szczury_wroclawia_kraty

Fragment książki

piątek, 13 listopada 2015

Po prawej stronie minęliśmy małą wysepkę, która kształtem przypominała wystającą z morza dorodną i pokrytą futrem pierś zielonoskórej olbrzymki. Stałem na pokładzie obok Metzengechtera i Thijsa. Młody żeglarz z każdym dniem wyglądał coraz lepiej, a przy tym zdecydowanie poprawił mu się humor, od kiedy miał okazję żeglować i uczestniczyć w normalnych pracach na pokładzie.

- Nic ci te widoki nie przypominają, chłopcze? – spytałem.

Thijs rozejrzał się wokół, a potem zaprzeczył gestem.

- Jak Boga kocham, zupełnie nic – westchnął. – Wiem, że tu byłem, bo dostojni panowie mówicie, że byłem, ale jakbym widział te wyspy pierwszy raz.

Pokiwałem tylko głową, bo niczego innego się nie spodziewałem. Zresztą Metzengechter, który mieszkał z chłopakiem w jednej kajucie, starał się odświeżać jego pamięć, lecz do tej pory te zabiegi nie przyniosły żadnej korzyści. Poza tym, że Thijs był nie tylko zdrowszy, jak już wspomniałem, ale również spokojniejszy. Zauważyłem jedynie, że jak ognia starał się unikać van Dijka, a kiedy słyszał głos kupca, kulił się jak przed lodowatym podmuchem wiatru. No i w końcu nie było się czemu dziwić, bo Oktawian kazał go nieźle pokiereszować. Miałem też wrażenie, że ile razy Thijs zobaczy lub usłyszy van Dijka, nie tylko przypomina mu się zła przeszłość, lecz rosną obawy, iż znośna teraźniejszość może za sprawą kupca zamienić się w podłą przyszłość. Sam byłem ciekaw, jak zakończą się sprawy pomiędzy Thijsem a Oktawianem, i przypuszczałem, że niezależnie od powodzenia lub niepowodzenia wyprawy młody żeglarz nie uratuje głowy. Jednak to już nie była moja sprawa...

Na razie dotarliśmy do wyspy, gdzie mieszkał człowiek, który podobno jako ostatni widział Dominika Altdorfa. Popłynąłem szalupą razem z van Dijkiem i sześcioma wioślarzami, ale wioślarze zostali na samym brzegu, zgodnie z zaleceniem pilota. " Jak zobaczy taki tłum luda, da nogę i tyle go znajdziecie" – ostrzegał nas ów człowiek. Dlatego w głąb wysepki poszliśmy tylko we dwóch.

Chata stała zaraz za skałami, niespełna sto kroków od szczerby tworzącej naturalną zatoczkę pomiędzy skalistymi klifami. Chata, cóż, to za dużo powiedziane. Widziałem wiele rozpadających się ruder, bo przecież nasze błogosławione Cesarstwo zamieszkują zarówno ludzie biedni, których nie stać na uczciwe domostwo, jak i ludzie nieporządni, którym uczciwe domostwo do niczego nie jest potrzebne i gnieżdżą się w brudzie i ciasnocie niczym szczury. Jednak ten dom, który widzieliśmy przed sobą, przypominał po prostu kopiec zbudowany z niechlujnie narzuconych na siebie kawałów darni. Właściciel musiał do jego wnętrza wpełzać i z niego wypełzać, gdyż zasłonięty płachtą otwór był tak mały, iż przeciętnego wzrostu człowiek nie zmieściłby się, nawet gdyby szedł na czworakach. To, że ktoś w tej budowli mieszka, poznaliśmy jedynie po skórach i ościach rób rozrzuconych wokół oraz po jakiejś tkaninie wiszącej na dwóch wbitych w ziemię patykach, a która to konstrukcja najwyraźniej była dziełem ludzkich rąk.

- Hej! – zawołał gromko van Dijk. – Jest tu kto?

Odczekał chwilę, odchrząknął, smarknął z zakłopotaniem, po czym postąpił krok naprzód.

