Sesja Kiyuku - Odpowiedź

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!

Podgląd ostatnich postów

Kiyuku,
Wyjmuję wcześniej kupione wibroostrze, po czym cofam się do którejś ze ścian. Wolałbym nie mieć żadnego za plecami, i widzieć ich wszystkich, chociaż mogą mnie łatwo przybić do muru. Łapię wibroostrze ostrzem do dołu, by móc łatwo sparować pierwszy cios, chlasnąć po skosie zginając rękę i dźgnąć, prostując ją.
Wiktul,
Byłoby to może i dobre rozwiązanie, gdyby nie fakt, że każdy z Gammoreanów miał sam kałdun wielkości małej ciężarówki. Gdybyś usiłował przecisnąć się między nimi na siłę, ryzykowałbyś, że w wypadku pierdnięcia lub gwałtowniejszego poruszenia, zostaniesz zmiażdżony przez masę świńskiego, zielonkawego tłuszczu.
Ich przywódca zdawał się rozumieć sens twojej wypowiedzi. Obnażywszy jeszcze bardziej swe paskudne, sięgające uszu kły, sięgnął po topór, a jego dwaj koledzy poszli za jego przykładem.
Kiyuku,
- Spieprzaj. - rzucam, po czym nie zważając, co robią, chcę wejść do baru, by poszukać towarzyszy. Jeśli nie obędzie się bez walki, staram się cofnąć, by mieć za plecami mur.
Wiktul,
Wyglądało na to, że nikt cię nie śledził. Patrzyłeś w kierunku, z którego przyszedłeś, jednak nie dostrzegłeś nikogo bardziej podejrzanego, niż mieściłoby się to w granicach normy. Można wobec tego wejść...
- KwikChrumCharkKwik!
Popchnięcie w plecy.
- KwikKwik! ChrumChark-Kwik!
Odwróciłeś się. Gammoreanie. Oczywiście trzech. Oczywiście uzbrojeni w gigantyczne topory, pały i blastery.
- Chrum!Kwik! - rechotrechotrechtot.
I oczywiście najgrubszy i najbrzydszy z nich bardzo wyraźnie coś do ciebie (k)fikał.
Kiyuku,
Rozglądam się za inkwizytorami, czy przypadkiem nie idą za mną, jeśli nie, to wchodzę to środka, szukając wzrokiem towarzyszy. Jeśli idą za mną, to czekam chwilę na zewnątrz, mając nadzieję, że się oddalą.
Wiktul,
Odeszliście od stoiska, nurkując w tłum i płynąc przez niego, powoli, mozolnie zmagając się z jego nurtem. Zauważyłeś jednak dwie niepokojące rzeczy. Pierwsza - Makankos zniknął. Druga - Inkwizytorzy, miałeś nadzieję, że przypadkowo, idą kierunku zbliżonym do waszego.
Niewiele myśląc odbiłeś w bok, odłączając się od Nikla i Kaileen, którzy popłynęli dalej, niesieni tłumem.
Szybko straciłeś ich z oczu, bo uliczka, która - jak pamiętałeś - prowadziła do baru, była dość kręta i raz po raz rozgałęziała się na różne strony. Teoretycznie nie powinieneś zgubić się tu w biały dzień, jednak sprawdzając co chwila, czy nikt cię nie śledzi, idąc pośród budynków, które wydawały się jednakowo niechlujne i generalnie, pomimo różnic w konstrukcji, jednakowe, nie mogłeś w pełni skupić się na odnalezieniu kierunku.
Jedyną wskazówką do tej pory były napotykane przez ciebie szemrane typy, reprezentujące różne rasy. Wydawało się logiczne, że takie ich nagromadzenie może być powodowane jedynie bliskością huttowej pijalki.
Kiyuku,
- Cholera. Rozdzielamy się. Spotkamy się przy barze. - mówię szybko, po czym zakładam na głowę kaptur nowo zakupionego płaszcza. Nie jakieśtam cudo, zwykły płaszcz, tylko że w jasnych kolorach - wychodzenie na tatooińskie słońca w czarnym płaszczu to samobójstwo. Idę w stronę przeciwną do baru, tak, że jeśli wyjdę za zakręt, i inkwizytorzy stracą mnie ze wzroku, zdejmuję płaszcz, i wracam się w stronę baru.
Wiktul,
Niklo poszedł za przykładem twoim i Kaileen, również zaczął rozglądać się wśród szerokiego wyboru towarów Ithorianina. Nie do końca nadążałeś za jego gulganiem, lecz z ogólnego tonu dało się wyczuć jego jak najbardziej pozytywne zamiary.
Oferta była naprawdę bogata. W sumie trudno się dziwić, bo o ile Tatooine poza piachem i gorącem oferowało przybyszom przede wszystkim niezmierzone pokłady złomu wysokiej bezużyteczności, w którego dystrybucji celowali Jawowie, o tyle trudno o lepsze miejsce do handlu ochronną i środowiskową odzieżą.
Miałeś tu praktycznie wszystko - ozdobne, wytworne szaty wyjściowe rozmaitych krojów, przystosowane do potrzeb i rozmiarów kilku różnych ras, tkane w rzadkiego materiału wytwarzanego przez dziwne pajęczaki z Krain Cienia, lekkie i przewiewne płaszcze, koszule i peleryny, w większości stanowiące różne modele popualrnego wśród miejscowych ubioru, włochate, grube kożuchy z futra banth, rzekomo doskonale izolujące ciepło i trzymające temperaturę w nocy. Wszystko to, zależnie od jakości i właściwości, Ithorianin oferował wam od kilkudziesięciu do kilkuset kredytów. Na koniec zaś z osobnego plastalowego pojemnika zamykanego na magnetyczny zamek, wyjął prawdziwe cudo - pozornie zwykły, ciemnobłękitny płaszcz z kapturem, który - jak pokazał Nautolaninowi, rozchylając podszewkę - składał się w dużej mierze z różnych układów scalonych, zapewniającą idealną termoregulację, zależnie od fizjonomii nosiciela, chłonąc lub izolując wilgoć do ciała, a nawet, przy skrajnym przegrzaniu lub wychłodzeniu, podtrzymujący procesy życiowe. Jedyne 1000 kredytów.

