Sesja Hassana - Odpowiedź

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!

Podgląd ostatnich postów

Hassan',
- Lecz chyba nie syn słynnego Ąri Atomova?! - Tempestados wydawał się być w szoku. - Panowie, jestem w szoku.
Pokręcił z przerażeniem głową i obejrzał się na Vimbe.
- Nie trudno się zresztą dziwić, że pan Izaak jest szalony, szczególnie gdy trzymacie go w takim miejscu. Traktujecie tak wszystkich geniuszy, czy tylko tych niechętnych do współpracy?

[To skoro postać Ati wróciła, może powrócimy do wspólnego tematu, mhm?]
Wiktul,
Terminus po raz kolejny spojrzał na ciebie w przeciągłym milczeniu, by następnie po raz kolejny wymienić przeciągłe, milczące spojrzenie, ze swym kolegą alchemikiem. Zauważyłeś, że w tym czasie do lochu zeszła również Vimbs, lecz stanęła z boku, wyraźnie nie chcąc przeszkadzać wam w konwersacji.
Terminus najwyraźniej namilczał się odpowiednio. Wskazał ci głową dalszą, węższą cześć lochu przechodzącą w kolejny korytarz i ruszył tam bez słowa. Poszedłeś za nim i Portisem, za tobą niechętnie podążyła Wimbs. Terminus otworzył jedne zbrojone drzwi, potem następne, na koniec niemal po omacku włożył klucz w zamek jakichś kratowanych wrót. Wówczas znaleźliście się maciupeńkiej, oświetlanej światłem ledwie kilku świec, jednak aż jasnej i dusznej od niezliczonych roztworów, bulgocących, wrzących, parujących i świecących wszystkimi kolorami tęczy. Pośród nich, w kaftanie i goglach, których mógłby pozazdrościć nawet gnom Stone, krzątał się łysy krasnolud z imponująco postrzępioną brodą barwy czerni lub dymu.
- To, moi światli przyjaciele... - Terminus przedstawił cicho delikwenta, mruczącego do siebie coś z wielkim zaangażowaniem, które nie pozwoliło mu zarejestrować waszej obecności. - najczystszej krwi szaleniec i geniusz, który może odmienić losy nie tylko tej wojny, ale i wielu innych. Twórca naszej nowej broni, Izaak Atomov.
Hassan',
- Żeby coś jednak zaplanować potrzebuję precyzyjnych, wszystkich informacji. Zostawmy na razie kwestię dystrybucji i dostarczenia, a skupmy się na tym, co są panowie w stanie stworzyć tutaj. - Tempestados uśmiechnął się i wskazał dłonią na ich laboratorium. - Muszę wiedzieć gdzie muszą zatrzymać się moje gdybania, a to jest możliwe tylko w momencie gdy wiem co jest w stanie zrobić wasze laboratorium.
Wiktul,
Terminus spojrzał na Portisa, Portis na Terminusa, tworząc tym samym trzy - cztery sekundy bardzo wymownego milczenia.
- Jest coś jeszcze... - zaczął niechętnie młodszy z magów - ... lecz zanim o kolejnych tajemnicach, ciekawi jesteśmy co może pan zrobić z tymi już poznanymi. Nie wątpię, że chce pan wiedzieć jak najwięcej o wszelkich możliwościach Jego Miłości, jednak na pewno świetnie pan rozumie, że wiedzę należy dawkować tak, jak zaufanie.
