O tak, brakuje tylko Strefy 51 i można snuć kolejne

Poza tym to fakt, całe opowiadanie jest jedną wielką teorią spiskową. Nie taką stricte, ale taką quasi, powiedzmy.
[Dodano po 19 dniach]
Przepraszam, że to trwało tak długo, ale jest - oto zakończenie zamieszczonego tutaj opowiadania.
V
Aribeth maszerowała na czele swoich wojsk i chociaż otaczała ją zgraja wojowników, czuła się tak, jakby szła całkiem sama. Maugrim zniknął gdzieś na tylnych szeregach, wśród ludzi ze swojej sekty – Aribeth nie była jedną z nich, wolała więc nie towarzyszyć w ich naradach. Z resztą Korothir był straszny, gdy do nich dochodziło: miotał się jak oszalały czart, plując śliną na lewo i prawo i wymyślając na swych ludzi. Podobno szło im źle, bardzo źle. Podobno stracili kolejne Słowo Mocy. Ale Aribeth na tym nie zależało, nie zależało jej na niczym, byleby nieść ogień przez ziemie, nieważne czyje, nieważne dla kogo, ważne, żeby palić i mordować. Niszczyć marzenia innym. Niszczyć wszystko, co stanie na drodze, a w tej chwili na drodze dla wielotysięcznych armii stała mała osada, Port Llast, mieścina, którą opuścili wszyscy ci wielcy i dobroduszni władcy, którą zostawili na pastwę Czarnej Lady, nie kwapiąc się nawet, aby ewakuować jej mieszkańców.
*
Dolvin spojrzał badawczo na Falvicka.
– I co, chcesz mi powiedzieć, że jesteś w stanie sam otoczyć Llast tym… Mythalem, tak?
– Elminster powiedział mi, jak to zrobić – odparł tamten. – W zasadzie nie wiem, dlaczego to zrobił, wciąż nie do końca rozumiem. Nie uczył mnie swojej magii, nie uczył mnie w zasadzie żadnej innej magii, tylko te cholerne Mythale. W pewnym momencie miałem już ich niewysłowienie dość – zaśmiał się krótko, po chwili zaś podjął wątek. – Ale chociaż powiedział, jak to działa, ja nie wiem, czy byłbym w stanie utrzymać taki pobór energii magicznej w pojedynkę.
– Skąd więc weźmiesz innych magów? – dopytywał się Dolvin ciekawie; Falvick wstał ze swojego fotela i podszedł do drzwi frontowych chatki.
– Oni już tu są – powiedział.
Z cienia wyłoniło się kilkunastu zakapturzonych czarodziei, wszyscy ubrani pod krwistoczerwony kolor. Jeden z nich podszedł do Falvicka i wymienił z nim twardy uścisk dłoni. Następnie zaś, ku zdziwieniu Dolvina, uścisnęli się obaj serdecznie.
– To mój stary przyjaciel – wyjaśnił elf – Red Flame. Chociaż właściwie to tylko jego pseudonim, który nadali mu bracia z Thay – z resztą trudno się im dziwić – bo naprawdę nazywa się Flip.
– Flip? – zaśmiał sięDolvin.
– Ano, Flip – potwierdził Falvick z uśmiechem.
– Doprawdy, nie musiałeś mu tego mówić – zaczerwienił się w dziwny sposób mag, a jego twarz niewiele teraz odbiegała barwą od szaty. Pozostali czarodzieje nie dali po sobie w żaden sposób poznać, żeby imię ich wodza w jakikolwiek sposób ich bawi.
– Niezbyt to epickie imię, sam chyba przyznasz? – kpił gładko Dolvin, patrząc na szkarłatne szaty maga.
– Cieszę się, że poznałeś już niezbyt epickie imię, wkrótce zaś możesz poznać niezbyt epicką śmierć – na przykład w świńskim chlewie – odciął się groźnie Red Flame, a w jego oczach błysnęła żądza mordu, uczucie doskonale znane większości czarodziei z Thay, ale Falvick powstrzymał go delikatnie.
