Sesja Matta

Otuliłeś się w miękką, ciepłą, kojącą ciszę pokładu statku, który niemal bezgłośnie przemierzał przestrzeń, pokonując drogę powrotną na Tythona.
Podobnie jak pozostała dwójka pasażerów, oddawałeś się właśnie rozkosznej bezmyślności i lenistwu, relaksując się w swej kajucie po wszystkich fizycznych i psychicznych znojach waszej "dyplomatycznej" misji.
Odprężenie, wyciszenie i spokój sprzyjały jednocześnie ponownej analizie niedawnych wydarzeń, pozwalając na wyciąganie z nich zupełnie nowych wniosków.
Korweta sunęła bez przeszkód naprzód, a w twej głowie istniał jedynie strumień obrazów, myśli i ledwie słyszalnych dźwięków pokładowych maszyn.
[Mam zawalone ostatnio, sorry]

To, co zdarzyło się w ciągu ostatnich dni z pewnością zmieniło mnie w sposób, jaki ciężko ubrać w jakiekolwiek słowa. Rzeczy, które widziałem, moce, jakich doświadczyłem... to było by dużo za dużo dla normalnej osoby, ale widać ja nie byłem do końca normalny, bowiem w jakiś dziwny, pokrętny sposób wszystko... niesamowicie mi się podobało. Mogłem zginąć, na wiele sposobów. Mogłem przyczynić się do śmierci osób, które powinienem chronić. A mimo to w głowie myśli wciąż krążyły mi wokół jednej, jedynej postaci - Harlana. Jak rozwinie się dalej sytuacja z moim `nowym mistrzem`? Prawdopodobnie będę musiał poczekać trochę czasu, zanim Harlan postanowi wrócić do tematu, zamiast zbywać mnie swoimi półuśmiechami i udawaną naturą lekkoducha. Jedno było pewne - zaczynał się nowy rozdział w moim życiu.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Ów rozdział postanowił rozwijać się wyjątkowo ślamazarnie. Podróż powrotna na Tythona nie obfitowała, w przeciwieństwie do poprzedniej, w porywające i wstrząsające atrakcje. Leżałeś zatem na sofie, rozważając czy lepszym rozwiązaniem w obecnej sytuacji będzie ponowne zaśnięcie, dłubanie w nosie czy też naciągnięcie na partię pazaaka któregoś z towarzyszy, gdy poczułeś coś, co sprawiłoby że upadłbyś gdybyś nie leżał.
Aura wypełniająca przestrzeń wokół ciebie eksplodowała Mocą w jej mrocznej, wściekłej i bolesnej postaci. Był to wstrząs tyleż szokujący, co odległy, niczym stłumiony przez grube drzwi krzyk dobiegający z końca długiego korytarza. Tak jak on nie pozostawiał wątpliwości co do losu krzyczącej osoby, tak i ten odległy wrzask był niekwestionowaną demonstracją przedziwnego i potężnego zaburzenia Mocy.
Byłeś pewny, że tego samego doświadczył każdy Jedi, niezależnie od tego gdzie się znajdował.
Byłeś pewny również, że cokolwiek się stało, stało się na Tythonie.
W kilka chwil znalazłem się w pobliżu miejsc spotkań na statku, będąc pewnym, że za chwilę zastanę tam już Kaileen i Harlana. Co to było?! Takiego stężenia mrocznej, obrzydliwie ciężkiej do zniesienia Mocy nie doświadczyłem nawet w ciągu ostatnich dni. Z jednej strony było to absolutnie przerażające - z drugiej zaś, niebezpiecznie fascynujące. Cokolwiek to było, oznaczało, że na Tythonie mogą czekać nas poważne kłopoty.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Na miejscu nie było nikogo w chwili twojego przybycia, lecz zaraz potem dojrzałeś Harlana wychodzącego szybkim krokiem z kajuty Kaileen.
- Przygotuj się, zaraz skaczemy w nadprzestrzeń, nie mamy ani chwili do stracenia. - wypalił przechodząc obok ciebie w stronę kabiny pilota, zanim zdążyłeś cokolwiek powiedzieć.