Nautolianin popatrzył na swoją kartę kredytową, na której znajdował się cały jego dorobek. Ze względu na gogle nie mogłeś zobaczyć błysku w jego oczach, ale delikatne zawirowanie Mocy zdradziło ci jego emocje. Pokazał Ithorianinowi, że chce ten płaszcz. Próbował się jeszcze potargować o niego, ale bez użycia Mocy, zaś przy barierze językowej było to jeszcze trudniejsze. Koniec końców, zapewne dla zasady i z wrodzonej życzliwości, Ithorianin opuścił cenę o sto. Niklo przymierzył nowy zakup i podał ci swoją kartę.
- Co zostało, to na was. Z Makankosem dogadajcie się co do broni. Doradzi wam co najlepsze do waszych stylów i pomoże wybrać broń która się nie rozpadnie od razu.

[ Ilustracja ]

Chciałeś odpowiedzieć, że już załatwiłeś sobie broń, lecz zamarłeś z dość głupio otwartymi ustami. Niklo też drgnął, podobnie, jak Kaileen. Wszyscy odwróciliście się w stronę alei, sami nie wiedząc, czego dokładnie szukacie. Nie musieliście jednak szukać długo. Nie znaliście wielu osobników, którzy byliby na tyle durni lub pretensjonalni, by w czterech przepychać się niewzruszenie przez napierający tłum, spowici od stóp do głów w czarne, zakonne szaty z głębokimi kapturami i szkarłatnymi wstawkami, i to w samo tatooińskie południe.
Kiyuku,
- Walczyłem podczas wojny jako uczeń. Do tego od czasu do czasu misje. Nic specjalnego. - wzruszam ramionami, po czym rozglądam się za Kaileen. Następnie patrzę na stoisko, przy którym stoimy. Jakiś płaszcz by mi się przydał.
Wiktul,
Rozejrzałeś się odruchowo, lecz Trandoshanin był najwyraźniej zajęty umieraniem z nudów parę stoisk dalej, podczas gdy stojący naprzeciw Mandalorianin stawał na głowie, udowadniając niezawodną jakość swego śmiercionośnego arsenału. Sądząc po wyjątkowo niechlujnej postawie i założonej charakterystycznie w poprzek piersi jednej ręce, Makankos nie był pod wrażeniem.
- Eh, nie sądzę by w coś się pakował. Ta jaszczurka jest twarda i opanowana. Nie wiem czy to kwestia jego rasy, czy jego samego, ale nie wpadnie od tak w tarapaty. Prędzej bym się tego spodziewał po was. Ile czasu spędziłeś poza świątynią? - Ostatnie zdanie wypowiedział ciszej. Niklo równocześnie zaczął przeglądać dostępne płaszcze
Kiyuku,
- Jak debil. - podchodzę do Nautolanina, i walę prosto z mostu. Cóż, bo wygląda jak debil.
- Nie widziałeś gdzieś reszty? Mam nadzieję, że Makankos nie wdał się w jakąś burdę, przez którą będziemy znowu uciekać.
Wiktul,
Istotnie, po krótkiej, acz mocno nietreściwej wymianie zdań, żołnierz pozostawił Ithorianina jego sprawom i, wyminąwszy ciebie chyba nieświadomie, wmieszał się w tłum. Tymczasem tuż obok dziwny osobnik w masce kryjącej całą twarz od nosa w dół oraz goglach obejmujących niemal całą górną część twarzy, stanął tuż obok ciebie i zapytał sprzedawcę:
- W jakiej cenie są płaszcze wielośrodowiskowe? Najlepiej takie z kapturem. - Nie od razu i nie bez trudu poznałeś po sylwetce i reszcie ubioru oraz wyposażenia, że to Niklo. Przyglądał się asortymentowi, zastanawiając się, co wybrać. Obrócił się na chwilę do ciebie. - Hej <wdech, wydech> i jak <wdech, wydech> wyglądam? <wdech, wydech>
Kiyuku,
[Napisałem już wcześniej, ale chyba zapomniałem klinkąć "Napisz" ]