– Nie czas na te niesnaski, stary druhu, mamy miasto do uratowania – powiedział.
– Zaskakujące jest dla mnie, że jakikolwiek Thay’anin chciałby ratować obce i nieznaczące nic dla niego osady – stwierdził Dolvin z przekąsem.
– To dlatego, że nic o nas nie wiesz – odparł mag. – Nic nie wiesz o mnie: ja zawsze spłacam zaciągnięte długi.
*
– Mój kochany – zaczęła słodkim tonem Nyfitis – oto Garius.
Arklem spojrzał na niego swymi martwymi oczami w ziejących pustką oczodołach.
– Garius? – zapytał zaskoczony. – A po co mi jakiś tam Garius?
Byli w odosobnionej jaskini poza Luskanem, w miejscu, gdzie Arklem i Nyfitis schronili się przed gniewem Maugrima. Garius stał na uboczu, z trochę głupim, acz pewnym siebie i zadziornym uśmieszkiem.
– Przecież chcesz odzyskać Piątą Wieżę, prawda? – zapytała Nyfitis. – On może ci to umożliwić.
– Mówiłaś, że Korothir obłożył budynek zaklęciami niepozwalającymi mi wejść do środka, mówiłaś, że możesz je złamać, a ty tymczasem przyprowadzasz mi jakiegoś…. chłystka?
– Szybko przekonasz się, że nie jestem chłystkiem – przemówił Garius; głos miał wyjątkowo zimny i nieprzyjemny, tak zimny i nieprzyjemny, że nawet demonica wzdrygnęła się, gdy go usłyszała.
– Tak? – rzucił z kpiącym tonem Arklem. – A w jaki sposób możesz mi pomóc? Co możesz dla mnie zrobić? Powiadam: dla mnie, nie dla siebie, bo coś czuję, mały krętaczu, że nie powinienem ci ufać.
– Pozwól, że do ciebie podejdę i powiem ci na ucho, cóż takiego mogę zrobić – odparł zimno Garius.
Arklem zawahał się i spojrzał mimowolnie na Nyfitis. W mig zrozumiał, że go zdradziła i sprowadziła tego głupca, żeby się go pozbyć. Zastanawiał się tylko, jak mogła być taka głupia? Przecież jest liczem, i to potężnym… czy ona nie rozumie, że zabezpieczył się przed śmiercią, uwiezieniem, ogłupieniem i czymkolwiek, co tylko może na niego spróbować ściągnąć?
Przemogła w nim ciekawość: pozwolił Gariusowi podejść i dał mu znak skinieniem ręki, następnie zaś nadstawił ostentacyjnie lewą część czaszki, tę, gdzie powinno być lewe ucho, czekając na rzekome informacje od Gariusa.
Ten wnet ruszył w jego stronę. W głowie brzmiały mu słowa Nyfitis: „pozwoli ci się do siebie zbliżyć, jest zbyt ufny w swoją potęgę, zbyt ciekawski. A wtedy zabij, zabij tym sztyletem, który dał Ci Król Cieni! Zabij i pamiętaj, że masz tylko jedną szansę – sztylet może wchłonąć tylko jedną duszę, nim wróci do swego pana”.
Garius podszedł pod samo oblicze Arklema i spojrzał mu bez strachu w oczy, a potem nachylił się i szepnął:
– Wiem, co pomoże ci się dostać do Piątej Wieży.
– Cóż takiego? – odrzekł licz szeptem.
– Tylko Nyfitis mogłaby to zrobić, ale ona chce cię widzieć martwym.
– Cóż za niespodzianka – zaśmiał się Arklem. – A mówisz mi to, ponieważ próbujesz się wkupić w moje łaski? Marna próba, już dawno wiedziałem, że ona będzie próbować mnie zdradzić.