Hassan',
- Cóż panie Terminus, ma pan naturalnie rację, ale widziałem już władców upadających przez zawiść do jednego człowieka, nawet jeśli był on z pospólstwa, widziałem kalimszyckich paszów ginących przez miecze swoich żołnierzy, kiedy pełen złota skarbiec został zużyty na zupełnie bezsensowną wojenkę z małym księstwem, które nie miało żadnego znaczenia. Widziałem wzrosty i upadki zbyt wielu możnych, by z całkowitą pewnością podchodzić do jakiejkolwiek sytuacji i jakiegokolwiek konfliktu. Historia i przeznaczenie mają zabawny sposób karania za zbyt dużą pewność siebie, a wasze niepowodzenia w starciu z ów marginalnym regionem tylko potwierdzają, że w moich słowach kryć się może bolesne ziarenko prawdy. I choć wierzę całym sercem w powodzenie naszego przedsięwzięcia, jako że sam przybijając z królem ugodę biorę w nim udział, tak lękam się o moje i wasze życia, jeśli coś pójdzie nie tak panowie, a potem o życia i dobrobyt moich pracowników, który znacznie się pogorszy, jeśli król Hadrak, bogowie uchrońcie, skończy jako przegrany w kajdanach, albo gorzej. - Westchnął i uśmiechnął się do Terminusa pogodnie. - Może pan mówić, że to defetyzm, że powinno się mnie za takie słowa obwiesić na najbliższej gałęzi, ale w takich sprawach trzeba kierować się realizmem i rozsądkiem, albo skończy się marnie. Dość jednak prokastrynacji i rozważań panowie, wróćmy do meritum sprawy.
Tempestados zatarł dłonie i uśmiechnął się do magów.
- Mamy zatem miotacz substancji zapalających i czasowe detonatory. Co jeszcze, co jeszcze... - Rozejrzał się wyczekująco po pomieszczeniu.
Wiktul,
Widziałeś, że twoje słowa mocno oburzyły Terminusa, który przez dłuższą chwilę milczał, najwyraźniej zastanawiając się nad formą odpowiedzi. Ta jednak została udzielona tyleż spokojnie, co zjadliwie.
- Myślę, że pańskie spostrzeżenia same z siebie wystarczają za odpowiedź. W obecnej sytuacji politycznej i ekonomicznej Tethyru, przy wciąż żywych podziałach z ledwie zakończonej wojny domowej, co i rusz można trafić na zadufane grafiątko, które ze względu na jakieś widzimisię nie chce uznawać królewskiej władzy. Lord Greystör znacznie różni się od nich możliwościami, a to choćby z tej przyczyny, że Velen przez długie lata uchodził za margines politycznych rozgrywek, zarówno ze względu na marny prestiż jak i niekorzystne położenie. Greystör z tych wad uczynił atuty, które doprowadziły go do pozycji jednej z najważniejszych osób w królestwie. Król Haedrak nie może dłużej tolerować samowoli swoich poddanych, zwłaszcza tak potencjalnie niebezpiecznych. Jeśli Greystör otrzyma możliwość pertraktowania z królem, to wszem i wobec udowodni, że król jest słaby. A słabość, to coś, na co Tethyr nie może sobie dłużej pozwolić.
Co zaś tyczy się wypłacalności, nie zarzuca pan chyba Jego Miłości niesłowności i niewywiązywania się ze zobowiązań wobec swych przyjaciół? Prawda, panie Tempestados?
- zapytał po części retorycznie, po części kpiąco.
- Czyżby pańskie usługi były aż tak drogie, by zagrozić stanowi królewskiego skarbca? Mam nadzieję, że rychło dowiedzie pan tej wartości. Jeśli jednak wciąż żywi pan jakieś obawy w tej materii, zapewniam, że podporządkowanie sobie Velen i co za tym idzie całego wybrzeża, zasili ten skarbiec prawdziwym przypływem złota. Myślę, że wystarczy go nawet dla pana.
Hassan',
- Najmocniej panów przepraszam, kłopoty z personelem i ekwipunkiem. - Stwierdził Tempestados i potrząsnął jeszcze lekko urządzeniem. Widząc, że nie przynosi to żadnego efektu schował je na swoje miejsce, po czym wrócił myślami i swoją osobą do zebranych w pomieszczeniu rozmówców. - Jeszcze raz, jeszcze raz. Zlikwidował piractwo, mądry, wykształcony magicznie geniusz ekonomii, odrzućmy plotki na rzecz zazdrości, zawiści i ciemnoty tłumów... Wyznaje Um... Umberlee, tak? No cóż, no cóż, tacy jak on zawsze mają swoje, hm, hm, skrzywienia. No!
