dziki_zachód

[ekhp1] Początek - Medivh

Las po uporaniu się z bestią wydał ci się dziwnie spokojny. Chwilę pokrążyłes po okolicy szukając swojego kostura. Kiedy go w końcu znalazłeś zauważyłes jak las wyraźnie się przed tobą zaczyna przerzedzać. Ruszyłes wolnym krokiem. Byłeś już porządnie zmęczony, nie biegałes tyle od czasów studiów na uniwersytecie. Ale wtedy chyba jakoś wolniej się męczyłeś...

Wkrótce zostawiłes za sobą świanę lasu. Przed tobą rysował się jeden z najpiękniejszych widoków w twoim życiu. Tardion. Te czerwone dachy i wysoką wieżyczkę zegarową poznałbyś wszędzie. Ruszyłes znacznie żwawszym krokiem. Kilku mijanych rolników zbierających z pola ziemniaki przyglądało ci się ciekawie. Widziałeś jak ich spojrzenia omiatają twoją poszarpana szatę. Starałeś się nie zwracać na to większej uwagi. Wkroczyłeś do Tardionu.
Pierwsze kroki skierowałem do karczmy. Wiedziałem gdzie pójść, bo już kiedyś tam byłem. Misja może poczekać. Ja muszę coś zjeść, bo inaczej umrę z głodu. A poza tym w karczmach zawsze łatwo o informację. Nad drzwiami wisial stary, nizmieniany od dawna szyld "Pod Wieżą". Nazwa nie była zbyt wyszukana, ale pasowala jak ulał. W końcu stała koło wieży. Wszedłem do środka i podszedlem do barmana.

Coś do jedzenia i przy okazji garść informacji...


Tonari no Totoro!
Karczma była jednym z pierwszych budynków postawionych w Tardionie. Zbudowana obok jednej z Wież Czat, wzniesionych dawnymi czasami jako ogniwo systemu obronnego starego królestwa, stanowiła początkowo miejsce zamieszkania pierwszych budowniczych. Z czasem stała się nieoficjalnym centrum miasta ściągającym do siebie za równo prostych obywateli jak i wielmożów.

"Pod Wieżą" jest podzielona 3 izby. Pierwszą, największą gdzie stoją długie ławy, drugą mniejszą z mniejszymi stołami (dla znaczniejszych gości) i trzecią - łaźnię. Na drugim i trzecim piętrze znajdują się pokoje które można wynająć za równo na jedną noc jak i cały miesiąc. Karczme prowadzi pan Inman Kroot, starszy ale wiecznie wesoły człowiek który wydaje się mieć, jak niektórzy mawiają, pamięć niezawodną, ręke hojną a miody pitne najlepsze w całym królestwie.

W karczmie jak zwykle pod wieczór jest gwarnie i wesoło. Ludzie piją, jedzą i odpoczywają po ciężkim dniu pracy. Piwowar raz po raz wytacza antałki z piwnicy, dziewki sluzebne uwijaja sie jak w ukropie by nadążyć z serwowaniem posiłków. Jakiś kolorowo wystrojony elfi bard stroi lutnię. Grupa gnomów przy jednej z ław dyskutuje o czymś zawzięcie raz po raz wybuchając gromkim śmiechem. Przy stolikach siedzą jacyś poważni panowie ktrórzy grają w karty paląc fajki z których unosi się gęsty siwy dym. Jakis krasnolud siedzi i liczy monety najwyraźniej nie przejmując się, że raz po raz ktoś na niego zerka drapieżnym wzrokiem.

Kiedy podchodzisz do szynku Inman lustruje cię od góry do dołu (przygląda się twojej podartej szacie). W momencie kiedy spogląda na twoją twarz uśmiecha się szeroko.

- Ahh pan Shantal! Mag z Kiridionu. Już trzeci rok mija od kiedy nas pan odwiedził. I jak, pomógł pan tej nieszczęsnej kobiecie? Co się panu stało, strsznie pan wygląda. - karczmarz mimo, że zamienił z tobą 3 lata temu ledwie parę zdań traktuje cię jak dobrego przyjaciela. - Oh, zachowuje się jak szuja.. Prosze o wybaczenie. Itka! biegusiem dla pana sztuke pieczeni, bochenek chleba, gomółke sera i coś do popłukania gardła. - krzyczy do kuchni - Zaraz podadzą, a teraz niech pan opowiada.