– Nie, nie dlatego ci to mówię – odrzekł z pogardą w ustach Garius. – Mówię ci to, ponieważ wiem, że nie stanowisz żadnego zagrożenia. Ty nie, ale ona… Dlatego właśnie postanowiłem, że popastwię się trochę nad tobą i upewnię się, że wiesz, że wraz z jej śmiercią stracisz jedyną szansę na powrót do Wieży.
– Z jej śmiercią? – wyjąkał zaskoczony licz, ale Garius już go nie słuchał: odwrócił się na pięcie i cisnął sztyletem, o ostrzu czarnym jak cień, prosto w serce Nyfitis. Metal przebił niezawodnie jej pierś, demonica zaś jęknęła tylko cicho; jej ciało osunęło się martwo na podłogę. Trudno było powiedzieć, co się z nią stało, ale jedno można było powiedzieć z pewnością: była martwa od zadanej rany, choć nie wypłynęła z niej ni kropla krwi, jakby ten sztylet pożarł jej duszę i zmielił ją na papkę albo przynajmniej wygnał ją na zawsze z Pierwszego Planu, następnie po prostu znikając gdzieś w ciemnościach.
Arklem wściekł się potwornie – Nyfitis była mu potrzebna, chociaż więc wiedział, że chce go zdradzić, planował uwięzić ją i wykorzystać, aby dostać się do Piątej Wieży. A teraz wszystko przepadło.
– Giń, głupcze! – wrzasnął, wskazując palcem na Gariusa.
Ale nic się nie stało – łyso ogolony zabójca Nyfitis uśmiechał się
dalej pogardliwie. To zaskoczyło Arklema: postanowił zabić natręta wyładowaniem błyskawic: gdy rzucił zaklęcie, elektryczny strumień tylko odbił się od sylwetki Gariusa i uderzył z impetem w Arklema, zwalając go z nóg.
– Masz do czynienia z potęgą, której nie rozumiesz – powiedział Garius, gdy Arklem podniósł się ciężko na nogi. – Odejdź i nigdy nie wracaj, bo nie zdołasz już wejść do Piątej Wieży.
Licz wiedział, że człowiek ma rację.
– Jeszcze się policzymy – zacharczał.
– Nie – zaśmiał się Garius. – Już nigdy więcej się nie spotkamy.
*
Gdy Czerwoni Czarodzieje ustawiali się na pozycjach, przygotowując się do rzucenia Mythalu, Dolvin postanowił dowiedzieć się więcej o Flipie.
– Jak to się stało, że zaprzyjaźniłeś się Czerwonym Czarodziejem? – zapytał Falvicka, zajętego instruowaniem magów co do szczegółów zaklęcia.
– Uratowałem mu kiedyś życie… długa historia – odparł elf.
– A skąd on się tu wziął teraz?
– Nasher wynajął go, aby zabił Aribeth, ale on postanowił najpierw wpaść do mnie. I niech dzięki będą Mystrze, bo bez niego nie zdołalibyśmy rzucić zaklęcia.
– Lord Nasher wynajął płatnych zabójców? – zdziwił się Dolvin.
Falvick wyszczerzył równe zęby.
– Jest wiele rzeczy, o których nie masz pojęcia, wiele brudów należących do Nashera. On nigdy nie był czysty, dlatego twoja matka odeszła z Portu Llast. W końcu – Nasher to przecież jeden z nas. A powiedz, kiedy poszukiwacze przygód byli czyści jak łza?
– Moja matka? – podłapał Dolvin. – Wiesz coś o mojej matce?
– Spotkałem ją kiedyś, wiele lat temu – odparł wymijająco elf, nie patrząc w oczy człowiekowi; ton jego głosu sugerował, że zapędził się w komunikatach i powiedział coś, czego teraz żałuje.