- Hej, człowieku! Wyłaź! – krzyknął tym razem ostrzejszym tonem.

I wreszcie po długiej chwili słyszeliśmy szuranie i serię stęknięć, po czym zobaczyliśmy wyłaniające się spod darni najpierw dwie ciemnej dłonie, potem kępę gęstych włosów i wreszcie ramiona oraz resztę człowieka. Kiedy już wypełznął, podskoczył zdumiewająco zgrabnie, lecz nie wyprostował się, tylko pozostał w przykucku niczym małpa. Zauważyłem, że w prawej dłoni ściska nóż o szerokim ostrzu. Mężczyzna miał zmierzwione, splątane i skudłacone włosy, sięgające mu za ramiona, oraz gęstą brodę. Pod porwaną kapotą u szyi kołysał się naszyjnik z zębów tak wielkich i ostrych, iż pierwsze, co przyszło mi do głowy, to że musiały należeć do rekina. Mieszkaniec Wyspy Ptaków wyglądał niczym leśny człowiek lub nawet pół człowiek, pół zwierzę. Kręcił głową to w prawo, to w lewo i najwyraźniej bacznie nam się przyglądał, choć ciężko było to stwierdzić na pewno, gdyż włosy opadały mu aż do nosa i z tego powodu nie mogliśmy dostrzec jego oczu.

- Myślicie, że to coś potrafi i umie mówić w jakimś ludzkim języku? – zagadnął mnie van Dijk.

- Nie jestem żadne "to coś", tylko Gunther Gune, tak samo dobry chrześcijanin jak ty, albo i lepszy – zawarczał dziki człowiek całkiem przyzwoitą, choć lekko chropawą łaciną.

- Gunther, rzeczywiście tak mówili i gadali, że się nazywa – przyznał Oktawian.

- Czego chcecie? Coście za jedni?

W głosie rybaka nawet człowiek o złotym sercu i łagodnym spojrzeniu na bliźnich nie byłby w stanie dosłyszeć choćby nuty życzliwości.

- Mam tu statek – wyjaśnił van Dijk. – A szukam mego przyjaciela, który zaginął na Wyspach kilka miesięcy temu.

- Aaaa, aaaa, to tak. – Gunther przysiadł na piętach i podrapał się po głowie. – Słusznie, szukaj przyjaciela, bo jeśli przepadł przyjaciel, to wypada go szukać.

- Nazywa się Dominik Altdorf – zdecydował się odezwać. – I podobno go widziałeś.

- Dominiczek, Dominiczek, Dominiczek – zaśpiewał chrapliwie dziki człowiek – dał mi ten piękny nożyczek...

Przy ostatnim słowie Gune zamachnął się trzymanym w dłoni nożem z takim impetem, że zaskoczony van Dijk aż cofnął się o pół kroku.

- Ślicznusi, co? Dominik mi go dał i jeszcze różne inne rzeczy. Dobry z niego człowiek.

- Popłynąłeś z nim na tę nową wyspę?

Gunther Gune kicnął do tyłu.

- O nie! – zaskrzeczał. – O nie! Gunther będzie się trzymał z dala od tego diabelstwa! Bardzo, bardzo z dala!

- Ale powiedziałeś Dominikowi, co wcześniej zobaczyłeś, tak? Powiedziałeś mu, w którą stronę ma popłynąć?

Gune błyskawicznie odwrócił się na piętach, przypadł do ziemi i zaczął z powrotem wczołgiwać się do swojej kryjówki, w dużo szybszym tempie, niż się z niej poprzednio wyczołgiwał. Podskoczyłem w jego stronę, akurat w dobrej chwili, by schwycić go za łydkę i szarpnąć niczym szczypawkę chowającą się w zgniłym pniu. Pomyślałem, że całe szczęście, iż mam na dłoniach rękawice, bo zważywszy na to, jak wyglądały spodnie Gunthera, to kto wie czy dotykając ich, nie mógłbym się nabawić paskudnych parchów.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...