(rzeczywiście byłeś 3 lata temu w Tardionie. Przybyłeś odebrać zamówione specyfiki do produkcji lekarstwa dla ciężko chorej kobiety w Kiridionie. Odwiedziłeś wtedy karczme i poznaleś (zupełnie przypadkiem) karczmarza)
-Z tą kobietą wszystko wporządku. Gdybym spóźnił się chociaż chwilkę nie byłoby już dla niej szans. Na szczęście zdążyłem na czas. A jezeli chodzi o mój strój to niech się pan, panie Kroot nie przejmuje. Miałem małe niedogodności na drodze z Kirdionu do Tardionu. Wolałbym o tym nie mówić. A teraz pan wybaczy, ale jestem piekielnie głodny.

Odebrałem talerz od Itki i zabralem się łapczywie do jedzenia. Wszystko w mig zniknęło z talerza. Podczas jedzenia ciekiawie rozglądałem się po sali.

-Duży ruch macie tu dzisiaj panie Kroot. No ale nie o tym chcialem rozmawiać. Wie pan może gdzie mieszka miejscowy telenetyk? Potrzebuję w jak najszybszym tempie skorzystać z jego usług.


Tonari no Totoro!
- Tak to na jesieni bywa. Zawsze więcej kupców i różnych typów zaczyna się pojawiać. O spojrzy pan np. tam, ten krasnolud który liczy pieniądze. To Myrtan zwany Srebrnobrodym. Jego kompani szaleją pewnie na mieście. Podobno wyszperali jakieś ruiny albo grobowiec, nieźle się przy tym obłowili. Choć sami własną skórą troche zapłacili. Jeszcze do wczoraj niektórzy ledwno na nogach stali. O, albo ci panowie tam. Ci ci kopcą fajeczki. To wielmożowie z Rystidionu, chcieli jakies interesy z miastem robic. Nasz burmsitrz ich jednak odprawił więc nocują u mnie. Hehe, a ja lubie gości co mają coś więcej niż powietrze w sakiewkach - karczmarz zaciera ręce uśmiechając się - A jeśli chodzi o telenetyka to dobrze żeście trafili. Siedzi w łaźni. Kobita go wywaliła na zbity pysk i musiał się człowieczyna gdzieś podziać. Taki czarodziej, majster swego fachu a baba go rozstawia. Phi! Wirmar! Starodębowy się kończy, przynies no beczułke i szklaneczke dla pana. - zwraca się do młodego krasnoluda, który zaraz biegnie na zaplecze

- Ale, ale ja tu ciągle mówie a pan milczy. Cóż to się znowuż panu przytrafiło. Jak przypuszczam coś pan w lesie znalazł, albo coś pana. Powiedz panie karczmarzowi przecież musze wiedzieć co się dzieje w okolicy. Jeśli to znowu jakieś rzezimieszki to zaraz się skrzyknie ekipe do porządków...
-Nie wie pan może czy w pobliżu nie działają żadne dziwne stowarzyszenia o skłonnościach do nekromancji tudzież przyzywania demonów? Wyobrazi pan sobie, że ide sobie spokojnie pzez las ciesząc się porannym słoneczkiem, aż tu nagle słyszę śpiewy. Myślalem, że to jakieś obrzędy dla bogów czy coś w tym rodzaju. Nie wiem, bo nie mieszam sie w te sprawy. Ale żeby oszczędzić panu szczegółów - nagle śpiewy się urwały, a na mnie wyskoczyło jakieś cholerstwo. Było wytrwale, ale je ukatrupilem. Byłoby bezpieczniej i dla pana i dla mnie gdyby pan o tym nikomu nie mówił. A teraz proszę wybaczyć, ale ide do łaźni. Dziękuję za posiłek.

-(Mag rzucony przez kobietę. I to tak, że już całe miasto wie. Niedobrze. Może być źle nastawiony do mnie. Mam nadzieję, że Ajaeleolus poinformował go co ma zrobić. Inaczej może być krucho.)

Rzuciłem na stół kilka monet dopiłem piwo i ruszyłem w stronę łaźni. Mój wzrok przez chwilę spoczywa na krasnoludzie.

-(Phi. Nędzna rasa to fakt, ale złoto zdobyć umie w przeciwieństwie do mnie. Po zaplaceniu Krootowi nie zostało mi zbyt wiele. Ech... zobaczymy jak sie los potoczy.)