– Gdzie? – zapytał cicho Dolvin; Falvick milczał. – Gdzie ją widziałeś? – powtórzył z naciskiem. – Muszę to wiedzieć, musze wiedzieć, dlaczego odeszła… Gdyby nie odeszła…
– Wiem, wiem – przerwał mu elf. – Twój ojciec wciąż by żył, a twoje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, szlachectwo, służba Neverwinter, wszystko byłoby zupełnie inaczej, pamiętam…
– Gdzie ją widziałeś? – prawie krzyknął Dolvin.
– Rashemen – wyszeptał po bardzo długiej chwili ciszy Falvick. – To było w Rashemenie.
– Miejmy nadzieję, że twoi Czerwoni Czarodzieje nie zawiodą, Luskan się zbliża – rzucił Dolvin, jakby tego nie dosłyszał. Falvick był pewien, że dosłyszał.
*
Aribeth spojrzała na małą osadę przyklejoną do portu rybackiego. Objęła wzrokiem cały Port Llast.
– Naprawdę, szkoda, żebyśmy całą naszą armią atakowali te zadupie – powiedział Maugrim; wyłonił się nagle z szeregów zbrojnych jak wąż z podściółki leśnej.
– Zajmij się lepiej swoimi Słowami Mocy – odparła krótko Lady.
– Słowa… Właśnie z ich powodu powinniśmy przyspieszyć marsz na Neverwinter – odparł Maugrim; o dziwo, był spokojny i jakby zmęczony, mówił zaś cicho i prawie niewyraźnie. – Gend wysłał ostatnie ze Słów do zamku Never, my mamy tylko jedno.
Nagle Aribeth poczuła, że ma dość, dość wszystkiego, a zwłaszcza Maugrima i jego biadolenia, jego Słów Mocy, jego Moragi, jego nadziei na wspaniałe zwycięstwo.
– Ruszaj więc przodem – powiedziała. – Ja i… powiedzmy, setka moich ludzi zostaniemy tutaj i sami spalimy Port, jako ostrzeżenie dla Neverwinter. Później dościgniemy ciebie i twoje armie.
Maugrim spojrzał na nią żywo, ale nic z początku nie powiedział.
– Świetnie – rzucił w końcu. – Tylko się pospiesz.
*
Kulminacyjny punkt historii rozegrał się zasadniczo bardzo szybko. Tak czasem bywa: gdy wydaje nam się, że oczekiwanie na coś trwa wiecznie, kiedy już to nadejdzie, dzieje się szybko i niespodziewanie kończy. Takie wrażenie także miał Dolvin i tak właśnie całość zapamiętał.
Na początku uderzył w niego szok i niespodziewana nadzieja: zaskoczony obserwował, jak luskańskie armie ruszyły pospiesznie w kierunku Neverwiner, nie zwracając najmniejszej uwagi na malutki Port Llast. Mieszkańcy wioski – ci, którzy w swej naiwności zostali w niej, pomimo że wiedzieli, iż zbliża się wroga armia – zaczęli wrzeszczeć uradowani. Wtedy z mroków nocy – bo była już noc, gdy to się stało – wyłoniła się Aribeth i jej jeźdźcy. Dolvin ocenił ich ilość na około setkę. Skrzyknął swoją straż przyboczną – liczyła trzynastu rycerzy na rączych wierzchowcach – Nevalle’owi kazał schować się do jakiejś chaty. Nim ruszył na Aribeth, usłyszał okrzyk Falvicka: „daj nam trochę czasu, potrzebujemy jeszcze trochę czasu, żeby rzucić Mythal”. Więc dał.
Sam nie dosiadał wierzchowca, ale to nic – Aribeth także prowadziła swych wojów pieszo, a Dolvin tylko z nią zamierzał mierzyć się w pojedynku. Trzynastu dzielnych rycerzy, którzy zostali przy Dolvinie i nie wrócili do Neverwinter, z odwagą i impetem rzucili się na setkę ludzi Aribeth. Wiedzieli, że czeka ich śmierć. Ale byli na nią gotowi. Tej nocy wszyscy w Porcie Llast byli na nią gotowi.
