszczonych szarych wilków. Od razu poczułeś, że ich alfa oraz stary basior mają od dawna ze sobą na pieńku, jednak w tym momencie nie było to istotne.
Ruszyliście.
Z początku szybko, w kierunku wyznaczanym przez ciebie, jak to w tak wielkich grupach prześcigając się i podgryzając wzajemnie po drodze, zwłaszcza wśród członków szarej watahy. Gdy jednak woń ludzi oznajmiła, że jesteście już blisko, cała grupa zwolniła. Powoli, ostrożnie, niemal bezszelestnie, rozeszliście się po półokręgu szeroko pomiędzy drzewami, skradając się jak do stada żubrów. Mimo to nie udało się wam zaskoczyć ludzi. Najwyraźniej chóralne wycia musiały ich zaalarmować, a zachowana czujność nakazała gotowość. Dlatego też widziałeś całą grupę przybyszów schowaną za rozstawionymi przed domem maszynami i saniami, wyglądającą nerwowo wśród drzew źródła zamieszania. Gdy jeden z nich dostrzegł pojawiający się tu lub tam wilczy łeb, rozległy się nerwowe wołania, krzątanina, a nawet pojedyncze wystrzały z broni, lecące gdzieś w dal. Wiedziałeś, że frontalny atak oznaczałby duże straty wśród zebranej watahy, jednak ludzie najwyraźniej zamierzali schronić się przed wami wewnątrz leśniczówki, przy okazji zabierając ze sobą trumnę.
joh,
Czy to możliwe, że w tej trumnie mógł być jego stwórca? Nawet jeśli nie, nie mógł zaprzepaścić szansy aby się o tym przekonać.
Już niedługo zmrok, musi ich opóźnić do tego czasu. Skoro to ludzie, w swojej naturalnej postaci poradzi sobie z nimi.
Odbiegł kilkadziesiąt metrów od chaty, chowając się na skraju lasu. Zaczał wyć z całych sił w wilczym języku chcąc przywołać wszystkie wilki będące w zasiegu jego głosu.
[Wykorzystuje moc Animalizmu z drugiej kropki]

Przybyłe zwierzęta nakłaniam do zaatakowania przybyszów, wkońcu zakłócają spokój w lesie. Pozatym mają tam zapas pokarmu, którym wilki napewno nie pogardzą.
Jeśli uda mi się przekonać watahę do ataku, biegnę z nimi trzymając się z tyłu, aby nie ściągnąć na siebie ewentualnych strzałów. Kieruję się w strone sani z trumną, podbiegając będę chciał wyskoczyć i ciężarem ciała Wodza zrzucić trumne na ziemię.
Wiktul,
Wszedłeś w skórę wilczura, przejąłeś kontrolę nad jego umysłem i ciałem. Wybiegłeś przez tunel wyjściem na powierzchnię i powoli, jak najostrożniej, w miarę możliwości czołgając się przez śnieg, podszedłeś od zawietrznej pod chatę, gdzie zatrzymało się kilka osób. Widziałeś skutery śnieżne, ogromne sanie, jak do kuligu, a także grube futra, czapki oraz gogle narciarskie. Wraz z wiatrem dobiegł cię zapach ludzkiego potu z rozgrzanych ciał, zaś poza nim... Zapach śmierci.
- Nie mamy czasu na posiadówy, raz dwa ojebcie konserwy i ruszamy przed nocą. Oni ni będą tolerować spóźnień, a mamy tam być tuż po zachodzie słońca. - usłyszałeś niewyraźnie słowa jednego z nich, który zdejmował z ramienia karabin. Dwóch jego kompanów weszło do leśniczówki, dwóch kolejnych zaczęło grzebać w plecakach, jeden stanął nieopodal, oddając mocz pod drzewo, zaś sam lider stada bezceremonialnie usiadł na... trumnie, która znajdowała się na wielkich saniach i od której czułeś wyraźnie bardzo dobrze znany ci (Wodzowi) zapach.
joh,
Wybudzony, rozdrażniony.. Ktokolwiek odwiedził go w dzień nie mógł mieć dobrych zamiarów. Jak tu trafili i kto do kurwy to mógł być?
To nie była jednak pora na głębsze rozmyślania.
Pośpiesznie zebrał swoje graty, otworzył ukryte drzwi do tunelu po czym wszedł do środka razem z Wodzem ryglując drzwi od środka. Przebiegli większą część tunelu czyli jakieś 70 metrów. Po czym usiadł opierając się o ścianę i wejrzał głębowko w oczy Wodza.