Podsuwał to głośniejszą nutą.
- Wydaje mi się panowie, że jest to władyka z którym raczej należy się układać, niż wojować. Dlaczego zatem miłościwy Hedrak tak właśnie nie robi? Wydaje się człowiekiem równie światłym co tamten, z pewnością rozumie problemy, które narastają przez taki konflikt, szczególnie dla ekonomii tego, jakże przecież większego niż jedno miasto regionu. Bo mniemam, że ów Greystor z dwoma kropeczkami na swoje włości żadnemu wojsku wejść nie dał i swojego portu również zablokować nie pozwolił - handel więc jemu idzie jak z płatka a Tethyrowi, jak mi się zdaje, trochę gorzej. - Tempestados westchnął. - Nie zrozumcie mnie źle, panowie, wojna to moje rzemiosło i moja korporacja na jej potrzeby produkuje swoje produkty, lecz umyka mi tutaj sens całego tego przedsięwzięcia. No i pojawia się też kwestia... Wypłacalności.
Wiktul,
Usłyszałeś tylko niewyraźne zakłócenie przypominające prychnięcie czy też odgłos gwałtownie zamykanego zawiasu od klapki urządzenia. Całość majaczyła jeszcze przez moment widmowymi cieniami hulającego gdzieś nad tobą wiatru, szybko jednak ucichła ostatecznie. Vimbs nie odezwała się.
- Panie Tempestados...? Czy zechce pan wyrazić jakąś opinię? - ponaglał cię jak najuprzejmiej i możliwie niepospiesznie Terminus.
Hassan',
[Sesja, o rany!]

Sięgnął po kulę, czym prędzej, zaskoczony, że kobieta nie może się pofatygować i zwyczajnie do niego przyjść. Czasem lenistwo, wywoływane technologią wprawiało go w osłupienie.
- To wszystko bardzo ciekawe, ale muszę na chwilkę przeprosić. - Uśmiechnął się przepraszająco do pozostałych i odszedł od nich kilka kroków. Wyciągnął swój magiczny apparatus, ustawił na odbiór, zakręcił korbką, przyłożył do ust i głośno przemówił:
- Ahoooj! - Takie sobie wymyślił powitanie.
Wiktul,
- Lord Clovis Greystör to bardzo niebezpieczny człowiek. - rozbrzmiał ponownie głęboki bas Terminusa. - I bardzo wpływowy. Ledwie kilkanaście lat jego rządów zmieniło podupadające, nawiedzane podobno przez zjawy i na pewno przez durniów portowe miasteczko rządzone przez szaleńca w największą potęgę morską i handlową od Amnu po Calimshan. Wiemy, że jest to człowiek światły, kształcony za młodu, o bardzo bystrym umyśle. Problem piractwa nękającego bezustannie od dziesięcioleci niemal całe Wybrzeże Mieczy rozwiązał w kilka lat, za jednym zamachem zapewniając kupcom z całego zachodu bezpieczną żeglugę, a sobie prywatną armię zaprawionych w bojach korsarzy. Wiadomo też nie od dziś, że sprowadził do Velen wyklęty z niejednego miasta Zakon Meduzy, czyli kapłanów Umberlee, której sam jest żarliwym wyznawcą.