Dolvin zawzięcie pojedynkował się z Aribeth. Cieli się oraz parowali i – podobnie jak w wcześniej, podczas tamtej feralnej, walnej bitwy – ani jedno, ani drugie nie mogło zwyciężyć.
Tym razem jednak nie było w pobliżu maga, który powstrzymałby ich ostrza, walczyli więc do upadłego. Walczyli długo. W końcu Dolvin poczuł, że miecz zaczyna mu ciążyć. Zrozumiał, że właśnie nadchodzi ta chwila – chwila jego śmierci. Jeszcze jeden desperacki zryw i będzie po wszystkim. Oby Falvick zdążył dokończyć zaklęcie. Zdążył, tylko że jego skutek był inny niż zakłada, ale rycerz o tym nie wiedział, nie słyszał wyładowania błyskawic, nie słyszał jęków umierających: zaatakował wściekle po raz ostatni i ku jego ogromnemu zdziwieniu – którego nie okazał jednak po sobie – przełamał paradę Aribeth, zwalając ją, wycieńczoną, z nóg.
Dolvin przyłożył miecz do jej gardła i rozejrzał się po polanie przed wjazdem do Portu, na której walczyli: jego ludzie już dawno leżeli w kałużach krwi, martwi, a setka Aribeth – uszczuplona o kilku jeźdźców – otaczała go zwartym kręgiem, przyglądając się pojedynkowi swojej dowódczyni z ciekawością – wiedzieli, że nawet jeśli Dolvin pokona Lady, zwycięstwo i tak należy do nich.
– Zabij mnie – wyszeptała Aribeth, patrząc mu w oczy. – Skończ to, a potem pozwól mym ludziom, aby zabili ciebie. Inaczej nie może być.
– Może! – krzyknął ktoś poza okręgiem rycerzy Luskanu. To był Falvick.
Luskańczycy rozstąpili się przed nim – Dolvin nie wiedział dlaczego, mogli go przecież na miejscu zabić, oni zaś pokornie zrobili mu przejście i pozwolili wejść do środka: może to te jego spojrzenie, tak, to mogło być te spojrzenie: tliło się w nim coś nieokreślonego, jakby potrzeba śmierci, jakby świadomość porażki.
– Zawiodłem, bracie – powiedział elf, gdy znalazł się obok dyszącego ze zmęczenia Dolvina. – Mythal nie powstał, a magia – moja magia – zabiła w wyładowaniu wszystkich magów Red Flame’a – przeżył tylko on sam. Elminster uczył mnie, jak to zrobić, ale ja zawiodłem, nie umiałem…
– Ciszej, głupcze, nie mów tego przy nich – syknął Dolvin przezornie.
– Daj spokój, co za różnica? – zaśmiał się Falvick. – Przecież i tak już jesteśmy martwi. Zabierz te żelastwo z jej szyi – dodał po chwili; Dolvin ani drgnął.
– Chcesz zginąć za tego mordercę mego brata? – zapytał elf. – Chcesz umrzeć sam, opuszczony przez wszystkich? Nawet przez niego… Zostawił cię tutaj, tylko z trzynastoma rycerzami… Zależało mu na tobie, jasne, Flame opowiadał mi o tym. Gdy Nasher usłyszał, że żyjesz, poczuł ulgę, ale gdy się dowiedział, że zostałeś w Porcie… Wściekł się. Nie mógł zrozumieć, dlaczego ktoś taki jak ty miałby umrzeć w takiej dziurze. I za co: za kilka brudnych chałup i ich mieszkańców! Przecież toczy się wojna o całe królestwo! Trzeba wybierać, podobno mamrotał, trzeba wybierać. Mniejsze zło, te sptawy. Dolvin milczał, stał pewnie na nogach i nie opuścił miecza, chociaż słowa Falvicka zachwiały jego pewnością: wiedział, że elf nie kłamie, czuł to.
– Nie opuścisz? – zapytał elf jeszcze. – Dobrze, więc zrobię to za ciebie.