[Używam mocy Animalizmu z 4 kropki i staram się przejąć ciało Wodza]
Była to ryzykowana zagrywka, ale musiał zobaczyć kto to był. Miał nadzieję że przybysze nawet jeśli zejdą do piwnicy to nie znajdą ukrytych drzwi do tunelu.
Jeśli udało mi się przejąć ciało Wodza biegnę do końca tunelu i wychodzę na powierzchnię. Następnie kieruję się ostrożnie w stronę chaty, chcąc zobaczyć co tam się dzieje.
Wiktul,
Piwnica jak to piwnica - ciemno, zimno, nic niezwykłego, choć siłą rzeczy znacznie zimniej, niż w podobnych podziemiach w mieście. Usadowiłeś się wygodnie w śpiworze, który leżał na prowizorycznym posłaniu z wyschniętych, zamrożonych gałęzi leśnych iglaków, pomiędzy nieco smętnymi pułkami pełnymi kurzu, kiszonych ogórków tak starych, że aż się ich bałeś oraz nieśmiertelnych konserw, które pamiętały chyba jeszcze poprzedniego lokatora, a (przynajmniej niektóre) wciąż nadawały się do spożycia.
Ułożyłeś się, okryłeś - bardziej dla przyjemności niż z konieczności - , zasnąłeś.
Spałeś jak zwykle, nie pamiętając niczego szczególnego. I niby nic szczególnego w tym fakcie nie było, w końcu twój mózg, tak jak pozostałe organy, przestał pracować już dawno temu, ale wiedziałeś z doświadczenia, że i z tym różnie bywało. Tym razem jednak obudził cię nie ten wewnętrzny instynkt, który odwracał wampirom cykl okołodobowy, pozwalając budzić się z nadejściem nocy.
Tym razem zrobił to Wódz.
Obudziłeś się nieprzytomny, ledwie widząc zamazanym wzrokiem kudłatą sylwetkę wilczura, który powarkiwał cicho, choć nerwowo. Byłeś tak skołowany, że byłbyś gotów pomyśleć, że masz kaca. Ostatni raz czułeś coś podobnego, gdy nieopatrznie spiłeś jednego śpiącego górala na weselu, jednak tym razem to nie śliwowica zmieszana z krwią była przyczyną tej słabości.

Był dzień.

Może nie południe, ale wieczorne słońce wciąż stało wysoko na nieboskłonie, jak to w górach. W każdym razie, dość wysoko, byś ty chciał zapaść się możliwie głęboko. Jak to w górach - lada chwila zrobi się ciemno, zapewne nie dłużej niż w godzinę, jednak nie zmieniało to faktu, że był, do jasnej cholery, dzień.
Wódz warczał raz po raz, krzątając się od ciebie do schodów i z powrotem. Z wielkim wysiłkiem i bardzo niewyraźnie, usłyszałeś dobiegające gdzieś z góry głosy.
joh,
Poczuł ulgę kiedy bezpiecznie dostał się w pobliże schronienia. Kiedy jego zmysły wróciły do normy przybrał spowrotem postać człowieka. Czy zapachy i odgłosy których doświadczył w lesie należały do tamtejszych wilkołaków? Czy było to jednak coś innego?

Spojrzał na Wodza, jeszcze raz pogłaskał go grzbiecie..
- Co tam przyjacielu, dawno Cię nie karmiłem...
Znalazł jego miskę, rozciął nadgarstek i spuścił trochę krwi, patrzył jak Vitae zaczyna spływać z jego zył i wypełniać naczynie. Następnie dał wilczurowi aby ten się pożywił.

Wszedł do chaty, otworzył swoją lodówkę turystyczną, w której trzymał ostatnie kilka woreczków ze schłodzoną krwią, skrzywił się delikatnie po czym opróżnił jeden z woreczków. Ta dieta dawała mu się we znaki, niedługo trzeba będzie zapolować - pomyślał.