Trzeba przyznać, że ci kapłani, bez względu na swą ilość, mogą stanowić dla nas spore zagrożenie. Nie wiemy też ile ziaren prawdy kryje się w powtarzanych od lat plotkach o konszachtach Greystöra z demonami
. - uśmiechnął się do ciebie zjadliwie, wyrażając politowanie dla tego typu opowieści. - Z kwestii bardziej przyziemnych, nie jesteśmy w stanie stwierdzić jak wiele lord Velenu zdołał dowiedzieć się o funkcjonowaniu tych właśnie wynalazków, których transport jego korsarze zrabowali w zeszłym tygodniu, ani czy zdoła ich użyć w trakcie nadchodzącej bitwy. Jeśli tak, to jak mielibyśmy się przed tym obronić, skoro twórcami tej broni są rodacy pana Stone'a i tworzyli ją z myślą o niepowstrzymanym, dewastującym ataku. Na koniec pozostaje kwestia szerszego i pewnego zastosowania posiadanej przez nas broni, z którą żaden z nas, a zwłaszcza żaden z żołnierzy jego wysokości nie miał wcześniej do czynienia na polu bitwy.
Terminus obszedł stół wokół i zatrzymał się przed tobą, czekając na twą odpowiedź. Jednak nie ty odezwałeś się pierwszy, a twoja magiczno-techniczna kula, za pomocą której - jak zauważyłeś - usiłowała właśnie skontaktować się z tobą Vimbe.

[Dodano po 11 dniach]

[Hassanie...?]
Hassan',
- Zaczynam mieć wrażenie, że wezwanie mnie do pomocy było jedynie kaprysem jego wysokości, bo jesteście panowie wyposażeni jak należy, zarówno w sprzęt, jak i w adekwatną metodę naukową. Jestem pod wrażeniem. - Stwierdził Tempestados, mimo, że wcale na pod wrażeniem nie wyglądał. - No dobrze, panowie. Widzę tutaj dużo potencjału, dużo pomysłów, staram się jednak myśleć o tym, że jestem tutaj faktycznie potrzebny. Proszę powiedzieć mi coś więcej o tym przeciwniku króla.
Wiktul,
Z każdym twoim słowem gnom uśmiechał się coraz szerzej, a na ostatnią prośbę rozpromienił się niczym na przedwczesne urodziny.
- Ach, panie Tempestados, długo by opowiadać! Nie wiem, czy osiągnęliśmy w tym zakresie efekty zbliżone do tych, jakimi może poszczycić się pańska organizacja, ale... A, szkoda gadać po próżnicy! Proszę zobaczyć! - wskazał stół w przeciwległym końcu lochu i podbiegł do niego, odsłaniając okryty ciemnym materiałem kształt.
Było to coś przypominającego duży, podróżny plecak, ale bez kieszeni czy zapięć, obłożony jakimś rodzajem skóry, wyposażony w pasy umożliwiające zapewne założenie ich na plecy. Z każdego z nich wystawał długi na dobre dwa metry gumowy wąż o grubości nie większej od pięści. Kończył się czymś w rodzaju lejka, zakończonego małą klapką zaślepiającą jego wylot oraz metalowym spustem u dołu.
Całość wyglądała na dość masywną i faktycznie, ważyła swoje. Po podniesieniu i ostukaniu odkryłeś jeszcze dwie rzeczy - że wnętrze plecaka wyłożono jakimś twardym materiałem, być może metalem, oraz że w jego wnętrzu przelewa się jakaś substancja.
- Zasięg płomienia: od trzech do dziesięciu metrów, zależnie od czasu trwania i natężenia wystrzału. - tłumaczył Stein bez zbędnych wprowadzeń. - Prototypy były bardzo awaryjne, musieliśmy wzmocnić konstrukcję innym rodzajem metalu, dzięki czemu trudniej o rozszczelnienie zbiornika w wyniku ewentualnego trafienia strzałą.