Uczynił szybki gest dłonią – mieczy wyskoczył z ręki rycerza i wbił się w trawę nieopodal. Lady Aribeth wstała powoli i podniosła swoje ostrze, ale nie patrzyła już na Dolvina – wpatrywała się w Falvicka.
– To ty… – wydukała. – To ty…
– To ja – potwierdził elf. – To ja, Aribeth. Fenthick.
– Fenthick? – zapytała z dziwnym szaleństwem w głosie; wydawało się, że traci resztki rozsądku, że znikają razem z jej człowieczeństwem gdzieś ciemnościach, sącząc się w trawę. – To naprawdę ty, Fenthicku?
– To ja – potwierdził Falvick – przecież zawsze potrafiłaś odróżnić mnie od mego złego brata.
– Taak – wyszczebiotała wesoło – zawsze. Czekałam tak długo, aż znów do mnie przyjdziesz, kochany.
– Czekałaś na mnie? – zaśmiał się elf. – Nie, nie czekałaś. Zobacz, czego dokonałaś. Zobacz, czego jeszcze dokonasz. Nie za to zginąłem tam, w Neverwinter.
– Nie, ale… Ja nie mogę… nie mogę się cofnąć.
– Nie możemy więc być razem. Już nigdy.
– Ale ja tak cię kocham.
– Nie kochasz mnie i nigdy nie kochałaś. Jedyne, co tak naprawdę tliło się w twoim sercu, to chorobliwa potrzeba, aby być bliżej czegoś nieuchwytnego, aby nadać sobie znaczenia i wielkości. Nic więcej.
– Nieprawda! – krzyknęła Aribeth, wyglądała w tym mroku jak krnąbrna dziewczynka, której ktoś próbuje wmówić, że ukradła cukierki z szafy matki.
– Odejdź więc i zostaw Port Llast w spokoju – zasugerował Falvick.
– Nie mogę. Port musi spłonąć.
Zamilkli oboje, ale Dolvin czuł wyraźnie, że dalej się komunikują, jakby nie za sprawą słów, ale za sprawą myśli, jakby już więcej nie potrzebowali mowy. Trwało to dobre dziesięć minut, w końcu zaś Falvick przemówił:
– Albo to, albo… wiesz, co musisz zrobić.
Wyciągnął szeroko ramiona i wpatrzył się w zmęczoną i brudną twarz Aribeth.
– Wiem – powiedziała i z impetem wbiła swój miecz w pierś elfa, aż zgruchotały mu kości kręgosłupa. – Żegnaj Fenthicku, teraz pozostała mi już tylko śmierć.
Falvick zwalił się głucho na ziemię: trząsł się i pojękiwał cicho, dopóki życie nie wypłynęło z niego i nie wsiąkło razem z krwią w trawę.
Nastało milczenie; Dolvin z osłupieniem wpatrywał się w martwego elfa. W końcu ciszę rozdarł głos porucznika Luskanu:
– Lady, co mamy teraz zrobić? – zapytał.
– Co? – wyglądała, jakby wyrwał ją z zamyślenia. – Odchodzimy. Port Llast zostawiamy w spokoju.
– Jak to? – zakwiczał oficer.
– Nie kwestionuj tego, co mówię – krzyknęła; jej wzrok padł na Dolvina: niespodziewanie przypomniała sobie o jego obecności. – Ty… – powiedziała, patrząc mu w oczy – ty także możesz odejść.
Skrzyknęła swoich ludzi i ruszyła natychmiast w drogę, pozostawiając Port Llast nietknięty. Wtedy to Dolvin zobaczył ją po raz ostatni. Później, w licznych historiach, słyszał, że jej wojska zostały pokonane w decydującej bitwie o duszę Neverwinter. Sam jednak tej bitwy nie widział, podobnie jak nigdy już nie ujrzał Klejnotu Północy. Co się zaś tyczy Portu Llast: podobno Aribeth wyprowadziła oddział, z którym miała spalić tę wioskę, w Knieję Neverwinter, tam zaś wszyscy w niewyjaśnionych okolicznościach ponieśli śmierć. Nikt nie wie, w jaki sposób, być może nie wiedziała tego także sama Lady – ale gdy wróciła do armii Maugrima, wróciła tam w pojedynkę.