Tonari no Totoro!
- Panie Shantal! Na koszt firmy. - powiedział Inmar podając ci twoje monety. - Pan mnie zna ja pana znam. I wiem, że pan u mnie jeszcze raz nie będzie - uśmiecha sie zyczliwie - A jakbym kiedy potrzebował kiedy kogo do zdjęcia uroków z piwa to będe wiedział do kogo się zwrócić.

Przechodzisz przez duża salę kierując się w stronę łaźni. Schodzisz po stromych schodkach do piwnicy. Panuje tam gorąc a kotła buchają kłęby pary. Nagle drzwi od jednej z bocznych salek otwierają się i wychodzi z niej mężczyzna ubrany w szate bardzo podobną do twojej. Jego ciemne włosy lśnią od wilgoci. Na wąskiej twarzy dostrzegasz w pierwszej kolejności duży fioletowy siniak pod okiem dopiero po chwili zauważasz mały tatuaż na prawym policzku, dwie sfery połaczone iskrą - znak cechu telenetyków. Chwilę przyglądasz się mężczyźnie i zauważasz, że wydaje się on ciągle nosić na twarzy wyraz jakiejś smutnej zadumy lub melancholii.

Telenetyk ptrzygląda ci się chwilę. Po czym podnosi ręcznik i zazcyna wycierać włosy.

- Wolne. - mówi do ciebie
-Ja jestem tutaj do pana. Pilna sprawa.

Czekam aż mężczyzna wytrze się cały i wręczam mu list od Ajaeleolusa.

-Mam nadzieję, że zna pan szczegóły


Tonari no Totoro!
Mężczyzna bierze list i zaczyna czytać. Po chwili spogląda na ciebie i mówi: nie wiem jak pan ale ja dzisiaj spotkałem prawdziwą bestię i muszę wypocząć. - mówi wskazując na podbite oko - Przerzut na kontynent nie jest trudny ale biorąc pod uwagę mój stan i ostatnie problemy wolałbym go nie przeprowadzać w takim stanie. A teraz zapraszam kolego po fachu na partyjke runika.

Udajecie się obaj do pokoju maga na piętrze. Zasiadacie przy małym stoliku na którym pali się świeczka. Czarodziej wyjmuje z szafki sakiewkę i wysypuje jej zawartość. Małe czarne kostki z misternie wygrawerowanymi literami wysypują się na stół. Po chwili mag wyciąga jeszcze małą ale grubą książeczkę - słownik, niezbędny do gry.

Runik to gra którą głównie zabawiaja się magowie (dlatego, ze jako nieliczni znają więcej niż 5 trudnych wyrazów). Polega na układaniu słów na planszy i zliczaniu punktów za poszczególne wyrazy.

- Zaczynajmy


Gdyby ktoś zajrzał przez okno do oświetlonego pokoiku w karczmie na drugim pietrze zobaczył by dwie pochylone nad małą planszą postacie. Postacie bardzo zaaferowane jakiś małymi kostkami, postacie co chwila siegajace i wertujące małą ale grubą książeczkę. Na szczęście nikt nie zajrzał by przez to okno bo zapewne by powiedział, że magowie zdurnieli do reszty.

- Ładna partia panie Shantal. Wygrałem 247 do 147. Musi się pan bardzie postarać
- odparł czarodziej uśmiechając się wesoło, było widać, ze w końcu jest zrelaksowany i powoli zapomina o wydarzeniach mijającego dnia - Jak rozumiem rewanżyku mi pan nie przepuści.
-A jak pan myśli? - powiedziałem z uśmiechem biorąc kostki do ręki.

Do sali wszedł młody chłopak. Podszedł do stołu i postawił flaszkę bardzo dobrego wina. Chwilę patrzył na zajętych grą magów, którzy nawet nie zwrócili na niego uwagi. Po chwili pokręcil głową i wyszedł. Telenetyk nalał wina do kielichów.

-No cóż. Tym razem to chyba ja wygrałem. - powiedzialem patrząc na maga.

Telenetyk wziął kości do gry w rękę i szczerze się uśmiechnął.

Za oknem powoli się ściemniało. Patki przestawały śpiewać, wiewiórki skakać po drzewach, koty harcować po dachach, psy bić się o kości. Wszyscy powoli szli spać. Gdy magowie skończyli ostatnią partię słońce właśnie zachodziło za horyzontem.

-Znowu pan wygrał. Gratuluję. Świetny z pana gracz panie....

Dopiłem wino czekając na przedstawienie się telenetyka.