Staram sie zachowywać naturalnie jak na gościa, który przyszedł tu tylko kupić kilka rzeczy. Mam nadzieję, że nikt nie zauważy, że osoba, której szuka szturmowiec, jest zaraz za nim. Idę w stronę Nikla, mają nadzieję, że nikt mnie nie rozpozna.
Wiktul,
Przy stoisku z bronią spędziłeś nieco więcej czasu, niż planowałeś, a to ze względu na ideologiczny pojedynek między chęcią kupienia jak najlepiej i wydania jak najmniej. Koniec końców stwierdziłeś, że twoje zdrowie i życie nie są warte oszczędności na mocno niepewnym orężu, dlatego też pożegnałeś sprzedawcę lżejszy o 600 kredytów, za to cięższy o kilka memłanych w ustach przekleństw i przyzwoity wibromiecz z najmocniejszą dostępną baterią i ostrzem z verpińskiej stali.
Podchodząc do stoiska z ubraniami, stanąłeś za plecami szturmowca, który był tam przed tobą. Najwyraźniej miał do pogadania ze stojącym po drugiej stronie straganu Ithorianinem.
- ... ał pan może gdzieś w pobliżu tego osobnika? Proszę się przyjrzeć.
Zerknąwszy mu przez ramię zobaczyłeś podręczny holoprojektor, na którym wyświetlał małą sylwetkę mężczyzny, człowieka. Ithorianin wyciągnął swoją długą szyję, by przyjrzeć się zgodnie z prośbą, ty też przyjrzałeś się nieproszony. Cholera, naprawdę tak źle wyglądasz w tej fryzurze?

[Dodano po 5 dniach]

[Kijuiju? ]
Kiyuku,
Ruszam za Kaileen. W tych ciuchach przyciągałbym tylko niepotrzebną uwagę. Po drodze zachodzę tylko na chwilę, do straganu z bronią białą. Jakieś wibroostrze zadowoliłoby moje gusta - bądź co bądź, kiedyś przestaniemy udawać, że nie jesteśmy Jedi, a do tego czasu nie ma co wybrzydzać i wydawać pieniędzy na broń, którą i tak później zniszczę. Kupuję najzwyklejszą broń, po czym dołączam do Kaileen, by kupić jakieś ubrania.
Wiktul,
Uradziwszy co zrobić ze swoim zaopatrzeniem oraz wydając jednomyślny wyrok w sprawie tutejszych napojów wyskokowych, zebraliście się bez dalszego mitrężenia i wyszliście z powrotem w suchy, duszny, kleisty żar tatooińskiej ulicy. Wpływając w nurt standardowych gwarów, harmidru, okrzyków i kłótni, dźwięków z dziesiątek nieznanych narzeczy i języków, mutowanych niezliczoną ilością indywidualnych slangów, poczuliście się bardziej anonimowi niż w godzinach szczytu głównych arterii powietrznych na Coruscant. Nie dając się rozdzielić napływającemu tłumowi szybko przedostaliście się w pobliże straganów z zaopatrzeniem - bronią, żywnością, amunicją, pancerzami, ubraniami, elementami wyposażenia statków i masą innych, bardziej lub mniej pokrewnych towarów, prezentujących sobą różny stopień jakości i użyteczności (lub generalnego ich braku). Tym co pomimo wszystko nie umknęło waszej uwadze była większa niż zazwyczaj ilość Szturmowców w najbliższej okolicy - rozpływających się w upale na rogach alejek, kryjących się w cieniu przed skwarem lub wzrokiem, lustrujących tłum leniwymi ruchami głowy, dwuosobowych patroli toczących beznadziejny bój z żywą, płynącą w przeciwstawnych kierunkach masą. Mimo wszystko zdawało się, że nikt nie robi sobie nic wielkiego z ich obecności. Może więc i wy nie powinniście?