Za nim z kajuty wyszła Kaileen. Zwróciłeś w jej stronę zaskoczoną twarz.
- Harlan ma podejrzenia, że jedi weszli do grobowca Exara Kuna wbrew jego radzie. O więcej nie pytaj. - poinformowała cię równie lakonicznie i podążyła w tym samym kierunku.
Banda parszywych idiotów. Z wejścia do grobowca nie mogło wyniknąć absolutnie nic dobrego, ale przecież nie mogli posłuchać rady kogoś `takiego jak Harlan`. Dumni, rządni władzy pajace. Postanowiłem po prostu udać się w bezpieczne miejsce, gdy statek będzie skakał w nadprzestrzeń. Reszta okaże się później.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Harlan nie oglądając się zniknął w korytarzyku prowadzącym do kabiny pilota (w waszym wypadku droida), Kaileen natomiast przyglądała się najpierw jemu, potem tobie, najwyraźniej też usiłując zrozumieć jakoś całą sytuację.
Postanowiłem skorzystać z okazji i zaczepiłem Kaileen:
- Właściwie, co robiliście oboje w twojej kajucie?
Starałem się, aby zabrzmiało to najnaturalniej we wszechświecie, choć i tak było to dziwne pytanie w zaistniałej sytuacji. Jednak z jakiegoś dziwnego, nie dającego mi spokoju powodu, wydawało mi się, że może być to dla mnie istotne.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
- Jedliśmy jabłka i graliśmy w pazaaka. - odpowiedziała z rozbrajającą szczerością i szybko odeszła na mostek, pozostawiając cię w stanie lekkiej konsternacji. Zanim owa minęła, a ty również zdołałeś tam dotrzeć, minęła cię - również bez słowa - wychodząc stamtąd i idąc do swojej kajuty.
Gdy znalazłem się w końcu na mostku, postanowiłem przerwać ten irytujący brak przepływu informacji i spytać. - Co, do cholery, jest grane?
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Harlan odpowiedział jednocześnie sprawdzając coś w pokładowym komputerze.
- Przed waszym zebraniem w naszej sprawie z Coruscant, miałem własną pogawędkę z Radą. - faktycznie, przypominałeś sobie jak wychodził z rozmachem z Sali Obrad. - Poruszono na nim kwestię odnalezienia potencjalnego grobowca Exara Kuna, który rzeczywiście ulokował jeden z nich na Tythonie. Stanowczo odradziłem jakiekolwiek badanie czy choćby zbliżanie się do tych zabudowań, ale Rada z nieomylnym Kendarem na czele miała nieco inne zdanie... Przytrzymaj się czegoś, zaraz skaczemy. - ostrzegł i po chwili statkiem szarpnęło gwałtownie. Wskoczyliście w nadprzestrzeń.
- Obawiam się, że anomalia której wszyscy przed chwilą doświadczyliśmy może być bezpośrednio związana z tym, że to ja, a nie Kendar, miałem rację. Dlatego właśnie tak ryzykuję wydając droidowi - poklepał mechanicznego pilota siedzącego za sterami - polecenie skoku w nadświetlną. Jeśli mamy tam jeszcze coś uratować, to nie mamy chwili do stracenia.
Kiwnąłem głową, na znak, że zrozumiałem. Czyli jednak wydarzyło się to, co podejrzewałem od początku.
- Głupcy! Jeśli masz rację, to prawdopodobnie nie będzie czego ratować. - Uderzyłem ręką w ścianę, a ból odrobinę mnie ostudził. Nie było tak, że życzyłem radzie śmierci. Wręcz przeciwnie, mimo, że często nie podzielałem ich sposobu bycia i myślenia, koniec końców zawdzięczałem im wiele. Na Tythonie spędziłem tyle lat, to był mój dom! Po prostu do wściekłości doprowadzała mnie myśl, że ta banda idiotów mogła z własnej woli doprowadzić do swojej zagłady.
- Jaki masz plan? - Bo było dla mnie jasne, że jakiś ma.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Harlan westchnął, jakby zmartwiony.