*
Wrota Piątej Wieży otwarły swoje podwoje przed odzianym w czarne, luźne szaty mężczyzną o ogolonej głowie i złych oczach. Portier Tajemnego Bractwa – mag, który miał witać nowoprzybyłych gości pod nieobecność Pana Piątej Wieży – z drżeniem podszedł do niego, by zapytać:
– Kim pan jest?
– Jestem Czarny Garius – odarł mężczyzna. – Jestem waszym nowym panem – dodał po chwili.
*
Więc pan odchodzi? – zapytał Nevalle z niedowierzaniem – ale… Neverwinter…
– Neverwinter? – zaśmiał się Dolvin; siedział na koniu jednego z zabitych rycerzy. – Neverwinter nie jest tym, czym wydaje się być, chłopcze. Nie ufaj mu, nigdy.
Nevalle nie zrozumiał słów swego przybranego ojca. Były to zdania, których nigdy nie był w stanie zrozumieć, zwłaszcza wtedy, gdy, już jako prawa ręka lorda Nashera, z zapałem trzymał pieczę nad całym miastem.
Koń Dolvina poruszył się niespokojnie. Siedzący na drugim wierzchowcu Red Flame dotknął go delikatnie czarnoskórą dłonią i wyszeptał kilka słów w obcym języku.
– Narowisty jest, ale go uspokoiłem. Trochę potrwa, zanim przyzwyczai się do nowego pana – powiedział, robiąc przy tym dziwny grymas; widocznie nie otrząsnął się jeszcze ze skutków zaklęcia, które wraz z innymi Czerwonymi Czarodziejami próbował rzucić przed niecałą godziną; I tak miał szczęście, cholernie dużo szczęścia. To i olbrzymi talent magiczny, a także refleks i zimną krew. No, i pokaźny zestaw przeciwzaklęć, a także zaklęć ochronnych.
– Damy jakoś radę – zapewnił Dolvin. – Co się zaś tyczy ciebie, chłopcze… Zostawiłem list u rządcy wioski, w którym oficjalnie cię usynawiam i przekazuję wszystkie tytuły i majątek. Żegnaj, chłopcze.
I, zanim zaskoczony Nevalle zdążył cokolwiek powiedzieć, skinął na swojego towarzysza na znak, że mogą ruszać. Jeźdźcy prawie już wyjechali z wioski, gdy Nevalle krzyknął za nim:
– A co mam powiedzieć w Neverwinter, gdy zapytają o ciebie… tato?
– Mieszkańcy wioski już zostali poinstruowani… Ty zaś powiedz im, że zabito mnie gdzieś w wojennej zawierusze – odrzucił po chwili.
Gdy znaleźli się już daleko poza ogrodzeniami Portu, Dolvin zwrócił się do swojego towarzysza:
– Więc pomożesz odnaleźć mi drogę?
–Jeśli tylko chcesz się tam udać – odparł z zastanowieniem Red Flame.
– Tak – zapewnił go Dolvin. – Jedźmy do Rashemenu…
Tak więc dobrnęliśmy do końca - wszystkim, którzy czytali, dziękuję za uwagę. Indignusowi zaś składam specjalne podziękowanie za to, że wypowiadał się na jego temat - wiecie podziękowanie w stylu... jak w napisach końcowych po obejrzeniu filmu czy przejściu gry:
Very special thanks to:
Indignus.
Całkiem miło było zmierzyć się z fantastyką, tym bardziej, że nie robię tego za często.
Wszystim, którzy to odczytają, życzę miłego tygodnia i ślę pozdrowienia.