Doszliście do kolejnej alei targowej i rozeszliście się po straganach, każdy za swoimi potrzebami, choć tak, by pomimo tłoku w miarę możliwości mieć pozostałych w zasięgu wzroku. Tymczasem na straganach panował radosny chaos. Sąsiadowały ze sobą stoiska pełne blasterów i broni palnej najróżniejszych kształtów i konstrukcji, stragany gnące się od ciężaru zgromadzonej na niej żywności, miejscowych specjałów o niewymawialnych dla ciebie nazwach i przeznaczeniach równie tajemniczych, co małokalibrowe samoróby sprzedawane na poprzednim stoisku. Czułeś wyraźnie ostry zapach przypraw, suszonego mięsa i niemal gotujących się w skwarze owoco-warzyw, o przedziwnym, średnio zachęcającym wyglądzie. Nieco dalej dostrzegłaś Makankosa, który spacerując bez wyraźnego celu w przeciwnym do twojego kierunku, obdarzył wyjątkowo pogardliwym spojrzeniem spalonego słońcem Mandalorianina, który zachwalał na głos swoje pancerze. Niklo ruszył w stronę Kel Dora sprzedającego rozmaite maski, gogle, osłony na twarz, kaski, hełmy i tym podobny asortyment, Kaileen w przeciwną, ku Mandalorianinowi oraz stoisku z dziwnymi ubraniami. Co i rusz byłeś potrącany, mijany lub przepychany przez kogoś lub coś, co stanowiło tutejszą klientelę, do której zaliczali się również żołnierze Imperium.
Kiyuku,
- Można by teoretycznie kupić wibroostrza, byłyby sądzę dla nas lepsze. Jeśli już wszystko załatwiliśmy, chodźmy stąd. Niepodoba mi się to miejsce.
Wiktul,
- Potraficie korzystać z jakiejś innej broni? - zapytał niepewnie Niklo. - Z Mieczami będziecie nadal przypominać Jedi w walce. Powinienem mieć jeszcze jakieś odłożone pieniądze. Wy nie powinniście korzystać ze swoich funduszy operacyjnych Jedi. Zapewne można je namierzyć. Nie jest może tego dużo ale na kilka blasterów i ubrania powinno starczyć. Coś jeszcze?
Kiyuku,
- To nie jest zły pomysł. - kiwam głową. - Walczyć potrafimy, myślę, że gdybyśmy powiedzieli, że stuknęliśmy paru Jedi i dzięki temu mamy miecze jakośby to przeszło. Chociaż dalej wzbudzało to podejrzenia, ale cóż, w takim razie, zostaje nam załatwić sobie jakieś blastery.
Wiktul,
- Kyle, on nie jest po naszej stronie. - Nautolianin wypowiedział to bardzo zimnym i poważnym głosem. - To co on zrobił to nie jest postępowanie jedi. Żadne cele nie usprawiedliwią tego wszystkiego. Harlan kroczy bardzo mroczną ścieżką i trzeba będzie go powstrzymać. Nie wiem tylko jak i jaką rolę dla nas zaplanował. Niestety nie mamy żadnych tropów. Chyba, że do sitha dredziarza. Był na planecie przed tym wszystkim, być może ktoś go zna. Miał towarzyszy najemników. Nim jednak zaczniemy gonić za ziarenkami piasku warto byłoby to przemyśleć a potem przebrać się i zaopatrzyć. Wasze zdanie?
- Jak zamierzasz wypytywać o dredziarza? Przecież nie podamy się za najemników i zaczniemy wypytywać innych naokoło?...
- Kaileen zawiesiła głos. - Chociaż... to nie musi być zły pomysł... Skoro i tak nie mozęmy być jedi, to zróbmy z siebie najemników. I jako tacy popytajmy tu i ówdzie. Jako biedni ludzie potrzebujemy zarobku i chcielibyśmy go zdobyć z różnych źródeł.
Wczytywanie...