- Nie wiem... To zależy za czyim pośrednictwem Kun dokonuje ataku. Takie zaburzenie Mocy, które odczuwają wszyscy Jedi, musi dotyczyć bezpośrednio mistrza Zakonu, a nawet kilku z nich. Jeśli Kun opętał jakiegoś pośledniego rycerza, to mamy jakieś szanse, jeśli jednak chodziłoby o Kendara... Ale nie, w to nie byłbym skłonny uwierzyć.
Chciałeś wyrazić wątpliwość wobec wątpliwości względem Kendara i jego skłonności do pychy i władzy, ale poczułeś, że coś... ktoś... jakby podsłuchuje waszą rozmowę. Albo raczej, podsłuchuje ciebie, twe emocje, poprzez Moc.
Momentalnie, odruchowo zblokowałem Mocą mój umysł tak, aby ze światem łączyła mnie jedynie wąska wiązka Mocy - ta pomiędzy mną, a Harlanem. Złapałem go za ramię i wysłałem impuls. Wiedziałem, że nie muszę nic mówić. Powinien zrozumieć, że proszę o pomoc w zlokalizowaniu intruza - czy to jego położenia czy też tożsamości.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
"Zatrzasnąłeś drzwi" do swego wnętrza w chwili, w której owa obca ingerencja sama je opuszczała. Harlan odebrał twoje ostrzeżenie, pochylił głowę, jakby chcąc coś sobie przypomnieć, a po chwili powiedział uśmiechniętym głosem:
- Spokojnie, to Kaileen. W sumie spodziewałem się tego wcześniej.
To było dla mnie lekkie zaskoczenie.
- Dlaczego próbuje buszować w mojej głowie, zamiast porozmawiać ze mną? - Oczywiście powodów mógłbym sam wymienić wiele, ale chciałem dowiedzieć się od Harlana, o co może chodzić.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Mistrz uśmiechnął się swym standardowym, a jednak nowym uśmiechem, który rozciągał pajęczynę jego blizn.
- Ponieważ uważa, że nie może już ufać mnie, a co za tym idzie - tobie. Ponieważ uważa, że w rozmowie z tobą nie dowie się nic ponad to, co sam chciałbyś jej pokazać. Kaileen nie jest głupia, nie bez powodu wybrali do tej misji właśnie ją, zwłaszcza przy takim składzie osobowym.
- No i ma rację. - Prychnąłem, krzywo się przy tym uśmiechając. Kaileen rzeczywiście nie była głupia, ale nie miałem zamiaru pozwolić grzebać sobie w głowie jak w bezdomny w śmietniku. Pytaniem było - co z nią począć?
- Mam nadzieję, że nie przysporzy nam żadnych kłopotów. W najgorszym razie trzeba będzie ją skutecznie uciszyć... - Tym razem uśmiechnąłem się szeroko, zastanawiając się, czy i ta informacja dotrze do niej za pomocą Mocy. Niech sobie myśli co chce, dopóki nie będzie wchodziła mi w drogę i nie będzie zagrażać mojemu bezpieczeństwu, nie grozi jej nic złego.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
Harlan patrzył na ciebie przez chwilę.
- Stajesz się zaskakująco bezwzględny. W zaskakująco krótkim czasie. Nie jestem pewny, czy to dobrze.
Szarpnęło ponownie, gdy wychodziliście z nadprzestrzeni. Tuż przed wami rozciągała się ogromna powierzchnia Tythona, przesłaniająca sobą cały wizjer.
Machnąłem ręką. - Wiesz przecież, że żartowałem. - Zabrzmiało to wiarygodnie, bo i było wiarygodne. Na tę chwilę nie sądziłem, żeby Kaileen stanowiła zagrożenie. Wolałem nie myśleć o ewentualnej sytuacji, w której moje ponure rozmyślania staną się rzeczywistością. Jak wtedy bym się zachował? Czy rzeczywiście byłbym w stanie zrobić coś Kaileen? Coś, głęboko w duszy, podpowiadało mi, że niepokój Harlana może być uzasadniony. Postanowiłem jednak zakopać to uczucie i nie wracać do niego. Przynajmniej na razie.
- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego. - Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. (...) Dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić". - "Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam. - Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.
← Sesja SW
Wczytywanie...