Tonari no Totoro!
- Moje imię w moim ojczystym języku jest nie do wymówienia dla pana, we wspólnej mowie brzmi natomiast głupio: "purpurowy koniec". Mów mi więc Trentzius. Miło było zagrać partyjkę na koniec dnia panie Shantal. Teraz jednak musze odpocząć jeśli jutro ma wszystko pójść tak jak trzeba. Nie chciałbym pana wypraszać ale sam pan rozumie. Ciężki dzisiaj dzień miałem... - mag wstaje i odprowadza cię do drzwi.

Schodzisz na dół do głównej sali. Poważni panowie ciągle palą swoje fajki i grają w karty. Poza nimi sala jest jednak prawie pusta. Jedynie jakiś człowiek śpi na stole. Kierujesz swe kroki na karczmarza sprzątającego za ladą. Bierzesz od neigo kluczyk i udajesz się do swojego pokoju. Dopiero kiedy wchodzisz po schodach zdajesz sobie sprawę ile się dzisiaj wydarzyło i jak jesteś zmęczony.
Przekręcam klucz w drzwiach i wchodzę do środka. Drzwi zamykam z powwrotem na zamek i zasuwam skobel aby nikt mi nie przeszkadzał. Kluczyk rzucam na sosnowy stolik. Rozbieram się, a ubranie rzucam na stojąc blisko mnie krzesło.

Oprócz stolika i krzesła w pokoju znajdowało się wygodne z wyglądu łóżko, fotel, na którym leży czysta koszula i niedawno przyniesiona balia z wodą. Jedyne okno w pomieszczeniu wychodzi na podwórze. Noc jest dość pochmurna więc na razie niewiele ogrodu widać. Nad łóżkiem wisi obraz przedstawiający mężczyznę trzymającym w ręku zakrwawiony sztylet i kobietę leżącą na podłodze w kałuży krwi i poderżniętym gardłem.

-Miłe klimaty.

Wchodzę do balii. Na szczęście woda jest jeszcze ciepła. Leżę w niej długo nie kwapiąc się do wyjścia. Lekko rozmasowuje sobie obolałe miejsca. Wychodzę dopiero wtedy gdy woda staje się letnia. Przebieram się w czystą koszulę.

-Ciekawe ile pan Inmar zażąda jako zaplatę. Mam nadzieję, że niewiele. Poznałem już, że to uczciwy człowiek. Ale może trochę za naiwny...

Przed snem zaczerpnąłem sobie jeszcze trochę świeżego powietrza. W łóżku powoli analizowałem wypadki dzisiejszego dnia. Dużo było w tym gdybania. W końcu stwierdziłem, że to nie ma sensu, odwróciłem się na bok i zasnąlem. Śniła mi się paszcza stwora z garniturkiem zębów i zakrwawiony sztylet...


Tonari no Totoro!
Nagle zwrywasz się z łóżka, coś śłyszałeś. Za oknem panuje głęboka noc. Ktoś puka bardzo cicho w drzwi. Dziwisz się jak w ogóle mogłeś je usłyszeć...
-(Co znowu... Naprawdę nie mam pomysłu kto to może być.)

Podchodzę do drzwi, otwieram zamek i drzwi. Skobel zostawiam w rezultacie czego powstaje szpara, przez którą mogę zobaczyć kto jest na zewnątrz.


Tonari no Totoro!
Uchylasz drzwi i widzisz jakaś niską postać. Ubrana jest na czarno, na głowie ma kaptur.

- Shamtar legł na gruzach góry najwyższej. - mówi i stoi jakby oczekiwał odpowiedzi.
-(Ja się chyba jeszcze nie obudziłem..)

-Możliwe... Kim jesteś?


Tonari no Totoro!
- Shamtar legł na gruzach góry najwyższej. - zakapturzony powtarza. Jest wyraźnie zdziwiony twoim zachowaniem
-Powróci w blasku chwały i dźwiękach fanfar aby zawładnąć światem...


Tonari no Totoro!
- yyyy.... Jesteś pewien, że nie: By na gwiazdy najwyższej móc wzlecieć na skrzydłach ognia pradwanego? - postać przygląda ci się chwilę. Widzi twoją zaskoczoną minę po czym cofa się o krok i spogląda na numer przybity do drzwi

- O cholera... Przepraszam, dobranoc panu - mówi pośpiesznie i odchodzi szybkim krokiem.
Zamykam drzwi.

-Grrr.... Co za debil. Człowiekowi spać nie dadzą....

Kładę się z powrotem do łóżka i zasypiam.


Tonari no Totoro!
← [ekhp] Sesja 1
Wczytywanie...