W następnej kolejności gnom podszedł do stojącego obok wysokiego kosza, przykrytego podobną płachtą. Pod nią znajdowało się kilkanaście... no właśnie. Kształtem przypominało to wyrośniętą cytrynę, a może raczej ananas, biorąc pod uwagę metalową skorupę i pokrywające ją płytki w kształcie ćwieków, rozmieszczone równomiernie po całej powierzchni przedmiotu. Zamiast kłuć sprawiały one, że owo coś dobrze trzymało się w dłoni. Dość ciężkie, wyważone. U węższego końca znajdowała się niewielka rączka, połączona z obrotową tarczą, podobną do tych, które można było znaleźć w astrolabium. Niewielkie nacięcia na jej powierzchni świadczyły o tym, że za pomocą rączki można przestawiać ową tarczę w obie strony, zaś wyraźniejsze kreski dzieliły okrąg tarczy dokładnie na cztery ćwiartki. W samym jego środku i środku "metalocytrynoananasa" znajdowało się coś w rodzaju dzióbka butelki i o podobnej średnicy, z zapięciem na zatrzask, takim samym jak w lepszej jakości butelkach z piwem, czy piersiówkach do rumu
- To granaty wielokrotnego użytku. - tłumaczył, nie kryjąc dumy. - Po odpowiednim nastawieniu i napełnieniu właściwą substancją - wybuchową, trującą lub innym roztworem, wyrzucają swą zawartość w powietrze, same pozostając zdatne do ponownego użycia, przynajmniej przez jakiś czas.
Hassan',
- Smoczy... - Uśmiechnął się pobłażliwie i spojrzał na resztę magów. - Panowie raczą żartować z tą nazwą, prawda? Przecież to nazwa, którą alchemicy wymyślili by straszyć nią pospólstwo i prostą gawiedź, nie dla tak uczonych mężów jak my! W naszych laboratoriach taką, albo podobną do niej ciecz nazywa się Ropus, to z netheryjskiego, języka alchemików i uczonych, ale to z pewnością panowie wiedzą. To skrócona wersja dwóch słów, tłumaczących się na "stały płomień". Sądzę, że ta nazwa jest znacznie bardziej adekwatna, nieprawdaż?
Przyjrzał się jeszcze uważnie płynowi.
- Jeśli nie myli mnie pamięć, oraz jeśli jest to ta sama substancja - nasz proces rafinacji nadawał jej raczej ciemniejszą barwę i bardziej oleistą konsystencję, ropus można bezpiecznie przechowywać w ołowianych kapsułach wzmocnionych miedzią. Do takiego pojemnika doczepialiśmy małe ogniwo energii magicznej, które przeciążało się po kilku sekundach. Dzięki temu otrzymywaliśmy wcale skuteczną broń miotaną, szczególnie przeciw wojskom pieszym. Oczywiście większą wersję, przeznaczoną do specjalnych wyrzutni, powiedzmy, wzmocnionych arbalestów, można wyposażyć w detonator kontaktowy... Ale dywaguję. Jeśli ładunek wpadł w ręce piratów, należy go odzyskać, albo skreślić jako stracony. Proszę powiedzieć mi nieco więcej na temat waszych metod, panie Stein.
Wiktul,
- Prowadzimy badania nad pewną substancją, która posiada wyjątkową wartość dla działań militarnych. - rozpoczął wyjaśnienia Terminus po krótkiej chwili niepewnej oceny twojej osoby. - Zwłaszcza w kontekście najbliższej morskiej rozgrywki oraz w dalszej perspektywie, jaką jest wyeliminowanie piractwa i innych morskich zagrożeń, powodowanych aspiracjami zbyt ambitnych władyków.
Przeszliście do zastawionych aparaturą stołów, gdzie milczący dotąd Portis wziął do ręki flakon, do którego sączył się zielonkawy płyn przepływający przez całą alchemiczną konstrukcję i z namaszczeniem wylał nieco na próbne szkiełko. Płyn zapłonął niemal od razu.
- Oto smoczy ogień. - powiedział skrzeczącym głosem siwy mężczyzna. - Substancja wypreparowana w oparciu o naturalny płyn znajdujący się w ciele przedstawicieli smoczej rasy. Utlenia się w kontakcie z powietrzem, przy zachowaniu odpowiedniej, niezbyt wysokiej temperatury. - wskazał dłonią na to, co właśnie oglądaliście. - Nie gaśnie w kontakcie z wodą... - wylał na szkiełko trochę cieczy ze stojącej obok szklanki, co nie przyniosło żadnego efektu poza obłoczkiem pary i charakterystycznym sykiem. - ... a pozostawiona w stanie surowym wypala się bardzo długo. Co więcej, jest lżejsza od wody i z powodzeniem unosi się na jej powierzchni.