Zrobił obchód wokół całej chaty, aby upewnić się czy aby napewno nikt nie odwiedził schronienia podczas ich nieobecności, po czym udał się na spoczynek do piwnicy..
Wiktul,
Wódz również złapał intrygujące zapachy i nie od razu podążył za tobą, lecz po kolejnym warknięciu zaprzestał wąchania i ruszył. Biegliście z powrotem, tym razem ostrożniej, choć także dość szybko. Był w tobie niepokój, nie przed zgubieniem się jednak, bo to raczej nie groziło ci w tym lesie, bardziej przed czymś, czego ślady mogłeś znaleźć w powietrzu, a może i głosach innych członków wilczej braci. Jednakże niebawem, tym razem bez gonitw i zabaw, wróciliście do leśniczówki. Tutaj wszystko zdawało się tak samo spokojne, a nocne wycie równie odległe, jak poprzednio.
joh,
Stał nieruchomo w miejscu przez chwilę dokładnie nasłuchując, a niepokój w jego duchu narastał.. Czy to możliwe, że był aż tak nieostrożny i zapuścili się za daleko? Dał niemy znak swojemu towarzyszowi, że pora zawrócić. Po czym obydwaj dalej z niepokojem nasłuchując zbliżających się kłopotów udali się w kierunku leśniczówki.
Wiktul,
[ Ilustracja ]

Pobiegliście przed siebie, czując lepki chłód śniegu pod łapami. Biegliście szybko i lekko, niemal szybując nad ziemią, która szeptała rytmicznie wraz z tym, jak gnaliście naprzód. Między drzewami, zaspami, kilka slalomów, kilka gwałtownych zmian kierunku, które na zmianę narzucał Wódz lub ty. W tym stanie jeszcze mocniej chłonąłeś wszystkie zapachy, dźwięki, wszystkie otaczające was sygnały żywej natury. Wódz wyprzedził cię, gdy teren opadł nieznacznie, przybierając postać łagodnego zbocza. W pewnym momencie przerażony zając wystrzelił ze swej nory tuż przed jego łapami, rozpędzając się do niesamowitej, napędzanej przerażeniem prędkości. Wilczur skręcił za nim gwałtownie, zamierzając pochwycić, lecz przeszkodziłeś mu w tym, odbijając go bokiem w pełnym biegu. Wódz przetoczył się szybko przez grzbiet, odwarknął ci tylko i znów wysforował przed ciebie, zostawiając zająca lepszemu losowi.
Po czasie, którego wilczymi zmysłami nie byłeś jasno umiejscowić w przestrzeni minut, zatrzymaliście się wreszcie. Staliście tak, zwróceni w różne strony, Wódz ziając szybko z wywieszonym jęzorem, ty czując jedynie przepływające przez twą krew zmęczenie po biegu.
Staliście, słuchaliście. Wycie wilków wciąż rozlegało się nad wami i wokół was, niby równie daleko jak poprzednio, jednak teraz o wiele łatwiej byłoby ci umiejscowić jego źródła. Na gałęzi nad wami, pełen niezadowolenia z obecności intruzów burzących jej spokój i zakłócających łowy, pohukiwał wielki, dostojny puszczyk. Widziałeś obłoczki pary raz po raz wylatujące z najeżonego kłami pyska swego towarzysza. Wycie wilków przybrało na sile, zmieniło ton i przekaz, podobnie jak zapachy, których resztki wyczuwałeś gdzieś w pobliżu, jak ukryty trop odciśnięty w niewidzialnej ścieżce nocnego powietrza.
joh,
Tak.. tutaj czuł się szczęśliwy, wolny, nieskrępowany. Wszechogarniająca przyroda, gwiazdy na niebie, odgłosy lasu w oddali, żadnego zgiełku - to czyniło go Panem Świata, a przynajmniej Panem tej polany, co w zupełności mu wystarczało.
W takich chwilach często myślał o Marlonie, szalonym Szkocie, ciekawe co rzucił mu los tym razem pod nogi. Cokolwiek by to było, napewno doskonale sobie poradził, kto jak nie on? Zapytał się retorycznie w myślach. No chyba, że dopadła go ostateczna śmierć - szybko jednak odrzucił tą myśl, uważając ją za niedorzeczną. Ktokolwiek mógłby wysłać go na tamten świat, najpierw musiałby go wytropić.... - uśmiechnął się do swoich myśli..

Spojrzał na Wodza, pogłaskał go leniwie po grzbiecie. Po czym wstał, rozejrzał się po okolicy i zmienił swoją formę w postać wilka. Spojrzał szybko na Wodza, po czym warknął w jego stronę:
- Dalej, mój stary przyjacielu, zobaczymy ile jeszcze siły zostało Ci w tych chudych łapach.. Po czym zaczął biec w stronę lasu...

[W zależności od tego ile jeszcze zostało do świtu, tak bardzo oddalam się od chaty. Planuje wycieczkę tak, aby ze spokojem zdążyć do schronienia przed wschodem słońca]
Wczytywanie...