- Dodatkowo - wtrącił się Terminus. - nie poddaje się standardowym efektom magicznym, co szczególnie interesuje naszego umiłowanego władcę. - co powiedziawszy wyciągnął ręce w stronę płomienia i inkantował Ochronę przed Żywiołami. Zaklęcie uwolniło się, zalśniło wokół obiektu gamą złocistych płomieni i śnieżnych płatków, po czym znikło po standardowym czasie, nie zmniejszając ani odrobinę wysokości szkarłatnych języków ognia.
- I tutaj swój udział ma szanowny pan Stein oraz jego rodacy, którzy na nasze zamówienie zdołali opracować sprzęt pozwalający stosować smoczy ogień w warunkach bojowych, w sposób zdecydowanie bardziej kontrolowany. - ciągnął dalej Terminus, wskazując na gnoma. - Niestety, mniej więcej tydzień temu pojawił się nieprzewidziany, bardzo poważny problem. Dostawa tegoż sprzętu wpadła w ręce piratów, którzy, jak sądzi nasz umiłowany król, znajdują się na usługach lorda Greystöra.
Hassan',
- Panowie, jak widzę, pochłonięci pracą. - Powitał ich mistrz Tempestados i wyciągnął do stojącego naprzeciw mistrza dłoń. - Arcyprezes Prynds Tempestados, mistrz magiczny. Jestem tu z ramienia mojej korporacji, jako oficjalny reprezentant. Jego wysokość autoryzował mnie do nadzorowania i prowadzenia badań i konstrukcji pewnych specjalnych... Projektów. Panie Stein, nie jestem do końca pewien jaki jest pański udział w całym tutejszym... Przedsięwzięciu, ale prawdę mówiąc, liczę na pana wsparcie - mniemam po pańskich wypowiedziach, iż jest pan człowiekiem nauki, mam więc nadzieję na owocną współpracę, albo przynajmniej zajmującą rozmowę. Zaś co do Was, drodzy mistrzowie, co możecie powiedzieć mi o waszej pracy tutaj?
Wiktul,
Gdy podszedłeś bliżej, obaj mężczyźni usiłowali wciąż cię nie zauważać. Siwemu alchemikowi wychodziło to lepiej. Od czasów akademii nie widziałeś równie pieczołowicie przeprowadzanego procesu destylacji substancji, która - jak domyślałeś się po barwie roztworu, metodzie ważenia oraz charakterystycznym, jasnożółtym płomieniu, którym się zapaliła - była gliceryną lub jakąś jej mieszanką. Staranny dobór kroków i pieczołowita inspekcja wnętrza kryształowych probówek umożliwiła alchemikowi zignorowanie cię. Ten drugi, łysiejący brunet, nie miał już tak lekko, gdyż rozmawiający z nim Leo Stein rozpoznał cię niemal od razu.
- Ach, witam ponownie, panie Tempestados! Właśnie rozmawialiśmy z mistrzem Terminusem o naszych lantańskich wynalazkach. Proszę, poznajcie się panowie. - gnom zaprosił entuzjastycznym gestem swojego rozmówcę do zapoznania się z tobą. Ten skłonił się sztywno.
- Tempestados? Nie słyszałem. - oznajmił tonem pełnym obojętności na tyle nieudolnej, że świadczyła o czymś z goła przeciwnym. - Miło mi powitać. A to mój starszy współpracownik, mistrz Portis. - zwrócił wzrok na bardzo zajętego alchemika, który zaszczycił cię ukradkowym spojrzeniem i niemal niedostrzegalnym skinieniem głowy. - W czym mogę panu pomóc?
Wczytywanie...